2309. Pisałam Wam już, iż kocham orkiestry dęte?

na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com 17 godzin temu
Chyba pisałam blisko dekadę temu przy okazji kolejnej rocznicy urodzin Jana Pawła II. Już taka tradycja, iż tego dnia zjeżdżają się do Wadowic orkiestry dęte działające przy ochotniczych strażach pożarnych w mieście i okolicach i dają wspólny koncert. Uwielbiam te chwile, chociaż jestem ich świadkiem wyjątkowo rzadko. Ale pokazują mi, jak różnorodność i różnorakość przez kilka chwil może tworzyć jedność, o ile tylko przyświeca im ten sam cel.
Moja miłość do muzyki orkiestr dętych prawdopodobnie narodziła się gdzieś w małej zapomnianej wioseczce na kielecczyźnie, gdzie tamtejsza orkiestra dęta działająca przy Ochotniczej Straży Pożarnej grała podczas pasterek, rezurekcji, czy też odpustów parafialnych. Zawsze, kiedy rozlegał się charakterystyczny dźwięk orkiestry podczas przemienienia chleba w Ciało i wina w Krew, czułam w szczególny sposób podniosłość tej chwili. To głównie dla niej mogłam przejść na nogach te 6 km dzielących wioskę moich dziadków od wioski, w której był kościół parafialny w zimną noc (pasterka), nieprzyzwoicie wczesny poranek, kiedy jeszcze za oknem panował mrok (rezurekcja), czy też lejący się z nieba żar (odpust w lipcu). I szczerze żałowałam, iż u mnie w parafii nie może być aż tak uroczyście obchodzonego chociażby odpustu parafialnego.
Kiedy ksiądz-administrator powiedział mi, iż w jego parafii miejscowi strażacy z OSP mają zamiar zorganizować koncert kolęd i pastorałek, prawdopodobnie oczy zapaliły mi się z radości. Wiedziałam, iż bardzo pragnę go wysłuchać, choć zdawałam sobie sprawę z tego, iż dotarcie tam bez własnego środka transportu w niedziele pozostało bardziej skomplikowane, niż w tygodniu. No, ale jak wiecie, raczej nie zrażam się tak gwałtownie przy pierwszej lepszej przeszkodzie. Owszem, jakby nie było żadnego sposobu na dotarcie na miejsce, to bym z automatu odpuściła. Jak się nie da to się nie da - z pustego i Salomon nie naleje. Ale po tych kilku miesiącach wiem, iż jest taki autobus, tyle iż z Będzina, którym dojechałabym idealnie tuż przed koncertem. A potem planowałam zostać na Mszy świętej po koncercie.
Po zakończonej Mszy świętej z godziny 9:30 przed ołtarz wyszli przedstawiciele liczącej 103 lata Orkiestry Dętej działającej przy miejskiej OSP. Na początku poznaliśmy skróconą historię działalności zespołu, a także mogliśmy poznać repertuar, jaki mieli nam zaprezentować.
Kilka chwil później po wnętrzu tego starego, liczącego blisko 600 lat kościoła rozniosły się dźwięki zarówno znanych polskich kolęd, takich jak "Gdy śliczna panna", "Nie było miejsca dla Ciebie", "Jest taki dzień", czy też "Północ już była", jak i zagranicznych szlagierów, w tym "Venite adoremus", "Jingle Bells", "Let it snow" i "Last Christmas".
Każda wykonywana kolęda została poprzedzona krótką informacją na jej temat. Dzięki temu można było obliczyć, jak dawno temu ona powstała oraz w którym mniej więcej rejonie Polski lub świata.
Trwający ok. 50 minut koncert (nawet nie wiem, kiedy ten czas minął) został spuentowany Marszem Radetzky'ego, do którego rytm wyklaskiwali praktycznie wszyscy zgromadzeni goście. Dzięki temu zrobiło nam się cieplej i na sercu i w ciele.
Wiele kolęd było tylko zagranych, ale niektóre z nich zostały wyśpiewane przez pana Grzegorza współpracującego z orkiestrą. Założę się jednak, iż wielu z nas po cichu podśpiewywało sobie znane kolędy pod nosem. Każda kolęda została sowicie nagrodzona oklaskami, co było naocznym docenieniem występu i talentu występujących.
Jak możecie się domyśleć, wcale nie żałowałam tego, iż w zimne przedpołudnie dotarłam do oddalonego trochę drogi ode mnie kościoła, aby przez niecałą godzinę słuchać tych pięknych dźwięków. Jak pisałam, większość moich wcześniejszych sposobów dotarcia na Msze z udziałem orkiestr dętych były bardziej wymagające. Osobiście mam nadzieję, iż tego typu koncerty wejdą do parafialnej tradycji już na stałe. Bo naprawdę, przepięknie one wychodzą.
Ej. Niedawno pisałam o tym, iż chciałabym nauczyć się grać na flecie. Gdybym tak przy łucie szczęścia opanowała tą umiejętność i "wyćwiczyła" moje koślawe palce tak, iż by w miarę posłusznie zatykały poszczególne wyloty to może, może... Ale nie, to będzie kolejne moje niespełnione marzenie. Myślę, iż warto jednak marzyć. Może dzięki temu nauczę się chociaż podstawowej gry na tym instrumencie? Nauczę się. Blisko 25 lat temu nauczyłam się grać "Walc Barbary" dla mojej matematyczki na jakimś dziecięcym akordeonie. Może nie wyszło idealnie, ale było wiadomo o co chodzi. I pani Basia od matematyki (chyba) też była zadowolona.
Idź do oryginalnego materiału