2304. Wigilijnych spotkań wspólnotowych czas

na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com 4 dni temu
Już tak się jakoś utarło, iż styczeń w dużej mierze upływa na różnych wigiliach wspólnotowych. W tym roku teoretycznie mogłabym wziąć udział w czterech (duszpasterstwo + 2 x we wspólnocie "Wiara i Światło" + wigilia grupy pielgrzymkowej "Zielono - czarnej", z którą w zeszłym roku przez 6 dni zmierzałam na Jasną Górę Szlakiem Orlich Gniazd). Finalnie wyszło połowę mniej. O nie, dwóch Wigilii w jednym dniu nie byłam w stanie ogarnąć. Przynajmniej na razie. Ale z czasem, kto wie... No i w przypadku dwóch Wigilii w jednym dniu musiałabym upiec podwójną porcję pierniczków, bo tak jakoś głupio jechać z pustymi rękami. Już jedna porcja dała mi nieźle w kość, jednak po wszystkich pozytywnych recenzjach śmiem twierdzić, iż był to dobry pomysł.
Jak myślicie, kto praktycznie nie spróbował choćby tych wypieków? Lukier cytrynowy, z którym debiutowałam, okazał się strzałem choćby nie w dziesiątkę, ale w dwudziestkę
Pierwszą Wigilię miałam 6 stycznia, w święto Trzech Króli. Tego dnia rywalizowały ze sobą spotkania wigilijne w wadowickich "Rafałkach" oraz Duszpasterstwie Akademickim z Katowic. Wygrało miasto papieskie, chociaż dużo dalej położone i o wiele bardziej problematyczne pod względem dojazdu. A jednak to miejsce mojego dzieciństwa zawsze i wszędzie będzie miało pierwszeństwo. Tym bardziej, iż tego dnia z samego rana jechał pociąg z Częstochowy do Zakopanego, przez moje obecne miasto i przez Wadowice. Czegoż więcej trzeba chcieć od życia?
Do Wadowic dojechałam godzinę przed czasem. Podczas grudniowego spotkania umówiliśmy się, iż zaczynamy od Mszy świętej o godzinie 10:30, następnie żegnamy Orszak Trzech Króli i idziemy do Domu Katolickiego na spotkanie opłatkowe. Te 45 minut (15 pozostawiłam sobie na dojście do rynku) poświęciłam na tworzenie kolejnych anielskich kartek świątecznych. Nie wyszło ich dużo, ale zawsze byłam te 2 do przodu.
Po Mszy świętej uważnie rozglądałam się za pozostałymi członkami wspólnoty, na której spotkaniu byłam zaledwie drugi raz. Jednak to nie ja ich wypatrzyłam, ale oni mnie, i przywołali do swojej grupki. Pożegnawszy orszak udaliśmy się do budynku tuż obok, pamiętającego czasy młodego Karola Wojtyły. To podczas katechezy w tym budynku 16 października 1978 roku mój tata usłyszał, iż papieżem został Polak, i to wywodzący się z tego miasta. A teraz ja, adekwatnie przypadkowo, przemierzam szlaki tej dwójki.
Spotkanie rozpoczęliśmy od przełamania się opłatkiem i złożenia sobie życzeń. Starałam się podejść do każdego i skierować do niego chociaż kilka słów. Nigdy przecież nie wiadomo, w którym z nich może do mnie przyjść Bóg. Może w tym najbardziej irytującym? A może w cichym i niepozornym? Po złożeniu sobie życzeń zasiedliśmy do prześlicznie zastawionego stołu, o co zadbali wolontariusze z jednej z wadowickich podstawówek. Z kolei mamy roznosiły wszystkim krokiety i barszcz czerwony. Było dużo śmiechu i rozmów, ja zaś czułam się tak, jakbym była z nimi od zawsze, a nie od zaledwie dwóch miesięcy.
Po "wieczerzy" zasiedliśmy w kręgu, aby obejrzeć scenkę przedstawiającą Boże Narodzenie. Bardzo wielu z nas wcielało się w rolę świętej rodziny, aniołów, pasterzy i króli. choćby najmłodszy uczestnik spotkania otrzymał rolę małego Jezuska.
Na koniec odmówiliśmy wspólną modlitwę i życzyliśmy sobie dużo szczęścia do następnego spotkania, albo i wcześniej - do prowincjalnego "Święta Światła", które odbędzie się 31 stycznia w Libiążu.
Z kolei drugie spotkanie odbyło się kilka dni później, w sobotę, 10 stycznia w położonym niedaleko mnie Jaworznie. W zasadzie jest to gałąź tego samego ruchu, w której uczestniczyłam we wtorek. Ten sam założyciel, te same cele, ten sam program roczny. Tylko oczywiście osoby uczęszczające na spotkania są inne, różnią się też nazwą oraz miejscem spotkań. Ciekawie tak uczęszczać na spotkania do dwóch różnych grup tej samej inicjatywy. Widzi się podobieństwa w ich funkcjonowaniu, ale i różnice.
Spotkanie w Jaworznie odbyło się w późniejszych godzinach niż to w Wadowicach, bo o 15:00. Kiedy weszłam do salki katechetycznej, stoły już były poustawiane, a wokół nich krzątali się członkowie wspólnoty. Po przywitaniu się z główną koordynatorką udałam się z moimi pierniczkami do kuchni, po drodze witając się z każdym, którego napotkałam. W tle już odbywała się próba jasełek, w których adekwatnie wszyscy brali udział. Mnie przypadła rola pastuszka. Trochę szkoda, iż nie osła, bo to wbrew pozorom bardzo mądre zwierzę. Wcześniej jednak zaniosłam pudełko z wypiekami paniom urzędującym w aneksie kuchennym. Z euforią oraz pokojem wróciłam na salę główną, gdzie namierzyłam grupę pastuszków i pobiegłam do nich. Już z daleka słyszałam, jak Kubiszon tłumaczył, w jaki sposób i jak mamy zagrać. Obecne na spotkaniu mamy znalazły mi odpowiedni strój, dzięki czemu byłam pastuszkiem jak się patrzy.
Jasełka były w dużej mierze improwizowane, ale chyba wszystkim sprawiły nieukrywaną radość. Na koniec stanęliśmy wokół symbolicznego żłóbka i przy akompaniamencie gitary odśpiewaliśmy kilka kolęd.
Atmosfera była przednia, a zrobiło się jeszcze bardziej rodzinnie, kiedy przyszedł czas składania sobie życzeń. Wszyscy staliśmy w kręgu z białymi opłatkami w dłoniach i każdy z nas mówił po jednym życzeniu. Bardzo sympatycznie to wyszło.
Po życzeniach zasiedliśmy do wspólnego stołu. O ile w Wadowicach był barszcz z krokietami, o tyle tutaj mieliśmy kluski z makiem. Do tego ciasta, sałatki, moje pierniki i przepyszną herbatkę zimową z limonką, pomarańczą oraz imbirem. Pyszotka! Podobnie jak w Wadowicach, tak i w Jaworznie nie zabrakło miejsca na wspólne rozmowy, śmiechy i chichy. Jak to w rodzinie, choćby takiej nieformalnej.
Spotkanie zakończyliśmy rundką kolęd - podzielono nas na podzespoły i każdy taki podzespół losował jeden przedmiot, z którym musiał skojarzyć i zaśpiewać jakąś kolędę. Nam przypadła gwiazda betlejemska. Od razu przyszła mi na myśl pastorałka "Prowadź gwiazdo betlejemska, co świecisz na Wschodzie", wiedziałam jednak, iż raczej nikt jej nie będzie znał. Finalnie zdecydowaliśmy się na "O gwiazdo betlejemska zaświeć na niebie mym". I też jakoś poszło. Była gitara, był akordeon. Mam ciche marzenie nauczyć się grać na najprostszym flecie chociażby w podstawowym zakresie. Pamiętam, iż w szkole na muzyce grałam na cymbałkach, bo były proste. Ale taki flet, może też dałabym radę. Chociaż z moimi dłońmi może być ciężko. Na razie to jednak dalekosiężne plany, zobaczymy co z nich wyjdzie. Bo może nic nie wyjść.
Po spotkaniu pomogłam w sprzątaniu ze stołów, żeby było szybciej. Wiele to nie porobiłam, ale zawsze mogłam chociaż dekorację zdjąć. Do domu podwieźli mnie kierownicy naszej ekipy. I tak jechali w moim kierunku, a ja nie musiałam jechać z przesiadkami. Ale i tak już nie miałam siły jechać na spotkanie opłatkowe grupy pielgrzymkowej do Będzina. No trudno, coś za coś. Może za rok bardziej zgrają mi się terminy.
Wiecie co, to były naprawdę wspaniałe dwa spotkania, które jeszcze bardziej uświadomiły mi, iż nie można nikogo marginesować ze względu na jego niepełnosprawność, zwłaszcza intelektualną. Bo takie osoby w większości tworzą wspólnotę. Wiecie, oni nie kalkulują, nie analizują, nie patrzą rozumem, ale sercem. Są prości i bezpośredni w swoim życiu, a przez to - piękni, nieraz pomimo zewnętrznej brzydoty. Bo każdy jest piękny pięknem Boga. Tylko nie każdy dostrzega to piękno. Wierzę, iż z nimi będę kroczyć po najpiękniejszej, chociaż trudnej drodze, jaką mogłam sobie wymarzyć.
Idź do oryginalnego materiału