Wracając z Wigilii wspólnotowej w Wadowicach postanowiłam na chwilę zahaczyć o położoną zaledwie kilkanaście kilometrów dalej Kalwarię Zebrzydowską. Nie było z tym najmniejszego problemu, ponieważ leży ona na trasie kursu busu relacji Wadowice - Kraków.
Kalwaria Zebrzydowska jest jednym z tych miejsc, które bez wątpienia ukształtowały nie tylko moją religijność, ale i osobowość. Kto chociaż raz przemierzał kalwaryjskie Dróżki Pana Jezusa albo Dróżki Matki Bożej, ten wie, jak bardzo forsująca bywa ta droga. Bo sanktuarium kalwaryjne to nie tylko Droga Krzyżowa, ale też dwie trasy, w większości przecinają się swoimi stacjami. Podczas sierpniowych odpustów, już jako kilkuletni brzdąc, przemierzałam je w te i we w te. Taka tradycja przenoszona z pokolenia na pokolenie.
Tym razem nie było czasu, ani warunków, na przemierzanie dłuższych odległości. Byłam uzależniona od busu, poza tym było zimno i ślisko, a ja nie chciałam ani się przeziębić, ani przewrócić i potłuc, a może i połamać. Na pewno nie teraz. Dlatego jedynie przeszłam trasę Drogi Krzyżowej, a to i nie całą, bo podarowałam sobie Kaplicę Trzeciego Upadku (kto chociaż raz tamtędy szedł, ten prawdopodobnie kojarzy ogromne podejście, które tam prowadzi). Ale i tak było pięknie i uroczo, przynajmniej w mojej ocenie.




No dobra, wyjątek zrobiłam dla tzw. Kaplicy Aniołów Stróżów, znajdującej się nieco na uboczu i pod górkę. Uwierzyłam w to, iż skoro patronuję jej Aniołowie Stróże, to mój Anioł Stróż na pewno dopomoże mi w pokonaniu tej drogi. Sama kaplica okazała się zamknięta na cztery spusty, nie przeszkodziło mi to jednak w zmówieniu modlitwy do mojego niebiańskiego opiekuna.

Na koniec jeszcze pobiegłam do sanktuarium zobaczyć imponującą, ruchomą szopkę bożonarodzeniową. Co tu dużo pisać - jest piękna. I można ją zwiedzać aż do 14 lutego. Zachęcam, bo naprawdę warto. Tym bardziej, iż nie udało mi się sfotografować jej tak dobrze, iż można by było pokazać ją na blogu.







