2286. Żółtym szlakiem na Błatnię (917 m. n. p. m.)

na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com 3 dni temu
Kilka dni przed obroną oraz szkolnym koncertem kolęd i pastorałek postanowiłam się zresetować i udałam się w góry. Wiecie, chciałam "przewietrzyć mózg" oraz na chwilę skierować moje myśli na inne tory niż na to, co niedługo miało nastąpić. Już dzień wcześniej włóczyłam się po całym świecie jadąc do Wadowic na spotkanie tamtejszej wspólnoty "Wiara i Światło". Patrząc na przesuwające się za oknem pociągu górskie krajobrazy pomyślałam sobie, iż miło by było wyskoczyć na jeden dzień tak zupełnie w góry, choćby na kilka godzin. W czerwcu byłam na takim wyjeździe ze znajomymi też zaledwie kilka dni przed obroną tytułu magistra z "Nauk o rodzinie" oraz zakończeniem roku szkolnego i bardziej mi to pomogło niż zaszkodziło. Tym razem też wiedziałam, iż adekwatnie co mam umieć, to umiem (chociaż w plecaku miałam wydrukowane tezy egzaminacyjne, które powtórzyłam w pociągu), jedyne co ryzykuję to połamanie się, ale to musiałabym mieć kompletnego pecha.
Ponieważ w tygodniu trudno jest mi się gdzieś wybrać, pozostaje mi sobota i niedziela. Tak to już jest, kiedy to człowiek uzależniony jest od środka transportu zbiorowego, a nie na odwrót. Plus jest taki, iż mieszkam w takiej części Polski, iż wsiadam w pociąg KŚ i po niecałej godzinie jestem w takiej Bielsku - Białej. Drogą eliminacji wyszło mi, iż najkorzystniej będzie jechać w niedzielę. Zostało jeszcze wybranie szczytu i szlaku. A iż od dawna marzyłam o położonej w Beskidzie Śląskim Błatnię, postanowiłam, iż to właśnie ona będzie moim celem. Prowadzi na nią m.in. żółty szlak, który zdaniem znawców jest najłatwiejszy i najprzyjemniejszy.
Wczesnym rankiem pojechałam pociągiem, który zatrzymywał się m.in. we wspomnianej Bielsku - Białej. Chociaż podróż trwała kilka ponad godzinę (miał małe opóźnienie po drodze), ja postanowiłam nie siedzieć bezczynnie i poświęciłam ten czas dosyć miłej i ciekawej lekturze. To tak jeszcze na kanwie akademickich rorat z apostołami w tle.
Po opuszczeniu pociągu udałam się na mieszczący się nieopodal dworzec autobusowy, aby dostać się do Jaworza, jednej z miejscowości (a może dzielnicy), gdzie zaczyna się żółty szlak. Tutaj trochę zawaliłam sprawę, gdyż po drodze odkryłam, iż autobus podjeżdża dużo wyżej, skracając drogę o ok. godzinę. Na przyszłość będę wiedziała.
Moja pomoc w drodze :)
Tymczasem ja bardzo gwałtownie trafiłam na obraną sobie trasę.
Po drodze minęłam taką oto ławeczkę z Wiesławem Dymnym, mężem Anny Dymnej, który tutaj spędził swoją młodość.
Idąc konsekwentnie do przodu docieramy do końca miejscowości. Przede mną pojawiły się takie oto piękne widoki.
Ten płotek zwrócił moją uwagę i obudził wspomnienia z dzieciństwa. U mojej babci w górach były podobne.
Po około godzinie marszu docieramy do Jaworza Górnego, gdzie znajduje się przestronny parking, a przed nim ostatni przystanek autobusowy, o którym wtedy nie wiedziałam. Warto jednak mieć to na uwadze. Za parkingiem znajduje się wejście na podejście prowadzące nas na sam szczyt.
Ujęła mnie ta strzałka na drzewie...
Większość trasy jest raczej płaska, więc dla osoby z moimi problemami jak znalazł. A pokrycie drogi śniegiem okazało się problematyczne dopiero przy zejściu.
Widoki po drodze.
Czasami pniaki służyły jako stolik na rozgrzewającą herbatę.
A czasami jako statyw na zdjęcie.
Przy takich zdjęciach czuje się siłę żywiołu...
Góry prześwitujące przez drzewa.
Konsekwentnie, żółty szlak.
Coraz wyżej i wyżej :)
Pierwszy konkret od dłuższego czasu.
A więc idę zgodnie z drogowskazem.
W pewnym momencie szlak żółty łączy się z szlakiem niebieskim.
Zasypana chatka. Widać, iż zimą nikt w niej nie mieszka. Ale latem, czemu nie.
Góra za górą - czyli widok, który lubię najbardziej.
W końcu, po 3,5 godzinie marszu, moim oczom ukazało się wyczekiwane schronisko.
Szczerze powiedziawszy w którymś momencie miałam dosyć wędrówki. Szłam, szłam, szłam i szłam, a końca za nic nie było widać. Nowe siły we mnie wstąpiły dopiero w momencie, kiedy zobaczyłam tabliczkę widoczną kilka zdjęć wcześniej. I jakoś doszłam do celu, choć siły z każdym krokiem były coraz mniejsze. Na szczęście w schronisku można było zjeść obiad i nabrać sił.
Przy okazji przeanalizowałam przebytą dotychczas trasę na mojej mapie.
Po krótkim odpoczynku i nabraniu sił przyszedł czas na wyruszenie w drogę powrotną. Chociaż nie, wcześniej jeszcze przyszła pora na pamiątkowe zdjęcie ze szczytu.
I można było powoli wracać w dół, zważając, iż powoli dochodziła godzina 14:00, a za bardzo nie wiedziałam ile czasu zajmie mi droga powrotna. Mimo woli nie mogłam się nie zatrzymać dla takich widoków.
Około godziny 15:00 wyciągnęłam z kieszeni mój różaniec, aby zmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia.
W drodze na szczyt z kolei zmówiłam różaniec święty, również w intencji tych, którzy stracili życie w górach.
Mimo wszystko w dalszym ciągu musiałam podążać w dół góry tak, aby zdążyć przed zmrokiem zejść do Jaworza na opatrzony przystanek autobusowy.
Cały czas trzymając się szlaku.
Jak wspominałam, droga powrotna dużo bardziej obfitowała w moje upadki, niż ta prowadząca w górę. Raz, z całą pewnością miało na to wpływ moje zmęczenie. Dwa, poranny śnieg zaczął to topnieć, to zmarzać na nowo, tworząc delikatną taflę lodu. Dla kogoś, kto ma problemy z utrzymaniem równowagi jest to nie lada wyzwanie. Na szczęście nic mi się takiego nie stało, co najwyżej nabiłam sobie kilka siniaków. Każdemu może się to zdarzyć. Za kilka dni nie będzie po nich śladu.
Ku mojemu zaskoczeniu, droga powrotna minęła mi dużo szybciej, niż ta na szczyt. Podejrzewam, iż prowadzi ona całkiem inną trasą, ponieważ nie minęłam kilku obiektów (drzew, pni, kamieni), na które zwróciłam uwagę w pierwszej z nich. Dzięki temu już po 16:00, po dwóch godzinach marszu, byłam już we wsi. Potem jeszcze przez kilka minut szłam na przystanek i mogłam spokojnie czekać kolejnych kilka minut, aż podjedzie autobus, który dowiózł mnie do miasta. Tam przebrałam się w czyste i suche ubrania i wróciłam pociągiem do Kato.
Do domu wróciłam zmęczona, ale szczęśliwa. Zdobyłam kolejny szczyt w moim życiu. Może nie za wysoki, nie za bardzo spektakularny, ale... Dla jednych wyczynem będzie wejście na himalajskie szczyty, a dla innych zdobycie podrzędnych rodzimych gór. Każdy zdobywa swój Everest na miarę swoich możliwości.
Idź do oryginalnego materiału