Może nie w 100% noworoczny, bo odbyłam go na drugi dzień po rozpoczęciu nowego, 2026 roku. Ponieważ wtedy wypadał Pierwszy Piątek Miesiąca, pojechałam się wyspowiadać. Po południu, bo rano nie dałam rady wstać o tej 4:30, aby zdążyć na 7:00 na Mszę. W pracach jeszcze miałam ustawowo wolne, nie musiałam więc specjalnie nigdzie się spieszyć. No prawie, bo wiadomo, iż jak nie zdążę na konkretny autobus, to może posypać mi się cały dzień.
Tak sobie rano pomyślałam, iż może warto by było pojechać do Księdza-administratora na tyle wcześnie, aby trochę pochodzić po okolicy. Miejscowość, do której go skierowano jest miejsko - wiejska. Owszem, on sam ma kościół i plebanię adekwatnie w centrum miasta, ale już za rogiem rozciągają się pola i łąki, które od wiosny do jesieni mienią się wszystkimi kolorami słońca. Teraz oczywiście więcej jest na nich śniegu, przez który prześwituje czarna ziemia, albo pod naporem którego uginają się ostatnie ostałe rośliny, ale to przecież nie przeszkadza w podziwianiu piękna otaczającego nas świata.
Do S-rza pojechałam wcześniejszym autobusem, niż zazwyczaj. Przezornie wzięłam ze sobą moją cyfrówkę, aby pouwieczniać to, co zobaczą moje oczy - widoki, którymi się będę cieszyć. Dodatkowo wysiadłam kilka przystanków wcześniej. Jeszcze w drodze zdecydowałam, iż lepiej będzie, jak przejdę tą trasę zdążając do kościoła, niż gdy wysiądę pod nim i będę się cofać, aby potem i tak do niego wrócić.
Opuściłam ciepłe wnętrze autobusu dosłownie w szczerym polu. Zawsze zastanawiałam się, po co ktoś postawił tam przystanek. Teraz już wiem - dla takich szaleńców jak ja. No dobrze - odwrotu nie było, musiałam iść naprzód, żeby nie zostać na przysłowiowym lodzie, chociaż tutaj bardziej pasowałoby określenie, iż śniegu.
Hmm... interesujące dokąd prowadzą te ślady...
Odpowiedź jest banalnie prosta - na pola otaczające miejscowość. interesujące co na nich rośnie...
Ale na tych bezkresnych polach świat się nie kończy i po nacieszeniu się tym widokiem, a także zważając na to, iż lada chwila mógł spaść śnieg, postanowiłam ruszyć w dalszą wędrówkę wzdłuż jezdni. Po drodze minęłam m.in. taki oto krzyż.
Niepozorny, ale bardzo piękny od wewnątrz kościółek św. Katarzyny i św. Walentego oznajmił, iż zostało dosłownie kilkaset metrów do głównego kościoła farnego.
To był bardzo przyjemny spacer. Można powiedzieć, iż weszłam nim na dobre w nowy rok. Trasa, jaką pokonałam liczyła ok. 3 kilometrów, więc nie była jakoś specjalnie wymagająca czy też forsująca. Pozwoliła mi za to lepiej poznać okolicę, która nie znajduje się jakoś specjalnie daleko od miejscowości, w której mieszkam, a zachwyca swoim pięknem. Mam nadzieję, iż w obecnym, 2026 roku nie zabraknie mi czasu i chęci na podobne wyprawy.






