Ja wcale nie cierpię,
choć widzisz we mnie poskręcaną pokrakę,
co idzie krzywo po prostej ścieżce.
Widzisz krzywe dłonie - czy podasz mi rękę?
Słyszysz bełkotliwą mowę - czy zamienisz słowo?
Myślisz - pijana, głupia, niemądra.
A jaką miarą zmierzyć czyjąś mądrość?
Testem - i owszem, ale to nie wszystko.
Bo głupi rozumem gdzie indziej jest mądry.
A mądrości serca nikt nie oszacuje.
Ja wcale nie cierpię, chociaż mnie Bóg stworzył,
słabszą, gorszą i niedoskonałą.
Ale może po to mnie taką uczynił,
by inni widzieli, jak wiele im się dostało.
Wielokrotnie w moim życiu spotkałam się z opinią, czy też stwierdzeniem, iż w moim życiu i z moimi schorzeniami (mam ich trochę, a nie wiem, iż nie dojdą kolejne), to ja się muszę nieźle nacierpieć. Ergo, dzięki temu cierpieniu to ja na pewno trafię do nieba bez czyśćca. Czasami nie wiem, czy mam się z tego drugiego śmiać, czy płakać. Bo ja tego tak nie odbieram.
Niepełnosprawność nie jest dla mnie powodem do cierpienia. Owszem, utrudnia mi ono życie, wiem, jak wiele rzeczy robię wolniej niż ci, którzy nie mają mózgowego porażenia dziecięcego. Taka uroda tego schorzenia - wiele rzeczy da się wypracować i zminimalizować, ale nic nie jest w stanie na tyle zregenerować mojego mózgu, by był on na tyle wydajny, jak mózg osoby bez owej przypadłości. Ze wszystkim da się jednak żyć, choćby z faktem bycia wolniejszym i z mniej wyrazistą mową. Jednak w mojej niepełnosprawności nie skupiam się na tym, co mi ona zabrała, a bardziej na to, co mogę robić mimo niej. Wydaje mi się, iż mogę wiele, choćby bardzo wiele. Więc zamiast skupiać się na cierpieniu z powodu niepełnosprawności, wolę jak najwięcej czerpać z życia. I udowadniać, iż dziecięce porażenie mózgowe nie musi być równoznaczne z cierpieniem. Bardziej cierpię z powodu odrzucenia i niezrozumienia. Oraz z bardziej prozaicznych rzeczy, jak ból głowy, brzucha czy też urazów kończyn.
W związku z tym uważam, iż niepełnosprawność, a przynajmniej ta moja, nie jest wystarczającą przyczyną, abym miała jakieś fory nie tylko w życiu, ale i po nim. Zamiast zwalnianie mnie z czegoś, wolę poszukać odpowiedniej dla moich ograniczeń formy wykonania danego zadania. Czasami przychodzi mi to łatwiej, czasami trudniej, ale jakoś nie lubię iść na łatwiznę. Nie o to przecież w życiu chodzi. A na pewno nie w moim. I myślę, iż tak samo jest ze zbawieniem. Wolę zasłużyć na nie czynami, niż sądzić, iż przyjdzie mi ono tylko za pośrednictwem mojej niepełnosprawności. Tylko w czym ta niepełnosprawność jest lepsza od bycia sprawnym? Zresztą ja zrobiłam już tyle złych rzeczy w życiu, iż z tym dostaniem się do nieba bez czyśćca będzie trudniej.







