2287. Może jednak dobro potrafi wracać?

na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com 3 dni temu
8 grudnia jest szczególnym dniem w społeczeństwie salezjańskim. Jest to bowiem rocznica powstania pierwszego Oratorium, ustanowionego jeszcze przez samego księdza Jana Bosko. Dlatego zalecane jest podwójne świętowanie - przypadającego tego dnia Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny oraz owej rocznicy założenia Domu Salezjańskiego. I tak też było przez lata w mojej parafii. Niestety, gdzieś ta tradycja zniknęła. Ale z drugiej strony, kto ją miałby kontynuować, skoro proboszcz rozwiązał Oratorium, a animatorów rozgonił na cztery wiatry?
Mimo moich wewnętrznych oporów postanowiłam iść wtedy na roraty do mojej rodzimej parafii. Tego samego dnia byłam wolontariuszem na Śląskim Festiwalu Nauki, z którego wróciłam za późno, aby podjechać na roraty do S-rz. Spodziewając się takiego obrotu sprawy, dzień wcześniej zawiozłam księdzu ciastka przygotowane dla najmłodszych uczestników nabożeństw. Na pojechanie do salezjanów w S-cu też było za późno. Mogłabym sobie odpuścić, ale jakoś nie chciałam. W końcu się przemogłam i udałam do mojej parafii. Przed wyjściem wzięłam jeszcze jednego z lwów z zimnej porcelany, które zrobiłam również dla dzieci. Kilka dni wcześniej pani prowadząca parafialną scholę miała imieniny. Pomyślałam sobie, iż może miło by jej było, gdyby otrzymała taki podarunek z tej okazji.
Dalej jest mi przykro, iż w żaden sposób nie zareagowała na to, co dwa lata temu zrobił proboszcz. Ale to nie znaczy, iż mam do niej jeszcze jakieś pretensje. Podobno po moim odejściu ze scholi cały system zaczął się sypać - co zresztą zobaczyłam na wieczornym nabożeństwie. Jak daleko sięgam pamięcią, tak zawsze schola (ewentualnie młodzieżowy zespół muzyczny) obstawiał tą Mszę świętą. A tutaj nic, ani jednej osoby ze scholi, co było już dla mnie upadkiem obyczajów. Pani Dyrygent też nie było. A lew w mojej kieszeni podskakiwał i czekał na zmianę właściciela.
I nagle na horyzoncie pojawił się organista. Zawsze uśmiechnięty, zawsze pozytywnie nastawiony do innych. W pewnym momencie pozwolił mi choćby na zmienianie slajdów z tekstami pieśni na ekranie. Teraz też z automatu pomachał mi na powitanie. Już wiedziałam do kogo trafi figurka. Cierpliwie czekałam na koniec Mszy, po której po prostu do niego podeszłam i wyciągnęłam w jego stronę trzęsącą się dłoń z białym lwem. Pan organista był zaskoczony, ale podziękował za niepozorny podarunek tłumacząc, iż on nic dla mnie nie ma. Uspokoiłam go, iż to nie ważne. Wystarczy mi jego uśmiech.
Minął tydzień. Postanowiłam iść do mojej parafii na ostatni dzień rekolekcji adwentowych. Automatycznie poszłam na chór. Nie wiem dlaczego, ale tam się czuję najpewniej. Organista przyszedł tuż przed rozpoczęciem Mszy. Założę się, iż w pierwszej chwili mnie nie dostrzegł. Ale to nie oznacza, iż byłam dla niego całkowicie przeźroczysta. Ku mojemu zdziwieniu, podczas kazania podszedł do mnie. Na początku myślałam, iż chce się ze mną przywitać. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, iż ma coś dla mnie - opakowanie "Merci". Za tego niepozornego lwa, którego otrzymał adekwatnie przez przypadek. Teraz to mnie było głupio, iż naraziłam go na wydatek. A jednocześnie pomyślałam sobie, może dosyć egoistycznie, iż może jednak dobro potrafi do nas wrócić w nieoczekiwanej formie. W momencie, kiedy już prawie zwątpiłam w sens bycia dobrym, znalazł się ktoś, kto zupełnie nieoczekiwanie mi go przywrócił. I za to jestem mu wdzięczna.
Idź do oryginalnego materiału