Wady serca i zalety na Olimpie cz. 8

przegladdziennikarski.pl 1 dzień temu

Rapsodia

Kiedy profesorowie uniwersytetów, instytutów czy klinik kończą kadencje na stanowiskach kierowników, nie marnuje się ich doświadczenie, zostają konsultantami. I jest to praktykowane również w Instytucie. Podobnie było z profesor Sadowską. Przechodziła do następnego etapu życia z poczuciem spełnionego obowiązku. Wypromowała trzech docentów: Piotra Hoffmana, Mirka Kowalskiego i Rafała Baranowskiego. Jakość była dla niej zawsze ważniejsza niż ilość. Wiedza Piotra w zakresie wad wrodzonych serca, tej najtrudniejszej dziedziny kardiologii jest niepodważalna, doświadczenie na poziomie światowym. Rafał doskonale porusza się w holterowskiej dżungli zaburzeń rytmu. kooperacja z kardiochirurgami przez cały czas układała się dobrze. Wierzyła w habilitację Ani Klisiewicz, pimo voto Pączek (i nie zawiodła się), chyba od momentu, kiedy Ania rozpoznała ubytek przegrody międzykomorowej typu lewa komora – prawy przedsionek. Przedstawiła to badanie pani profesor i natychmiast padło pytanie:

– Czy ten pacjent nie nazywa się przypadkiem XY ?

Owszem, tak się nazywał. Pamiętała tę rzadką wadę, rozpoznała ją przed laty z pomocą echa jednowymiarowego! M-mode! w którym wiązka ultradźwięków odwzorowuje przekrój poprzeczny serca, w różnych płaszczyznach. Ania miała do dyspozycji echo dwuwymiarowe i bramkę dopplerowską, którą umiejętnie ustawiając w nietypowym miejscu, zarejestrowała przeciek. Dopiero potem mieliśmy do dyspozycji kolorowego dopplera, który pozwala na bezpośrednie uwidocznienie przecieku, a falą pulsacyjną czy ciągłą jedynie potwierdza się anomalię.

Pacjent z tą rzadką wadą szczęśliwie przeżył kilkanaście lat. Czas działał na jego korzyść. Doczekał chwili umożliwiającej naprawę wrodzonego defektu.

Na jednym z sympozjów w Rotterdamie Ania wygłosiła referat z długim wstępem z pamięci (większość prelegentów kurczowo trzyma się slajdów by uniknąć napadu amnezji). Kiedy skończyła, szefowa mruknęła z satysfakcją: „bardzo dobrze”.

Lista wypromowanych doktorów jest długa: Agata Dzierżko (wyjechała do Stanów), Ela Borowiecka, Kasia wówczas jeszcze Włodarska (powróciła wróciła do nazwiska rodowego Biernacka), Ania Klisiewicz, Włodek Szaroszyk, Ewa Michalak, Ewa Łastowiecka, Marek Konka, Piotrek Michałek, Mirek Kowalski, Marek Banaszewski, Stasio Rubkiewicz, Rafał Baranowski i Michał Kurowski ze Szczecina. Piotr, Rafał, Mirek, Ania i Kasia odbiorą tytuły profesorskie w pałacu prezydenckim.

Profesor Sadowska szczególnym uznaniem darzyła kardiochirurgów. Niezliczoną ilość by pasów, sztucznych zastawek i graftów aortalnych implantowali Andrzej Biedermann, Wojtek Dyk, Piotr Hendzel. Zbyszek Juraszyński chętnie podejmował się by pasów u chorych z najwyższym czynnikiem ryzyka ze zdumiewająco dobrym efektem. Marek Szufladowicz jako jedyny spośród kolegów w czasie wspólnych posiedzeń, analizował techniki chirurgiczne, które w danej wadzie można zastosować, omawiał co za, co przeciw, analizował możliwości powikłań. Inni patrzyli na dowody echokardiograficzne, koronarograficzne w milczeniu, w dyskusji byli oszczędni.

Kiedy w głębokiej nocy przywożono z odległego ośrodka chorego z zawałem, w cięższym stanie niż należało się spodziewać, pierwszym etapem działań było badanie echokardiograficzne. Od tego zależało wszystko, co potem. Kiedy obraz pokazywał w obszarze akinetycznego mięśnia dziurę, los chorego zależał od kardiochirurgów. Zaalarmowani dramatycznym rozpoznaniem, przybiegali do Pracowni Echo zobaczyć z czym mają do czynienia. Dzięki wspaniałemu obrazowaniu oko, choćby niezbyt wyszkolone, rozpoznawało relacje przestrzenne, wyrwę w ścianie lewej komory i sączącą się krew do otorbionej skrzepami jamy. Jasne dlaczego serce, z którego krew ucieka, jeszcze bije, bo działa armia płytek krwi, oklejająca dziurę. Ten widok u Wojtka Dyka i Zbyszka Juraszyńskiego działał jak reanimacyjne rąbnięcie w klatkę piersiową w asystolii, zmęczenie pierzchało, ściszone głosy powracały do pierwotnego, tubalnego brzmienia, prędkość rwących potoków krwi w żyłach osiągała zwykły stan. Piotrek Hendzel rozprawę z rozwarstwieniem ściany aorty też rozpoczynał od wnikliwego oglądania echa serca, co w tym przypadku, choćby dla wyszkolonego oka, nie zawsze jest oczywiste. I natychmiast strzelał konkretnymi pytaniami: w jakim odcinku aorty jest rozwarstwienie, gdzie są wrota rozwarstwienia, jak daleko rozdarcie ściany sięga.

Trudno sobie wyobrazić jak ten niewielki zespół profesora Śliwińskiego zdołał funkcjonować 24 godziny na dobę.

Wielu lekarzy w jakimś okresie czy to studenckim, czy na początku kariery marzy o chirurgii. Asystowanie do zabiegu i choćby tylko trzymanie poszerzających pole operacyjne haków, bezpośredni widok narządów wewnętrznych, ta podniosła cisza, przerywana nazwami narzędzi, podawanymi przez instrumentariuszkę, szum respiratorów, uzmysławiają uczestnictwo w wielkiej grze o życie. Ale kiedy po paru minutach trwania w pozycji stojącej, krople potu wsiąkają w czepek i maskę, ciekną wzdłuż kręgosłupa, kiedy zaczyna się robić słabo i jedynie silna wola i głębokie wdechy zapobiegają omdleniu, dociera do świadomości, iż kandydaci do tej specjalności muszą sprostać szczególnym warunkom, niezależnym od woli, iż konieczna jest kondycja fizyczna himalaisty, precyzja manualna zegarmistrza, spostrzegawczość sokoła, wytrzymałość obciążeń psychicznych kontrolera lotów.

Profesor Sadowska dobrze to rozumiała. W jej odczuciu korekcje wad wrodzonych serca, dokonanych w sposób mistrzowski przez Jacka Różańskiego, należało traktować w sposób równoznaczny z publikacjami o najwyższych impact faktorach. Odważnie podejmowała te problemy na radach naukowych. Była zwolenniczką symetrii załamanej.

Kiedy odeszła ze stanowiska kierownika Kliniki Szybkiej Diagnostyki i Zakładu Diagnostyki Nieinwazyjnej wiele się zmieniło. Stopniała liczba interesantów. Konsultacje i cenne rady nie były już aż tak potrzebne. Asystent, którego wysłała na zagraniczny staż, po powrocie przyszedł podzielić się wrażeniami po kilku dniach.

Zaproponowano jej, zgodnie ze zwyczajem, pół etatu.

– Mogę się zgodzić – odparła – pod warunkiem ustalenia obowiązków.

Przygotowała listę czynności, które wykonywała poza kierownictwem Kliniki Szybkiej Diagnostyki i Zakładu Diagnostyki Nieinwazyjnej: vice przewodnictwo komisji etycznej, prowadzenie posiedzeń hemodynamicznych i z kardiochirurgami, przygotowanie i prowadzenie dziewięciu planowanych kursów dla lekarzy, dwóch sesji egzaminacyjnych, udział w komisjach naukowych…

To wszystko wykraczało poza pół etatu.

Odchodząc definitywnie, spakowała swoje książki, a wraz z nimi tylko nieliczne prace doktorskie i habilitacyjne. Pozostałe z dedykacjami pełnymi pochlebstw poleciła oddać na makulaturę.

Wreszcie miała czas by pomieszkać w domu. Całe życie ciężko pracowała na stworzenie gniazda z prawdziwego zdarzenia. Urządziła je w wysmakowany sposób, zarazem przytulnie, z dużą ilością zieleni i pięknymi obrazami na ścianach. Z mieszkania przy Etiudy przywiozła jedynie solidnie zrobione regały na książki, nie mogła się z nimi rozstać.

W tej czystości i jasnej przestrzeni lśnił miedziany okap nad elektryczną kuchnią, ale dostosowany kolorem ręcznik frote pokrywał ceramiczną płytę „żeby się nie porysowała”. W końcu woda na herbatę gotuje się w elektrycznym czajniku.

Wiszący ogród własnoręcznie rozmnożonych trzykrotek i kalatei, oddzielał kuchenne laboratorium od kąta jadalnego. Tu było jej ulubione miejsce do czytania gazet przy stole, na którym zwykle stał wazon z świeżymi kwiatami. Na parapecie okna nieustannie kwitły sępolie. W salonie do odpoczynku zapraszały obszerne, wygodne fotele. Wnękę z dwoma oknami, w której początkowo planowała jadalnię, zajmował całoroczny, tropikalny ogród. Ażurowe schody wiodły do sypialni i biblioteki.

Wreszcie zaczęła wieźć dość regularny tryb życia, może choćby czasem zjadła jakiś obiad. Utrzymywała zgrabną sylwetkę, kondycję, a choćby za namową Jacka rzuciła palenie! Dobrze się czuła w swoim słonecznym apartamencie, podobnie jak jej kwiaty, które rozrastały się w zdumiewający sposób.

Jedynym miejscem, gdzie czuła się równie dobrze, a może choćby odrobinę lepiej, był samochód. Lubiła szybką jazdę ale bez niepotrzebnej brawury. Przed laty uczyła Jacka tej sztuki, zadziwiając go zdolnością przewidywania. Zwróciła uwagę na źle zaparkowany samochód na poboczu. Uważaj na niego – ostrzegła w ostatniej chwili. Auto ruszyło. Jacek zdążył zahamować.

– Skąd wiedziałaś? – nie mógł się nadziwić

– Jak głupio stanął to i pewnie głupio jeździ – brzmiała odpowiedź. Zapamiętał na całe życie.

Pilnie śledziła ważne wydarzenia w kraju i jak zawsze, zżymała się na ludzką głupotę, (która według Einsteina jest równie nieograniczona jak wszechświat). Chętnie przeglądała kolejne habilitacje, wychwytując niezauważalne przez autorów potknięcia, służyła cennymi radami. Cierpliwie wysłuchiwała opowieści o werdyktach Rady Naukowej Instytutu, stawiającej coraz wyższe progi dla przewodów habilitacyjnych. Adiunkci nie mieli zbyt wielu obrońców. Nadal, jak co roku w marcu, jeździła do ukochanej Bukowiny Tatrzańskiej i dziwiła się jak gwałtownie minął czas od pamiętnej kąpieli w Smreczyńskim Stawie, kiedy jak można przypuszczać, kochała się w niej połowa kolegów z kursu. Swoje odbicie oglądała teraz w łazienkowym, przydymionym lustrze. Za nic nie przyznała by, iż najpiękniejsze lata minęły, o ile za najpiękniejsze uznać okres pokonywania niezliczonych trudności. Niektóre z ponad trzystu publikacji i kilku monografii wymagały wyjątkowego samozaparcia, wyrobienia odruchu ignorowania bezzasadnej zawziętości, decyzyjnego bezwładu czy chronicznego braku empatii. Tego rodzaju afronty odczuwała wyjątkowo dotkliwie, ponieważ żmudne docieranie do kompetencji, erudycji należały do jej osobistych skarbów, których zazdrośnie strzegła i żaden prymityw, choćby jak się starał, anulować nie mógł, ale dopóki mógł, dręczył. Można przypuszczać, iż najmniej kłopotliwe były liczne rozdziały w podręcznikach Chorób Wewnętrznych czy Interny, kiedy proszono ją o opracowanie niektórych rozdziałów, jako eksperta, a po oddaniu tekstu, już nic ją nie obchodziło [54].

Najwyżej ceniła myślenie logiczne, nie wierzyła w rzeczywistość, której nie można dotknąć, zobaczyć, obliczyć, jednak wiele najważniejszych w życiu decyzji, podejmowała wyłącznie pod wpływem niewytłumaczalnej intuicji.

Cieszył ją fakt, iż zieloną herbatę można zaparzać kilkakrotnie, szkoda czasu w prozaiczną czynność mycia fajansowej filiżanki. Miała zbyt dużo zainteresowań. I niezmiennie niektóre osoby lubiła, inne mniej. Niektórym pozwalała na odwiedziny. Te rzadkie spotkania w ich odczuciu były świętem.

W bardzo trudnym okresie choroby męża jedyną ostoją był syn. Nie istniały żadne przeszkody ograniczające jego czas i wysiłek poświęcony obojgu Rodzicom.

Lato 2019 było potwornie upalne. Z powodu remontu elewacji domu, okna zamknięte. W tej sytuacji lody smakowały szczególnie. Po raz pierwszy od wielu lat znów pojawiły się wspomnienia i po raz pierwszy od pamiętnego listu, zapytałam czy jednak nie warto wrócić do tego tekstu, może coś poprawić, coś wykreślić, dodać. Po raz pierwszy nie zaprzeczyła. Długo czekałam na tę chwilę, bo jednak miałam jakąś nadzieję. Umówiłyśmy się na spotkanie, kiedy miną upały.

Miałam świadomość głębokich luk w pierwotnej wersji. Sztukę ukrycia bolesnych tajemnic swego życia opanowała do perfekcji, choćby w okresie kiedy czuła w każdej komórce ciała zbliżającą się miłość. Być może nie była pewna czy jest gotowa zapanować nad sytuacją, czy nie poczuje się spłoszona jak ranny ptak, któremu próbuje się opatrzyć ranę. W takiej sytuacji była gotowa zamienić serce w kamień.

Pojawił się Zygmunt, wraz z nim miłość. Był zbyt taktowny, zbyt delikatny, nie naciskał, nie domagał się odkrywania przeszłości. Związek przypieczętowało dziecko i trudne warunki bytowe, potem naukowa pasja. Lepiej sobie radziła z czułością, nieporadnie okazywaną przez dorosłego już Jacka. Matka Zygmunta oswajała jej zamknięcie przed światem, nazywając Ją Wandeczką. Nikt przedtem ani potem tak do Niej się nie zwracał.

W czasie pożegnania wręczyła mi upominek, przedmiot osobisty. Poczułam się zaskoczona, zaszczycona, ale choćby przez myśl mi nie przeszło, iż widzimy się ostatni raz, iż ten niespodziewany gest jest aktem pożegnalnym.

20 lipca 2019 roku bez zwiastunów dotarła nad Styks. Osiem i pół godziny trwały próby zatrzymania łodzi Charona. Na nic. Wspomaganie oddechu, pobudzanie czynności serca, nerek, przywracanie równowagi płynów elektrolitowych, infuzje leków, wszystko na nic.

Lęk zatrzaśnięty wraz z przeszłością. Absolutny spokój. W elektrokardiogramie żadnego szaleństwa, żadnych podejrzanych szpikulców, żadnych zębów piły, chaosu, żadnych zahamowań, bloków. Najpierw poddały się załamki przedsionków. QRS-y komór wąziutkie, niziutkie, jak w niespiesznym docieraniu do krawędzi życia.

Już wymknęła się z uwięzi, w której tkwiła wraz zadaną w dzieciństwie ziejącą raną. 21 lipca o godzinie zero dwadzieścia osiem dotarła do Pól Elizejskich. Na spotkanie z bliskimi, których tu, na tej ziemi, unicestwiła Zagłada.

W najbardziej newralgicznym okresie życia została wepchnięta w złowieszcze oko cyklonu. Droga wydostania się jedna, przez siejący spustoszenie huragan. Szlak życia wytyczyły śmiertelne pułapki, głód, zimno. Strach uruchomił w Niej niebywałą czujność, ale nigdy, nikogo tym nie obciążała. Szła naprzód ignorując ból. Odarcie z dzieciństwa, wyzucie z imienia, utratę bliskich ukryła w najgłębszych zakamarkach szarych komórek, nazywając je niepamięcią. Zabrała ze sobą. Do podziemia. Topografię tego miejsca wyznacza uschnięta topola i krzew zdziczałej róży o płatkach barwy krwi.

HERAKLES

Promieniowanie tła

Dziadek Witolda Rużyłły po mieczu Michał, zawodowy oficer Monarchii Austro-Węgierskiej, pochodził z Galicji. Ożenił się z Julią z Wyspiańskich. Mieli czwórkę dzieci. Po odzyskaniu niepodległości rodzina przeniosła się do Warszawy. Julia zmarła po jakiejś brzusznej operacji. Michał Rużyłło został sam z dorastającymi dziećmi i ich problemami. Zofia została stomatologiem, Jadwiga polonistką, Wanda sekretarką Instytutu Reumatologii. Edward, ojciec Witolda – lekarzem. Urodził się 13 października 1909 roku. Po ukończeniu gimnazjum im. Władysława IV, kontynuował tradycję rodzinną, wstępując do Szkoły Podchorążych Sanitarnych i jednocześnie rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Pewnego razu, w czasie zajęć w prosektorium, zamiast odkrywać tajemnice ludzkiego ciała, utkwił wzrok w drobnej blondyneczce – Alinie Zawadzkiej. Tam jego myśli uwięzły. W konsekwencji, przy pierwszej sposobności pan student zagadnął:

– Pani Alinko, ja się z panią ożenię… kiedy skończymy medycynę, a ona:

– Co też pan opowiada, ja nie wiem czy w ogóle wyjdę za mąż [55] (żal tych

manier). Splot dwóch losów w nierozerwalną całość, nastąpił jak w zapowiedzi, w poczuciu odpowiedzialności, po uzyskaniu dyplomu i finansowej niezależności. W przedwiosenny dzień, 3 marca 1939 roku urodził się syn Witold.

Pradziadek Witolda po stronie kądzieli, Romuald Zawadzki herbu Rogala pochodził z Kaliskiego. Majątek dziedziczył, zgodnie z niepisanym zwyczajem, najstarszy syn, młodszy Zygmunt został wysłany na studia budownictwa lądowego w Warszawie, następnie do Petersburga. Zaprzyjaźnił się z Adamem Kmitą z Wołynia, również z rodziny ziemiańskiej. Ożenił się z jego siostrą, Wandą. Po uzyskaniu dyplomów, młodzi inżynierowie z głowami pełnymi pomysłów, wraz z brzemienną Wandą, wyruszyli do Charbina w Mandżurii. Zygmunt miał kierować budową ostatniego odcinka kolei, okrążającego od północy, najgłębsze jezioro świata – Bajkał.

Kolej Moskwa – Władywostok, zainicjowana przez cara Aleksandra III w 1891 roku

już istniała, ale trasa wiodła przez Mandżurię, należącą wówczas do Japonii. W roku 1905 wybuchła wojna rosyjsko japońska i zaistniała konieczność natychmiastowego uzyskania nowego, transsyberyjskiego połączenia.

To przedsięwzięcie nieporównywalne z żadną, inną na świecie budową, stanowiło wyzwanie dla wielu geologów, budowniczych mostów i kolei. Skłonność do ryzyka w młodym wieku, pozwalała mierzyć się z trudnymi do zniesienia warunkami życia, pracy, przewidywalnością klimatu, latem plus czterdzieści, zimą minus czterdzieści stopni. Majestatyczna tajga, zgłodniałe komary i poziomki w krótkotrwałym lecie, nieprzebrane śniegi zimą. Nie czekały na nich dacze, rozgrzane palącym się drewnem w piecach, ani kąpiele w zaparowanych baniach, wieńczone tarzaniem się w śniegu. Zamieszkali w spartańskich warunkach, w prowizorycznie dostosowanych wagonach. W nocy zakradały się zwabione kuszącym zapachem tygrysy, daremnie próbując dostać się do środka. Nad bezpieczeństwem czuwała chińska służba. Trzystu chińskich robotników kolejowego przedsięwzięcia z rezerwą obserwowało nowego przełożonego. Inżynier Zawadzki odnosił się do nich z szacunkiem, od razu dostrzegł ich pracowitość, inteligencję, dyscyplinę, solidność. Odpłacali to oddaniem. Poprzedni szef – Japończyk wzbudzał lęk z powodu pogardliwego, nierzadko naznaczonego okrucieństwem traktowania.

Odskocznią od monotonii trudnych wyzwań były spotkania z Sybirakami. Zarówno oni jak i przybysze z nieistniejącego na mapie kraju, tu, z dala od wszelkiej władzy, paradoksalnie czuli się wolni. Życie towarzyskie odgrywało istotną rolę. Stanowiło namiastkę spotkań rodzinnych, pielęgnowano bliskie sercu tradycje, tam, wśród nieprzebytych śniegów, wiecznej zmarzliny i upału syberyjskiego lata.

Lecz w przeciwieństwie do beznamiętnego stwierdzenia konwojenta zesłańców do gułagów, przytoczonego przez Józefa Czapskiego, budowniczowie kolei nie przyjechali na padoch, ale na rabotu.

W 1911 roku w Nikolsku Usuryjskim nad rzeką Usuri, bagnistym dopływie rzeki Amur, urodziła się pierwsza córka – Wanda, w rok później, 15 lipca 1912 roku druga -Alina.

Budowę kolei zakończono w 1916 roku. Trwała 26 lat. Długość torów kolejowych wynosi 9332 kilometry. Wiedzie do dziś przez wieczne śniegi, grzęzawiska, rozlewiska, miejsca nawiedzane przez susze, powodzie, trzęsienia ziemi, przez mosty na rzekach szerokich jak jeziora.

W rok później wybuchła rewolucja. Zanim bolszewia dotarła do Władywostoku, w 1922 roku, inżynier Zygmunt Zawadzki zabrał żonę – Wandę Kmitę z Tańskich, dwie córki: jedenastoletnią Wandę zwaną Dzidką, dziesięcioletnią Alinę i w 1921 roku, żegnany łzami chińskich robotników, wrócił do Polski. Droga powrotna wiodła przez Jokohamę i Havre we Francji. Podróż przebiegła szczęśliwie.

W Warszawie kupił kamienicę na Jagiellońskiej, ale ponieważ otrzymał stanowisko wyższego urzędnika w Ministerstwie Kolei wraz z mieszkaniem, trójpokoleniowa rodzina, przeniosła się do nowej siedziby przy ulicy Mianowskiego 15.

Alinę wysłano do żeńskiego gimnazjum Władysławy Lange. Tam też w 1929 roku zdała egzaminy maturalne i w 16 roku życia rozpoczęła studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Dyplom uzyskała w 1935 roku, a rok później odbył się uroczysty ślub. Po stażach w Szpitalu Dzieciątka Jezus i Ducha Świętego przy ulicy Elektoralnej, przez 3 lata była asystentką Rady Naukowej Akademii Wychowania Fizycznego, jednocześnie rozpoczynając wolontariat w Klinice Położnictwa i Chorób Kobiecych Szpitala Dzieciątka Jezus u prof. Adama Czyżewicza. Etat otrzymała po 3 latach.

Między śmiercią i cudem narodzin

Pierwszego września 1939 roku wybucha wojna. Dziecko ma 5 miesięcy. Edward Emil Rużyłło otrzymuje nominację na dowódcę 13 plutonu 24 kompanii sanitarnej Dywizji Piechoty Armii Karpaty. O godzinie 430 pożegnanie. Pocałunki, słone policzki. Mówi: „Kochanie, już idę, ale błagam nie odprowadzaj mnie, bo Wiwuś płacze”.

Straciła pokarm. U dziecka biegunka, wymioty, ząbkowanie [56]. W sklepach pustki. Udaje się zdobyć 2 kilo cukru i po 1 kilogramie mąki i ryżu. W szpitalu zdziesiątkowany personel, mężczyźni powołani do wojska i tylko trzy lekarki Żydówki. Mąż nie otrzymał poborów, ale jest nadzieja na zwrot funduszy za zarekwirowany samochód. Próba odzyskania należności daremna. Wojna. W domu symboliczne zapasy żywności.

Alina, idąc do pracy nie była pewna czy szpital jeszcze istnieje, a wracając, czy ma jeszcze dom, czy synka, babunię i nianię Julkę zastanie żywych. Wiwusia w czasie nalotów otulał schron – zgięte plecy prababki. Babka zajmowała się dzieckiem siostry Dzidki.

Edward Rużyłło przeżył wrześniową klęskę. Obrazy przerażonej, bezbronnej ludności cywilnej, trupy kobiet i dzieci będą go prześladowały do końca życia. Kompania otrzymała rozkaz przedostania się przez Czerniowce i Rumunię na Węgry, tam internowana w jenieckim obozie, w pobliżu naddunajskiego w Komárom, w zbudowanym w XIX wieku, w Pierwszym Forcie Monostor. Oficerowie ukrywali dwa pułkowe sztandary. Postanowili ocalić je za wszelką ocenę i przekazać do ambasady polskiej w Budapeszcie. Do wykonania tej niebezpiecznej misji zgłosił się Edward Rużyłło. W czasie zmniejszonej obsady wartowni, po zapadnięciu zmroku uciekł z obozu ze sztandarami ukrytymi pod oficerskim płaszczem. Zapadła noc. Mijając jakiś kościółek, zaryzykował i zapukał do drzwi plebanii. Przenocował. Rano bez żadnego przebrania w cywilne ubranie, udał się na stację kolejową i wyruszył pociągiem do Budapesztu. Odszukał budynek ambasady, oddał cenne przedmioty i natychmiast ruszył w drogę powrotną do obozu. Obowiązek nakazywał zameldować o wykonaniu zadania. Niestety, tym razem nie poszło tak łatwo, został zatrzymany, a potem długo przesłuchiwany przez żandarmerię. Do obozu Monostor powrócił po trzech tygodniach. Tymczasem pracownicy ambasady zajęli się pomocą w przerzutach uciekinierów z obozów jenieckich do Europy zachodniej. Do ucieczki Edward Rużyłło od dawna był gotów. Z wysokości trzech metrów, przez małe okienko, na linie ze skręconych prześcieradeł, opuścił obóz jeniecki. W cywilne ubranie przezornie zaopatrzył się w czasie poprzedniej eskapady. Napotkany Węgier doradził wybór szlaku w kierunku Chorwacji. niedługo dołączyło do niego dwóch innych oficerów. Całymi dniami szli przez pola, bagna, czasem udało się jechać pociągiem. W Chorwacji zatrzymał ich patrol. Nastąpił moment grozy, ale widok trzech młodych, umazanych błotem mężczyzn, z których jeden szedł boso (jeden but doktora pozostał w bagnie), uruchomił poczucie żołnierskiej solidarności. Przepuszczono ich. Dotarli bez przeszkód do Splitu. A tam czekały czyste ubrania, ciepłe posiłki i sen w czystych łóżkach. Po kilku dniach odpoczynku, popłynęli towarowym statkiem greckiego armatora do Marsylii. Podróż zwykłym pociągiem do Paryża była, po tych wszystkich znojach, snem w innym świecie. Do rzeczywistości przywołał ich wywiad wojskowy z całym arsenałem podchwytliwych pytań.

Po drobiazgowym sprawdzeniu wyruszyli do obozu wojskowego Coetquidan w Bretanii, gdzie formowała się Armia Polska wraz z kompanią sanitarną [57]. Polscy oficerowie nadali ośrodkowi bardziej swojskie brzmienie: Koczkodan. Stamtąd zostali przerzuceni do Centrum Szkolenia Sanitarnego w Combourg. Doktor Edward Rużyłło został dowódcą kompanii. W maju 1940 roku nastąpiła ewakuacja do Anglii. Na pierwszy statek doktor z grupą innych oficerów nie zdążył. Opatrzność czuwała. Statek został storpedowany i zatonął. Do Plymouth z częścią ocalałej załogi dotarł na angielskiej „węglarce”. Z Plymouth droga wiodła do Szkocji. Generał Maczek organizował dziesiątą brygadę kawalerii pancernej. Doktor Rużyłło został powołany na stanowisko zastępcy szefa sanitarnego w Folar. Tam los zetknął go z kolegą ze studiów, Antonim Fidlerem, który pracował w szpitalu uniwersyteckim w Edynburgu. Zaproponował pracę Edwardowi w tym ośrodku. Chętnie na to przystał. Jednak niedługo został wysłany do Wyższej Szkoły Wojennej w Eddleston. Ukończył ją po dziewięciu miesiącach, w stopniu kapitana. Natychmiast został włączony w szeregi Pierwszej Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała Stanisława Sosabowskiego. W czasie próbnego skoku nastąpiła awaria sprzętu, liczne kontuzje, złamanie lewej nogi. Leczenie szpitalne trwało trzy miesiące. Uszkodzenie mięśni kończyny pozostało. Desant aliantów pod Arnhem odbędzie się bez niego. Po rekonwalescencji wrócił do generała Maczka. W sierpniu 1944 roku brał udział w zwycięskiej bitwie pod Falaise. We wrześniu wyzwalał Belgię i Holandię [58]. Po niepowodzeniu pod Arnhem i ostatecznie wygranej w Ardenach, droga do przekroczenia Renu została otwarta.

1 października 1939 roku Alina Rużyłło otrzymała upragniony etat asystentki profesora Czyżewicza w Klinice Położnictwa i Chorób Kobiecych. Mężczyźni na wojnie, w szpitalu trzy lekarki, z Aliną cztery. Najmłodsza, najmniej doświadczona, łączniczka Armii Krajowej, zajęła się również tajnym nauczaniem studentów i pielęgniarek. Pierwszego sierpnia 1944 roku, w dniu wybuchu Powstania, wraz z siostrą Dzidką – lekarką dentystką, była w domu przy ulicy Mianowskiego. Otrzymała rozkaz medycznego zabezpieczania terenu. Kompleks solidnie zbudowanych domów, między ulicami Mianowskiego 15, Wawelską 56, Uniwersytecką 1 i Pługa zajął pluton AK, pod dowództwem podporucznika Jerzego Gołębiowskiego, pseudonim „Stach”. Nazwano ten obszar Redutą Wawelską. Czworobok domów, jak wały przeciwpowodziowe, waz z garstką gwałtownie przeszkolonych chłopców, miał chronić mieszkańców.

W czasie jedenastu dni walk lekarki: Alina Zawadzka – Rużyłło, Jadwiga Lange i Janina Leśkiewicz z pomocą dziesięciu kilkunastoletnich dziewcząt – sanitariuszek zajmowały się rannymi. operowały, wyjmowały kule, odłamki. 6 sierpnia dobiegające od ulicy Pługa rozpaczliwe krzyki, wołanie o lekarską pomoc, poród! Krwotok! Dom otoczony. Regularne patrole niemieckie. Lina z prześcieradła (niezawodny materiał w podobnych sytuacjach), po niej, na moment przed kolejną czujką, w dół. Alina dopada do położnicy. Krew wylewa się „jak z kubła”, z miejsca, z którego przed chwilą, w skrętach, umożliwiających dostosowanie największego rozmiaru czyli główki, a potem barków, do szerokości miednicy mniejszej, przyszedł na świat człowiek. Łożysko – odżywcza tkanka w kształcie placka, łącznik między matką i dzieckiem, przez który odbywa się transfuzja tlenu i substancji odżywczych do płodu i ewakuacja dwutlenku węgla z produktami przemiany materii. Po porodzie sieć naczyń spawających łożysko z macicą obkurcza się, tworząc linię demarkacyjną, łożysko zostaje wydalone. Kiedy ten mechanizm zawodzi lub nie zostanie sztucznie uruchomiony, krwawienie z ziejących naczyń jest niemożliwe do opanowania. Nie było czasu w standardową aseptykę. Myśl szybsza niż błyskawica: manualne odklejenie łożyska. Zatrzymała krwotok, zaordynowała dalsze leczenie: picie dużej ilości płynów. Kobieta przeżyła! [59]. To była dramatyczna chwila, ale jakby nie z tego świata, z czasu zaprzeszłego, dokonanego, normalnego, kiedy rodzi się człowiek. Dopiero teraz odczuła potworne zmęczenie, głód i potrzebę snu.

Powrót do ruin, prowizorycznych szaletów, ujęć wody, do umierających chłopców 16 – 17 letnich z „urwaną nogą, kiszkami na wierzchu”. W ciemności ciche wołania: mamo, mamusiu…. W godzinie, która nadeszła, kapelan profesor Salamucha zarządził spowiedź. Zbiorowe rozgrzeszenie. Wyznanie przewinień samemu Bogu, zamiast opłatka, okruszek chleba. Proszono go, by zdjął sutannę, może się uratuje, ale odmówił.

Wojna amatorskiej garstki obrońców, ze zmechanizowaną, wyszkoloną armią, zamieniła podwórze w cmentarz, domy w gruzowisko. Wśród płomieni, dymu, wynoszono rannych. Reduta upadła. Zanim kapelana i mężczyzn wymordowano, zarządzono zbiórkę przedmiotów osobistego użytku. Rozkaz brzmiał: „dawaj czasy”. Ochotę opanowała Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa (RONA). Kobiety, bite kolbami po grzbiecie, popędzono do Instytutu Chemii na Pasteura. Tam kontynuacja prawa wojny – gwałty, znęcanie się, grabieże. Alina, matka i lekarka, Polka urodzona na Syberii odczuła niewytłumaczalny przypływ sił i zaczęła rzucać strasznymi przekleństwami w języku rosyjskim. Tak strasznymi, iż chociaż znała ich sens i wykrzyczała w owej chwili, nie przytoczyła w pamiętniku. Czuła, iż to jedyny, zrozumiały dla pijanej „swołoczy” język. Krzyczała też: „ja wracz”! z nadzieją, iż zawód ją ocali. Instynkt nie zawiódł. Felczer, własowiec, dwumetrowy, rudy olbrzym, sprawdził jej wiedzę wśród rannych, pijanych, majaczących z zapaleniem płuc, biegunką. W nocy z dwunastego na trzynastego sierpnia, uciekła. Zabrała ze sobą dwie półprzytomne, pobite, sponiewierane, zgwałcone mieszkanki Mianowskiego. Prosiły, by nigdy, nikomu nie ujawniła nazwisk. Przedostały się do domu ks. Boduena, gdzie mieściła się Klinika Położnictwa i Chorób Kobiecych. Sześćdziesięcioma pacjentkami zajmowała się doktor Bulska. Półprzytomna ze zmęczenia powitała koleżankę i jej towarzyszki, które natychmiast wpisała do rejestru pacjentek.

Alina z trudem zdejmowała przyklejone do ran pleców zawszone ubranie. Otrzymała posiłek. Jadła, zamykając oczy: płatki owsiane z dużymi białymi robakami [55].

Po południu, trzynastego sierpnia do kliniki dotarła RONA. I znów ten sam schemat, gwałty położnic, wyrzucanie noworodków z łóżeczek. Lekarki postanowiły przenieść pacjentki z kliniki do szpitala przy Lindley’a i pod gradem kul z filtrów, dokonały tego. Szpital został ewakuowany do Pruszkowa. W drodze na Dworzec Zachodni, Alina niosła dwa noworodki, a kiedy krocząca obok pielęgniarka nie miała już sił, wzięła trzeciego, ale i ona, choć drobniutka, a tak silna, niezłomna, osłabła i poprosiła inną siostrę : „niech pani weźmie jedno dziecko, bo ja je upuszczę”, ale upuściła tylko koc – ewakuacyjne wyposażenie. Siostrzyczka podniosła go i później oddała. Koc z napisem „Szpital Dzieciątka Jezus”. Z Pruszkowa doktor Alina uciekła. W ostatniej chwili. Jej Wiwuś przez cztery tygodnie karmiony mąką i wodą. Stracił na wadze 5 kilogramów [56], [60].

Jedność przeciwieństw

Po wojnie domem zajmowały się babka i prababka, dwie przyjaciółki, dwie Wandy. Różnica wieku między nimi – piętnaście lat.

Dzieci lekarskie są zdane na opiekunki, żłobki, przedszkola. Kontakt z rodzicami jest mocno ograniczony. Matka lekarka albo pędzi do pracy, albo na dyżur, a kiedy jest w domu, przygotowuje się do kolokwium, egzaminu i tak przez długie lata dorastania dzieci, nie wspominając już o ojcu – lekarzu, którego w domu, kiedy trzeba, nie ma nigdy. Dziecku nadano litewsko królewskie imię Witold, ale matka wpatrująca się w to maleństwo, żywe jak sreberko nazwała je – Wiwusiem i tak wzbogaciła słownik do końca swych dni.

Wiwuś wzrastał w warunkach wyjątkowych. Wojna toczyła się poza nim. Babka zwana Małą i kilka starsza prababka – Duża rozpieszczały go i z nawiązką wynagradzały nieobecność rodziców. Wzrastał na żyznej glebie, która zawiera wszystkie mikro i makroelementy niezbędne do życia, jak na wulkanicznych stokach. Wystygła lawa wydaje się mało przyjazna, ale niech tylko wiatr przywieje jakieś nasionko…

Miłość do wnuków jest bezwarunkowa, opiera się na teoretycznej zasadzie: żadnych obowiązków, tylko przyjemność, a do niej należy opieka nad powierzonym skarbem. Obie babki wyręczały w wielu czynnościach nianię Julkę i same zgarniały nagrody: wsłuchiwanie się w muzykę gaworzenia, obserwację co raz to nowych gestów, nowych reakcji na znane lub nieznane twarze, mimikę przy degustacji nowych składników menu, pierwsze kroki, pierwsze słowa.

Kiedy Witek był już wystarczająco samodzielny, wysyłano go na letnisko do Klonowa za Otrębusami lub do Podkowy Leśnej. Zapamiętał stamtąd jeden dzień, jakiegoś „normalnego” Niemca w mundurze, żołnierza, który nie utracił cech człowieczeństwa.

Po Powstaniu Klinika Położnictwa i Chorób Kobiecych została ewakuowana do Milanówka, a po wojnie przeniesiono ją do dawnego gmachu przy ulicy Starynkiewicza.

W 1945 roku, po „wyzwoleniu” Polski, korespondencyjny kontakt małżonków zamarł. Dotąd przekaz wiadomości odbywał się drogą pośrednią, dzięki siostrze Edwarda – Jadwidze, szyfrantce delegatury rządu. W ocenie polskiego środowiska w Wielkiej Brytanii, powrót do kraju był zdradą.

Wahanie, rozdarcie między powinnością oficera, a pragnieniem bliskości kochanej rodziny, kochanej ponad wszystko.

Zima 1946 roku. Najtrudniejsza w życiu decyzja. Powrót. Zrozumiał zastrzeżenia kolegów natychmiast po zejściu na ląd w Gdańsku. Polski pułkownik oddawał honory radzieckiemu porucznikowi. Generał Stanisław Maczek pozostał przez resztę stu dwuletniego życia na uchodźstwie.

Zapukał do drzwi. Otworzył Witek. Miał już siedem lat. Wiedział, iż ma ojca, ale kiedy go ujrzał, uzmysłowił sobie, iż nie jest to postać mityczna, osoba, która co prawda nie przytuli, nie pogłaszcze, nie pochwali, niczego nie wymaga, ale jest jedynie bliżej nieokreślonym odniesieniem. Zrozumiał, iż naprawdę ma ojca, właśnie tego wspaniałego kapitana w mundurze, iż ta postać z obrazu, ze zdjęcia, z opowieści jest rzeczywistością. Ten moment na zawsze wryje się w jego serce jako jedna z najszczęśliwszych chwil w życiu.

W szykany ze strony UB, przesłuchania, rewizje pod pretekstem spóźnionego oddania broni, dziecka nie wtajemniczano.

W czerwcu 1947r urodził się Jerzy, nagroda za przetrwanie wieloletniej rozłąki. Przeważająca większość związków małżeńskich takiej próby nie wytrzymuje.

Ojciec pragnął, aby synowie poszli w jego ślady. Chłopcy nie sprawiali wychowawczych kłopotów, nie podejmowali prób robienia rodzicom na złość i odmrażania sobie uszu.

Witek sugestie ojca traktował jak wyrocznię. Zaufał i dziś tego nie żałuje.

Jerzyka od początku intrygowała magia cyfr, jej czyste piękno bez widoku krwi, zapachu śmierci. Raczej czuł niż wiedział, iż cyfry najdokładniej, a zarazem najkrócej opisują świat, dają wgląd nie tylko w przeszłość, ale również pozwalają przewidzieć i wytyczyć przyszłość. gwałtownie został sobą. Wybrał Politechnikę, skończył Wydział Elektroniki i Technik Informatycznych. Został profesorem tej uczelni, potem w State College University koło Pitsburga w Stanach i w State University na Wydziałach Elektroniki i Inżynierii Materiałowej w Pensylwanii. Pochłonęła go nanotechnologia, wykorzystanie pojedynczych atomów do budowy urządzeń, które dotąd istniały jedynie w literaturze science fiction. O Alma Mater nie zapomniał. Corocznie przyjeżdżał na wykłady, zaznajamiał z amerykańskimi postępami i najnowszymi osiągnięciami, zapraszał młodych mikroelektroników na staże do Pensylwanii.

Pomysł nano został zainspirowany odkryciem tych mikrocząstek w przestrzeniach międzygwiezdnych: skoro są tam, dlaczego nie tu. Fenomen skali nano polega na zmianie adekwatności, a choćby kolorów występujących w skali makro. Węglowe nanorurki zaprzęga się do wprowadzania leków w chore, trudno dostępne miejsca, a mikroskopijne roboty zaczynają zastępować szkiełka, oczy i ręce chirurgów. Pomysłów na rozwiązania dostarcza sama przyroda. Odcięty ogon jaszczurki – odrasta. Podpowiedź tkwi w pryzmacie filogenetycznym. Zaawansowane eksperymenty z nano rusztowaniami dla odradzających się tkanek, pobudzanymi czynnikami wzrostu, trwają. Na wyżynach ludzkiej myśli, tam gdzie wszystko się łączy, technika splata się z naszymi marzeniami.

Ślizgamy się po powierzchni życia, niektórym udaje się sięgnąć głębin. Boska cząstka w nas jest, tylko problem jak ją odszukać i z sensem pokierować.

Algorytm dnia codziennego

Po wojnie rodzina zamieszkała w ocalonym domu dziadków na Jagiellońskiej. Doktor Edward Rużyłło był namiętnym kolekcjonerem znaczków pocztowych, o czym nie zapominał w czasie wojny. Wysyłając listy, oklejał je rzadkimi seriami. Po powrocie odkrył uszczuplenie zbiorów. Sprawczynią była małżonka, która z lekkim sercem ofiarowała je innemu filateliście – swojemu szefowi.

Rozpoczął pracę, początkowo na wolontariacie, w Szpitalu Dzieciątka Jezus w II Klinice Chorób Wewnętrznych u profesora Orłowskiego, potem w I Klinice Chorób Wewnętrznych u profesora Biernackiego. gwałtownie pokonywał kolejne szczeble kariery naukowej. W 1951 roku obronił doktorat, a po 3 latach wygłosił rozprawę habilitacyjną. W 1958 r został dyrektorem Instytutu Doskonalenia Lekarzy w Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego, a w 1970 r kierownikiem Kliniki Gastroenterologii i Przemiany Materii. Wybudował nową siedzibę na Bielanach. Tytuł profesora otrzymał w 1963 roku. Został ekspertem WHO.

Badał czynniki powstawania miażdżycy, zaburzenia jelitowego wchłaniania, interesował się endoskopią i metodami wczesnego, a więc dobrze rokującego, rozpoznania raka jelita grubego. Spostrzeżenia opublikował w trzystu pracach. Należał do kilku redakcji czasopism naukowych, był redaktorem naczelnym Materia Medica Polona. Działał w wielu stowarzyszeniach naukowych, pełnił funkcję głównego konsultanta chorób wewnętrznych i przewodniczącego Rady Naukowej przy Ministrze Zdrowia i Opieki Społecznej [61]. Humanista z krwi i kości, wszechstronnie oczytany. To rzadkość wśród lekarzy, a zwłaszcza absolwentów Szkoły Podchorążych. Znaczącą rolę w życiu przypisywał empatii okazywanej drugiemu człowiekowi. W jego notatkach błyszczy przesłanie: „W wielu przypadkach lekarz może uzyskać lepsze wyniki leczenia nie dzięki posiadanej wiedzy, ale dzięki swojemu życzliwemu stosunkowi do chorego” [62].

Być może takie podejście jest łatwiejsze u osoby, która doświadcza miłości, iż to nie tylko westchnienia: tylko ty, na zawsze i tym podobne. Miłość to powietrze, bez którego życie jest niemożliwe. Dorobek naukowy Edwarda Emila Rużyłły wykracza poza standard. Myśli o Wychowaniu Człowieka kończy staropolskim mottem: „Kto Rzeczypospolitej dopomóc usiłuje, siedmiu rzeczy mu potrzeba: aby chciał, aby śmiał, aby umiał, aby dobro społeczne cenił ponad prywatne, aby postanowił, aby czynił i wytrwał [63].

Rodzina przeniosła się na Rudawską 3, na starej Ochocie. Małżonka Alina nie pozostawała w tyle. Tematem pracy doktorskiej był „Rozwój wskazań do cięcia cesarskiego”. Uzyskała również drugi stopień specjalizacji z położnictwa i chorób kobiecych. Zajmowała się badaniami poziomów witamin we krwi ciężarnych, wpływem porodu na urazowość poporodową noworodka, oceną wysokości dna macicy w kolejnych miesiącach ciąży, typami miesiączek u dziewcząt wiejskich, higieną i odżywianiem w ciąży, niepłodnością, ręcznym odklejeniem łożyska (w czym u progu kariery osiągnęła mistrzostwo świata), wirylizacją kobiet z guzem endokrynnym i wieloma innymi problemami profilaktyki i chorób kobiecych. Spostrzeżenia zostały zawarte w 26 publikacjach, 7 pracach poglądowych i 12 referatach. Otrzymała wiele odznaczeń, dyplomów uznania, medali, w tym Złoty Krzyż Zasługi w 1958 r i Nagrodę Indywidualną Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej za osiągnięcia w pracy dydaktyczno-wychowawczej i organizacyjnej w latach 1963 – 1972 r [60].

Znajdywała czas na dodatkowa pracę w Przychodni, w Państwowym Domu Małego Dziecka. Przez dwanaście lat prowadziła przy klinice Koło Medyków. Była przez 3 lata sekretarzem, 2 lata wiceprezesem i 11 lat członkiem Komisji Rewizyjnej Warszawskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, 2 lata członkiem senatu Akademii Medycznej.

Domem i dziećmi, które rozumiały, iż rodzice są zapracowani i tak już musi być, zajmowała się pani Genia. Traktowano ją jak członka rodziny. Po wielu latach pracy i licznych dowodach przywiązania, otrzymała od chlebodawców kawalerkę. O pani Geni cała rodzina pamiętała do końca jej życia.

Witek został zapisany do razu do drugiej klasy Szkoły Podstawowej przy Kawęczyńskiej. Lekcje udzielane (od czasu do czasu) w Podkowie Leśnej przez matkę i babkę wyczerpały program klasy pierwszej. Szkoła po jakimś czasie została przeniesiona na ulicę Szeroką, gdzie potem miała swoją siedzibę firma Elektrim. W czasie kolejnej zmiany szkoły, znów przeskoczył rok, od razu do klasy czwartej. Tam po raz pierwszy, w odruchu bezwarunkowym, odczuł zastanawiający niepokój. Powód? Jakaś ładna dziewczynka.

Lubił przedmioty humanistyczne, historię, geografię, nigdy nie miał kłopotów z językiem polskim, próbował choćby coś pisać. Szkoła ta w przyszłości, jako pierwsza w Polsce, wygra konkurs na Liceum Społeczne.

Liceum Rejtana wybrał ojciec. Najbliżej było Liceum Słowackiego, ale była to szkoła żeńska. Uczęszczało kilka znanych, w późniejszym okresie, osobistości: córka profesorostwa Bulskich, przyszłe panie profesor: Wanda Rydlewska, Krystyna Ilmurzyńska i Krystyna Cedro (później Cedro – Ceremużyńska).

Witek dojeżdżał do szkoły rowerem.

Z liceum nie najlepiej wspomina matematykę. Nieocenioną pomoc ofiarował dziadek Zygmunt, zwłaszcza dwa lata przed maturą. Po wypadku samochodowym, wiódł fotelowo łóżkowy tryb życia (rehabilitacja nie istniała). Godzina pracy z dziadkiem znacznie lepiej rozjaśniała zawiłości przedmiotu niż tydzień nauki w szkole. Niestety, wymogi wyliczanek reguł nie zastąpią procesu rozumienia, a tej sztuki nie każdy nauczyciel potrafi nauczyć. Witek należał do uczniów nieśmiałych. Długo obracał się w środowisku osób starszych. Kontakt z dziećmi ograniczał się do towarzystwa brata, z którym mimo różnicy wieku, kopał na podwórku piłkę, ale kiedy był trochę starszy miał wielu przyjaciół. Grał w reprezentacji szkoły w piłkę nożną, koszykówkę i tenis stołowy, wbrew rozpoczynającym się problemom z krótkowzrocznością. Mistrzem tenisa był wówczas Andrzej Targowski, późniejszy ekonomista w USA. Witold pasjonował się koszykówką. W pięknej sali Inki, przy ulicy Konopnickiej, rozegrał się pamiętny mecz licealistów z Rejtana i Smolnej. Niestety, sprawozdanie zamieszczone na ostatniej stronie Ekspresu Wieczornego, w tytule obwieściło wynik: „Jak Rejtaniacy przegrali ze Smolną”.

Witek grał w szachy i należał do „pierwszych czterech szachownic” szkoły. Chłopcy z męskiego Liceum imienia Rejtana zabiegali o względy dziewcząt z żeńskiego Liceum imienia Narcyzy Żmichowskiej. Upragnionym owocem zabiegów było wspólne pójście do kina. To były czasy! Świadectwo maturalne otrzymał w 16 roku życia w 1955.

Szlak linearny

Pierwsze dwa lata studiów na Akademii Medycznej w Warszawie ocenia jako okres „zabawowy”. Dla większości studentów – golgota. Wykłady od ósmej do pierwszej, potem dwugodzinna przerwa, od trzeciej do siódmej ćwiczenia w prosektorium, fizyka, chemia, biologia, a na następny dzień do przyswojenia i przetrawienia co najmniej kilkadziesiąt stron tekstu, z nieznanymi terminami, o nieznanych zjawiskach i tak dzień w dzień. W czytelniach światło paliło się codziennie do pierwszej czy choćby drugiej w nocy. Młodzież „ryła”. Jednak Witold jako fanatyk sportu rozpoczynał dzień od czytania Przeglądu Sportowego, czasami kupował Mirror Sprint. Godzinami obserwował zawody narciarskie w Zakopanym. Z Mańkiem Winiarskim, mierzącym 190 centymetrów wzrostu, rozpoczął regularne treningi w koszykówce w Klubie Polonia. Trenerem był Witold Zagórski, były zawodnik z Konwiktorskiej. Na pierwszym roku studiów, po ośmiu miesiącach wyczerpujących treningów, trzy razy w tygodniu, w godzinach popołudniowych, został zakwalifikowany do zaplecza pierwszej ligi. Były licealista ze Smolnej, Karbownicki już należał do niej. Zdarzały się kontuzje, na przykład rozcięcie łuku brwiowego z kałużą krwi na podłodze. Pojawił się pretekst, który pozwolił ojcu wyrazić niezadowolenie. Trener Zagórski pozwolił na sześciotygodniowy trening indywidualny po ćwiczeniach w prosektorium.

Tymczasem koledzy z roku chodzili do Klubu Medyka przy ulicy Oczki. On również ale nie za często. Trochę było żal. Ostatecznie zrezygnował z kariery wyczynowego sportowca, jednak zagrał w reprezentacji Akademii Medycznej na mistrzostwach w Lublinie.

Pochłonął go wir życia towarzyskiego. Większość zajęć odbywała się w grupach, jego grupę utworzyło grono przyjaciół: Maciej Gumplowicz dziś mieszkający w Anglii, Krzysztof Krawczyński, w przyszłości profesor w Atlancie w Center for Disease Control and Prevention i jego przyszła żona Grażyna Gürtler – specjalistka medycyny nuklearnej w Aninie i w Emory Hospital, Andrzej Malawski ortopeda, Ewa Radwańska zajmująca się problemami niepłodności, profesor na Uniwersytecie w Chicago, od 2002 roku doktor honoris causa Akademii Medycznej w Warszawie, najładniejsza na roku, córka ówczesnego prominenta Barbara Bendek, no i Bożena Wacker. Wszystkim się powiodło. Tylko Krawczyńskim los pozazdrościł. Zginęli wracając z świętowania urodzin Grażyny, w niezawinionym przez siebie wypadku samochodowym.

Witek lubił anatomię, ciekawiła go histologia, z niechęcią uczył się „robactwa” – mikrobiologii. W czasie odwilży w 1956 roku miał, być może mało uzasadnione uczucie, iż rozpoczyna się nowe życie, iż może jednak podporządkuje swą przyszłość własnym oczekiwaniom, marzeniom. Zaczął poważnie rozpatrywać ten problem na czwartym roku, ale bez konkretów. Ojciec w tym czasie był już docentem, kierownikiem Kliniki Chorób Wewnętrznych CMKP na Solcu, ukierunkowanej na problemy gastro – endokrynologiczne. Kiedy otrzymał krótkie stypendium w Karolińskiej Sjukhuset w Sztokholmie, pełen zaskakujących refleksji dotyczących warunków, poziomu diagnostyki i leczenia, zaaranżował przyjazd żony i syna, na kilka dni. Witoldowi podobało się, ale sam nie miał ochoty wyjeżdżać w obce strony.

Edward Rużyłło już z tytułem profesora, uzyskał staż naukowy w Londyńskim szpitalu Hammersmith w 1963 r. Przekonał się jak istotne znaczenie dla lekarza w Polsce, ma zagraniczny staż w krajach, gdzie nie wbija się do głów co to „osiągnęliśmy, zdobyliśmy” z akcentem na przedostatnią sylabę. W maratonie postępu słowa nie pozycjonują ale osiągnięcia.

Witold skończył studia 18 czerwca 1962 roku. Miał 23 lata.

Obowiązywał roczny staż dyplomowy w czterech podstawowych specjalnościach. Odbył go w Klinice Chorób Wewnętrznych o profilu diabetologicznym u profesora Kodejszki, w Klinice Chirurgii u profesora Nielubowicza, ginekologii u profesora Bulskiego i na pediatrii w Szpitalu Dziecięcym przy Niekłańskiej. Wymagania stawiane świeżo upieczonym absolwentom nie były skomplikowane, należało zebrać wywiad, zbadać pacjenta od stóp do głowy, czuwania w czasie urografii, wypatrując ewentualnych powikłań, asystować w czasie zabiegów i operacji, a potem kompletować wyniki badań, nierzadko biegając w tym celu po różnych laboratoriach i pracowniach. Nie uczono i nie wymagano samodzielnego wykonania bardziej skomplikowanych procedur, takich jak nakłucie opłucnej, pobranie szpiku, płynu mózgowo rdzeniowego, wprowadzenia rektoskopu, czy samodzielnego zszywania ran, a nawet, wstyd powiedzieć, zrobienia zastrzyku domięśniowego, nie mówiąc o dożylnym.

Grono przyjaciół celebrowało życie towarzyskie, czasem spotykało się na drinku choćby w Bristolu. Matka Witolda rozumiała, jak nikt, potrzeby młodego mężczyzny i po kryjomu wręczała mu jakiś banknocik lub dwa, prosząc:

– Tylko nie mów ojcu, i po chwili:

– I nie rób głupstw, tatuś by tego nie przeżył…

Ona wiedziała, rozumiała, spiskowała, wynagradzała wieczny brak czasu w okresie, kiedy go dla dzieci nie miała.

Dzięki przyjaźni z doktorem Antonim Fidlerem, który przeniósł się po wojnie z Anglii do Kanady, docent Edward Rużyłło uzyskał dla syna roczne stypendium na staż podyplomowy – strait intership w General Hospital w Ottawie. W czasach żelaznej kurtyny – sporadyczny wyjątek. Szansa nie została zmarnowana, a wyjątkowość stała się regułą.

Na rynku właśnie ukazała się książka lekarza pediatry Ireny Krzeskiej „Kanada pachnąca medycyną”. Wywarła duże wrażenie. Przyszłość zapachniała przygodą.

Staż był do wyboru w dowolnej dziedzinie. Witold wybrał rezydenturę na internie. Ważne zdarzenia występowały jedno po drugim. Dwa tygodnie przed wyjazdem poznał u koleżanki z roku, jej siostrę Teresę, której obraz będzie mu towarzyszył, nurtował, zakłócał myśli w czasie całego pobytu w Kanadzie. Znaczenie tego faktu zaowocuje nieco później.

Staż w Kanadzie otrzymali jeszcze dwaj inni świeżo upieczeni lekarze: Wojciech Dmowski i Krzysztof Rudwal. Jednak Witold 7 lipca 1962 r wyruszył statkiem M/S Batory do Montrealu sam.

Czuł się zwykłym, jednym z wielu, by nie powiedzieć szarym, przeciętnym człowiekiem. Towarzyszyło mu jedynie przeświadczenie, iż „musi w życiu coś zrobić”. Konkretnego planu jeszcze nie miał. W tym wieku nie musi się wiedzieć czego się w przyszłości chce, ale musi się wiedzieć czego się nie chce.

Za słupami Herkulesa

Przygodę życia rozpoczynał morską chorobą, pierwszy kontakt z żywiołem wód Atlantyku był druzgocący. Jednak po ustabilizowaniu się pogody i prawdopodobnie dzięki nowoczesnym, jak na tamte czasy, amortyzatorom Batorego, wszystko minęło bez śladu. Kieliszek koniaku, przelotny flirt z dziewczyną (do dziś pozostał w pamięci adres: ulica, numer domu i mieszkania) i to bliżej nie sprecyzowane przeświadczenie, iż musi w życiu czegoś dokonać, napełniły go uczuciem, iż świat ma u stóp. Statek zawinął do portu Southhampton i zabrał pokaźną liczbę turystów z Anglii. Wśród grona podróżnych była słynna artystyczna tkaczka, Jolanta Owidzka.

Po 10 dniowym rejsie, statek przecisnął się przez cieśninę między półwyspem Labrador i Nową Funlandią, wpłynął do zatoki Świętego Wawrzyńca, stąd rzeką nazwaną tym samym imieniem, spełniającą wymogi pełnomorskich jednostek, do Montrealu. Tam upał. Wysoka wilgotność powietrza potęgowała wrażenie. Nikt nie czekał.

Z portu udał się na dworzec kolejowy. Podszedł do kasy, prosząc o bilet do Ottawy. Kasjer bardzo długo nie mógł zrozumieć co to za miejscowość Ottawa. Wreszcie doznał olśnienia, Ottawa z akcentem cudzoziemca na pierwsze „a” to Ottawa z akcentem nad „o”. Zależnie od akcentu, wyraz Ottawa w języku Algonquin, rdzennych mieszkańców Kanady, ma różne znaczenia, to które oznacza stolicę wymawia się z akcentem na „o”, akcent na pierwsze „a” oznacza „Do Handlu”, czyli biznesową drogę wodną.

Podróż pociągiem trwała zaledwie 2 godziny.

Na dworcu w Ottawie wziął taksówkę do szpitala uniwersyteckiego na Dalaham street. Tam zaprowadzono go do pokoju, w trzypiętrowym budynku dla rezydentów, po drugiej stronie ulicy i jakby wrócił z wakacji, od razu otrzymał kartkę z listą dyżurów. Rezydentami byli sami mężczyźni z różnych państw świata. Każdy z dwudziestu lekarzy miał do dyspozycji wszystko, co potrzebne do całkiem komfortowego życia i pracy w szpitalu, z dziesięcioma dyżurami w miesiącu: mały, własny pokój, automat z coca colą (?), telewizję i pomieszczenie do gry w ping ponga (to akurat rozsądne).

Szefem rezydentów był Hindus doktor Lal. Doświadczenie gromadził przez trzy lata pracy na internie. Wiele do powiedzenia mieli również jego zastępcy, Kanadyjczyk Robinson i Pakistańczyk Qureshi.

Sale chorych w szpitalu były dwuosobowe. Rezydenci badali, przyjmowali pacjentów i podobnie jak w Polsce, prowadzili historie chorób, robili obchody z doktorami Lalem lub Qureshim, raz czy dwa razy w tygodniu z kierownikiem kliniki, profesorem Antonim Fidlerem. Do pacjentów, z gabinetów prywatnych, na obchody przychodzili również kierujący ich lekarze. Rezydenci referowali przebieg diagnostyki i leczenia.

Pierwszy dzień pracy Witolda Rużyłły zaczął się od dyżuru na Izbie Przyjęć. Przywieziono hokeistę z rozciętym łukiem brwiowym. W pierwszym odruchu chciał wezwać chirurga. Wyczuł jednak, iż stanowisko rezydenta w Kanadzie zobowiązuje i wzywanie pomocy wyższego szczebla nie było by najlepiej widziane. Zakrzywiona, z wtopioną nicią igła chirurgiczna, wydawała się jednak, być narzędziem dla bardziej wtajemniczonych. Po dezynfekcji i zaszyciu rany, nękany wątpliwościami doktor zapytał asystującą pielęgniarkę czy nie należało by jednak poprosić chirurga o ocenę wykonania zabiegu. Zorientowana w problemach Izby Przyjęć dziewczyna zawyrokowała krótko:

– Nie! Wszystko jest OK.

Łuk brwiowy zapoczątkował, w czasie tamtego pamiętnego dnia, serię przypadków okulistycznych. niedługo przywieziono pacjenta z ciałem obcym – opiłkiem w oku. Tym razem doktor nie ryzykował i wezwał okulistę.

Po miesiącu czuł się już bezpiecznie. Nakłuwał opłucną, pobierał płyn mózgowo-rdzeniowy i szpik kostny do badania. Po dwóch miesiącach przygotował referat o zapaleniu osierdzia. Nie miał też problemów z językiem, co zawdzięczał całorocznym spotkaniom z lektorem języka angielskiego Uniwersytetu Warszawskiego, panem Godziszewskim. Konwersacje odbywały się trzy razy w tygodniu. W szkole obowiązywał język rosyjski. Drugim językiem przyszłych lekarzy była łacina. Do języka zachodniej Europy docierało się samemu. Po kilku latach łacina została wyparta przez język rodzimy, ponieważ kontrolujący ochronę zdrowia urzędnicy nie zrozumieli by, co znaczy na przykład Myodegeneratio cordis cum fibrillatione atriorum in stadio insufficientiae circulatoriae chronicae – zwyrodnienie mięśnia sercowego z migotaniem przedsionków w okresie niewydolności serca. A jakimże pojemnym workiem było „Myodegeneratio cordis”, mieściło wszystkie anomalie wiodące, w tym przypadku, poprzez migotanie przedsionków do niewydolności serca. Dziś wiemy, iż to zaburzenie rytmu, zwłaszcza kiedy ma charakter napadowy, może występować w zdrowym strukturalnie sercu, a dopiero kiedy trwa dłużej, następuje przebudowa elektryczna, później anatomiczna z wieloma konsekwencjami, łącznie z niewydolnością serca.

W tamtych czasach interna, jak mawiano królowa medycyny, panowała niepodzielnie, jednak w Kanadzie, na uniwersyteckiej klinice był już nefrolog, hematolog, a choćby kardiolog inwazyjny doktor Berkmann. Po sześciu miesiącach stypendysta Witold pierwszy raz zobaczył cewnikowanie serca u chorej ze zwężeniem zastawki mitralnej. Cewnikowanie pozwalało ocenić ciśnienia w jamach serca, zobaczyć wykresy różnic ciśnień między przedsionkami i komorami, oznaczyć ciśnienie zaklinowania w tętnicy płucnej, a dokładnie w najmniejszych gałązkach tętnicy płucnej, uzyskując bardzo istotne informacje o chorobie i jej etapach. Mimo iż doktor Berkmann nie był osobą zbyt komunikatywną, dwudziestotrzyletni rezydent poczuł się zahipnotyzowany. Cewnikowanie serca! Bezpośrednie wejście do serca, pomiary ciśnień w poszczególnych jamach i dużych naczyniach, kapitalne puzzle, które układały obraz diagnostyczny. To było to! Natychmiast napisał do ojca, już wiedział czego w życiu chce.

Po upalnym kanadyjskim lecie nastąpiła przepiękna kolorowa jesień. Zakwitło życie towarzyskie. W szpitalnej administracji pracowały dwie siostry, emigrantki z Polski chłonne wieści z kraju. Zapraszali starsi państwo Onoszkowie, on pilot RAFu, latał nadal, dostarczając zdjęć do opracowań kartograficznych. Zapraszali państwo Janka i Tadeusz Ogrodnikowie. To młode małżeństwo z synkiem Konradem przyjechało z Anglii. Doktor Witold poznał u nich wielu ciekawych ludzi. Pewnego razu Ormianin Diran Basmadjan zaproponował choćby pożyczanie swego garbusa.

Oddzielny rozdział to pielęgniarki, które oprócz pracy, miały w głowie plany dotyczące osobistej przyszłości. Oprócz dwóch urzędniczek, czar roztaczała urocza blondynka – Madeleine. Na wspólną kolację Madeleine wybrała restaurację w pięknym otoczeniu kanadyjskich lasów. Doktor po raz pierwszy odważył się wypożyczyć od Dirana Basmadjana samochód. Przed wejściowymi drzwiami czekał boy by odprowadzić samochód, co dawało pewne wyobrażenie o kategorii lokalu. Odruchowo przemknęła przez myśl pobieżna kalkulacja: dochody, które wynosiły 180 dolarów i wydatki. Zachowując spokój wysiadł, oddał kluczyki. Dziewczyna zniknęła. Nie było jej ani przy wejściu, ani w restauracji. Zawiniła etykieta. Madeleine oczekiwała otwarcia drzwi, ukłonu, podania ręki (któż by się tego spodziewał w Kanadzie?) Poczuła się dotknięta i w ogóle nie chciała wysiąść z samochodu. Boy jak przystało na służbę, zachował milczenie. Kolacja odbyła się w podobnym nastroju, co zaciążyło na dalszych wzajemnych relacjach. Kiedy po tym niefortunnym spotkaniu doktor zbliżał się do pulpitu pielęgniarek, Madeleine ostentacyjnie odwracała głowę.

Inaczej było z pielęgniarką Ziddar Margot, pół krwi Hiszpanką, pół Niemką, z jasną cerą i ciemnymi włosami. Dziewczyna szybka ale i zasadnicza. Podobała się również koledze Krzysztofowi Rudwalowi. Wybrała Witolda. Mieszkała blisko, współlokatorki często były nieobecne. Randki w języku potocznym Kanady „dates” i czułości „necking” umilały codzienne życie. Krzysztof po dżentelmeńsku nie ujawniał swoich intencji. Margot traktowała sprawę poważnie. Witold, jedyny z trójki Polaków, wrócił do kraju. Margot wyjechała do Niemiec. Stamtąd telefonowała. Rozmowa często toczyła się ze skonsternowaną matką Witolda, która w tej sprawie nic nie mogła poradzić.

Historia Margot Ziddar zakończyła się happy endem. Wróciła do Kanady, wyszła za mąż za Rudwala. Ma dwóch dorosłych synów, o czym pierwszy obiekt zainteresowań dowiedział się dopiero czterdzieści osiem lat temu. Margot do dziś telefonuje, prowadzi długie rozmowy, jak to bywa między starymi przyjaciółmi.

Doktor Wojciech Dmowski wyspecjalizował się w ginekologii i dobrze mu się wiodło w Chicago.

Powrót do kraju obfitował w miłe niespodzianki. W Southhampton – oczekiwali oboje rodzice, którzy dotarli tu własnym samochodem Skodą Octavią, po czym wszyscy troje udali się promem do Calais, stamtąd do Paryża. Tam czekał w salonie samochodowym, zamówiony nowiutki Peugeot 404. Miało również miejsce, o wiele więcej niż miłe, spotkanie z Teresą, która po skończeniu Akademii Sztuk Pięknych terminowała u paryskiego architekta wnętrz.

Powrót do Warszawy był już bardziej prozaiczny. Witold akceptował decyzje ojca bez zastrzeżeń, ale asystenturze w jego klinice stanowczo się sprzeciwił.

W przyszłości będzie dzielił się z synem Kubą własnym doświadczeniem. Podkreślał wagę samodzielności w ważnych decyzjach, jak nie ulegać kuszącym, ułatwiającym życie zbiegom okoliczności, jak panować nad sytuacją, unikać pośledniości. Metodę chwalenia dziecka, choćby przesadnego, za najmniejsze sukcesy, oceniał jako pomocną. To teoria. W praktyce na wszystko pozwalał. Tymczasem dziecko okazało zdumiewającą niezależność myślenia, być może tak dalece wybiegającą za rodzinny standard, iż mogło ogarniać zwątpienie, ale należało być konsekwentnym i zaufać jego pasji, tak odrębnej od ich fascynacji.

Autorka tekstu: Ewa Łastowiecka

Idź do oryginalnego materiału