Wady serca i zalety na Olimpie cz. 7

przegladdziennikarski.pl 10 godzin temu

Przestrzeń codzienności

W pierwszych dniach kwietnia 1987 roku odbył się w Instytucie kurs dla lekarzy z zakresu diagnostyki nieinwazyjnej. Profesor Wanda Rydlewska – Sadowska mówiła o ostrych wadach serca takich, które powstają nagle w przebiegu zapalenia mięśnia serca, pęknięcia przegrody międzykomorowej w zawale lub wskutek guza utrudniającego przepływ krwi. Mówiła o dramatach z podobną intonacją, jakiej należałoby się spodziewać w relacji z najprostszych czynności dnia: wstałam, umyłam się, zjadłam śniadanie, poszłam do pracy (podobnie jak pacjenci opisują swoje zajęcia podczas holtera czyli 24 godzinnego badania EKG). Nie przekazywała wiedzy nauczonej, przepisywanej ale doświadczenia własne. Historia pacjenta: stan ciężki, skurczowy szmer promieniujący wzdłuż mostka, klinicznie szmer świadczący o zwężeniu zastawki aortalnej… przerwała ciszę i narastające napięcie…

– Tak rozpoznaliśmy, a to była ostra niedomykalność mitralna… z powodu pęknięcia nici ścięgnistej w przebiegu bakteryjnego zapalenia wsierdzia… I znowu krótka chwila ciszy, dyskretny ruch zwilżenia górnej wargi… i empiryczny wniosek:

– W pęknięciu nici szmer nie ma charakteru koniuszkowo pachowego tylko promieniuje wzdłuż mostka, dlatego klinicznie rozpoznaje się zwężenie zastawki aortalnej [48]… kilka sekund milczenia, czas na dotarcie, na wyobrażenie sobie tej zależności i zapamiętanie. Kilka lat później w zachodniej literaturze echokardiograficznej pojawiły się próby wyjaśnienia propagacji szmerów: dlaczego, kiedy i w jakich warunkach.

Stała na podium, wyrażając emocje maksymalnie oszczędnym słowem. Nie potrzebowała slajdów ani żadnej pomocy. Lekarze słuchali wstrzymując oddech. Mówiła o niedomykalności mitralnej i ubytku w przegrodzie międzykomorowej, których nie można zróżnicować klinicznie. Należało to zapamiętać i czekać na zderzenie z praktyką.

Na krajowych sympozjach jej wykłady gromadziły tłumy. Zawsze brakowało miejsc siedzących. Na sali panowała absolutna cisza. Nikt nie chciał uronić ani słowa.

Odkrywanie przyczyn choroby serca głowicą ultradźwiękową połączoną z aparatem najlepszej jakości, jest fascynujące. Obraz dwuwymiarowy bywa tak piękny, iż chciałoby się powiedzieć: widać nie tylko struktury, ale niemal komórki serca. A już badanie dopplerowskie falą pulsacyjną i ciągłą bezbłędnie, nieinwazyjnie, nieboleśnie pozwala na szybkie uzyskanie takich danych jakie otrzymuje się podczas cewnikowania serca. Autorką wytłumaczenia kardiologom zjawiska Dopplera, korzyści z zastosowania tej metody w echokardiografii, jest słynna Norweżka, profesor Live Hatle [49]. Na zjazdach czuło się, iż jest szarą eminencją diagnostyki nieinwazyjnej. Jej ujmujący sposób bycia, klasyczne, szaro niebieskie kostiumy harmonizowały z powagą autorytetu, nic nie ujmując kobiecości drobnej, szczupłej blondynce. U nas metodę i korzyści dopplera propagowała Wanda Rydlewska-Sadowska [50].

Wprowadzenie znakowania kolorem przepływów skróciło czas badania i dostarczyło kolejnych, ważnych informacji. Wydawało się, iż dalszy postęp może się wiązać jedynie z miniaturyzacją urządzenia, ale nie tylko. Echo serca może dziś pokazać obraz trójwymiarowy, jak widzą go chirurdzy po otwarciu klatki piersiowej. Nie koniec na tym. Postęp nie zna granic, dlatego możemy przewracać trójwymiarowy obraz serca w dowolną stronę, szatkować poszczególne jego warstwy i czuć magię kolejnej innowacji w postaci hologramu [51].

Początkowo w Instytucie wszyscy pacjenci byli cewnikowani. Kiedy weszło do codziennego użycia echo, klinicyści i kardiochirurdzy z zainteresowaniem porównywali wyniki. Nastawieni do wyników cewnikowania serca jak do złotego standardu, czyhali na rozbieżności, by móc powiedzieć: „a jednak..”. Część pacjentów, zwłaszcza z wadami nabytymi, cewnikowano na Spartańskiej. Wanda Rydlewska-Sadowska nie opuszczała ani jednego posiedzenia hemodynamicznego.

Wracała do Anina. Tu czekał ją obchód chorych w Klinice Szybkiej Diagnostyki usytuowanej na parterze, omawianie problemów z lekarzami prowadzącymi, potem oglądanie badań echokardiograficznych w Zakładzie Diagnostyki Nieinwazyjnej na pierwszym piętrze i konsultacje z kardiochirurgami. Decyzję operować czy nie operować, większość kardiologów potrafi podjąć, zwłaszcza odkąd istnieją standardy ale wychwycić zakamuflowane niuanse, które zmieniają sposób leczenia chorego, potrafiła jak nikt inny.

W międzyczasie omawiała i przeprowadzała korekty prac przygotowywanych do publikacji lub na sympozja, załatwiała niecierpiące zwłoki sprawy aparaturowe i walczyła o pokrycie kosztów wyjazdów na kongresy. Oglądanie badań i czytanie streszczeń prac naukowych sprawiało jej szczególną przyjemność. Wyciągała papierosa i pytała:

– Chce pani kawy? – I dodawała mimochodem:

– Wczoraj na Spartańskiej były omawiane wyniki hemodynamiczne trzech chorych badanych przez panią.. idealnie zgodne – można było odczuć jako aprobatę. Ale również potrafiła krótko i dobitnie skwitować prośbę o przyspieszenie przyjęcia chorego z wadą serca w okresie zaawansowanej niewydolności:

– Mogłabym ale tego nie zrobię.

Wydawać by się mogło, iż nie miała prywatnego życia. Klinika, diagnostyka i kardiochirurgia były dla niej wszystkim. Jej obecność paraliżowała, chociaż czasem wprowadzała trochę luzu takim oświadczeniem:

– Kupiłam rewelacyjną kieckę za jedne cztery i pół tysiąca

– Jaką, jaką, gdzie? Ledwie dostrzegalnie uniosła brwi, popatrzyła w okno, wyciągnęła z kieszeni papierosa (dwie przyjemności w jednym), uśmiechnęła się jakby sama do siebie:

– Szaro srebrna w czarne prążki… ale fason świetny. Ruch ręki od talii do nadgarstka drugiej. Aha, rękaw nietoperz.

– Mój mąż powiedział – iż na Zachodzie taka suknia minimum sto osiemdziesiąt, dwieście. I to we “Wzornictwie”, skąd oni mają takie materiały. I znowu uśmiech.

Kilka dni później dwie jej doktorantki Ela Borowiecka i Agata Dzierżko szykowały się do obrony. Profesor Sadowska w szaro srebrnej sukni w czarne prążki z miękkiej tkaniny spływającej po figurze, na nogach pantofelki na wygodnych obcasach, w ręku gałązka storczyka. Obok jakaś inna pani profesor z innego miasta, niska, okrąglutka. Olivia de Havilland i Miecia Ćwiklińska. Nie tylko świat filmu ma swoje gwiazdy i gwiazdeczki.

Do jej ulubionych okryć wszech czasów należały czarne spodnie narciarskie i czarny kostium kąpielowy, które otrzymała zaraz po wojnie w jakiejś paczce z UNRY. Ponieważ wtedy u nas i długo jeszcze potem nosiło się takie spodnie z gabardyny, a kostiumy kąpielowe z wełny lub z kretonu, zachodni krój i elastyczne tkaniny wzbudzały sensację i zazdrość. Spodnie i kostium kąpielowy leżały “jak ulał” (a co źle leży na smukłej sylwetce z długimi nogami i wydatną piersią). Długo nie mogła się z nimi rozstać mimo wielokrotnych reperacji.

Miłość do nart i pływania towarzyszyła jej przez całe życie. Zimowy urlop był jedyną, niepodważalną czynnością dla zdrowia. Wyjeżdżała zwykle tak zmęczona, iż wydawało się, ręką i nogą nie ruszy przez co najmniej tydzień. Tymczasem od pierwszego dnia odrabiała zaległości całego roku.

W 1987 roku w aparacie echokardiograficznym Hewlett Packarda, po 2 letniej pracy przez 12 godzin dziennie, uległa uszkodzeniu mała płytka. Klinicyści, a zwłaszcza kardiochirurdzy już przyzwyczajeni do podania pełnej i nieomylnej diagnozy, świadomi drobiazgowego sprawdzania każdego badania przez profesor Sadowską, znaleźli się w próżni. Był co prawda w Zakładzie Diagnostyki Nieinwazyjnej jeszcze jeden stary aparat ADR ale z jego migającego i zaśnieżonego obrazu można było ocenić zaledwie wielkość jam serca, wykluczyć duże zmiany na zastawkach, ewentualnie płyn w osierdziu i tyle. A bez oceny gradientów, wewnątrz sercowych przecieków, oznaczenia ciśnienia w tętnicy płucnej w 1987 roku, nie kwalifikowało się pacjenta do operacji.

Uruchomiono międzynarodowe pogotowie techniczne. Pani profesor zwróciła się do inżynierów:

– To ma być hasło „na ratowanie życia”. Zdziwili się.

– Nie pacjenta, waszego.

Płytki nie było w całym Wiedniu. Sprowadzono ją ze Stanów. Honor ekipy technicznej został uratowany. Problem najpilniejszych badań został rozładowany w ciągu kilku dni.

Kwadrans po trzeciej. Za 15 minut kończy się dzień pracy. Pani profesor wchodzi do pokoju lekarskiego i pyta:

– Czy macie coś do mnie?

– No.. adekwatnie..

– Czy coś ciekawego?

– Miałem dziś mały ubytek przegrody międzykomorowej – mówi Piotr – można by go pokazać na posiedzeniu…

– Doskonale. W jej oczach błysk. Czas przestaje istnieć. Pora odpoczynku, posiłku, snu nie liczą się.

– Niech pan pokaże.

Lekarze w komplecie oglądają z zachwytem obraz doskonale czytelny, wydaje się niemal trójwymiarowy. Ania zerka jednym okiem i ostentacyjnie zaczyna zakładać buty. Dziecko w przedszkolu czeka, w przeciwieństwie do instytutowego autobusu. Dla profesor Sadowskiej czas nie istniał, do domu wychodziła najczęściej późnym wieczorem. I było by to z pewnością mile widziane, gdyby wszyscy asystenci postępowali podobnie. Kolejne pokolenie młodych kardiologów przekazuje sobie z ust do ust anegdotę, jak to Kasia będąc w ich wieku, wyraziła swoją opinię na ten temat:

– Pani profesor, jak ja będę profesorem, nie będę wychodziła tak późno

– Ale na razie pani nie jest – brzmiała lakoniczna odpowiedź.

W 1984 roku Kasia zdała „jedynkę” z interny.

Jest profesorem od 2016 r i wychodzi z pracy o czasie. By móc przez cały czas funkcjonować musi się położyć na 15 – 30 minut. Budzi się wypoczęta, rześka. I może spokojnie zasuwać nad grantami do północy. W tym zawodzie, od chwili rozpoczęcia studiów do emerytury, a najczęściej dużo dłużej, czas pracy nigdy nie wynosi osiem godzin, czasem wstyd przyznać ile (zwłaszcza w okresie szczytu życiowych możliwości), by nie być posądzonym o zatracenie graniczące z szaleństwem.

Profesor Sadowska sprawdza czyjeś badanie. Zatrzymuje obraz, cofa, jeszcze raz i jeszcze. Wreszcie oświadcza:

– Tu musi być membrana. Membrana pod zastawką tętnicy płucnej.

Ktoś z asystentów nieśmiało zauważył:

– Intuicja.

Jej wymowny ruch głowy i ręki wyraził coś w rodzaju ”bzdura”. Nie znosiła „fajerwerków”. Intuicja dotyczyła innych sfer, interpretacja obrazu echa serca nie polega na domysłach. Rozpoznaje się to co się widzi.

Pacjent był cewnikowany, hemodynamiści owszem, stwierdzili gradient płucny czyli różnicę ciśnień między prawą komorą i pniem płucnym, świadczący o zwężeniu ale tak subtelnej przyczyny jak kawałek półksiężycowatej przegródki pod zastawką, już nie. Dopiero kardiochirurdzy potwierdzili ten rodzaj zwężenia. Potem już byliśmy wyczuleni i na tyle mądrzy, iż sami rozpoznawaliśmy pod zastawkowe membrany. Włodek Szaroszyk przedstawił na sympozjum problem membran podaortalnych dokumentując pięknym obrazkiem echa dwuwymiarowego i dopplera. W czasie dyskusji padło pytanie. Włodek zastosował figurę retoryczną i powiedział:
– Przepraszam, nie dosłyszałem pytania. Napięcie na sali wzmogło się. Odpowiedź była wyczerpująca.

Włodek, podobnie jak Piotr i Ania, szkolił się w Utrechcie i dokładnie dzięki preparatom serca w formalinie zapoznał się z najbardziej skomplikowanymi wadami wrodzonymi. Z łatwością odnajdywał chirurgicznie wytworzone w sercu korytarze, które mimo pokręconej anatomii prowadziły strumienie krwi we adekwatnych kierunkach. Dziś kardiolodzy mają do dyspozycji rezonans magnetyczny z przepływami w 4 D, obrazującymi działające sił na ściany naczyń (niektóre tak potężne, iż całkiem trafnie nazwano je tornadami) i jeszcze dokładniejszą ocenę wielkości przecieków [52]. Cyfryzacja umożliwia wydrukowanie narządu z echa trójwymiarowego z najbardziej unikalną wadą serca. Kardiochirurdzy mogą go oglądać ze wszystkich stron, planować cięcia, zamykanie ubytków, wstawianie graftów czy łat zmieniających kierunki przepływów krwi [53]

Kiedyś Włodek badał dziecko z jakimś „mętnym” rozpoznaniem, choć było już cewnikowane. Badał, zastanawiał się i nagle doznał olśnienia: wada unikalna, dotąd nie rozpoznana ani w Instytucie, ani w Polsce: tunel łączący aortę z lewą komorą. Gdzieś o tym czytał i we właściwym momencie skojarzył. Tego samego dnia i następnego doczytał, upewnił się. Tylko jego małomówność zdradzała podekscytowanie. Pokazał badanie pani profesor. Natychmiast zobaczyła coś dziwnego, zawsze zatrzymywała obraz najlepiej oddający istotę patologii. Wreszcie ze zdziwieniem zaczęła się zastanawiać:

– Przetoka aortalno wieńcowa?

– To jest tunel aortalno lewo komorowy pani profesor – odpowiedział skromnie Włodek.

– Musiałam o tym czytać ale nie pamiętam gdzie. I to zdanie powtórzyła na posiedzeniu hemodynamicznym.

Lekarka, która kierowała dziecko, po otrzymaniu wyniku natychmiast przybiegła z propozycją opublikowania tego znaleziska w jakimś zagranicznych czasopiśmie. Inna koleżanka oświadczyła:

– To było oczywiste, iż to tunel.

Ciekawe na podstawie czego…

Włodek oddał do „pierwszego czytania” swoja pracę doktorską. Wymyślił wdzięczny temat, zebrał pokaźny materiał. Tekst, tabele, rysunki, wnioski przetrawione, logiczne i starannie opracowane. Pani profesor przerzucała kartki jak się przegląda znany album ze zdjęciami. Zatrzymała się na jakiejś stronie i rzuciła od niechcenia:

– O, tu jest błąd

– Niemożliwe – zaperzył się Włodek

– Niech pan sprawdzi

Błąd był. Sam autor nie mógł się nadziwić w jaki sposób powstał.

Pamiętam taką rozmowę:

– Ewa, niech pani sprawdzi jak się pisze Deveraux, bo wydaje mi się, iż to powinno być Devereux. Było to nazwisko drugiego autora sto dwudziestej trzeciej pozycji bibliografii w mojej pracy doktorskiej. Osłupiałam. Sprawdziłam, był błąd. Prawidłowa pisownia – Devereux przez e. Podobny mój błąd wychwycił profesor Rużyłło w czasie autoryzacji tej książki, w nazwisku jednego z trójki laureatów nagrody Nobla Gournanda oprócz Forssmanna i Richardsa, a napisałam tak wskutek skojarzenia ze znanym mi słowem „łakomczuch” – Gourmand.

Kiedy przygotowałam jakieś streszczenie na sympozjum i już trochę byłam zorientowana, jak się to robi, przedstawiałam tekst pani profesor. Kiedy zaczęła nanosić poprawki, dopisywać w nawiasach pełny tekst po skrótach, które wydawały mi się tak oczywiste i tak powszechnie znane, próbowałam wyjaśnić:

– Ależ pani profesor …

– Ewa, to musi być zrozumiałe. Umówmy się, o ile ja czegoś nie rozumiem, to znaczy, iż nikt tego nie rozumie.

Kiedyś prosiła nas:

– Zarejestrujcie falę zwrotną takiej „porządnej” niedomykalności trójdzielnej w kawie dolnej (to znaczy w żyle głównej dolnej, która uchodzi do prawego przedsionka).

Każdy z nas szukał cofającej się krwi z prawej komory i albo niedomykalność była mała, albo projekcja pod mostkowa, w której to oznaczenie było możliwe, mało widowiskowa. Wreszcie sama wyłowiła pacjenta z klinicznie dużą niedomykalnością zastawki trójdzielnej, usiadła z nim do aparatu i mimo, iż od kilku lat nie miała głowicy w ręce, zarejestrowała piękny obraz wady.

Spóźniła się na egzamin doktorski Eli. Chirurdzy mieli pilną sprawę. Kiedy coś się działo z pacjentem lub problem wymagał natychmiastowego wyjaśnienia, wszystkie inne sprawy schodziły na drugi plan, choćby egzamin doktorantki. Za to spóźnienie dostała „rugi” od komisji. Ela bardzo ładnie odpowiadała na zadawane pytania, ale kiedy w drzwiach pojawiła się pani profesor, trema wzięła górę, płynna wypowiedź uległa spowolnieniu.

Kiedy Ania w obecności całego zespołu jako pierwsza w Zakładzie zręcznie założyła pacjentowi głowicę do przełyku, pani profesor zwróciła się do doktora Bieganowskiego – gastrologa, który początkowo pomagał nam wykonywać tę czynność:

– Widzi pan jakich mam zdolnych asystentów?

Prowadziła taki tryb życia, jakiego lekarze nie zalecają swoim pacjentom. Na obiad nigdy nie miała czasu, przyzwyczaiła się zjedzenia “czegoś” na kolację. Latami praca po nocach, morze wypitej kawy i tysiące papierosów. Winą za nałóg obarcza męża, który traktował tytoniowy dym na Mazurach, jak ochronę przed komarami.

Zazwyczaj tylko śniadanie odbywało się bez pośpiechu, czasem lubiła przy tym poczytać Kubusia Puchatka…

Przestrzegała jedynie narciarskiego urlopu w Bukowinie, zwykle w marcu. Wróciła kiedyś czekoladowo opalona, wypoczęta, na dwa dni przed wyjazdem do Walencji na konferencję naukową. Z hiszpańską wizą był problem. Bardzo operatywna pani z Działu Spraw Zagranicznych Instytutu nie potrafiła załatwić wizy w terminie. Pani profesor między załatwianiem jednej i drugiej ważnej sprawy, sama pojechała do ambasady i pierwszej lepszej urzędniczce wygarnęła:

– jeżeli ja leczyłam żonę ambasadora i poświęcałam jej swój czas, to nie widzę powodu, dla którego konsul nie mógłby mi poświęcić pięciu minut.

Podziałało natychmiast. Nie zdążyła wjechać na odpowiednie piętro, a już wszystkie sekutnice przejawiały słodycz sióstr miłosierdzia.

Wróciła do Instytutu zgrzana, zarumieniona.

-Niech pan się odwróci – poprosiła kolegę i zdjęła szaro czarny sweter. Ochłonęła w lekkiej czarnej bluzeczce.

Kolejny raz wróciła z Bukowiny opalona jak zwykle. Podróż samochodem z Zakopanego do Krakowa trwała cztery godziny i dwadzieścia minut. Kiedy uwolniła się z korków poszła na całość, a tam świadoma pokus kierowcy – policja. Przed mandatem uchroniła ją szczerość: „wie pan, ja bym hamowała, gdybym wiedziała, iż tu stoicie, ja naprawdę was nie widziałam”. Po tej relacji jak zwykle zmęczeni chirurdzy od razu oprzytomnieli.

Przedstawiono dokumentację dziecka z ubytkiem przegrody międzykomorowej i zwężeniem tętnicy płucnej. W ciągu ostatniego miesiąca stan się pogorszył, radiolodzy opisali na zdjęciu powiększenie sylwetki serca i cechy zwiększonego przecieku (z lewej do prawej komory serca i wynikającego stąd zwiększonego przepływu w płucach). Jak to możliwe skoro jest zwężenie zastawki płucnej. Gradient (czyli różnica ciśnień między prawą komorą i tętnica płucną) był niższy niż w badaniu poprzednim. Zadała sugestywne pytanie:

– Czy ten „wzrost przepływu” nie jest zwiększonym zastojem?

– ??

– A spadek gradientu nie oznacza, iż „siadła” komora?

Osoby z wysokim o sobie mniemaniu zamilkły.

Decyzja o pilnej operacji zapadła w ciągu kilku sekund.

Doświadczony chirurg nakłuwał osierdzie z powodu zagrożenia tamponadą. Wykonywał ten zabieg z powodzeniem wielokrotnie. W strzykawce pojawiła się krew. Pierwsza myśl – wszedł do prawej komory, która znajduje się tuż pod mostkiem. Przerwał zabieg i przybiegł nie do swojego szefa, tylko do profesor Sadowskiej.

– Sprawdził pan hematokryt? (procent krwinek, głównie czerwonych w stosunku do osocza krwi) – zapytała.

Nie sprawdził. Krwisty płyn musi zawierać mniej krwinek niż krew. Chirurg telefonicznie zlecił badanie hematokrytu w pobranym materiale i z krwi pacjenta. Ale hematokryty były podobne.

– Wobec tego niech pan nakłuwa pod kontrolą echa – zaproponowała.

Zgodził się chętnie. Ale igła w echu nie była widoczna.

– Wobec tego niech pan wstrzyknie trochę soli fizjologicznej.

Wykonał bez namysłu. „Bąbelki” soli fizjologicznej pojawiły się w osierdziu.

– Niech pan aspiruje

Znowu krew.

– Nie szkodzi, niech pan aspiruje.

Bał się, ale posłusznie jak dziecko prowadzone za rękę, wyewakuował półtora litra „krwi”. Pacjent poczuł się natychmiast lepiej. Powody tak krwistego płynu były dwa: skuteczne leczenie przeciwkrzepliwe i podwyższony poziom mocznika. Do osierdzia sączyła się krew z naczyń włosowatych.

Po obchodzie i przyjęciu spóźnionych interesantów, załatwieniu kilkunastu telefonów, użeraniu się z wydawcami drugiej edycji “Wad serca” zajrzała do pokoju lekarskiego z sakramentalnym pytaniem:

– Macie coś do mnie? Biedziliśmy się z Włodkiem nad dziwacznym elektrokardiogramem. Coś nam się w bloku przedsionkowo komorowym nie podobało. Dostrzegła to.

– Właśnie zastanawiamy się nad dziwnym Wenckebachem (blokiem przewodzenia impulsów z przedsionków do komór). Błysk w jej oczach.

– Tu – pokazaliśmy – typowa periodyka, pięć do czterech, tu chyba pobudzenie węzłowe z częściowym rozkojarzeniem, a to wydaje się być przewiedzione, chyba blok zaawansowany…

– Zaraz zaraz, to przewiedzione

– Ma konfigurację bloku prawej odnogi – dodajemy ostrożnie

– I bloku przedniej odnogi pęczka Hisa, to jest blok czwartej fazy. Zabieram ten elektrokardiogram, zróbcie jeszcze jedno EKG ale czwartej fazy może już nie być.

Pani Dorota, oddziałowa pielęgniarek z niepokojem popatrzyła na zegarek. Zbliżała się pora odjazdu autobusu, ale bez słowa wykonała badanie. W następnym badaniu pojawiły się pobudzenia nawrotne. Serce pacjenta po implantacji dwóch sztucznych zastawek z trudem przyzwyczajało się do nowych warunków.

Nigdy nie podawała nam gotowych recept. o ile wydawało się nam, iż wiemy co przedstawia krzywa, ale jakiś cień wątpliwości jeszcze się zakradał, szliśmy zapytać czy mamy do czynienia z częstoskurczem komorowym czy aberracją w trzepotaniu przedsionków. Wciągając dym z widoczną przyjemnością, mówiła:

– Oczywiście iż jest to częstoskurcz komorowy i co w tym trudnego. Ale nigdy nie tłumaczyła, w jakich warunkach aberracja przewodzenia może wystąpić, a kiedy absolutnie trzeba ją wykluczyć. Albo:

– Oczywiście, iż jest to nie napadowy częstoskurcz węzłowy – ale nigdy nie przypominała, jaką musi mieć częstość, żeby go rozpoznać i iż jest rytmem czynnym w rozkojarzeniu przedsionkowo komorowym. Nie dawała gotowych recept. Mobilizowała do poszukiwań w literaturze, wszak mieliśmy do dyspozycji elektrokardiograficzną kopalnię wiedzy w „Zaburzeniach rytmu serca”.

Po wszystkich etapach przystąpienia do egzaminu z kardiologii zebrałam odwagę i zwierzyłam się:

– Pani profesor ale ja trzech krzywych w „Zaburzeniach Rytmu” nie rozumiem. Spojrzała badawczo czy przypadkiem nie pozwalam sobie za wiele i odparła:

– Ewa, pani chyba żartuje.

Zadałam to nierozsądne pytanie, choć wiedziałam, iż należy do osób, które wiedzą ale nie zawsze mówią, w przeciwieństwie do innych, które mówią chociaż nie wiedzą.

Były takie elektrokardiogramy, na które patrzyliśmy do góry nogami i wątpliwości nie było. (Jeden z sympatycznych chirurgów z rozbrajającą szczerością wyznał: jak ja bym chciał się znać na EKG). Ale od czasu do czasu zdarzały się krzywe trudne, jest zawał czy go nie ma i wtedy biegliśmy do niej i uczyliśmy się, iż w takiej sytuacji trzeba zmienić pozycję elektrod o jedno międzyżebrze wyżej, lub dorobić zapis z linii pachowej tylnej i łopatkowej czy też nad prawej komory.

W Instytucie odbywały się w ciągu każdego roku dwie sesje egzaminacyjne dla specjalizantów kardiologii. Początkowo przystępowało do egzaminu nie więcej niż 10 osób, w następnych latach liczba ta stopniowo się powiększała aż osiągnęła poziom stu pięćdziesięciu. Od samego zarania krążyła wieść, iż najtrudniejszą częścią egzaminu jest EKG. Egzamin ten prowadziła profesor Sadowska. dla wszystkich lekarza przygotowywała pięć krzywych, które wybierała z ogromnych stert, zajmujących cały pawlacz we własnym mieszkaniu. Przeznaczała na rozwiązanie aż dwie godziny. Wiadomo też było od początku, iż oblewa jedynie za nierozpoznanie zawału serca lub rozpoznanie go tam, gdzie go nie ma. Krzywe nie były łatwe, czasem zawierały pełny zapis dwunastu odprowadzeń, czasem widniało tylko jedno, na jednych tylko regresja załamków, lub podstępny skurcz przedwczesny ujawniały dziurę elektryczną, świadczącą o przebytym zawale, na innych na pierwszy rzut oka pułapką wydawały się być zaburzenia rytmu, a na dostrzeżenie zawału nie starczyło pary i odwrotnie głębokie załamki q, w miejscach, w których nie powinny być, sugerowały zawał, podczas gdy były wyrazem przewodzenia przez dodatkową drogę. Wiele osób ze strachu, w ostatnim momencie, rezygnowało z terminu. Danka G. naprawdę bardzo mądra lekarka, postąpiła tak trzykrotnie. Oczywiście zdała ten egzamin bez trudu, ale półtora roku później. Po egzaminie, z każdą osobą, której się nie powiodło, pani profesor analizowała krzywe. Trwało to do późnego wieczoru, tak długo aż adepci kardiologii zostali przekonani, iż krzywe były jednoznaczne. Jeden z młodych, zdolnych, ambitnych, (z kliniki, której szefa profesor Sadowska nieszczególnie ceniła), nie zdał. Krzywa przedstawiała prawidłowy rytm zatokowy i blok prawej odnogi pęczka Hisa, ale w odprowadzeniach przedsercowych, oznaczonych jako V2-V3, zarejestrował się maleńki, ale wyraźny załamek q, na co zdający zwrócił uwagę i opisał, ale uniknął werdyktu: „zawał serca z obrazem bloku prawej odnogi pęczka Hisa”. Porażka, z pewnością dotkliwa, ale w dłuższej perspektywie i dalszej, owocnej karierze naukowej, nie przeszkodziła. Nie warto koncentrować się na dniu dzisiejszym, trzeba patrzeć dalej. Tego trudnego egzaminu nie zdała również (za pierwszym razem) osoba osobiście dopuszczona do zdawania specjalizacji przez egzaminatorkę. W pracowni panowało przekonanie, iż gdyby tak poddać tej próbie wszystkich profesorów kardiologii, liczba niepowodzeń mogła by się okazać zaskakująca.

Kiedy Instytut pustoszał profesor Sadowska spokojnie pokazywała obrazy badania na przykład z wegetacjami bakteryjnymi na zastawce aortalnej profesor Hoffmanowej.

Zakład otrzymał wspaniały telewizor Trynitron do oglądania badań echokardiograficznych. Kosztował trzy tysiące USD. Do uruchomienia potrzebna była instrukcja, ale gdzieś się zawieruszyła. Intensywne poszukiwania nie dawały rezultatu. Wszyscy lekarze przetrząsali papiery na swych biurkach, laborantki: panie Ania i Basia przeczesywały pudełka z wynikami badań i każdy kąt, instrukcji ani śladu. Weszła profesor Sadowska, wystarczyło jedno jej spojrzenia, dokument odnalazł się.

Pojawił się następny problem, video nie nagrywało głosu. Przeszliśmy nad tym do porządku dziennego. Trwało to kilka dni. Przyszła oglądać jakieś badanie, nacisnęła guzik “audio-phono” i video bezbłędnie uruchomiło dźwięk.

18 kwietnia 1988 roku odbyło się kolejne posiedzenie Oddziału Warszawskiego Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, jak zwykle w gmachu klinik pediatrycznych na Litewskiej, gdzie pamiętana przez najstarszych lekarzy winda, otwierana kluczem na łańcuchu, przyspawanym do żelaznej kraty, przez cały czas wytrwale, z łoskotem jeździła na wszystkie sześć pięter, mimo iż z powodzeniem nadaje się do muzeum myśli technicznej.

Dorobek przedstawiali asystenci Zakładu Diagnostyki Nieinwazyjnej. Ja debiutowałam. Materiał dotyczący niedomykalności zastawki aortalnej, odwzorowanej w kolorze metodą dopplerowską, gromadziłam od października poprzedniego roku. Wyników dużo, wniosków mało. Kilka dni przed wystąpieniem rozpoczęły się próby, poprawki, uproszczenia. Każda myśl musiała być precyzyjnie sformułowana. Każde zbędne słowo wycofane. Sądziłam, iż w takim dniu konieczny jest fryzjer. Przezornie zapytałam panią profesor czy zdążymy pojechać do domu i się „przebrać”. Posiedzenie odbywało się o 1800 -tej. Odpowiedź brzmiała:

– Ja jadę prosto stąd.

No tak, nici z planu.

Dzień przed wystąpieniem po długiej próbie pani Profesor zapytała:

– Czy chce pani wziąć do domu diapozytyw i przećwiczyć slajdy?

Wydawało mi się to lekką przesadą.

– Nie wiem – wyraziłam powątpiewanie, ale jak usłyszałam;

– Ja bym na pani miejscu jeszcze raz to spokojnie przejrzała – cóż było robić, przejrzałam.

W dniu występu do ostatniej chwili „ćwiczyłam”. Czułam ukryte podniecenie, a choćby zrobiłam się odważna:

– Pani Profesor ja chyba zacznę tak: proszę państwa pokaz będzie przypominał van Gogha ostatecznie Cybisa. Ale kiedy spojrzałam na jej minę od razu ode chciało mi się żartów. Ostatnią część referatu miałam zakończyć tak (i to została zaakceptowane):

– A teraz zapraszam na film, który toczy się w jamach serca. Ostatecznie zrezygnowałam z wszelkich metafor.

Ania przygotowała tętniaki aorty. Przed wejściem na podium szepnęła:

– Boże, mam kompletną pustkę w głowie. To było jej czwarte wystąpienie. Zostało nagrodzone gromkimi oklaskami, co zdarza się raczej rzadko. Pani profesor zaliczała ją do osób, dla których jest ważne to co robią. Dlatego w niej widziała swą następczynię. Traciła serce dla tych, którym osiągnięcia służyły do celu by być ważnym.

Pamiętny był przypadek chłopca po operacji przetrwałego przewodu tętniczego – naczynia, które jest niezbędne w życiu płodowym, dostarcza utlenioną krew z aorty przez prawą gałąź tętnicy płucnej do płuc, ale po urodzeniu ulega samoistnemu zamknięciu. Nie u wszystkich, wtedy przeciek pozostaje i zależnie od wielkości może prowadzić do poważnych komplikacji. U chłopca podejrzewano zwężenie zastawki aortalnej, bo miał typowy dla tej wady szmer nad sercem i skarżył się na silne bóle kończyn dolnych, które jak słusznie sądzono były wynikiem zmniejszonego dopływu krwi przez zbyt ciasną zastawkę do tkanek obwodowych. Planowano operację wymiany chorej zastawki na sztuczną. Ale badanie echo od razu uwidoczniło trzy cienkie płatki zastawki, co raczej wykluczało jej zwężenie, natomiast w badaniu dopplerowskim przy ustawionym kursorze w aorcie wstępującej, pojawiał się gradient – różnica ciśnień w wysokości 92 milimetrów słupa rtęci, podczas gdy w warunkach prawidłowych wynosi on zaledwie 10 – 15 milimetrów. Nad zastawką mignął poprzeczny cień jakiegoś wyrostka. To było zwężenie nad zastawkowe, trudne do klinicznego zdiagnozowania. Przewód tętniczy zrekanalizował się, widocznie zsunęła się podwiązka. Diametralnie zmienił się zakres operacji i dalszy komfort życia małego pacjenta. Doktor Różański „tylko” wyciął ten fałd błony śluzowej, własna zastawka ocalała, a podwiązanie przewodu tętniczego było dla niego „drobiazgiem”(dziś zatyka się to naczynie specjalnym korkiem – okluderem, nieoperacyjnie, w czasie cewnikowania serca).

Włodek Szaroszyk zdawał kardiologię (celująco). Ania Pączek – Klisiewicz dokształcała się na stypendium w Rotterdamie, Ewa Michalak przygotowywała wystąpienie na Sympozjum we Wiedniu, Piotrek Hoffman kończył zbieranie materiału do doktoratu.

Kiedyś późnym popołudniem pani profesor weszła do pokoju lekarskiego zapytała obecnych:

– Czy koledzy przekazali wam jak dziką awanturę zrobiłam rano?

To ja kilka miesięcy walczę dla was o pieniądze za dopplery, a wy nie wypełniacie w książce badań rubryk. Ja wiem, jeżeli stwierdzacie wadę mitralną, to badanie dopplerowskie było, ale kontrola tego nie wie. Powiedzą, iż fałszujemy ilość wykonanych badań.

Zima 1987 roku była wyjątkowo piękna. Szarość Warszawy przykrył biały puch. Powietrze czyste niemal jak w Arktyce. Ale i też podobne temperatury: minus trzydzieści. Szczęśliwi posiadacze polonezów byli zmuszeni zabierać akumulatory do ciepłych pomieszczeń, w przeciwnym razie, uruchomienie samochodu pozostawało w sferze marzeń. Skrobanie szyb pokrytych grubą warstwą lodu było czynnością syzyfową, wszyscy kierowcy czyścili jedynie boczne lusterka i wydrapywali z przodu małe okienka dla uzyskania najbardziej niezbędnego pola widzenia. Nadwyrężone akumulatory nie pozwoliły na działanie dmuchaw, ogrzewanie tylnych szyb bez rezultatu. Wydychane powietrze natychmiast powodowało osadzanie się szronu. Powyjmowane z szaf kożuchy wietrzyły się na tęgim mrozie i krępowały ruchy. Palce w futrzanych rękawiczkach kostniały z zimna. Ponieważ wiele samochodów parkujących pod domami w ogóle nie udało się uruchomić, ruch był niewielki i dobrze, bo samochody ślizgały się w koleinach śniegu, a przy najmniejszej próbie hamowania zarzucały. Właśnie odbywał się rajd Paryż – Dakar, porównywalna skala trudności z śnieżnymi zawiejami na trasie Anin – Warszawa. Wanda Rydlewska – Sadowska w kurteczce siedem ósmych na cienkiej podpince, w jedwabnej chustce na głowie rozgrzewała szybę ciepłem swej dłoni i tłumaczyła: „łatwiej będzie skrobać”.

Z rozpoznawaniem skomplikowanych wad wrodzonych serca w Zakładzie Diagnostyki Nieinwazyjnej najlepiej radził sobie Piotr Hoffman. Swą pozycję ugruntował w chwili, kiedy rozpoznał ultradźwiękową metodą bardzo rzadką anomalię: cris cross heart – serce skrzyżowane. adekwatnie prawie nikt o takiej wadzie nie słyszał. Był tak podniecony swym odkryciem, iż wyszedł i kilka razy okrążył wszystkie pomieszczenia Zakładu. Musiał ochłonąć zanim przedstawił przypadek pani docent. Była zachwycona. Doceniała go, choć typowała Anię na swoją następczynię. Piotr oprócz umiejętności dyskutowania, nierzadko zakończonego dowcipem, był obdarzony wyobraźnią ugruntowaną obejrzeniem eksponatów wad wrodzonych w Utrechcie. Z jego opiniami zaczęli się liczyć chirurdzy. Kiedyś zadał nam pytanie:

– Po czym rozpoznać mistrza? I sam sobie odpowiedział:

– Kiedy wychowa lepszego od siebie.

Przypadek cris cross heart przedstawił na konferencji w Waszyngtonie. Miał dopiero jedynkę z interny i dwadzieścia kilka lat. Dokumentację przypadku przygotował do publikacji i wysłał do amerykańskiej Echokardiografii. Otrzymał potwierdzenie, iż praca została przyjęta do druku, ale w rzeczywistości nigdy się nie ukazała. I nie wiadomo dlaczego.

Do pracowni przysłano kolejnego pacjenta z rozpoznaniem przetrwałego przewodu tętniczego (Botalla). Byłam wtedy najmniej doświadczoną osobą w zespole, znalazłam jedynie niedomykalność zastawki trójdzielnej i płucnej. Badanie obejrzała pani profesor i natychmiast stwierdziła konieczność doróbki, zastrzegła jednak: szmer nie jest typowy dla Botalla, nie potwierdza go również poligrafia, nie ma piku szmeru w okolicy drugiego tonu. Pacjentka na szczęście leżała w klinice i dopiero następnego dnia miała być cewnikowana. Piotr akurat wychodził na dyżur do OIOMu. Poprosiłam go o pomoc. Chwycił głowicę i w ciągu trzech sekund pokazał istotę problemu: kolorową mozaikę przecieku z okolicy lewego płatka wieńcowego zastawki aortalnej do prawej komory tuż nad tętnicą płucną i potwierdził sygnałem dopplerowskim falą ciągłą.

– Widzisz? To jest przetoka lewej tętnicy wieńcowej do drogi odpływu prawej komory – powiedział spokojnie, beznamiętnie.

Rozpoznanie budzące emocje, dla niego nie było czymś szczególnym, jednakże poczuł się w obowiązku powiadomić panią profesor.

– To jest możliwe – powiedziała ze stoickim spokojem – ale jak pan to zróżnicuje z pękniętą zatoką Valsalvy? (zatoki Valsalvy są zachyłkami w początkowym odcinku aorty, z których odchodzą tętnice wieńcowe).

– Trzeba w rozpoznaniu dopisać: „nie można wykluczyć pękniętej zatoki Valsalvy z przeciekiem do drogi odpływu prawej komory”.

Za całe dwa tygodnie na posiedzeniu hemodynamicznej był prezentowany film z cewnikowania. Kontrast wstrzyknięty do aorty zdawał się potwierdzać przetokę lewej tętnicy wieńcowej do drogi odpływu prawej komory, ale wstrzyknięty do lewej tętnicy wieńcowej wykluczył ją, ponieważ była to pęknięta zatoka Valsalvy.

Precyzja rozpoznania jest dla kardiochirurgów kluczowa, wiedzą jak naprawić ale muszą wiedzieć co.

Na tych posiedzeniach ważyły się losy chorych. Kolejne etapy prezentacji kończyła dyskusja prowadzona przez profesor Hoffmanową: operować czy nie operować, jeżeli tak, to jakie ryzyko, ile zastawek, ile by pasów, ile godzin w krążeniu pozaustrojowym wytrzyma serce.

Badałam 19 letniego pacjenta, przekazanego jako młody dorosły z Centrum Zdrowia Dziecka, z rozpoznaniem ubytku przegrody międzykomorowej. Nie wymagał dotąd szczególnych interwencji. Dobrze się rozwijał, wyrósł. Pierwsze przyłożenie głowicy od razu sugerowało, iż jednak to nie jest tak prosta wada jak ubytek przegrody międzykomorowej. Obraz był zamglony, przedsionki „skakały” przy najmniejszym ruchu głowicy, widoczne było tylko jedno naczynie, trudne do identyfikacji: aorta, czy tętnica płucna. Poprosiłam o pomoc Anię, która miała już trzy letnie doświadczenie. Natychmiast uwidoczniła aortę, (tamto było tętnicą płucną zwężoną przez stożek) i rozpoznała transpozycję dużych naczyń, czyli odwrotnie niż w warunkach prawidłowych: od lewej komory odchodziła tętnica płucna, od komory prawej aorta. Ania pocieszyła mnie lakonicznie:

– Nie spiesz się, poczytaj literaturę, potem pokaż pani profesor, żył przez 19 lat, to pożyje jeszcze tydzień.

Niby morfologiczne cechy, które różnicują obie komory są dosyć oczywiste, ale wyłuskanie ich z obrazu echo już mniej. Drobiazgowa analiza sugerowała, iż komora lewa, chociaż odchodziła od niej tętnica płucna pełni rolę komory prawej, ponieważ zbierała krew z żył systemowych. Wobec tego komora prawa musiała pełnić rolę komory lewej, czyli była to skorygowana transpozycja dużych naczyń. W czasie wstępnego analizowania badania z Piotrem, w wąskim rąbku komory lewej, znajdującej się po stronie prawej, widoczne były dwa mięśnie brodawkowe, których nie ma komora prawa, prawostronna zastawka miała dwa, uwidocznione w przekroju poprzecznym płatki. Piotr zwrócił moją uwagę na to, iż praktycznie oba naczynia odchodzą od ogromnej prawej komory (położonej po stronie lewej) nad ubytkiem przegrody międzykomorowej, nazywanym typem malalignement, to znaczy aorta w trzech czwartych odchodziła z nad komory prawej, a w jednej czwartej znad lewej. Piotr wiedział, iż taki ubytek występuje tylko w cris cross heart i w double outlet right ventricle czyli odejściu obu naczyń z prawej komory. Dopiero na tym etapie badanie można było pokazać pani profesor.

– Tak, to możliwe, na to wygląda – potwierdziła przypuszczenia. Na twarzy Piotra cień satysfakcji.

Człowiek wie, iż powstał w wyniku połączenia zaledwie dwóch komórek, ale zwykle nie ma żadnej świadomości jak skomplikowany proces następuje w ciągu pierwszych ośmiu tygodni, jakim cudem jest prawidłowy rozwój, przesuwanie pojedynczych komórek, tworzenie zgrubień – zalążków poszczególnych układów, jak pierwotna cewa serca wciska się w jamę ciała, pociągając za sobą ścianę tej jamy, która utworzy worek osierdziowy, jak początkowo powstaje jeden przedsionek i jedna komora, jak istotne są następujące po sobie skręty i miejsca zagięć generujących wypustki, z których kształtują się przegrody serca, a pierwotny wspólny pień naczyniowy rozdziela się na aortę i tętnice płucną. Na każdym z tych etapów może dojść do zahamowania mechanizmu i defekt, który nazywamy wrodzonym.

Pewnego razu Piotr badał chłopca z tetralogią Fallota (ubytek przegrody międzykomorowej, zwężenie tętnicy płucnej, przerost prawej komory i przesunięcie aorty w prawo nad ubytek). Specjaliści pediatrzy orzekli: stan nieoperacyjny z powodu dramatycznie ciężkiego zwężenia pnia płucnego. Piotr popatrzył pomierzył i oświadczył kardiochirurgowi doktorowi Różańskiemu:

– Moim zdaniem prawa gałąź płucna ma prawie centymetr szerokości i są szanse na plastykę pnia.

Chłopiec został zoperowany. Pierwszym ciężkim powikłaniem, po długim krążeniu pozaustrojowym, była niewydolność nerek. Potem pojawiły się krwotoki z przewodu pokarmowego. A na końcu straszna, nie pozwalająca się opanować niewydolność serca, ponieważ poprawił się przepływ przez płuca, a wciąż działał system dobrze rozwiniętych naczyń krążenia obocznego, który w tej wadzie stanowił mechanizm poprawiający częściowo utlenianie płuc. Wystąpiło przeciążenie, hiperkineza krążenia, a z tym żadne schorowane serce nie może się uporać. Kiedy pacjent po wielu tygodniach zaciekłej walki o życie, przyjechał na wózku na badanie i bez niczyjej pomocy wstał i położył się na łóżko badań, Piotr poczerwieniał z emocji. Uratował chłopca, któremu uznani kardiolodzy nie dawali szans. I nikt się nie dowie co stanowiło większy powód do dumy: ocalenie życia czy przeciwstawienie się autorytetom.

Ośmioletnia dziewczynka z rozpoznaną niedomykalnością zastawki mitralnej. Widoczny rozszczep przedniego płatka, wobec tego poszukiwania koncentrowały się na znalezieniu przecieku między przedsionkami. Maleńki tętniaczek błoniastej części przegrody międzykomorowej nie wykazywał przecieku. Obie zastawki przedsionkowo komorowe były na tym samym poziomie. Koło zastawki trójdzielnej migał jakiś kolor, który mógł sugerować przeciek. Nie było widać skąd dokąd. Doktor Joanna Nowicka, zastępczyni pani profesor w Zakładzie Diagnostyki Nieinwazyjnej wymyśliła, iż może jest to niezwykle rzadki przeciek z lewej komory do prawego przedsionka. Było późne piątkowe popołudnie. Do pokoju badań weszła pani profesor. Zreferowałyśmy przypadek. Błysk w oczach:

– Dajcie kasetę.. zastawki są na tym samym poziomie? To nie może być ubytek lewa komora – prawy przedsionek.

Konsternacja, to przecież oczywiste, o ile jest wada poduszeczek wsierdziowych (komórek, z których w czwartym tygodniu życiu płodowego zaczyna się formować dolna część przegrody międzyprzedsionkowej i górna międzykomorowej), to nie ma tego fragmentu przegrody, między nasadą zastawki mitralnej i trójdzielnej, gdzie może być zlokalizowana dziura.

Drugi błysk i następne stwierdzenie:

– Przecież tu jest ostium primum (ubytek najniższej części przegrody między

przedsionkowej) – zatrzymała taśmę w takim miejscu, iż wyraźnie widać było szparkę, a w niej przeciek, tyle iż nie z lewej komory do prawego przedsionka ale z lewego do prawego przedsionka.

Czasem na posiedzeniu hemodynamicznym kontrowersje zaistniały na najwyższym szczeblu. Wprowadzały element ożywienia w sennej atmosferze sali, sennej z dwóch powodów: zacienienia ciężkimi kotarami i stanu przytomności lekarzy po nocnym dyżurze.

Tak było w przypadku pacjenta z tętniakiem aorty wstępującej. W badaniu echo poszerzenie aorty wstępującej do odejścia od łuku aorty lewej tętnicy podobojczykowej, dwukrotnie przekraczało szerokość początkowego odcinka aorty, tak zwanej opuszki. Klinicyści zreferowali przypadek, radiolodzy pokazali zdjęcia, profesor Sadowska omówiła wynik echa. Kiedy padło słowo tętniak, profesor Hoffmanowa zaprotestowała:

– Tętniak? Ja bardzo proszę, nie nadużywajcie tego słowa. To psychicznie źle działa na pacjenta i lekarza leczącego. jeżeli jest niedomykalność aortalna, to musi być poszerzenie aorty, to należy do całości obrazu klinicznego!

Ponieważ ja robiłam to badanie i ja je opisałam, zdrętwiałam. Ale profesor Sadowska ze zdumiewającym spokojem przedstawiła cyfry definiujące tętniaka: tyle centymetrów opuszka aorty, tyle segment wstępujący do lewej tętnicy podobojczykowej.

– Nie zdajecie sobie sprawy – kontynuowała profesor Hoffmanowa jak na chorego działa słowo tętniak. Piszecie tętniak lewej komory w sytuacji niewielkiej dyskinezy i tętniak aorty, która jest poszerzona z powodu niedomykalności.

Profesor Sadowska choć przez cały czas podtrzymywała definicję tętniaka, całkowicie wytraciła swoją bezkompromisowość i talent w ataku.

Wreszcie pokazano film. Wypełniona kontrastem, rozdęta jak jelito grube – aorta wstępująca aż do lewej tętnicy podobojczykowej zrobiła wrażenie. Na moment zapadła cisza.

– To zmienia postać rzeczy – przyznała krótko profesor Hoffmanowa.

Po posiedzeniu, na korytarzu Profesor Sadowska powiedziała konspiracyjnym szeptem:

– Musiałam na to machnąć ręką… mamy szanse na nowego Hewletta Packarda (aparat echokardiograficzny) za złotówki. Dyrekcja powiedziała: „dajmy te pieniądze Sadowskiej to się odczepi”.

Nasz jedyny Hewlett Packard pracował po dwanaście godzin, we wszystkie dni tygodnia. Piotrek Hoffman, Ania Pączek, Ewa Michalak i Włodek Szaroszyk przygotowywali materiały do doktoratów w soboty i niedziele.

Igrzyska

Do najbardziej niezwykłych zjazdów zalicza kongres w Marsylii w czerwcu 1981 roku. Dotyczył tematu, któremu poświęciła wiele lat życia – zaburzeń rytmu serca. Trwał stan wojenny. Wyrwanie się z przygnębiającej atmosfery i pustych półek sklepowych na Cote d’Azur było czymś w rodzaju wyprawy do raju. Towarzyszyła jej Hania Szwed. W Paryżu trafiły na strajk pracowników lotniska. Dziwiły się, w takim pięknym świecie coś się może nie podobać? Do Marsylii dotarły pociągiem. Miały „gigantyczną” sumę 450 franków: na autobus z lotniska do metra, z metra na dworzec kolejowy i bilety na pociąg osobowy do Marsylii. Zostało 25 franków. W pewnym momencie Hania stwierdziła:

– Muszę się czegoś napić. Było to bardzo rozsądne z jej strony, ponieważ kiedy zapominała o konieczności dbania o bilans wodny, słabła. Docent Wanda Rydlewska- Sadowska dała jej 10 franków.

– A pani docent się nie napije?

– Nie, nie chce mi się pić – padła odpowiedź. Lubiła Hanię (zbieżność z imieniem jedynej przyjaciółki)

W pociągu jechali robotnicy wyrażający aprobatę dla „socjalistycznego” rządu. Żyło im się dobrze, zapomnieli o strajkach… Dziwne mieli miny, kiedy zobaczyli niewykorzystane bilety lotnicze Air France z tego powodu. Nie dotarła do nich ta wieść.

W Marsylii były o godzinie 10 – tej. Pogoda przepiękna, ciepło, błękitne niebo i granatowe morze, wokół radosny gwar, ludzie pogodni, uśmiechnięci, zadowoleni z życia. Kongres rozpoczął się o 9 – tej. Zanim zjadły śniadanie i wykąpały się było południe. Diety w Marsylii były niewielkie, w zamian towarzystwo znakomite. Spotkania ze znajomymi z okresu cztero miesięcznego stypendium 1973 roku, którzy wówczas odnosili się z dystansem – bardzo sympatyczne. Przedstawiciele firm farmaceutycznych prezentujący swoje leki na kongresie, gremialnie zadawali pytanie: „czego wam trzeba”. Zostały obdarowane taką ilością Mexitilu, podstawowego wówczas leku antyarytmicznego, zwłaszcza na salach „R”, iż potrzeby Instytutu Kardiologii zostały zaspokojone na 2 lata. Lekarze francuscy jako gospodarze sympozjum okazywali życzliwe zainteresowanie. Stan wojenny kojarzyli z krajami trzeciego świata, w Europie niezrozumiały. Zapraszali na obiady, kolacje, na rybkę przy świetle księżyca na plaży. Cudowne było oddychać innym powietrzem, popijać owocowe soki w przerwach obrad, częstować się finezyjnie dekorowanymi kanapeczkami, a wieczorem czuć ciepły piasek Saint Tropez pod bosymi stopami.

Powrót do szarej rzeczywistości obfitował w inne przygody. Zresztą od początku, w godzinach startów i lądowań pani docent dopatrywała się kłopotów. Według niej było za mało czasu w przesiadki. Przezornie walizki zostały wysłane bezpośrednio z Marsylii do Warszawy. Panie przyleciały na Orly, a odlot miał nastąpić z lotniska Charles’a de Gaulla. Miały na ten przejazd 50 minut. Dla pewności zapytały kierowcę autobusu, z którego terminalu leci się do Warszawy.

– ÁVarsovie? Z lotniska Orly.

Kiedy tam dotarły samolot już odleciał. Kierowca autobusu wiedział, z którego lotniska w Paryżu lata się do Warszawy, urzędniczka Lufthansy, która wystawiała bilet – nie. I tylko dlatego pasażerki otrzymały zadośćuczynienie: kolację i nocleg na koszt Lufthansy. Kiedy panie uświadomiły sobie spóźnienie o 24 godziny do kraju w stanie wojennym, wybuchnęły śmiechem. Urzędniczka potraktowała ten śmiech jako objaw szoku i troskliwie zaopiekowała się pasażerkami. Hani przypomniało się, iż walizki nie zamknęła na klucz, a klucze od mieszkania na samym wierzchu, adres zamieszkania w etui. Prośba do urzędniczki Lufthansy o zabezpieczenie bagażu została przyjęta z pełnym zrozumieniem.

Hania nie miała szczoteczki do zębów w bagażu podręcznym. Pierwszy raz w życiu (i ostatni?) zęby myła palcami. Przezorna pani docent kosmetyczkę miała.

Jak skromna była jej zawartość, można sobie wyobrazić na podstawie pewnego zdarzenia w latach osiemdziesiątych, podczas bardzo ciężkiej zimy. Wskutek ryzyka kolizji na drodze, postanowiła nocować w Instytucie. Wiedziałam, szczotkę do zębów może kupić w kiosku z gazetami, zaproponowałam więc udostępnienie moich dyżurnych środków higienicznych z łagodnym mydłem, tonikiem i kremem do twarzy. Spojrzała ze zdumieniem: kostka mydła bambino leżała na każdym zlewie, a cóż się stanie jak się raz nie posmaruje kremem (Nivea)?

Kiedy wreszcie dotarły z Hanią do ponurej Warszawy, celnicy przynieśli walizki obwiązane sznurkiem. Grzeczny ich ton sugerował, iż są traktowane jak VIPy, bo któż inny w stanie wojennym mógł wracać zza żelaznej kurtyny. Celnik nieśmiało zapytał czy któraś z pań nie ma zapałek.

– Po co panu? – zapytała zaciekawiona pani docent

– A wie pani, ukradli mi nożyczki i nie mam czym rozciąć sznurków.

Podała zapalniczkę.

W listopadzie 1988 roku na XLIV Zjeździe Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego przedstawiliśmy pracę, w której porównywaliśmy wyniki badania echokardiograficznego z rozpoznaniem śródoperacyjnym chorych z wrodzonymi wadami serca. Zaufanie chirurgów do diagnozy na podstawie echa jeszcze nie było ugruntowane. Wniosek pracy: badanie echokardiograficzne jest wystarczającą metodą do pełnej oceny większości wad wrodzonych, a cewnikowanie serca jako metoda inwazyjna, nie jest u tych chorych konieczna. Niewielkie rozbieżności dotyczyły przede wszystkim nieprawidłowego spływu z żył płucnych, bo wtedy jeszcze nie posługiwaliśmy się głowicą przezprzełykową, a tylko tą metodą można niuanse anomalii uwidocznić. W przepełnionej sali odbywała się sesja wystąpień ustnych i dyskusja dotycząca prac plakatowych. Zaintrygowany tą drugą częścią był doktor Rużyłło, który zadał następujące pytanie:

– Czy tetralogię Fallota można operować bez cewnikowania ? kilka osób poczuło smak indagacji. Podchwytliwość polegała nie na tym, iż w tej wadzie nierzadko występuje dodatkowa patologia, w postaci odejścia lewej tętnicy wieńcowej od tętnicy płucnej (zamiast od aorty) i wtedy krew, która ma zaopatrzyć serce w tlen, nie spełni tego zadania. Teoretycznie tę anomalię można rozpoznać w echu, ale kiedy obie tętnice (pierwsza szerokości około 2 mm, druga 2 – 2.6 cm) krzyżują się, bardzo trudno to uwidocznić. o ile chirurg o tym nie wie przed zabiegiem, może uszkodzić krążenie wieńcowe. Rękawicę ze stoickim spokojem podjęła profesor Sadowska.

Kiedy zaczęliśmy stosować głowicę przezprzełykową, rozpoznanie nieprawidłowych spływów żylnych weszło do standardów Zakładu. Mistrzostwem w tym zakresie (po przetrwałych przewodach tętniczych) wykazał się Marek Konka.

Profesor Sadowska wychowała kompetentny zespół. Pacjenci z najbardziej dramatycznymi rozpoznaniami, u których jedynie natychmiastowa interwencja może uratować życie, przyjmowani są do Instytutu o każdej porze dnia i nocy. Kardiochirurdzy podejmują wyzwanie ale diagnoza musi być potwierdzona lub wykluczona przez echokardiografistów Instytutu. W tym celu profesor Sadowska wprowadziła echokardiograficzne 24 godzinne dyżury pod telefonem.

4 czerwca 1989 roku pełen nadziei naród zagłosował w pierwszych, częściowo wolnych po wojnie wyborach. I miesiąc i rok był dla mnie szczególny. Pierwszy raz przyjęto moją pracę na międzynarodowe sympozjum dopplerowskie w Rotterdamie. Przygotowałam tekst i wynotowałam klatki do zdjęć, ale pani profesor poprosiła o przygotowanie wszystkich badań i przejrzała je i znalazła lepsze obrazy do dokumentacji pracy.

Na dziesięć dni wyjechała, zostało pięć na ostateczne przygotowanie postera.

Dwa dni przed wyjazdem miałam dyżur pod telefonem, wezwano mnie do oceny płynu w osierdziu u dziewczynki po operacji ubytku przegrody międzyprzedsionkowej. Płynu było dużo, do nakłucia i ewakuacji. Problem polegał na tym, iż pacjentka przebyła zator tętniczy i była leczona preparatem przeciwkrzepliwym, wskaźnik Quicka niski, krew mocno rozrzedzona. Nakłucie osierdzia mogło spowodować skrwawienie, a odstąpienie od tego zabiegu – tamponadę serca. Decyzje, postępowanie z chorym to nie trafianie, jak mówią niektórzy pacjenci w dziesiątkę, to stąpanie po cienkiej linie.

30 czerwca pracownicy służby zdrowia protestując przeciwko niskim płacom, przemaszerowali spod pomnika Kopernika na Miodową pod Ministerstwo Zdrowia.

Uposażenie, choćby gdyby było godne zawodu, nigdy nie zrekompensuje wysiłku i odpowiedzialności.

Rotterdam ogląda się z mieszanymi uczuciami. Domy ze szkła i metalu wśród starych kamienic, których w przeciwieństwie do Amsterdamu jest niewiele, budzą zazdrość. Czystość szyb szklanych wieżowców, podobnych w większości metropolii świata, jest niewiarygodna. I mimo, iż wciąż się coś burzy i coś buduje, wszystko co należy pomalować jest pomalowane, co wyczyścić – wyczyszczone, ozdobić – ozdobione. Turystów przyciąga futurystyczne osiedle mieszkaniowe. Architekt Piet Blom wymyślił kompleks jednorodzinnych domków w kształcie nachylonych kostek, stwarzających wrażenie odmiennej w tym obszarze grawitacji. Ruchliwy port jest zatłoczony statkami wszystkich bander świata, przepastne ciągi kontenerów i dźwigów jak na filmach sensacyjnych. Poldery wydarte morzu mają tak wysoki poziom wód gruntowych, iż uprawy nie wymagają podlewania, a wodę ujarzmia się kanałami.

Na ścieżkach rowerowych, zwłaszcza w okolicach podmiejskich łąk, wśród słynnych wiatraków tłoczno. Podwoje otwarte, można zajrzeć w przeszłość, w scenografię życia rodziny między okienkiem z firanką, drewnianym łóżkiem z kretonową zasłoną, piecykiem węglowym, na którym stoją aluminiowe naczynia, jakby przed chwilą wymyte.

Ultranowoczesnymi rozwiązaniami szczyci się kompleks budynków Uniwersytetu Erazma. Ciepła kolorystyka piaskowca, spokojne linie geometryczne i niezliczone połączenia tunelami, zadaszonymi kładkami, ruchomymi schodami cieszą oczy, ułatwiają życie. W środku przestrzeń, funkcjonalność, klimatyzacja i niezmienna czystość. Studenci medycyny nie muszą jeździć z jednego końca miasta na drugi, z prosektorium do kliniki, ponieważ wszystko jest na miejscu. Egzotycznie prezentuje się różnorodność menu uniwersyteckiej stołówki łącznie z przystawkami, owocami z całego świata, smacznym obiadem, deserem. Dostatek Holendrów onieśmiela.

Na sympozjum wyścig myśli, techniki, biznesu. Live Hatle znana autorka Echokardiografii dopplerowskiej w twarzowym, skromnym niebieskim kostiumie.

Nasza praca z zastosowaniem nowych narzędzi w postaci fal dopplerowskich odbitych od przepływającego strumienia krwi w sercu, pieczołowicie dokumentowana, estetycznie przedstawiona na planszach, ze zrozumiałych względów odbyła podróż w bagażu podręcznym. Kiedy nadeszła chwila przypinania pinezkami do oznaczonej odpowiednim numerem tablicy, okazało się, iż jest to praktycznie niemożliwe. Pinezki łamały się po wpływem oporu jaki stawiała dykta, wykonana chyba z drzewa żelaznego. Pani profesor po kilku moich nieudolnych próbach bez chwili wahania zdjęła hiszpański, czarny pantofelek z przewiewnej plecionki i obcasem dokonała tej trudnej operacji. Jak sobie radzili z oporną materią tablic inni partycypanci konferencji, nie zauważyłyśmy w tym ferworze. Od tego czasu profesor Wanda Rydlewska – Sadowska w kompletowaniu materiałów na sympozjum, zawsze pamiętała o młotku.

W grudniu 1989 roku we wschodniej Europie padł ostatni, totalitarny bastion w Rumunii. U nas gorączka przedświątecznych zakupów, mimo utyskiwań na zawrotne ceny i kolejki w sklepach, tam wydobywanie zwęglonych, zmiażdżonych przez czołgi szczątków ludzkich. U nas dyskusje dotyczące ceny grahamki, czy różnicy ceny cukru między halą Banacha i z ciężarówki, tam Oddziały Securitate, śmierć, ból, łzy i naród wołający Romania Libra. U nas toasty za zdrowie Wałęsy, by uniósł ciężar narzucony przez historię i za wolną Rumunię. Tego dotąd w naszych domach nie było.

W końcu maja 1990 roku odbyły się u nas pierwsze wybory samorządowe, a w Dubrowniku Druga Międzynarodowa Konferencja Echokardiografii Dopplerowskiej. Przyjęli nam oryginalną pracę. Podróż była męcząca z powodu przesiadki w Budapeszcie, z kilkugodzinnym oczekiwaniem na pięćdziesięciominutowy lot do Dubrownika, ale cóż to znaczyło wobec czynnego udziału w ważnym sympozjum. Minibus zawiózł nas do hotelu Libertas, wielokondygnacyjnego gmachu, przylegającego do skalnego zbocza, po którym pięły się kaskady winorośli, rododendronów, cyprysów i drzewek figowych. Po przeciwnej stronie na szczycie wzgórza stały trzy kamienne domki i wysoki maszt. Na najniższym poziomie hotelu klimatyzowana sala konferencyjna, stoiska firm ultrasonograficznych zajęły przestronny hall. Basen z ogrzaną słońcem wodą, otoczony leżakami i parasolami, znajdywał się kilka pięter niżej. Stąd do morza prowadziły wykute w skale schodki. Wody przybrzeżne rozbijały się z hukiem o skały, ozdabiając ją czystą, białą pianą, środek zatoki tchnął spokojem.

Dla początkujących kardiologów międzynarodowe sympozjum było szczególnym przeżyciem. Fantastycznie przygotowany i przedstawiony materiał przez Harweya Feigenbauma, dowcipy Josa Roelandta czy zdawkowe grzeczności wymienione z Nevinem Nandą, znanych jedynie z artykułów w najlepszych czasopismach, były niezapomniane. Imponowała swoboda Sutherlanda, a choćby niedbały ubiór w postaci rozciągniętego swetra i adidasów Sahna. Colette Veyrat, znana osobistość nie tylko w ojczystej Francji ale i na kardiologicznym Parnasie, na otwarciu zjawiła się w szerokiej marszczonej spódnicy i narzuconej na ramiona góralskiej chuście w czerwone róże. Czyżby takie rzeczy sprzedawano na Champs – Élysées ? Na palcu miała olbrzymi, mieniący się wszystkimi kolorami, chyba plastikowy pierścień. Jej angielski mimo francuskiego akcentu (a może właśnie dlatego) był lepiej zrozumiały niż język niektórych Amerykanów. Na jednym z kongresów przewodniczyła sesji w plażowej sukience na ramiączkach, z kolorystyką drobnej łączki i czarnym topem. Po prezentacji pracy własnej, jakiś rosły doktor zadał jej pytanie:

– Jaki cel miała ta praca. Madame Colette Veyrat dość długo tłumaczyła zawiły problem, ale rozmówca nie dawał za wygraną i dalej obstawał:

– Pytam jeszcze raz … jaki cel. Po kolejnym, identycznie brzmiącym pytaniu wreszcie odparła:

– For the future.

Menu przy suto zastawionych stołach w Dubrowniku zaskakiwało wymyślnością. Zajęłyśmy miejsce na przeciwko profesorskiego małżeństwa Shah z Bombaju. Towarzyszyła im córka Sheila, studentka amerykańskiej uczelni. Jej angielski miał dobry akcent, bez typowej dla Hindusów wymowy, która stwarza wrażenie, iż w każdym języku istnieją tylko spółgłoski.

Nieskazitelność jej regularnych rysów, harmonia kolorów oczu, cery, włosów były urzekające. To wrażenie pogłębiał szczególny rodzaj wyostrzenia kontrastowości, jaki obserwujemy przez gogle, pochłaniające ultrafiolet ostrego słońca i jego odbicia od skrzącego śniegu. Sheila dzieliła się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi Stanów, wyznała też (na jednym oddechu), iż chciałaby zobaczyć nasz kraj, miejsce śmierci Anny Frank, przeczytała właśnie jej dziennik…

Niespodziewane w tym miejscu, zderzenie kolorów urody życia z losem kilkunastoletniej dziewczynki, znanej jedynie z biało czarnej fotografii, zmieniły optykę wszystkiego co dotąd. Soczewki pękły, barwny seans zszarzał, zatarł kontury. Chciałam przeprosić, wyjść na chwilę, ale słowa ugrzęzły w gardle. Dostrzegłam, jak przez matową szybę, dyskretne skinienie głowy pani profesor Shah, w geście zrozumienia… To nie tak, to tylko dystyngowany sposób bycia.

Właśnie wysłano w kosmos statek Voyager 2, który zawierał miedzianą płytkę pokrytą złotem, z oznaczeniem miejsca Ziemi w układzie słonecznym i naszej Galaktyce, anatomię człowieka zakodowaną jednostkami drgań magnetycznych wodoru, pierwiastka obecnego w całym wszechświecie, strukturę DNA i chromosomów. Wśród 116 obrazów znajdują się kwiaty, oceany, płatek śniegu, zachód słońca, monumenty architektury. o ile statek napotka istoty, które odkręcą tytanowe śruby z aluminiowego pojemnika i odczytają instrukcję, usłyszą ludzką mowę i muzykę. Raz na 170 lat w układzie słonecznym pojazd kosmiczny, poddając się grawitacji, nabierze coraz większej prędkości aż do trzeciej prędkości kosmicznej (kilkadziesiąt razy większej od prędkości kuli karabinu), a za 300 tysięcy lat zbliży się do Syriusza, Psiej Gwiazdy, na którą powołują się przekazy Dogonów. Jak zabrzmią utwory Bethovena w atmosferze złożonej z innych pierwiastków niż tlen azot i wodór nie wiadomo. Struktury chromosomów nie zawierają też informacji, co w plemieniu ludzkim jest nieludzkie.

Uczestnicy konferencji w najmniejszym stopniu nie przeczuwali zbliżającego się kataklizmu i rzezi w rozpadającej się Jugosławii. Ludność na Bałkanach od dawna wiedziała, iż sztuczny zlepek narodowości źle się skończy. Wydawało by się, iż doświadczenia Drugiej Wojny Światowej nie pozwolą w sercu Europy na jakiekolwiek powtórki. A jednak.

Rok później ten kraj ogarnęła domowa wojna. I chociaż kobiety telefonicznie ostrzegały sąsiadów o niebezpieczeństwie, wodami popłynęły trupy. Przewodniczący konferencji Nikŝa Drinkovič wysłał do wszystkich uczestników sympozjum rozpaczliwą prośbę o leki i finansowe wsparcie.

Polski Czerwony Krzyż wysłał już jeden transport. Instytut sam borykał się z problemami. Nic nie pomogła nominacja zastępcy dyrektora Instytutu na stanowisko ministra zdrowia, skoro niektórzy pacjenci „zjadali” leki za kilkadziesiąt milionów złotych. Pozostała jedynie możliwość wysłania krótkiego listu z dobrym słowem, ale cóż ono znaczyło w tej sytuacji. A dziś spoglądamy z przerażeniem na wschód.

W naszym kraju w 1991 roku socjalizm jak dziurawy statek opadł na dno. Rozpoczął się nowy rozdział w naszym życiu.

Po dwudziestu latach ultradźwiękowych badań serca w 1993 roku kardiolodzy Europy i Ameryki spotkali się na 10 Echokardiograficznym Sympozjum znów w Rotterdamie.

Marek Konka, jako pierwszy w świecie, przedstawiał przetrwały przewód tętniczy w echu przezprzełykowym. Kiedy pokazał przeciek, zajmujący się wadami wrodzonymi David Sahn z San Diego, poprosił go o dowcipny rysuneczek, którym Marek kończył wystąpienie, a „przy okazji” o slajd kolorowego dopplera przewodu tętniczego. I na następnym sympozjum echokardiograficznym doktor Sahn na zakończenie swojego wystąpienia, pokaże ten dowcip, lojalnie zaznaczając, iż sprezentował mu go jeden polish guy. Ja udowadniałam wiarygodność echograficznych obliczeń ilościowych w niedomykalności aortalnej z pomocą badań radioizotopowych.

Były to ciepłe, czerwcowe dni lata. Organizatorzy jak zwykle zorganizowali bankiet. Przed wejściem do malowniczo położonej restauracji nad brzegiem kanału, stała na kółkach katarynka, wielkości kilku szaf ozdobiona malowidłami, figurkami, w kształtach i kolorach najczystszego kiczu. I to jest u Holendrów piękne, iż pielęgnują nie tylko zamki. My takich pamiątek nie mamy. Czy nie jest zastanawiające, iż taki mały kraj jak Holandia, czy też Belgia, Luksemburg, nigdy nie stanowiły łakomego kąska dla sąsiadujących potęg?

Utwory grane przez orkiestrę nie należały do klasyki, może dopiero ją tworzyły. Po drinku na pusty żołądek, bez powodu zrobiło się wesoło. Tajemniczy nastrój wywołały efekty specjalne, w postaci ścielących się po podłodze dymów. Pani profesor zauważyła to i zapytała:

– Skąd tu tyle dymu ?

Ponieważ wybuchliśmy śmiechem, dobitnie podkreśliła:

– Przecież ja nie palę !

W 1994 roku miał się odbyć 7 Międzynarodowy Kongres Towarzystwa Kardiologii Dopplerowskiej w Rio de Janeiro i Buenos Aires. Z piersi asystentów Zakładu Diagnostyki Nieinwazyjnej wydobył się cichy jęk. Pani profesor poleciła Markowi Konce i mnie przygotowanie streszczeń z materiałów, nad którymi ostatnio pracowaliśmy. Napisaliśmy po dwie prace. Wszystkie zostały przyjęte.

8 października wyruszyliśmy do Londynu. Pani profesor zgodziła się na przedział dla niepalących. Czekając na lotnisku Heathrow, na autobus do adekwatnego terminalu zapalając carmena zauważyła:

– Widzicie? nie jestem uzależniona.

Tym autobusem jechaliśmy godzinę. Lotnisko oszałamiająco wielkie, lśniło wyfroterowanymi posadzkami i wystawami ekskluzywnych sklepów. Wydawało się niezatłoczone. Czekaliśmy kilka godzin na nasz jumbo jet do Rio, obserwując zazdrośnie pasażerów, którzy nie przejawiali żadnego podniecenia, dla których wznoszenie się na wysokość dziesięciu kilometrów nad ocean było czymś zupełnie zwyczajnym.

W transatlantyku podróżni zajęli niemal wszystkie miejsca. Część natychmiast nałożyła słuchawki. Kilkanaście kanałów oferowało koncerty, muzykę rozrywkową, serwisy informacyjne. Niby wszystko z czym mamy dziś do czynienia, ale wtedy dla nas, w końcu jeszcze tak niedawno, to był szok. Inni pasażerowie zakładali jednorazowe kapcie, zdejmowali opakowania z wysterylizowanych pledów i szykowali się do snu.

– Marek, niech pan zdejmie buty – zatroszczyła się nasza szefowa.

– Pani profesor, może potem – odparł Marek

– Ale niech pan zdejmie – nalegała

– Dobrze, dobrze, potem.

Nie przyznał się do nowych butów i pęcherzy na stopach. Wiedział o ile zdejmie obuwie, to potem nie założy.

Zapytałam:

– Czy pani profesor wzięła kostium kąpielowy?

– Po co? – zapytała zdziwiona

– Żeby kąpać się w oceanie! Atlantyckim!

– Ewa, tam są rekiny!

– Pani profesor, co tam rekiny!

Niestety noc nie pozwalała na oglądanie widoków. Stewardesa poproszona o informację, kiedy będziemy przekraczali równik, starała się spełnić dziwne życzenie. Kilka razy prostowała dane. Było jeszcze międzylądowanie w Sao Paulo. Kolejny dreszcz emocji. Wystarczyła sama nazwa.

Lądowanie i pierwszy wdech powietrza Rio. Było dziwnie miękkie. Każdy skrawek ziemi między oceanem i górami oplatały bluszcze, porastały palmy, kwitnące juki.

Konferencja odbywała się w jedenastopiętrowym hotelu Copa d’Or, tam też mieliśmy zarezerwowane pokoje. Zasłony składały się z dwóch warstw: gumowej i bawełnianej. Większość gości doceniała walory odizolowania się od słońca, ale Europejczycy, z tej środkowo północnej części, nie chcieli uronić żadnego wrażenia, choćby za cenę nadmiaru słońca.

Hotel był oddalony jakieś czterysta metrów od Atlantic Avenida, wzdłuż której rozpościerała się najsłynniejsza plaża świata – Copacabana.

Codziennie o wpół do szóstej zrywałam się (bez budzika), patrzyłam ze zdumieniem na maleńki w perspektywie posążek Chrystusa na Corcovado i dzwoniłam do Marka:

– Wstawaj śpiochu, jesteś w Rio, za trzy minuty wychodzę.

Marszobiegiem wśród luksusowych domów, przed którymi spali pod kocami bezdomni, docieraliśmy do Copacabany. Na plaży dwóch czarnych jak heban Brazylijczyków: jednego mglisty poranek jeszcze nie obudził, drugi szukał miejsca na kontener z napojami.

Fala była niewysoka, ale nie pozwalała się przebić na spokojną toń Atlantyku, rolowała nas, razem ze żwirem, na brzeg. A jednak jakiemuś olimpijczykowi to się udało i już wychodził z oceanu po porannej kąpieli.

I tak przez wszystkie dni w mieście Rzeki Styczniowej. W czasie drogi powrotnej bezdomni, śpiący na arkuszach dykty budzili się i dokonywali toalety, ruchy rąk sugerowały usuwanie insektów z nieczesanych włosów.

Biegliśmy do hotelu na ostatnie, jedenaste piętro, gdzie w maleńkim, odkrytym, zupełnie pustym basenie, można było kilka chwil popływać. Po tak rozpoczętym dniu uczestnictwo w obradach było przyjemnością, mimo obowiązków. Przed pierwszą prezentacją Marek zniknął. Byłam przekonana, iż się relaksuje lub przegląda slajdy w pokoju. Pani profesor wyraziła niepokój:

– Ewa, niech pani idzie i przyprowadzi Marka, już powinien tu być

– Ależ pani profesor, Marek wie o której ma wystąpienie, na pewno się nie spóźni

– Niech pani idzie – nalegała

Cóż robić, wjechałam windą na szóste piętro, zapukałam do drzwi, otworzył je atletyczny facet koloru brazylijskiej kawy, w slipkach. Spojrzałam w popłochu na numer pokoju, no tak pomyliłam piętra. Przeprosiłam, zjechałam windą piętro niżej, a tu kelner z wózkiem, na którym chłodził się szampan, srebrna pokrywa tłumiła zapachy głównego dania, piramidę egzotycznych owoców dekorowały strelicje. W pierwszym momencie pomyślałam: no tak, wczoraj, po gala diner i tańcach z Brazylijkami niemal do rana… Kelner zatrzymał się przed pokojem Marka … i ruszył do sąsiedniego. Uf…

Organizatorzy konferencji zadbali o uczestników i zarezerwowali czas na zwiedzanie. Pojechaliśmy na górę porośniętą dżunglą – Corcovado. Szerokimi ulicami mijaliśmy ultranowoczesne gmachy, przeszklone banki. A im wyżej, tym większe bogactwo roślinności i biedniejsze domostwa, sklecone z falistej blachy, dykty.

Przewodniczka, zgrabna, czarna carioka o niebieskich rogówkach, w obcisłych żółtych spodniach i żółtej bluzce poruszała się wyjątkowo wdzięcznie. Wysokie obcasy nie przeszkadzały. W czterech językach opowiadała, o tym co bliskie jej sercu: favelach – siedliskach nędzy, obrzędach makumby, kurczakach i płonących świecach w tropikalnym lesie, o niebezpieczeństwie tych małych płomyków, szczególnie w porze suchej. O Pawle Lewandowskim, twórcy ważnych elementów dwunastometrowego posągu Chrystusa na szczycie Corcovado nie musiała mówić, sami wiedzieliśmy. Kiedy tam dotarliśmy, oczom naszym ukazał się najpiękniejszy widok świata: pod błękitem kopuły nieba, ciemno niebieski bezmiar wody, po horyzont, faliste linie zatok okolone białym piaskiem plaż, u stóp skał konglomerat wieżowców, stłoczonych na kawałku płaskiego terenu z napierającą zewsząd dżunglą. Wśród strzelistych, zielonych wysepek pływały roje stateczków, jachtów pozostawiając za sobą granatowe zmarszczki.

Przy wejściu do portu Pão de Acaşur – Głowa Cukru. Wjazd kolejką linową, z której roztaczał się widok na kolejne plaże, których same nazwy przyspieszały bicie serca: Guanabara, Ipamena. Most przerzucony przez zatokę, długości czternastu kilometrów wyglądał jak zabawka z klocków lego.

Do niezapomnianych należy kolacja z głównym daniem churasco i tańcem obsługi z naręczami półmisków, szpadami nadzianych różności.

Ogrody botaniczne Jardim Botanico i Tujika pełne kwiatowych zarośli, drzew różanych, żelaznych, palm z Trynidadu i sadzawek z karminowymi rybkami, po niezbyt długiej chwili przyzwyczajały do przepychu przyrody.

Kongres w porównaniu do północno amerykańskich zjazdów, w których uczestniczy 10 tysięcy lekarzy, miał charakter kameralny. I tylko dzięki temu mogliśmy posłuchać, jadąc w mikrobusie, opowieści Harveya Feigenbauma o zdetonowaniu jego walizek, na lotnisku w Londynie, przez brygadę anty terrorystyczną. Feigenbaum należy do osobistości szczególnych, znanych w całym kardiologicznym świecie za sprawą autorstwa wspomnianej, pierwszej monografii echokardiograficznej, wyczerpującej, pięknie wydawanej i aktualizowanej co kilka lat. Jego wystąpień słuchało się z przyjemnością, zadziwiał nowatorskimi tematami, posługiwał się świetną dykcją, tłumaczył zawiłe problemy w zrozumiały sposób. Zaskakiwał młodością, urodą amanta filmowego, bo posiadaczy najtęższych mózgów wyobrażamy sobie jako dostojnych, by nie użyć określenia zgrzybiałych, staruszków. Kiedy dowiedział się, iż jesteśmy Polakami, wyjawił nam swoje pochodzenie, dziadek przybył do Stanów z Łodzi.

Nie ominęły nas serdeczności Collet Veyrat. Znała profesor Sadowską, więc i na jej asystentów spoglądała życzliwym okiem. Z Konju Mijatake mogliśmy porozmawiać o egzotycznej Osace, choćby Nishimura z uśmiechem trudnym do odróżnienia od grymasu, wydawał się sympatyczny, skromny i kontaktowy. Po chwili rozmowy z kardiologiem amerykańskim przedstawiamy się, a on mówi: Nanda jestem, konsternacja, któż z nas nie zna Navina Nandy. A sam Gilbert po zapoznaniu się z naszą pracą przedstawioną na posterze po namyśle powiedział:

– O, to jest coś nowego, czy ta praca jest już gdzieś wysłana? jeżeli nie, to chętnie ją opublikujemy w European Heart Journal.

Naszą uwagę zwróciła praca z Uppsali, może choćby nie ze względu na treść (dotyczyła zaburzeń funkcji lewej komory, w przebiegu sklerodermii – postępującej choroby układowej, obejmującej tkankę łączną) ale z powodu nowej jakości formy. My stosowaliśmy wydruki z komputera na kolorowych kartkach, co i tak stanowiło postęp w porównaniu do niedawno manualnie, bądź na maszynie pisanych (co było szczególnie słabo czytelne). Praca szwedzka była wydrukowana na jednym, odpowiedniej wielkości afiszu, z kredowego papieru, łącznie z obrazami struktur serca i napływem do lewej komory, w harmonijnej kolorystyce i powleczona przejrzystym materiałem, zabezpieczającym przed zniszczeniem, co nadawało zupełnie kosmiczny charakter. Podobną formę plakatu po kilku latach udało się zaaranżować Markowi Konce. Drugą osobliwością był sam reprezentant Szwecji – czarnoskóry Etiopczyk.

To były piękne chwile, od porannych zmagań z falami oceanu do hotelowej sauny w głębokiej nocy.

Druga część kongresu odbywała się w Buenos Aires. Podróż upłynęła względnie szybko. Siedzieliśmy oddzielnie, zajęłam miejsce obok Francuza Michela Botchkie. Jego ojciec w latach trzydziestych wyemigrował z Białorusi. Michela ciekawiła Polska. W końcu zapytał:

– To która to jest ta twoja pani profesor? I dlaczego o niej mówisz „profesor”, to jest takie komunistyczne

– A jak mam mówić – oburzyłam się

– Przecież to jest twoja collègue

Michel miał podzielną uwagę i nagle zainteresował się przystojną panią siedzącą z drugiej strony.

– Jak sądzisz – zwrócił się do mnie – dlaczego ona się nie odzywa?

– Może nie rozumie po angielsku – odpowiedziałam

– Rozumie, rozumie – odezwała się pani

– Gdzie mieszkasz – zapytał ją natychmiast Michel

– W Nowym Jorku

– Na Manhattanie? – Michel ożywił się.

Rozmawiał z nią przez dłuższy czas.

Po wylądowaniu odszukał wzrokiem profesor Sadowską i donośnym głosem zawołał:

– Dablju Ar Es ! (W R S!) – nie poskutkowało, więc zawołał jeszcze głośniej:

– Halo Wanda!

Myśmy z Markiem osłupieli. Pani profesor strząsając popiół z papierosa, roześmiała się. Porozmawiała z nim chwilę. Kiedy odszedł, oświadczyła:

– To wariat.

Chwilami rzeczywiście robił wrażenie osoby na dopalaczach lub co najmniej z ADHD. Podpadł do reszty, kiedy na widok etiopskiego reprezentanta Szwecji, zaczął się histerycznie śmiać. Oczy pani profesor zrobiły się lodowate. Ignorując Michela zwróciła się do nas:

– Trudno sobie choćby wyobrazić jaką ten człowiek przeszedł drogę, żeby być tym kim jest i tu gdzie jest.

Z Michelem spotkaliśmy się na śniadaniu. Spoważniał, zwracał się do niej madame Dablju Ar Es lub madame Wanda. Polakom pracującym od czterech lat w Paryżu wyznał:

– Żałuję, iż nie miałem w młodości takiego profesora jak Dablju Ar Es.

Buenos Aires, stolica kraju rozciągającego się od La Platy do Ziemi Ognistej, na przestrzeni trzech tysięcy kilometrów, powitała nas ołowianym niebem. Był październik, a tu wiosna. Wody Srebrnej Rzeki – La Platy mimo bliskości ujścia do oceanu mieniły się głębokim brązem, jakby niosły żyzny muł. Ale kiedy słońce zaczęło prześwitywać przez rozpędzane wiatrem chmury, całe rozlewisko, wielkie jak morze pokrył metaliczny blask. Nikt piękniej od Jana Lechonia nie opisał tego zjawiska, tych „srebrnych smug” „tej ziemi czarodziejskiej, jak ogród zaklęty, tego miasta fantastycznego…” Sądził, iż w takim miejscu zapomni co sprawiło, iż został wygnańcem. Ale nie…

Widok z 10 piętra hotelu President przy Avenida 9 Julio, najszerszej ulicy świata, na plątaninę drutów między budynkami. Krople deszczu zastygły w oczekiwaniu na wysuszający wiatr pampero. Śpiew ptaków zapowiadał poprawę pogody. Dystans z hotelu do sal Pablo Neruda i Pablo Picasso, gdzie toczyły się obrady, nie był zbyt dotkliwy. Marek z Sheratona nad la Platą miał trochę dalej, ale palce i pięty już się wygoiły. O wiele trudniejszą sytuację miały dzieci kapitana Granta przemierzające bezkresną Patagonię.

Architektura Buenos jest mieszanką stylów: resztki kolonialnego budownictwa w kleszczach metalu i szkła. Pełne architektonicznego przepychu pomniki są wzniesione z wystarczającej ilości kamienia do budowy domu.

Na przeciwko tętniącej życiem kawiarni, gdzie w cenę kawy wlicza się czekoladki, a do piwa dodaje się krakersy i orzeszki – areopag sztuki rzeźbiarskiej – cmentarz. Kolumny, daszki, bramy, anioły o kobiecych twarzach, piety w zróżnicowanych rozmiarach, za bramą westchnień do bliskich w niebycie. A dalej znów gwar, ruch, stragany z pamiątkami. Zdumiewały purpurowo fioletowe kwiaty banksji – drzewa butelkowego, przypominające szczotki do czyszczenia butelek. Pod majestatycznym drzewem ombú, królującym w pampasach i na skwerach Buenos – którego korona jak gigantyczny parasol miała 15 metrów średnicy, a korzenie rozczapierzały się nad ziemią jak teatralne loże, przy dźwiękach trzyosobowej orkiestry tańczono tango. Oczywiście argentyńskie.

Występów w Casa Blanca, małym teatrzyku, nic nie wyrwie z pamięci uczestników konferencji. Każde el Kondor Passa będzie porównywane z tym, w wykonaniu rdzennych mieszkańców tej ziemi, każda la Cumparsita z tamtą. Bywalczyni profesor Colett Veyrat uznała, iż to najlepsze wykonanie na świecie. Pianista grał tak, jakby klawisze płonęły, a jego życie zależało od tego, czy zdąży w drastycznie skróconym czasie wygrać całość. I nikt, nigdy i nigdzie nie zatańczy tanga argentyńskiego, jak w Casa Blanca. Wszystkie odcienie ludzkich namiętności, oszałamiająca prędkość w wykonywaniu skomplikowanych figur, narastanie napięcia wyrażone nagłymi zwolnieniami tempa, stapiały się z porywającą muzyką w jedną, fenomenalną całość.

W dawnej dzielnicy ubogich włoskich emigrantów La Bocca nieliczni turyści. Domki w kolorach farb, pozostałych po malowania kutrów, wyglądały trochę jak z bajki.

Rozległe skwery pokrywały się świeżą zielenią traw. Ludność na ulicach najróżniejszej maści. Tubylców niewiele.

Colett Veyrat z grupą uczestników konferencji przygotowywała się do wycieczki na lodowce Patagonii, kompletując ciepłą garderobę. Zmiana czasu i biologicznego rytmu wśród tych wszystkich emocji była zupełnie nieodczuwalna.

Autorka tekstu: Ewa Łastowiecka

Idź do oryginalnego materiału