Naprawdę takie to dziwne, iż kiedy jest zima, to za oknem robi się biało? Że spada śnieg, jest ślisko, zimno, a buty przemakają? Czy my naprawdę tak bardzo zdążyliśmy się odzwyczaić od tej pory roku, iż każde większe opady traktujemy jak klęskę żywiołową porównywalną z meteorytem?
Ostatnie dni na Pomorzu i częściowo na Warmii i Mazurach pokazały coś, co jeszcze kilkanaście lat temu było normą, a dziś wywołuje zbiorową konsternację: solidną porcję śniegu. Nie „incydent”, nie „przelotne opady”, tylko prawdziwą zimę z prawdziwego zdarzenia. I co? I nagle internet zapłonął. Bo nieodśnieżone. Bo ślisko. Bo schody. Bo chodnik. Bo droga. Bo znowu drogowcy nie ogarnęli.
Jasne, nie idealizujmy — drogowcy i służby miejskie od lat sprawiają wrażenie, jakby zima była dla nich zaskoczeniem porównywalnym z lądowaniem UFO. Co roku to samo: „Nie spodziewaliśmy się takich opadów”. A ja się pytam: to czego się spodziewaliście? Kwiatów?
Mam też jednak wrażenie, iż od kilku lat w wielu miastach po prostu oszczędza się na zimie. Bo przecież zwykle „nic nie ma”, „samo stopnieje”, „po co wydawać”. A potem, kiedy jednak sypnie porządnie, wszyscy są zdziwieni jak dzieci, którym ktoś powiedział, iż śnieg jest zimny.
Ale z drugiej strony… czy my naprawdę oczekujemy, iż przy intensywnych, niemal ciągłych opadach każdy chodnik, każda uliczka i każda ścieżka rowerowa będą czarne jak asfalt w lipcu? Że ktoś będzie biegał z łopatą 24 godziny na dobę tylko po to, żebyśmy przypadkiem nie zobaczyli płatka śniegu pod butem?
To jest fizycznie niewykonalne. choćby jeżeli ludzie pracują dzień i noc, to śnieg nie pyta o grafik. Pada, kiedy chce. I będzie padał dalej, choćby jeżeli my już zdążymy napisać trzy skargi na Facebooku.
Zresztą, zobaczcie, jacy jesteśmy zabawni w swoich oczekiwaniach. Z jednej strony walczymy o wolne niedziele, święta, work-life balance, szanujmy pracowników, niech odpoczywają. A z drugiej — gdy tylko spadnie śnieg — nagle wszyscy mają pracować bez przerwy, w nocy, w święto, w weekend, bez względu na warunki. Bo nam akurat ślisko.
Trochę to hipokryzja, nie?
Mam wrażenie, iż staliśmy się strasznie wygodni. Przyzwyczailiśmy się do tego, iż zim adekwatnie nie ma. Do plusowych temperatur w styczniu, do zielonej trawy w lutym, do świąt bez śniegu. A kiedy natura przypomina sobie, jak się to robiło kiedyś, my wpadamy w panikę.
Czy ktoś jeszcze pamięta zimy, które trwały miesiącami? Takie, iż śnieg leżał od grudnia do marca? Że nie było „odwilży co tydzień”? Gdyby dziś przyszła taka zima, to mam wrażenie, iż społeczeństwo by tego nie udźwignęło. Sparaliżowalibyśmy się sami — psychicznie i logistycznie.
Bo dziś wszystko ma być natychmiast, wygodnie i bez wysiłku. Chodnik ma być suchy, droga czarna, schody bez jednego płatka, najlepiej jeszcze z podgrzewaniem. A jak nie, to dramat.
A może warto czasem po prostu zwolnić? Założyć porządne buty, spojrzeć na śnieg jak na coś normalnego, a nie jak na osobistą obrazę? Zrozumieć, iż zima to nie tylko ładne zdjęcia na Instagramie, ale też trochę niewygody?
Bo zima była, jest i będzie. Tylko my coraz mniej jesteśmy na nią gotowi. I chyba bardziej mentalnie niż logistycznie.








