Okiem naczelnego: I nadszedł 1 września

razemztoba.pl 2 godzin temu

I znów nastał ten znienawidzony przez całe pokolenia uczniów czas, czyli 1 września, kiedy wakacyjna beztroska brutalnie zderza się z budzikiem nastawionym na zdecydowanie zbyt wczesną godzinę, a miejsce późnego wstawania, spontanicznych wyjazdów i wieczorów, które nie muszą kończyć się o rozsądnej porze, zajmują plecak, zeszyty, plan lekcji i świadomość, iż od jutra wszystko znowu zaczyna kręcić się wokół szkoły.

Kiedy człowiek jest uczniem, bardzo często marzy tylko o jednym: żeby wreszcie dorosnąć. Wydaje mu się wtedy, iż dorosłość jest jakimś niezwykłym stanem wolności, w którym nikt nie pyta przy tablicy, nie robi niezapowiedzianych kartkówek, nie każe czytać lektur, których przeczytać się nie chce, i przede wszystkim nie wymaga tłumaczenia się z tego, dlaczego człowieka nie było tam, gdzie być powinien. Dopiero po latach okazuje się, iż dorosłość również urządza niezapowiedziane kartkówki, tyle iż zwykle z materiału, którego nikt wcześniej nie omówił, a zamiast jedynki można dostać po kieszeni, po nerwach albo po prostu od życia.

Być może dlatego wraz z upływem lat zaczynamy patrzeć na szkołę trochę łagodniej i choćby ci, którzy kiedyś każdego ranka z utęsknieniem odliczali dni do wakacji, potrafią powiedzieć: „Wiesz co, fajnie byłoby znowu chodzić do szkoły”.

Ja mam z tym trochę bardziej skomplikowaną relację, bo szkoła co jakiś czas naprawdę do mnie wraca, tyle iż we śnie i bynajmniej nie są to sentymentalne obrazki z kolegami siedzącymi w ławkach. zwykle okazuje się, iż mam jakiś sprawdzian, o którym kompletnie zapomniałem, za chwilę będę pytany, niczego nie umiem, nie mogę znaleźć adekwatnej sali albo nagle dowiaduję się, iż mam zdawać egzamin z przedmiotu, na którym od miesięcy nie byłem. Budzę się wtedy i przez kilka sekund naprawdę odczuwam ulgę, kiedy dociera do mnie, iż przecież szkołę skończyłem dawno temu i żaden sprawdzian już na mnie nie czeka.

Co ciekawe, na swoją edukację adekwatnie nie narzekam, bo lubiłem się uczyć, a chyba jeszcze bardziej lubiłem po prostu chodzić do szkoły, choć prymusem zdecydowanie nie byłem. Byłem raczej takim klasycznym średniakiem, któremu z jednych przedmiotów szło całkiem nieźle, z innych trochę gorzej, a jeszcze innych najchętniej nie widziałby w planie lekcji w ogóle. Mimo wszystko szkołę wspominam dobrze i dlatego, gdy ktoś pyta mnie, czy chciałbym jeszcze raz do niej wrócić, odpowiedź wcale nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.

Gdybym mógł wrócić do szkoły swojego dzieciństwa i młodości, tej z przełomu lat 90. i 2000., to chyba zaryzykowałbym jeszcze raz, choć kilka wydarzeń najchętniej ominąłbym szerokim łukiem, kilku błędów nie popełnił i w paru sytuacjach zachował się zupełnie inaczej. Z drugiej strony coraz częściej dochodzę do wniosku, iż właśnie te nieprzyjemne doświadczenia, konflikty, porażki i momenty, o których wolelibyśmy zapomnieć, także nas kształtowały, uczyły odporności i sprawiały, iż później łatwiej było zmierzyć się z codziennością, która przecież również nie zawsze obchodzi się z człowiekiem delikatnie.

Do dzisiejszej szkoły natomiast chyba nie chciałbym wracać, choć wiem, iż brzmi to jak klasyczne narzekanie człowieka, który zaczyna opowiadać młodszym, iż „za jego czasów było inaczej”. I rzeczywiście było inaczej, co nie znaczy, iż wszystko było lepsze. Szkoła lat 90. i początku XXI wieku nie była żadną krainą edukacyjnej szczęśliwości, nauczyciele nie zawsze byli sprawiedliwi, uczniowie nie siedzieli grzecznie z rękami na ławkach, zdarzały się bójki, konflikty, dokuczanie słabszym, niesprawiedliwe oceny i nauczyciele, których spotkania na szkolnym korytarzu człowiek najchętniej by uniknął.

Było też biedniej, mniej kolorowo i zdecydowanie mniej nowocześnie, ale mam wrażenie, iż było przy tym jakoś bardziej swojsko, klimatycznie i może choćby trochę bardziej uroczyście. Początek roku naprawdę był początkiem roku, świadectwo było czymś, co trzymało się w ręku, ocena pojawiała się najpierw w papierowym dzienniku, a człowiek miał przynajmniej kilka godzin na zastanowienie się, w jaki sposób przedstawić rodzicom swoją wersję wydarzeń.

Dzisiaj choćby ten element szkolnego kombinowania został uczniom w dużej mierze odebrany przez technologię, bo zanim młody człowiek zdąży wrócić ze szkoły i przygotować przekonującą historię o tym, dlaczego dostał jedynkę, rodzic prawdopodobnie już wie nie tylko o samej ocenie, ale również z czego została wystawiona. Podobnie jest z wagarami, bo kiedyś można było zaryzykować, zniknąć z jednej czy dwóch lekcji i przez kilka godzin żyć nadzieją, iż wielka operacja pozostanie tajemnicą, podczas gdy dzisiaj, mówiąc pół żartem, uczeń ledwo pomyśli o ucieczce z lekcji, a telefon rodzica już informuje, iż jego pociechy nie ma tam, gdzie zgodnie z planem powinna się znajdować.

Oczywiście jako rodzic powiem, iż jest to rozwiązanie świetne, wygodne i przede wszystkim zwiększające bezpieczeństwo, ale patrząc na to z perspektywy własnego dorastania, zastanawiam się czasem, czy przy okazji nie zabraliśmy młodym ludziom odrobiny przestrzeni do popełniania małych błędów i samodzielnego radzenia sobie z ich konsekwencjami. Nie chodzi przecież o wychwalanie wagarów, ściągania czy szkolnego kombinowania, ale o coś znacznie szerszego, bo szkoła mojego pokolenia uczyła życia również w sytuacjach, których nie było w żadnym programie nauczania.

Trzeba było czasem coś załatwić, z kimś się dogadać, przekonać nauczyciela do przełożenia sprawdzianu, zdobyć notatki po chorobie, zadzwonić do kolegi i dowiedzieć się, co było zadane, rozwiązać konflikt bez udziału połowy dorosłego świata albo ponieść konsekwencje własnej głupoty. Nie było aplikacji, która przypominała o wszystkim, grupy klasowej działającej przez całą dobę ani rodzica, który jednym kliknięciem mógł sprawdzić praktycznie każdy element szkolnego życia swojego dziecka, więc siłą rzeczy trzeba było nauczyć się pewnej samodzielności, a czasami również zwykłego życiowego sprytu.

I wiem, iż zabrzmi to mocno boomersko, ale mam również wrażenie, iż inaczej wyglądał wtedy autorytet nauczyciela. Nie twierdzę, iż wszyscy nauczyciele byli uwielbiani, bo nie byli, ani iż każdy zasługiwał na szacunek wyłącznie dlatego, iż stał po drugiej stronie biurka, jednak istniała pewna granica, której większość uczniów miała świadomość. Nauczyciel mógł być wymagający, mógł człowieka denerwować, można było na niego narzekać przez całą przerwę, ale kiedy wchodził do klasy, było wiadomo, kto prowadzi lekcję i kto ustala zasady.

Dzisiaj bywa z tym różnie i nie jest to wyłącznie wina uczniów, bo zmieniły się dzieci, rodzice, nauczyciele, szkoła i adekwatnie całe społeczeństwo. Nauczyciel coraz częściej musi tłumaczyć się nie tylko przed dyrekcją, ale także przed rodzicem, który potrafi potraktować ocenę swojego dziecka jak punkt wyjścia do negocjacji, a uwagę wpisaną do dziennika niemal jak osobisty atak na całą rodzinę. Oczywiście nauczyciel również może się pomylić, może być niesprawiedliwy i powinien podlegać ocenie, ale szkoła bez autorytetu nauczyciela zaczyna mieć poważny problem, podobnie jak szkoła, w której autorytet buduje się wyłącznie strachem.

Nie zazdroszczę jednak dzisiejszym uczniom także z zupełnie innego powodu, ponieważ wraz z dostępem do technologii, o której my mogliśmy tylko pomarzyć, dostali oni cały pakiet problemów, których nasze pokolenie adekwatnie nie znało. My po lekcjach mogliśmy wyjść ze szkoły i naprawdę ją zostawić za sobą, podczas gdy dzisiejszy uczeń zabiera ją do domu w telefonie, na grupach klasowych, komunikatorach i portalach społecznościowych, gdzie szkolny konflikt potrafi trwać przez całą dobę, a kompromitujące zdjęcie, głupi komentarz czy złośliwość jednego kolegi w ciągu kilku minut może zobaczyć pół szkoły.

Do tego dochodzi nieustanne porównywanie się z innymi, presja wyglądu, popularności, wyników, sukcesu i przekonanie, iż trzeba być w czymś najlepszym, a najlepiej jeszcze wyglądać przy tym tak, jakby wszystko przychodziło bez najmniejszego wysiłku. Dlatego kiedy słyszę czasem, iż dzisiejsza młodzież ma łatwiej, bo ma internet, telefony, elektroniczne podręczniki i dostęp do całej wiedzy świata w kilka sekund, odpowiadam sobie, iż może technologicznie rzeczywiście ma łatwiej, ale psychicznie wcale nie jestem tego taki pewien.

Czy więc tęsknię za szkołą? Chyba nie za samą szkołą, a bardziej za czasem, w którym do niej chodziłem, bo przecież nie tęsknię za sprawdzianami, wstawaniem rano (choc w tej chwili wstaje równie wcześnie jak kiedyś – jak nie wcześniej) ani staniem przy tablicy z pustką w głowie. Tęsknię za ludźmi, z którymi siedziało się w jednej ławce, za przerwami, podczas których dziesięć minut potrafiło pomieścić więcej wydarzeń niż dzisiaj cały dzień, za szkolnymi wycieczkami, pierwszymi sympatiami i tym niesamowitym uczuciem ostatniego dnia roku szkolnego, kiedy człowiek wychodził ze świadectwem w ręku i miał przed sobą dwa miesiące, które wydawały się niemal wiecznością.

Dzisiaj dwa miesiące mijają człowiekowi adekwatnie niezauważenie.

I może właśnie dlatego szkoła po latach zaczyna wyglądać inaczej, bo dopiero z perspektywy dorosłego człowieka widzimy, iż oprócz matematyki, polskiego, historii czy biologii uczyła nas jeszcze czegoś, czego nie dało się wpisać do planu lekcji. Pierwszych zwycięstw i pierwszych porażek, przyjaźni i rozczarowań, odpowiedzialności za własne decyzje, radzenia sobie z ludźmi, których lubiliśmy i których nie znosiliśmy, a czasami również podnoszenia się po sytuacjach, które wtedy wydawały się końcem świata, choć po latach okazują się zaledwie jednym z wielu wspomnień.

Dlatego wszystkim uczniom, którzy właśnie rozpoczynają kolejny rok szkolny, życzę przede wszystkim, żeby był to rok spokojny, dobry i owocny, żebyście spotkali na swojej drodze nauczycieli, którzy potrafią nie tylko wymagać, ale również zainteresować światem, oraz ludzi, których być może będziecie wspominać jeszcze za dwadzieścia czy trzydzieści lat.

Uczcie się, zdobywajcie wiedzę, pytajcie, szukajcie odpowiedzi, popełniajcie błędy i wyciągajcie z nich wnioski, ale nie pozwólcie sobie wmówić, iż jedna jedynka, słabszy sprawdzian czy choćby niezdany za pierwszym razem egzamin przesądza o tym, kim będziecie w przyszłości, bo życie jest zdecydowanie bardziej skomplikowane niż szkolny dziennik.

Nauka jest ważna, oceny mają znaczenie, egzaminy również, ale poza nimi są jeszcze wasze pasje, zainteresowania, przyjaciele, rodzina i ludzie, których kochacie, a przede wszystkim wasze zdrowie, także to psychiczne, którego nie warto poświęcać w pogoni za średnią z dwoma miejscami po przecinku.

Korzystajcie więc z tych szkolnych lat, choćby jeżeli dzisiaj macie serdecznie dość dorosłych powtarzających wam, iż „kiedyś będziecie za tym tęsknić”, bo być może wcale nie zatęsknicie za szkołą, lekcjami czy sprawdzianami, ale może nadejść taki dzień, kiedy zatęsknicie za ludźmi, za tamtymi chwilami i przede wszystkim za sobą z tamtego czasu.

A tego, w przeciwieństwie do szkolnej jedynki, nie da się już poprawić w drugim terminie.

Idź do oryginalnego materiału