Czasami myślę, iż zbyt intensywnie. Jak choćby wtedy, gdy dwa dni przed zakończeniem pierwszego obozu w Zawoi za nic nie mogłam wykombinować, w jaki sposób mam dojechać samodzielnie na drugi obóz nad jezioro Wilcze. Ale tak to już jest, kiedy jeden wyjazd kończy się dokładnie w tym samym momencie, co rozpoczyna drugi. Finalnie z Zawoi wracałam dzień wcześniej, ponieważ tak było prościej pod względem logistycznym. Tym sposobem i wilk był syty i owca cała.
Na obu obozach bardzo mi się podobało. Niby organizowane przez wspólnoty o takich samych podstawach, a jednak różne od siebie. Pierwszy z nich organizowany był przez wadowickie "Rafałki". Pisałam Wam o przygotowaniach do niego w poprzednich postach. Dla mnie osobiście był to bardzo intensywny okres 9 dni. Po pierwsze, 7 uczestników jechało bez opiekunów, a skoro jestem w tzw. "normie intelektualnej" to z automatu wskoczyłam do grupy koordynatorów wyjazdu, mimo tego, iż byłam i najmłodszym stażem, i najmłodszym wiekiem uczestnikiem wyjazdu.. Innymi słowy pomagałam paniom moderatorkom w opanowaniu grupy oraz obsłudze komputera. Przy okazji zostałam prywatną opiekunką Jaśka - skubaniec nie chciał chodzić z nikim innym za rękę tylko ze mną, to samo ze spędzaniem wolnego czasu... A po drugie, tak jak pisałam wcześniej, miałam do przygotowania przedstawienie grupie wezwania z modlitwy "Ojcze Nasz" - "Bądź wola Twoja, jako w Niebie tak i na ziemi". Była krótka prelekcja, były przykłady trudnych sytuacji, z którymi każdy z nas musiał się w życiu zmierzyć, była choćby piosenka z rorat 2021 z "Małym Gościem Niedzielnym". I chyba jakoś to poszło. Mam oczywiście kilka punktów, które mogły pójść lepiej, ale ogólnie wyszło nie najgorzej. Oprócz tego niemal codziennie odbywaliśmy spacery po okolicy (tylko żal, iż w góry nie poszliśmy), nie było dnia bez kawy / herbaty / słodyczy, co jeszcze bardziej pozwoliło nam się poznać i zintegrować wzajemnie ze sobą. To ważne, o ile ktoś jest w danej wspólnocie dopiero od niedawna, w zasadzie dopiero ją poznaje. Wydaje mi się, iż przez większość jej członków zostałam zaakcepptowana i przyjęta jako swoja. Myślę, iż skótecznie zmniejszył siię dystans między mną, a nimi i już jesteśmy po prostu MY. Były też wycieczki, wyjazd na termy, gry w karty i planszówki, oglądanie filmów w deszczowe wieczory, dwie dyskoteki, ognisko i dużo, dużo rozmów. Aż żal ich było opuszczać dzień wcześniej, no alle nie było innego wyjścia, bo łatwiej mi było zjechać z Zawoi niż jechać samej do Wilczego. Na pożegnanie dostałam jeszcze zakładkę, czym wzruszyli mnie do reszty...
Obóz z jaworznickimi "Dominkami-bis" rozpoczął się 1 sierpnia i trwał 9 dni. Podoebnie jak rok temu także i teraz pojechaliśmy nad jezioro Wilcze pod Zieloną Górę. Tylko ja już byłam nieco pewniejsza;. Wszak przez ostatni rok miałam okazję poznać członków wspólnoty. Tylko, iż teraz pojechało nas znacznie więcej, co choćby cieszyło organizatorów.
O ile obóz z "Rafałkami" był dla mnie intensywny, o tyle ten z "Dominkami-bis" był bardziej na luzie. Kończyliśmy roczną tematykę związaną z Aniołami Stróżami, gdzie zostały trzy tematy do zrealizowania - "Anioł Józefa", "Anioł Daniela" oraz "Anioł Zwiastowania". Teoretycznie można było zgłosić się do opracowania jednego tematu, jak na pierwszy raz wolałam poprzestać na "Rafałkach". Może za rok się odważę. W związku z niewielką tematyką mieliśmy masę wolnego czasu, który poświęcalliśmy na gry, zabawy i ogólnie pojętą integrację. Było dużo spacerów, harcy nad jeziorem (ja jednak gdzieś z tyłu głowy miałam świadomość, iż rok temu stało się ono miejscem tragedii 15-letniego Dominika), akle śpiewów, ale też modlitwy i refleksji. Bardzo mi się podobał "Niebiański bal" na którym bawiliśmy się w strojach Aniołów.