Okiem naczelnego: Fake news z przymrużeniem oka

razemztoba.pl 1 dzień temu

1 kwietnia to ten wyjątkowy dzień w roku, kiedy media – te same, które przez pozostałe 364 dni z powagą godną komunikatu o końcu świata pouczają nas o standardach, odpowiedzialności i walce z dezinformacją -nagle uznają, iż najwyższy czas opublikować newsa-zgrywę. Bo przecież raz do roku wolno. Raz do roku fake news nie jest fake newsem. Raz do roku kłamstwo dostaje czapeczkę błazna i staje się „tradycją”.

Przez rok z każdej strony słyszymy, iż odbiorca musi być czujny, iż trzeba weryfikować źródła, iż nie wolno dawać się nabierać, iż dezinformacja to rak debaty publicznej. A potem przychodzi 1 kwietnia i redakcje z miną rozbawionego wujka przy rodzinnym stole publikują jakieś wydumane sensacje, po czym zacierają ręce: „Ha! Nabraliście się!”. Trudno o lepszy dowód na to, iż współczesne media same nie wiedzą, czy chcą być instytucją zaufania publicznego, czy kabaretem na stażu.

I nie chodzi choćby o to, iż te żarty są nieśmieszne. Choć, umówmy się, zwykle są. Problem jest poważniejszy: media od dawna mają gigantyczny problem z wiarygodnością. W świecie, w którym codzienność coraz częściej brzmi jak kiepsko napisany skecz, naprawdę nie potrzeba nam dodatkowej zagadki pod tytułem: „czy to jeszcze żart, czy już rzeczywistość?”. Dziś absurd nie przychodzi w przebraniu. Dziś absurd ma konferencję prasową, konto w mediach społecznościowych i cytat dnia.

I właśnie dlatego primaaprilisowe żarty w mediach wypadają tak żałośnie. Bo one nie są już psotą. Nie są inteligentnym mrugnięciem okiem. Są raczej niezręcznym gestem branży, która najpierw rozchwiała własną powagę, a potem próbuje ją ratować dowcipem z poziomu szkolnej gazetki. „Hej, patrzcie, umiemy być zabawni” – zdają się mówić redakcje, publikując informacje, które normalnie uznalibyśmy za kompromitujące. Tyle iż dziś kompromitacja sama jest formatem.

Z drugiej strony warto zadać pytanie bardziej ponure: czy my w ogóle jeszcze potrafimy żartować? Być może problem nie leży wyłącznie w mediach, ale w klimacie epoki. Coraz mniej w nas lekkości, coraz więcej znużenia, irytacji i tej osobliwej, nowoczesnej goryczy, która każe wszystko natychmiast oceniać, potępiać albo brać śmiertelnie serio. Żart wymaga dystansu. Dobry żart wymaga inteligencji. Naprawdę dobry – także odrobiny czułości wobec świata. A z tym dziś krucho.

Bo żart na poziomie jest czymś rzadkim. Po pierwsze dlatego, iż mało komu chce się myśleć. Po drugie dlatego, iż rzeczywistość tak skutecznie przelicytowała satyrę, iż trudno już wymyślić coś dostatecznie absurdalnego, a zarazem wystarczająco niewiarygodnego. Kiedyś dowcip polegał na odwróceniu porządku świata. Dziś porządek świata sam wygląda jak dowcip, którego nikt nie miał odwagi przerwać.

Efekt jest taki, iż 1 kwietnia nie przynosi już ulgi ani śmiechu. Przynosi raczej zmęczenie. Człowiek patrzy na kolejny „zabawny” artykuł w poważnym medium i nie wie, czy powinien się roześmiać, oburzyć, czy po prostu współczuć autorowi. Bo naprawdę trudno traktować serio redakcję, która jednego dnia tropi manipulacje, a drugiego sama je produkuje w imię tradycji. To trochę tak, jakby straż pożarna dla żartu podpaliła kosz na śmieci, żeby sprawdzić, czy mieszkańcy są czujni.

Może więc najlepszym primaaprilisowym gestem mediów byłoby dziś… odpuszczenie. Serio, w czasach, gdy prawda ledwo zipie pod naporem clickbaitu, propagandy, półprawd i informacyjnego hałasu, ostatnią rzeczą, jakiej potrzeba odbiorcy, jest redakcja wołająca z uśmiechem: „spokojnie, dziś tylko udajemy niewiarygodnych”. Dziś już nie trzeba udawać.

A jeżeli koniecznie chcemy uczcić 1 kwietnia, to może zróbmy to uczciwie: wyłączmy media. Niech to będzie ten jeden dzień, kiedy odbiorca dla żartu nie da się nakręcać, straszyć, ogłupiać ani nabierać. To byłby dopiero żart wysokiej klasy, i kto wie, może choćby pierwszy naprawdę śmieszny.

Idź do oryginalnego materiału