"Najwyżej nie znajdziemy raka". Tak leczono Annę w instytucie onkologii

zdrowie.interia.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: Uśmiechnięta kobieta ubrana w sportowy strój i czapkę, trzymająca kijki trekkingowe w obu rękach, stojąca na górskim szlaku z aparatem zawieszonym na szyi. W tle zielone wzgórza oraz kamienny mur.


Pani Ania była pacjentką zdyscyplinowaną - regularne badania profilaktyczne, systematyczne wizyty u endokrynologa, który leczył ją na Hashimoto, zero używek i aktywny styl życia, z umiłowaniem do podróżowania i górskich wędrówek. "Najwyżej panią otworzymy i się okaże, iż tam nie ma raka" - takie słowa usłyszała kobieta od specjalisty, kiedy stawiła się w Narodowym Instytucie Onkologii. Później wszystko poszło nie tak, jak powinno. W ramach cyklu "Życie z chorobą" rozmawiałam z panem Olgierdem Langerem - mężem pani Ani i autorem książki "Problem trzech miseczek". Jednym z pytań, które zadałam, było: czy pani Ania mogła żyć?
Idź do oryginalnego materiału