Dziś jest 27 lutego. Wydawać by się mogło, iż to dzień jak każdy inny: piątek, przedostatni dzień lutego – najkrótszego miesiąca w roku. Imieniny obchodzą m.in. Gabriel i Auksencja, a także Aleksander, Anna, Wiktor, Julian, Bazyli, Orfeusz, Leander, Leandra, Prokop, Achacjusz i Achacy. To również Dzień Niedźwiedzia Polarnego. A jednak w tej pozornej zwyczajności kryje się coś wyjątkowego. 27 lutego to także święto tych, którzy nie czekają, aż świat sam się naprawi – tylko każdego dnia, po cichu i konsekwentnie, sprawiają, iż staje się lepszy, bardziej czuły i bardziej „dla ludzi”. To Światowy Dzień Organizacji Pozarządowych – dzień trzeciego sektora i wszystkich, którzy w nim działają, wspierają, organizują i pomagają tam, gdzie potrzeba jest najbliżej.
NGO – trzy litery, które potrafią wywołać wzruszenie ramion, a czasem choćby nieufność. „A z czego oni żyją?”, „Czy to nie polityka?”, „Po co to komu?”. Pytania niby praktyczne, a w tle jedno wielkie: czy da się pomagać bez interesu?
Spójrzmy prawdzie w oczy: świat nie jest idealny, a w naszej niejednokrotnie szarej rzeczywistości NGO-y często stają się codziennym „klejem” społecznym. Niezbyt wygodną prawdą jest, iż organizacje pozarządowe są jak lustro, swoją działalnością zmieniają na lepsze. Swoją działalnością naprawiają, “łatają” to, czego nie domyka państwo, rynek i nasza własna prywatna zaradność.
Najbardziej lubimy mówić o nich w liczbie mnogiej: „organizacje”. Jakby to były instytucje z własnym krwiobiegiem, nie wiadomo skąd zasilane. A to przecież najczęściej kilka osób, które mają dość tego, iż „tak już jest”. Ktoś ogarnia grant, ktoś pakuje paczki, ktoś dzwoni, ktoś prowadzi dyżur, ktoś pisze post, który ma zebrać brakujące trzy tysiące. I najczęściej ktoś jeszcze – ten niewidoczny – wypala się po cichu, bo praca „z misją” bywa jak praca bez końca.
Światowy Dzień NGO to nie tylko okazja do braw. To także pretekst, by zapytać: czy my przypadkiem nie traktujemy społecznika jak darmowej infrastruktury?
Z organizacjami pozarządowymi jest jak z latarniami na ulicy. Dopóki świecą, nikt się nie zastanawia, kto je postawił i kto je serwisuje. Zauważamy dopiero wtedy, gdy gaśnie. Gdy nagle nie ma telefonu zaufania, punktu wsparcia, świetlicy, bezpłatnej porady prawnej, interwencji w sprawie przemocy, zajęć dla dzieci, pomocy w kryzysie bezdomności. Wtedy w przestrzeni publicznej pojawia się zdanie, które zawsze brzmi tak samo: „Jak to, już nie działają?”. No właśnie. Działali, bo ktoś działał. I to „ktoś” często robił to na granicy sił, w atmosferze kontroli, rozliczeń, konkursów, które nagradzają spryt w papierologii bardziej niż realny efekt.
A przecież jest w tym całym trzecim sektorze coś fundamentalnie pięknego: obywatelskość w wersji roboczej. Nie w deklaracjach, nie w patetycznych przemowach, tylko w praktyce. NGO uczą, iż demokracja to nie tylko wybory, ale też codzienne naprawianie pęknięć – takich, które nie trafiają na czołówki. W ich działaniach jest sporo pokory: nikt nie obiecuje, iż rozwiąże wszystko, ale ktoś obiecuje, iż przyjdzie, posłucha i spróbuje. I czasem to jest różnica między „nie dam rady” a „spróbuję jeszcze dzień”.
Oczywiście, organizacje pozarządowe bywają różne – jak ludzie: są świetne, są średnie, są takie, którym brakuje transparentności albo komunikacji. To jednak nie powód, żeby wrzucać cały sektor do jednego worka z napisem „podejrzane”. To raczej powód, by domagać się standardów i jednocześnie docenić tych, którzy je spełniają. Ważne by sobie to uzmysłowić, iż jeżeli nauczymy się myśleć o NGO tylko w kategoriach podejrzenia, zostaniemy sami z problemami, które lubią rosnąć w ciszy.
Światowy Dzień Organizacji Pozarządowych ma więc sens, jeżeli nie kończy się na grafice w mediach społecznościowych a prowadzi do prostych czynów, nie wielkich deklaracji. Można więc zacząć od rzeczy śmiesznie małych: ustawić stałe zlecenie na 10 zł miesięcznie, pójść raz na wolontariat, podać dalej zbiórkę, zapytać lokalną fundację, czego naprawdę potrzebuje, a nie co dobrze wygląda w paczce. Można też zrobić coś jeszcze trudniejszego: przestać oczekiwać, iż pomaganie będzie zawsze ciche, wygodne i bezkonfliktowe, bo czasem pomoc oznacza także mówienie głośno o tym, iż ktoś jest krzywdzony, a system nie działa.
I na koniec – wyobraźmy sobie miasto bez organizacji pozarządowych. Bez tych wszystkich małych mostów między człowiekiem a światem. Nagle robi się chłodniej, bardziej obco, bardziej „radź sobie”. A przecież cywilizacja zaczyna się tam, gdzie ktoś mówi: „Nie musisz radzić sobie sam”.
Więc tak, 27 lutego warto odnotować, nie dla samego święta a dla przypomnienia, iż społeczeństwo to nie suma jednostek, tylko sieć relacji. Warto zapamiętać, iż organizacje pozarządowe są jednym z tych węzłów, które trzymają tę sieć w całości – choćby wtedy, gdy nikt nie klaszcze.









