Tegoroczne ferie, w moim przypadku trochę przedłużone, powoli dobiegają do końca. Od poniedziałku dzieciaki wracają do szkoły, a ja - do pracy. Dość już tego dobrego, skończyła się laba, zaczynają obowiązki. Ludzie wielokrotnie pytają mnie, czy lubię moją pracę, czy nie mam jej dosyć. Hm..., o ile miałabym dosyć po kilku miesiącach od zaczęcia pracy w szkole, dla mnie byłoby to oznaką, iż nie jest to moja droga, iż źle wybrałam, iż po kilku latach spędzonych w Oratorium źle rozeznałam moje "powołanie". Nie będę ukrywała iż jest zawsze łatwo i przyjemnie, bo nie jest. Jednak jeszcze żadne dziecko nie zaszło mi tak bardzo za skórę, czy to w szkole, czy na świetlicy, żebym miała ochotę rzucić pracę i iść inną drogą. Czyżby wcześniejsze doświadczenie mnie zahartowało? Mam taką nadzieję.
Chociaż nie było mnie blisko miesiąc ani w szkole, ani na świetlicy środowiskowej, starałam się być na bieżąco z tym, co się działo w jednej i w drugiej placówce. Katecheci w szkole już proszą mnie o pomoc w przeprowadzeniu szkolnego etapu Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy Religijnej oraz akademii z okazji świąt wielkanocnych. Napisałam też kilka programów, z czego jestem zadowolona. Nie, nie dumna, ale zadowolona. Jeden dotyczy strachu i opiera się na autobiograficznej książce Joanny Porazińskiej, "Asiunia", a drugi straty i oparty został na książce Barbary Kosmowskiej zatytułowanej "Dziewczynka z parku". Będę chciała pilotażowo wypróbować je podczas sobotnich zajęć w Oratorium w S-cu, ale to chyba najwcześniej za dwa tygodnie. Ogólnie polecam obydwie książki, bo chociaż są napisane z myślą o dzieciach, to przekazują wiele mądrych myśli, z których mogą skorzystać również dorośli.Za tydzień jadę do Wadowic na spotkanie "Rafałków". Rozważania Drogi Krzyżowej z Aniołem Stróżem w tle już się pisze. To nie jest pierwsza Droga Krzyżowa mojego autorstwa, ale tym razem czuję szczególną odpowiedzialność za to, co wyjdzie spod mojej klawiatury. A i sama tematyka, chociaż wydaje się pozornie prosta, tak naprawdę taka nie jest. Zdecydowałam się jednak nią podjąć, w trudnych chwilach licząc na wsparcie mojego osobistego Anioła Stróża. Nie tracę więc nadziei, bo choćby o ile nie podołam temu to zawsze będzie to kolejne doświadczenie w moim życiu.

Na spotkaniu było niewielu członków Liturgicznej Służby Ołtarza. Podejrzewam, iż bez problemu można by ich policzyć na palcach, i nie byłoby to przesadą. Podejrzewam, iż na taki stan rzeczy złożyło się to, iż bądź co bądź mamy jeszcze ferie w naszym województwie, a dodatkowo w tym samym czasie wiele księży było na swoim dniu skupienia. Jednak, jak to stwierdził ksiądz Łukasz, przybyła prawdziwa śmietanka naszej diecezji. Śmietanka, nie śmietanka, ja tam się cieszyłam, iż mogłam być częścią tej śmietanki...
W tym roku prelegentem był ojciec Tobiasz, znany też jako Jakub Strzelecki. Zanim poszedł do seminarium był aktorem po szkole aktorskiej. Można go było zobaczyć w takich produkcjach, jak: "M jak miłość", "Samo życie", czy też "Miasto z morza". Niestety, z żadnego z nich go nie kojarzę. Pochodzi z Żywca, z religijnej rodziny. Około 2011 roku poczuł, iż aktorstwo nie jest jego życiowym powołaniem, a życie poświęcone Bogu. Postanowił "przekwalifikować się" na zakonnika. Wstąpił do zakonu bernardynów (franciszkanów), dziś posługuje w Leżajsku, na wschodzie Polski.
Podczas swojej konferencji brat Tobiasz nie tylko podzielił się z nami historią swojego powołania i drogi do Boga, jaką przyszło mu przejść, ale też uświadomił, iż nie trzeba być kimś nieskazitelnym, aby być ważnym w oczach Boga, a przede wszystkim, aby była mu powierzona jakaś misja. Powołał się tutaj na takie postacie ze Starego Testamentu, jak Adam (który wykazał nieposłuszeństwo wobec prośby Boga), Kain (który zabił z zazdrości Abla), Noe (który się upił winem), Abraham (który chociażby dwa razy sprzedał swoją żonę), Jakub (który o mało nie pozabijał się z Ezawem), czy też Mojżesz (który nie dość, iż zabił Egipcjanina, to jeszcze miał wadę wymowy). Nikt z nich nie był idealny, mieli swoje wady, takie jak my, ale przez to nie stali się wyklęci w oczach Boga. Bo każdy z nich jednak kochał Boga i ufał mu.
Centralnym punktem Dnia Skupienia była Msza święta koncelebrowana przez przybyłych księży. Pomimo niewielkiej ilości uczestników miała ona uroczysty charakter. W krótkim kazaniu kaznodzieja przypomniał nam, iż Bóg nie jest egzekutorem nakazów i zakazów, za jakie często bierzemy chociażby dekalog, ale chce być bardziej drogowskazem w naszym życiu.


Myślę, iż taki dzień skupienia na początku Wielkiego Postu, a choćby w trakcie jego trwania, jest doskonałą okazją do tego, aby jeszcze raz na chwilę zatrzymać się i przemyśleć wiele spraw w swoim życiu. A takie konferencje są jak najbardziej ku temu pomocne i przydatne.
Jutro zaczynają się trzydniowe rekolekcje w DA w Katowicach. Planuję na nie wbić, bo może być ciekawie.











