Koszyk dwóch prędkości

mzdrowie.pl 20 godzin temu

Dziura finansowa w ochronie zdrowia będzie się powiększać – nie mają wątpliwości eksperci. Dlatego wróciła dyskusja o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych. Problem w tym, iż wcześniej trzeba by przyjrzeć się koszykowi świadczeń gwarantowanych.

Na początku krótko przypomnijmy, iż koszyk świadczeń gwarantowanych w ramach środków finansowych NFZ powstał w 2009 roku. To wtedy na mocy tzw. ustawy koszykowej powołano rządową Agencję Oceny Technologii Medycznych (AOTM). Koszyk wcześniej był otwarty, czyli obiecywał wszystko wszystkim. Dzięki ustawie koszyk został zamknięty, czyli ze środków publicznych finansowane jest tylko to, co zostało w koszyku zapisane. To działo się w czasie pierwszego rządu Donalda Tuska, kiedy Ewy Kopacz była ministrem zdrowia. Od tego czasu koszyk powiększał się o kolejne świadczenia, ale znacznie mniej z niego usunięto. Największą jednak wadą koszyka w Polsce jest to, iż części nielekowe nie są zapisane dzięki technologii medycznych, czyli kolokacji: interwencja-wskazanie. Innymi słowy prawa obywateli do leczenia precyzyjnie określonymi metodami w określonych chorobach nie zostały adekwatne zapisane. Dlatego koszyk jest dziurawy, a przez te dziury wyciekają pieniądze NFZ.

„Toczymy tę dyskusję od ponad 20 lat. Rozwój koszyka był projektowany pod zwiększające się nakłady na ochronę zdrowia i mimo iż w ciągu ostatnich 10 lat nakłady się potroiły, inflacja medyczna sprawia, iż nie zapewniają one realnego dostępu do świadczeń, które mamy w koszyku świadczeń gwarantowanych” – tłumaczy w rozmowie z mZdrowie.pl dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego oraz dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego. I dodaje – „Co interesujące koszyk nie ma w swojej rozciągłości żadnej wartości dla przeciętnego pacjenta, bo nie gwarantuje on dostępu do wielu świadczeń, a w obecnej sytuacji finansowej NFZ będzie on jeszcze trudniejszy. Przykładem niech będzie chociażby program lekowy w chorobie Parkinsona – co z tego, iż rozszerzono kwalifikację do niego, skoro praktyczny dostęp jest bardzo utrudniony, bo dla wielu ośrodków jest on za słabo wyceniony”.

„Żyjemy w dwóch koszykowych rzeczywistościach: teoretycznej i praktycznej. Przestańmy się oszukiwać, iż za tak niską składkę uda nam się zapewnić dostęp do najnowszych technologii wszystkim” – podkreśla dr Gałązka-Sobotka. I nie jest w tej opinii odosobniona. “Znacznie większym problemem jest gigantyczne marnotrawstwo. Dolewanie pieniędzy do systemu jest jak dolewanie wody do dziurawego wiadra. Jestem przeciwny leczeniu pacjenta przetoczeniami skoro krwawi z trzech dużych naczyń” – mówi Krzysztof Łanda.

Nic więc dziwnego, iż rośnie popularność prywatnych polis zdrowotnych. Z dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych korzysta już 5,39 mln Polaków, to o 12 proc. więcej niż rok wcześniej. W ramach prywatnych polis Polacy najczęściej sięgają po profilaktykę onkologiczną, okulistyczną oraz kardiologiczną – wynika z danych gromadzonych przez SALTUS Ubezpieczenia. Z kolei w prognozach Polska Izba Ubezpieczeń przewiduje, iż rynek prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych w Polsce jeszcze zyska na znaczeniu. Przyczyną będzie wzrost oczekiwań oraz chęć uzyskania szybszej i lepszej opieki zdrowotnej. “To m.in. efekt problemów z dostępności do specjalistów. Głównym zakresem tych ubezpieczeń jest podstawowa lub specjalistyczna ambulatoryjna opieka zdrowotna, z dostępem do badań diagnostycznych” – wyjaśnia Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Fundacja Watch Health Care, która od 2012 roku publikuje swój Barometr o długości kolejek w ochronie zdrowia, alarmuje, iż średni czas oczekiwania pacjentów wzrósł do rekordowych 4,2 miesiąca z 3,5 miesiąca przed rokiem. „Rozwijają się wyłącznie ubezpieczenia od kolejek, czyli ubezpieczenia suplementarne, a te które mogłyby znacząco wpłynąć na kondycję finansową NFZ, praktycznie wcale” – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Łanda, założyciel fundacji WHC.

Przypomnijmy, iż podczas swojego pobytu na Miodowej postulował on m.in. ustalenie koszyka negatywnego lub/i bardzo precyzyjne określenie i zdefiniowanie zawartości tego już istniejącego. To by pozwoliło na rozwinięcie rynku komplementarnych ubezpieczeń zdrowotnych, które odciążyłyby system publiczny. „Najwyższy czas pomyśleć też o ubezpieczeniach pielęgnacyjnych, bo opieka długoterminowa będzie kosztować coraz drożej. I nie potrzeba do tego jakiś specjalnych ustaw, potrzebna jest zachęta ze strony polityków. Powinny to być ubezpieczenia o charakterze suplementarno-komplementarnym, jeżeli biznes ma się opłacać” – wyjaśnia Krzysztof Łanda.

„Dzisiaj mamy taką sytuację, iż z jednej strony nie można skorzystać z niektórych świadczeń, ale też nie mogę za nie zapłacić z własnej kieszeni, bo teoretycznie jest ono w koszyku i gwarantuje mi je państwo. Staliśmy się zakładnikami takiego rozwiązania” – podkreśla Robert Mołdach, prezes zarządu Fundacji Porozumienie dla Wartości Publicznej, Wykładowca na studiach SGH-WUM MBA w ochronie zdrowia w rozmowie z mZdrowie.pl.

Wszyscy nasi rozmówcy wskazują, iż potrzeba jest rzetelna i szczera dyskusja o tym za jakie leczenie będzie dostępne w ramach powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, a co powinniśmy opłacać z własnej kieszeni. A co mogłoby się znaleźć poza „państwowym” koszykiem? Technologie robotyczne czy kolejne linie leczenia onkologicznego, które są w wielu krajach opłacane przez prywatnych ubezpieczycieli – uważa np. dr Gałązka-Sobotka.Warto jednocześnie podkreślić, iż pytani przez nas eksperci wprost o to co z koszyka należałoby wyrzucić jednogłośnie mówili, iż nic. Krzysztof Łanda tłumaczy – “Nie chodzi o wyrzucanie technologii z koszyka, czy ograniczanie praw Polaków do leczenia, ale zawartość koszyka musi być określona dzięki technologii medycznych, inaczej nigdy nie uda się ograniczyć gigantycznego marnotrawstwa w opiece zdrowotnej”.

Idź do oryginalnego materiału