Jeszcze kilkanaście lat temu maraton był dla wielu biegaczy amatorów sportowym szczytem marzeń. Najpierw trzeba było zacząć regularnie biegać, potem stopniowo oswajać się ze startami na dystansach od 5 kilometrów do półmaratonu. Dopiero gdzieś daleko, prawie na horyzoncie, pojawiało się królewskie 42,195 km. Do maratonu przygotowywano się długo, często z dużą ostrożnością, a sam start bywał choćby czymś więcej niż tylko najważniejszym wydarzeniem sezonu biegowego. Dzisiaj coraz częściej wygląda to inaczej.
Dystans maratonu od 1921 roku wynosi niezmiennie 42,195 km. przez cały czas jest trudny, wymagający i potrafi bardzo gwałtownie sprowadzić na ziemię osoby, które pomyliły entuzjazm z przygotowaniem. Jednak coraz wcześniej i częściej pojawia się w biegowej biografii amatora. Ktoś zaczyna biegać, po kilku miesiącach startuje w półmaratonie, a po niespełna roku przygody ze sportem zapisuje się na pierwszy maraton, a chwilę później zastanawia się, czy jesienią nie pobiec kolejnego, albo czy nie spróbować ultra, bo przecież maraton ma już zaliczony i czas na nowe wyzwania.
To właśnie można nazwać biegową inflacją. Nie chodzi o ceny pakietów startowych, choć one też potrafią podnieść tętno szybciej niż podbiegi, ale o inflację oczekiwań i biegowych wyzwań. To, co kiedyś było wielkim celem, dziś coraz częściej staje się etapem przejściowym. To, co kiedyś dawało satysfakcję na długo, teraz po kilku dniach zaczyna domagać się kontynuacji: szybciej, dalej, częściej, trudniej, bardziej spektakularnie.
Maraton coraz częściej jest początkiem, a nie finałem
Zmianę w nastawieniu do biegania i podejmowania wyzwań widać nie tylko w rozmowach między biegaczami i w mediach społecznościowych, ale także w danych i statystykach z dużych imprez biegowych, gdzie z roku na rok rośnie liczba debiutantów:
- W Paryżu w 2026 roku aż 49% uczestników odkrywało dystans maratonu po raz pierwszy, podczas gdy w 2022 roku było to 41%;
- W Kopenhadze w edycji 2025 debiutanci stanowili 37% wszystkich biegaczy;
- Honolulu Marathon podaje, iż osoby określone jako marathon newbies stanowiły 35% stawki.
Oczywiście takie dane trzeba czytać ostrożnie. Organizatorzy czasem podają liczbę zapisanych, czasem startujących, czasem finiszerów, a status debiutanta zwykle opiera się na deklaracji z formularza. Mimo to ogólny obraz jest czytelny: maraton nie jest już wyłącznie odległym mitem dla bardzo doświadczonych biegaczy. Coraz częściej jest dużym, ale realnym celem, po który amator sięga znacznie szybciej i z większą częstotliwością.
Nie musi być w tym nic złego. Sam fakt, iż ktoś gwałtownie decyduje się na maraton, nie oznacza jeszcze braku rozsądku, jednak problem zaczyna się wtedy, gdy decyzja wynika bardziej z presji środowiska niż z gotowości organizmu. Skoro znajomi z grupy już biegną, skoro na Instagramie co weekend ktoś pokazuje medal, skoro w aplikacji wszyscy rozpoczynają maratoński trening, to dystans, który kiedyś wydawał się ogromny, zaczyna wyglądać jak obowiązkowy egzamin dojrzałości biegacza.
Dynamika polskiego maratonu
Dane z największych polskich maratonów pokazują interesujący obraz. To nie jest prosty, równy wzrost wszystkich imprez, ale można zauważyć, największy przyrost liczby uczestników widać w przypadku największych i najbardziej medialnych maratonów. Ogólnie część maratonów urosła bardzo mocno, część jest stabilna, a część ma duże wahania na listach startowych.
Najważniejszy jest jednak trend ogólny: maratony w Polsce rosną w siłę. Według zestawienia największych polskich imprez maratońskich w 2025 roku ukończyło je łącznie 27 428 osób, czyli o 20% więcej niż rok wcześniej. To dobry sygnał dla rynku, ale też ważna informacja do naszej biegowej dyskusji: królewski dystans stał się masowym, atrakcyjnym celem.

Najciekawsze są jednak dane dotyczące debiutantów. To właśnie one najlepiej pokazują, iż maraton nie jest już wyłącznie celem dla bardzo doświadczonych biegaczy. W raporcie dotyczącym Maratonu Warszawskiego za 2025 wskazano 1810 debiutantów przy 10 982 nadanych numerach startowych, co daje około 16,5%. W Poznaniu organizatorzy podali, iż ponad 33% uczestników to debiutanci. W Gdańsku w 2026 roku wśród 2462 uczestników znalazło się 922 debiutantów, czyli ponad 1/3 stawki.
To dobrze pasuje do obserwacji z biegowej codzienności. Maraton coraz częściej pojawia się wcześniej w biegowej biografii. Nie musi już być wieloletnim gloryfikowanym marzeniem odkładanym na kiedyś. Staje się wyzwaniem, po które sięga się znacznie szybciej: po pierwszym sezonie, po pierwszym półmaratonie, po kilku miesiącach regularnego treningu.
Pierwszy maraton coraz rzadziej zamyka historię
Dawniej ukończenie maratonu często było kropką. Można było powiedzieć: zrobiłem to, czas odpocząć, pobiegać spokojniej, wrócić do krótszych dystansów albo przez długi czas żyć satysfakcją z samego faktu ukończenia maratonu. Dzisiaj pierwszy maraton bardzo często nie jest kropką, ale przecinkiem albo dwukropkiem.
Po debiucie gwałtownie pojawiają się kolejne pytania: o ile mogę poprawić swój rekord? Czy złamię cztery godziny? Czy pobiegnę drugi maraton jesienią? Czy warto zebrać największe polskie maratony? A może spróbować Berlina, Londynu, Chicago albo Nowego Jorku? A jeżeli poszło dobrze, to może następnym krokiem powinno być ultra?
Analiza RunRepeat dotycząca powtarzania startów pokazuje, iż już w 2018 roku 17,6% maratończyków brało udział w więcej niż jednym maratonie w roku. Niestety nie ma aktualnej, idealnej statystyki z 2025 roku, ale można rozsądnie oszacować skalę zjawiska. Skoro w najlepszych dostępnych danych RunRepeat z 2018 roku 17,6% maratończyków biegało więcej niż jeden maraton w roku, a wcześniej ten wskaźnik przez lata utrzymywał się w okolicach 17-19%, to dziś najbezpieczniej mówić o ostrożnym przedziale około 19-23%. Taki szacunek bierze pod uwagę odbudowę rynku maratońskiego po latach stagnacji w 2020 oraz 2021 roku, większą dostępność imprez, rosnącą popularność dużych maratonów i jednocześnie dużą liczbę debiutantów. Innymi słowy: prawdopodobnie mniej więcej co piąty maratończyk startuje dziś w więcej niż jednym maratonie rocznie, choć trzeba traktować to jako szacunek, a nie twardą statystykę.
To nie jest większość, ale to już wystarczająco dużo, żeby powiedzieć, iż kilka maratonów w okresie przestało być fanaberią garstki zapaleńców, a stało się jednym z rozpoznawalnych modeli amatorskiego biegania. To już zjawisko wystarczająco duże, żeby mówić o normalizacji częstszego startowania. Zwłaszcza iż w social mediach najbardziej widoczni są właśnie ci, którzy startują dużo, często i spektakularnie.
Majorsy, czyli maraton jako cel aspiracyjny
Jeżeli spojrzymy na ten trend globalnie, najlepiej widać go na przykładzie największych maratonów świata, czyli tych wchodzących w skład prestiżowego cyklu Abbott World Marathon Majors. New York City Marathon podawał prawie 165 tys. zgłoszeń do edycji 2024, ponad 200 tys. do 2025 i ponad 240 tys. na 2026 rok. Chicago informowało o rekordowych 160 tysiącach aplikacji do edycji 2025 i ponad 200 tys. do 2026. o ile chodzi o maraton w Sydney, po uzyskaniu statusu World Marathon Major pierwsza loteria przyciągnęła ponad 79 tys. aplikacji na 35 tys. miejsc, a rok później do loterii na 2026 zgłosiło się ponad 123 tys. osób, czyli aż o 56% więcej.
London Marathon jest tu bez wątpienia osobną kategorią. Do loterii na edycję 2024 zgłosiło się 578 304 osób, do edycji 2025 było to już 840 318 osób, rok później liczba zgłoszeń wzrosła do 1 133 813, a do edycji 2027 zgłosiło się 1 338 544 osób. To już nie jest po prostu popularny bieg, to globalny biegowy fenomen.
https://www.worldmarathonmajors.com/six-starNawet jeżeli nie mamy pełnej, idealnej tabeli dla wszystkich Majorsów rok po roku, kierunek jest jasny: największe maratony świata mają znacznie więcej chętnych niż miejsc. To zmienia znaczenie maratonu. Dla wielu osób ukończenie dużego biegu, szczególnie Majorsa, jest nie tylko sportowym doświadczeniem, ale też symbolem statusu, podróży, przynależności i kolejnego poziomu biegowej tożsamości. Dawniej pytanie brzmiało: czy kiedyś przebiegnę maraton? Dzisiaj coraz częściej brzmi: który maraton, kiedy debiut, jaki wynik i gdzie kolejny? Równolegle rozwijają się kolejne cykle, które mogą dodatkowo napędzać biegową inflację m.in. SuperHalfs oraz European Marathon Classics.
Wszystkie te przykłady pokazują, iż bieganie masowe weszło w nowy etap. Największe maratony świata przyjmują setki tysięcy zgłoszeń, na wybrane półmaratony trzeba już polować albo brać udział w losowaniu. Dystans przez cały czas ma znaczenie, ale coraz częściej równie ważne staje się samo miejsce na liście startowej, prestiż imprezy, historia stojąca za wyzwaniem i to, co dany bieg mówi o naszej biegowej tożsamości. Udział w najbardziej rozpoznawalnych maratonach lub półmaratonach coraz częściej staje się symbolem przynależności do świata, w którym po jednym celu natychmiast pojawia się następny.
Ultra, czyli kolejny poziom eskalacji
Ten mechanizm dobrze widać także w świecie ultra. Historyczna analiza RunRepeat i International Association of Ultrarunners pokazywała ogromny wzrost udziału w biegach ultra w latach 1996-2018 (wzrost o 1676%) oraz to, iż w 2018 roku aż 41% ultrabiegaczy startowało w więcej niż jednym ultra rocznie. Nowsze dane DUV Ultra Marathon Statistics pokazują, iż po 2018 roku świat biegów ultra przez cały czas się rozwijał. W bazie odnotowano 639 052 ukończenia biegów ultra w 2018 roku i 775 305 w 2025 roku, co oznacza wzrost o ponad 21%. W tym samym czasie liczba zarejestrowanych biegów wzrosła z 6871 do 8517. Dane te nie oznaczają jednak, iż na trasach pojawiło się dokładnie tylu różnych zawodników, ponieważ jedna osoba może ukończyć kilka biegów w ciągu roku. Pokazują natomiast wyraźnie, iż skala światowego rynku ultra cały czas się rozwija.
Ultra nie rośnie wyłącznie dzięki temu, iż ta sama grupa zapaleńców biega coraz więcej. Rośnie również dlatego, iż do tego świata wchodzi coraz więcej nowych osób, często zaczynających od jednego startu. Jednocześnie skala rynku, liczba imprez i widoczność największych cykli, takich jak UTMB World Series, są dziś znacznie większe niż kilka lat temu. W samym cyklu UTMB w 2025 roku wystartowało prawie 147 tysięcy biegaczy w 55 wydarzeniach i 266 biegach na pięciu kontynentach. Ultra nie jest już więc egzotycznym marginesem biegania. przez cały czas pozostaje wymagające i niszowe względem biegów ulicznych, ale coraz mocniej działa jako kolejny, bardzo atrakcyjny poziom biegowej aspiracji.
Podobny mechanizm widać także na polskim rynku biegów górskich. Nie mamy tu jednego, pełnego raportu rocznego porównywalnego ze statystykami największych maratonów ulicznych, ale rozwój dużych imprez pokazuje kierunek zmian. Przykładowo Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich w 2025 roku zapowiadał blisko 5500 uczestników na wszystkich dystansach, podczas gdy na początku rozwoju imprezy mówiono o kilkuset osobach. Pieniny Ultra-Trail urósł z lokalnej imprezy dla około 200 osób w 2013 roku do wydarzenia z około 3300 uczestnikami z Polski i 21 państw w 2025 roku. To ważne, bo polskie ultra i biegi górskie nie rosną w siłę wyłącznie przez najdłuższe biegi. Rośnie cały ekosystem: liczba wydarzeń, dystansów, uczestników, osób próbujących górskiego biegania i tych, którzy po maratonie szukają kolejnego wyzwania.
To pokazuje, iż po przekroczeniu granicy maratonu część biegaczy wchodzi w logikę kolejnych, coraz dłuższych i coraz trudniejszych wyzwań. Nie chodzi oczywiście o to, iż ultra jest złe, ponieważ dla wielu osób biegi górskie i długie dystanse są piękną przygodą, kontaktem z naturą i zupełnie innym doświadczeniem niż uliczny maraton. Problem pojawia się wtedy, gdy następny dystans wybieramy nie dlatego, iż jesteśmy na niego gotowi, ale dlatego, iż poprzedni cel zbyt gwałtownie przestał robić na nas wrażenie.
Wyzwania, rekordy i drugie dno
Osobnym elementem biegowej inflacji są wyzwania, które nie polegają już tylko na przebiegnięciu maratonu, ale na powtarzaniu go dzień po dniu albo łączeniu sportu z dużą opowieścią medialną. W Polsce symbolami takich projektów są Ryszard Kałaczyński, który przebiegł 366 maratonów w 366 dni, czy Tomasz Sobania, autor m.in. projektu 50 maratonów w 50 stanach USA w 49 dni. Takie historie świetnie działają w internecie, bo mają prosty licznik, codzienną aktualizację i łatwy do zrozumienia rekord. Warto jednak pamiętać, iż za jednym hasłem stoi nie tylko zawodnik, ale też logistyka, transport, finansowanie, regeneracja, fizjoterapia, sponsorzy, media i często drugie dno: charytatywne, społeczne albo promocyjne.
Podobnie jest z ekstremalnymi imprezami, gdzie coraz głośniej mówi się o ultratriathlonach, a zainteresowanie koncentruje się głównie wokół dystansów Double i Triple Iron, a dłuższe formaty pozostają marginesem dla ekstremalnie przygotowanych sportowców. To wszystko może inspirować, ale nie powinno stawać się miarą normalnego biegania amatorskiego. Internet lubi rekordy, liczniki i codzienne aktualizacje, ale organizm przez cały czas potrzebuje czasu, adaptacji i regeneracji.
Media społecznościowe skracają życie sukcesu
Social media nie wymyśliły ambicji. Nie ma co ukrywać, iż biegacze zawsze lubili cele, wyniki, tabelki i opowieści o tym, jak to na 35. kilometrze było naprawdę ciężko. Teraz różnica polega na skali tych ambicji i porównań. Dawniej porównywaliśmy się głównie z lokalną grupą, znajomymi z zawodów albo wynikami z najbliższego biegu. Dzisiaj porównujemy się z tysiącami ludzi, których treningi i starty widzimy codziennie w mediach społecznościowych.
To zupełnie zmienia punkt odniesienia. Nasz pierwszy maraton jeszcze chwilę temu wydawał się wielką rzeczą, ale wystarczy kilka minut scrollowania, żeby zobaczyć kogoś po trzecim maratonie w sezonie, kogoś po górskim ultra i kogoś, kto właśnie rozpoczął przygotowania do wyzwania, którego sama nazwa brzmi jak problem logistyczny dla wojska. W takim otoczeniu nasz osobisty sukces gwałtownie traci świeżość. Nie dlatego, iż obiektywnie jest mniejszy, ale dlatego, iż został natychmiast wrzucony do porównywarki bez końca.

Strava i Instagram mogą świetnie motywować, budować społeczność, pomagać w regularności i dawać poczucie, iż jesteśmy częścią czegoś większego. Jednak mają też swoje drugie oblicze: mogą też wzmacniać presję. Badania nad Stravą pokazują, iż otrzymywanie kudosów może skłaniać biegaczy do biegania więcej i częściej, a korzystanie z tej aplikacji wiąże się nie tylko z motywacją, ale też z autoprezentacją i presją społeczną. Innymi słowy: narzędzie, które miało pomagać, może czasem zacząć podpowiadać nam, iż nasze bieganie musi wyglądać lepiej, być częstsze i bardziej spektakularne.
Problem nie polega na tym, iż ktoś zapisuje się na drugi maraton. Problem zaczyna się wtedy, gdy nie potrafi już cieszyć się pierwszym. Gdy wielki cel daje satysfakcję tylko przez chwilę, a potem natychmiast pojawia się wewnętrzne: co dalej? To jest właśnie sedno biegowej inflacji: coraz większe osiągnięcia coraz szybciej wydają się niewystarczające.
Rozwój czy eskalacja?
Nie chodzi o to, żeby zniechęcać do maratonu, biegów górskich, tych na dystansie ultra albo ambitnych wyzwań. To mogą być piękne doświadczenia, ale chodzi raczej o odróżnienie rozwoju od eskalacji. Rozwój polega na tym, iż kolejny cel wynika z przygotowania, doświadczenia i świadomej decyzji. Natomiast eskalacja polega na tym, iż kolejny cel pojawia się tylko dlatego, iż poprzedni zbyt gwałtownie przestał robić wrażenie.
Dobrym testem są proste pytania:
- Czy wybieram maraton, bo jestem na niego gotowy, czy dlatego, iż wszyscy już biegają?
- Czy kolejny start wynika z planu, czy z potrzeby natychmiastowego szukania następnego wielkiego celu?
- Czy mój kalendarz startowy jest częścią procesu, czy próbą udowodnienia, iż przez cały czas jestem w grze?
- Czy potrafię zrobić sezon bez maratonu i przez cały czas czuć się biegaczem?
- Czy wybieram kilka dużych biegów, bo pasują do mojego rozwoju, czy dlatego, iż chcę zdobyć kolejny tytuł, medal albo punkt na liście?
- Czy startuję we wszystkich biegach, na które się dostałem, czy potrafię zrezygnować, gdy kalendarz przestaje mieć sens dla organizmu?
Biegowa inflacja nie oznacza, iż maraton stał się łatwy – nie stał się. przez cały czas jest dystansem, który wymaga przygotowania, cierpliwości i pokory. Zmieniło się raczej to, jak gwałtownie uznajemy go za cel dostępny, konieczny i wymagający natychmiastowej kontynuacji.
Co ciekawe, u ścisłej elity nie widać tej samej potrzeby mnożenia maratonów, którą coraz częściej obserwujemy u amatorów. Własne zestawienie startów czołowych maratończyków z list World Athletics za sezon 2025 sugeruje, iż najlepsi zawodnicy świata najczęściej kończą sezon z jednym lub dwoma maratonami, rzadziej trzema. W analizowanej grupie średnia wyniosła około 1,8 ukończonego maratonu w roku, a mediana wyniosła 2 starty. To pokazuje prostą rzecz: choćby najlepsi nie biegają maratonów co chwilę. Dla elity królewski dystans przez cały czas jest dużym projektem treningowym, najczęściej rozpisanym wokół jednego startu wiosną i jednego jesienią. Paradoks polega więc na tym, iż amatorzy coraz częściej chcą dokładać kolejne maratony, podczas gdy zawodowcy, którzy naprawdę żyją z biegania, zwykle wybierają je bardzo ostrożnie. W pewnym sensie elita przypomina nam coś, o czym amatorzy czasem zapominają: maraton to nie jest zwykły start kontrolny.
Więcej ludzi biega, więcej ludzi podejmuje wyzwania i więcej osób odkrywa, iż ciało potrafi więcej, niż kiedyś sądzili. To dobra wiadomość, ale kryje się w niej również pułapka: maraton może przestać być świadomym celem i stać się obowiązkowym etapem napędzanej przez media społecznościowe spirali.
Najważniejsze pytanie nie brzmi więc: czy po pierwszym maratonie można pobiec kolejny? Oczywiście, iż można. Pytanie brzmi: dlaczego chcę to zrobić i czy moje ciało nadąża za moimi ambicjami? Bo jeżeli maraton przestał wystarczać tylko dlatego, iż ktoś inny wrzucił do internetu coś dłuższego, trudniejszego i bardziej błotnistego, to może problemem nie jest zbyt mały cel. Może problemem jest skala, którą przykładamy do własnego biegania.









