Zwierzęta

Psieci zamiast synów i córek? Tajwańczycy mówią sprawdzam
Ponad 400 tysięcy w budżecie na opiekę nad bezdomnymi zwierzętami
Kontrole w lutym i przypomnienie o zakazie połowu na Sanie [ZDJĘCIA]
Muzeum Częstochowskie zaprasza w najbliższym czasie na interesujące wydarzenia
Świnoujście. Zwłoki na drodze w strefie koło Terminala LNG
Zamiast Barosa Tulimy Łapki. W Suchedniowie powstaje nowe schronisko
"500 plus na psa i kota". Kto może skorzystać z dofinansowania?
Mruczący podopieczni świdnickiego schroniska zapraszają do wspólnego świętowania Dnia Kota
System opieki nad bezdomnymi zwierzętami trzeba zbudować od nowa
Popularna atrakcja z woj. łódzkiego szuka pracownika. Na jakie stanowisko?
„Proszę… nie zostawiaj mnie samego. Nie dziś, nie tej nocy.” Takie były ostatnie słowa 68-letniego, emerytowanego policjanta Kazimierza Halka, wyszeptane tuż przed tym, jak upadł na dębową podłogę swojego warszawskiego mieszkania. Jedyną żywą duszą, która go wtedy usłyszała, był ten sam towarzysz, który słuchał go każdego dnia przez ostatnie dziewięć lat – jego wierny, starzejący się policyjny pies, Owczarek Niemiecki o imieniu Major. Kazimierz nigdy nie należał do wylewnych. choćby po przejściu na emeryturę, po stracie żony, wszystkie swoje emocje chował głęboko w sobie. Sąsiedzi kojarzyli go głównie jako milczącego wdowca, który wieczorami, powoli spacerował ulicą z wysłużonym psem u boku. Oboje snuli się wolno, jakby czas postanowił nałożyć im wspólny ciężar. Dla wszystkich wyglądali na parę zmęczonych życiem wojowników, którym do szczęścia nie potrzeba już niczego więcej. Ale tamtego zimnego wieczoru wszystko się zmieniło. Major drzemał przy kaloryferze, gdy usłyszał łomot — ciało Kazimierza ciężko uderzyło o podłogę. Stary pies zerwał się, czując od razu zapach strachu, słysząc łapczywe, nieregularne oddechy. Kazimierz oddychał płytko, ledwo łapiąc powietrze. Dłońmi próbował sięgnąć czegokolwiek. Głos łamał mu się ze strachu i bólu; Major nie rozpoznawał słów, ale doskonale wyczuwał emocje: lęk, ból, pożegnanie. Szczeknął — raz, drugi, trzeci — głośno i przejmująco, rwąc pazurami w drzwi, aż pojawiły się na nich krwawe rysy. Usłyszała to Lena, młoda sąsiadka z naprzeciwka, która czasem przynosiła Kazimierzowi domowe ciasto. To nie był zwykły pies szczekający z nudów. To było rozpaczliwe wołanie o pomoc. Pobiegła na ganek i chwyciła za klamkę. Zamknięte. Przez okno zobaczyła Kazimierza leżącego bez ruchu na podłodze. „Kaziu!” – krzyknęła z płaczem, szukając zapasowego klucza pod wycieraczką, który starszy pan schował tam dawno temu „gdyby kiedyś życie zaskoczyło”. Wreszcie drzwi ustąpiły. Gdy wbiegła do środka, Major czuwał przy panu, liżąc mu policzek i żałośnie kwiląc. Lena ze ściśniętym gardłem wykręciła numer 112. „POMOCY! To mój sąsiad! Nie oddycha normalnie!” Po kilku minutach w niewielkim bloku zaroiło się od służb ratowniczych. Stary Major stanął między ratownikami a Kazimierzem, uparcie nie dając się odciągnąć. – Proszę odsunąć psa! – zawołał ratownik. Ale Lena nie miała serca go odciągnąć — pies drżał z bólu, ale trwał na warcie. Starszy ratownik — pan Henryk — zauważył policyjną odznakę na obroży i blizny na psiej sierści. – To nie byle pies – wyszeptał do kolegi. – On pilnuje partnera do końca. Z wolna przykucnął i przemówił łagodnie: – Pomagamy twojemu panu, Majorze. Pies, jakby to rozumiał, zrobił miejsce, nie odchodząc jednak ani na krok. Kazimierz trafił na nosze — jego ręka wisiała bezwładnie, a wykres serca gwałtownie szalał. Major zawył przeciągle — tak, iż zamarli wszyscy. Próbował wskoczyć do karetki, ale słabe łapy odmówiły posłuszeństwa, więc czołgał się ciągnąc po betonie. – Pies nie może jechać – rzucił kierowca. Kazimierz, ledwo przytomny, wyszeptał tylko: – Major… Henryk spojrzał na konającego człowieka, potem na wyjącego psa. – Mam to gdzieś. Zabieramy go. We dwóch wsadzili ciężkiego Owczarka do karetki, kładąc go przy Kazimierzu. Gdy tylko Major dotknął łapą swojego pana, monitoring serca się uspokoił — tak, jakby pojawiła się nadzieja. Cztery godziny później W szpitalnej sali wyłącznie dźwięk aparatury dawał znać, iż życie wraca. „Jest pan z nami, panie Halko,” szepnęła pielęgniarka. – A mój pies? – udało się wychrypieć Kazimierzowi. Zamiast zgodnie z procedurami odmówić, pielęgniarka tylko się uśmiechnęła i odsunęła zasłonę. Na kocu pod oknem spał stary, wyczerpany Major. Henryk nie pozwolił zabrać psa. Za każdym razem, gdy oddzielano go od Kazimierza — wyniki pogarszały się. Lekarz przymknął oko i zarządził „Wyjątek z powodów ludzkich”. – Major… – wyszeptał Kazimierz. Owczarek podniósł głowę i z trudem podszedł do łóżka. Kazimierz zanurzył dłoń w znajomym futrze, zapłakany. – Myślałem, iż dziś cię zostawię… Major polizał łzy i machnął ogonem, choć ledwo miał siły. Pielęgniarka przetarła oczy ukradkiem. – On uratował nie tylko pana. Pan uratował i jego. Tej nocy Kazimierz nie został sam. Jego dłoń ściskała łapę Majora; dwóch starych przyjaciół przysięgało sobie bez słów — nigdy więcej samotności. Niech ta historia trafi tam, gdzie serce najbardziej jej potrzebuje. 💖💖
Obowiązek czipowania zwierząt coraz bliżej. Zapłacisz, ale nie tak dużo jak myślisz
Na stoku zjeżdżały dzieci. Wtem pojawiła się niedźwiedzica z młodymi
Słynny politolog o przyszłości Europy: weszliśmy w tunel i czas próby
Nocny telefon, zraniony owczarek i przemiana serca: historia Marii Olegowny, jej syna i kotów spod polskiego bloku
Konsultacje społeczne: Razem zadbajmy o zwierzęta w Gminie Żukowo w 2026 roku
Z okazji Dnia Kota będzie można odwiedzić te zwierzęta w poznańskim schronisku. Zapisy na spotkanie już ruszyły
Bezpieczna zima czworonogów. Wyniki kontroli w schronisku w Tomarynach
Randka w ciemno dla twojego psa? Takie rzeczy tylko w Krakowie
Czym żywiły się drapieżne dinozaury w później jurze?
Rawickie Morsy na międzynarodowym zlocie w Mielnie
Kodeks właściciela psa – przypominamy podstawowe obowiązki posiadaczy psów
Różne punkty słyszenia: Kontrole w schroniskach. Jak wygląda sytuacja bezdomnych zwierząt na Dolnym Śląsku?
Tajemnicze muzeum. Szreniawa zaprasza na ferie
Co oznacza pozycja, w której śpi twój pies? Eksperci tłumaczą zachowania pupili
Jak nauczyć psa załatwiania się na dworze?
Jak nauczyć psa załatwiania się w jednym miejscu na podwórku?
Najlepsza Rodzina
Jak nauczyć psa komendy leżeć?
Jak nauczyć psa turlania się?
Oskar wracał do domu po pracy. Zimowy, zwyczajny wieczór. Wszystko wokół zdawało się spowite nudą i szarością. Przechodził obok osiedlowego sklepu spożywczego, gdzie na chodniku siedział pies – ruda, kudłata kundelka o oczach zagubionego dziecka. — Czego ty tu szukasz? — mruknął Oskar, ale się zatrzymał. Pies podniósł łeb, spojrzał. O nic nie prosił. Po prostu patrzył. „Pewnie czeka na właścicieli”, pomyślał Oskar i ruszył dalej. Ale następnego dnia – sytuacja się powtórzyła. I kolejnego też. Jakby pies przyrósł do tego miejsca. Oskar zauważył, iż ludzie mija ją obojętnie, ktoś rzuci kawałek bułki, ktoś inny parówkę. — No i co ty tu siedzisz? — zapytał w końcu, klękając obok. — Właściciele gdzie? Wtedy pies podszedł bliżej. Ostrożnie. I przytulił łeb do jego nogi. Oskar zamarł. Kiedy ostatnio kogoś głaskał? Minęły trzy lata od rozwodu. Mieszkanie puste. Tylko praca, telewizor, lodówka. — Lala, kochana — wyszeptał, choćby nie wiedząc skąd wzięło się to imię. Następnego dnia przyniósł jej parówki. Po tygodniu zamieścił ogłoszenie w Internecie: „Znaleziono psa. Szukamy właścicieli”. Nikt się nie zgłosił. Po miesiącu Oskar wracał po nocnej zmianie — był inżynierem, czasem siedział na budowie całe doby. Zobaczył tłumek przy sklepie. — Co się stało? — zapytał sąsiadkę. — Tę rudą psią sierotę potrącił samochód. Wiesz, tę, która tu cały miesiąc siedziała. Serce zamarło. — Gdzie ona? — Do lecznicy zabrali, na ulicę Mickiewicza. Ale tam strasznie drogo, a komu ona potrzebna, taka bezdomna? Oskar bez słowa pobiegł. W lecznicy weterynarz rozłożył ręce: — Złamania, krwotok wewnętrzny. Leczenie będzie kosztować. I nie wiadomo, czy przeżyje. — Proszę ratować — powiedział Oskar. — Zapłacę, ile trzeba. A kiedy ją wypisali, zabrał do domu. I po raz pierwszy od trzech lat jego mieszkanie wypełniło się życiem. Wszystko się zmieniło. Zupełnie. Oskar budził się już nie od budzika, ale od tego, iż Lala cicho trącała jego dłoń nosem. Jakby mówiła: „Czas wstać, panie”. I wstawał. Z uśmiechem. Dawniej rano kawa i wiadomości, teraz — spacer w parku. — Idziemy, dziewczyno? — mówił, a Lala radośnie merdała ogonem. W lecznicy załatwił wszystkie dokumenty. Paszport, szczepienia. Oficjalnie — jego pies. Oskar choćby dokumenty skrupulatnie fotografował „na wszelki wypadek”. Koledzy się dziwili: — Oskar, ty chyba młodniejesz! Taki energiczny! I rzeczywiście — pierwszy raz od lat czuł się komuś potrzebny. Lala okazała się niezwykle mądra. Rozumiała wszystko w pół słowa. jeżeli się spóźniał z pracy — czekała przy drzwiach z takim spojrzeniem, jakby mówiła: „Martwiłam się”. Wieczorami spacerowali w parku. Długo. Oskar opowiadał jej o pracy, życiu. Śmieszne? Może. Ale jej naprawdę to interesowało. Patrzyła w skupieniu, czasem cicho popiskiwała, jakby odpowiadała. — Wiesz, Lala, myślałem kiedyś, iż samemu łatwiej… A okazuje się, iż tylko bałem się znowu kogoś pokochać. Sąsiedzi się już przyzwyczaili. Pani Zosia z klatki zawsze odkładała jej kosteczkę. — Ładny piesek — mawiała. — Widać, iż kochany. Minął miesiąc. Drugi. Oskar rozważał choćby założenie jej fanpage’a — Lala była fotogeniczna, w słońcu jej sierść błyszczała jak złoto. A potem wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Zwykły spacer w parku. Lala obwąchuje krzaki, Oskar przegląda coś w telefonie na ławce. — Tola! Tola! Oskar podniósł wzrok. Zbliżała się kobieta, może trzydziestopięcioletnia, w markowym dresie, blondynka z mocnym makijażem. Lala spięła się, podwinęła uszy. — Przepraszam — odezwał się Oskar. — To mój pies. Kobieta stanęła w miejscu, ręce na biodrach. — Jak to pana? Sama widzę, iż to moja Tola! Zgubiła się mi pół roku temu! — Słucham? — Tak! Uciekła spod klatki, szukałam jej wszędzie! A pan ją ukradł! Oskar poczuł, iż ziemia usuwa mu się spod nóg. — Może się pani myli? Znalazłem ją przy sklepie, bezpańską, siedziała tam miesiąc! — No bo się zgubiła! Uwielbiam ją! Z mężem specjalnie kupowaliśmy rasową! — Rasową? — spojrzał na Lalę. — Przecież to kundelek. — To mieszaniec! Bardzo drogi! Oskar wstał. Lala schowała się za jego nogę. — jeżeli to pani pies — proszę pokazać dokumenty. — Jakie dokumenty? — Paszport, szczepienia. Cokolwiek. Kobieta zmieszała się: — Zostały w domu, ale to nieważne! Poznaję ją! Tola, chodź tu! Lala nie drgnęła. — Tola! Natychmiast do mnie! Jeszcze mocniej tuliła się do Oskara. — Widzisz pan? — szepnął Oskar. — Nie poznaje pani. — Po prostu się obraziła! Ale to moja! Proszę ją oddać! — Ja mam dokumenty — spokojnie odparł Oskar. — Mam dowód leczenia po wypadku. Paszport. Paragony za karmę, zabawki. — Nie obchodzi mnie to! To kradzież! Ludzie zaczęli się oglądać. — Wie pani co? — wyciągnął telefon. — Zdecydujmy według prawa. Wzywam policję. — Wzywaj pan! Mam świadków! — Jakich? — Sąsiedzi widzieli, jak uciekała! Serce Oskara waliło. Może ma rację? Może Lala naprawdę jej uciekła? Ale wtedy dlaczego tyle czasu tkwiła na tym chodniku? Dlaczego nie mogła wrócić do domu? I dlaczego teraz się trzęsie, jakby się bała? — Halo, policja? Mam tu taką sytuację… Kobieta uśmiechnęła się złośliwie: — Zobaczysz, oddasz mi mojego psa! A Lala tuliła się coraz mocniej. I wtedy Oskar zrozumiał, iż będzie o nią walczył. Do końca. Bo przez te miesiące Lala stała się kimś więcej niż psem. Stała się rodziną. Dzielnicowy zjawił się po pół godzinie. Sierżant Malinowski — rzeczowy, opanowany. Oskara znał jeszcze z administracji budynku. — To jak było? — wyciągnął notes. Kobieta zaczęła pierwsza. gwałtownie i chaotycznie: — To mój pies, Tola! Kupiliśmy za dziesięć tysięcy! Poł roku temu uciekła, szukałam wszędzie! A ten pan ukradł! — Nie ukradłem, tylko przygarnąłem — spokojnie odparł Oskar. — Przy sklepie siedziała, głodna. — Bo się zgubiła! Malinowski popatrzył na Lalę. Ta dalej tuliła się do Oskara. — Ma ktoś dokumenty? — Ja mam — Oskar wyjął teczkę. Przez szczęśliwy przypadek nie przełożył jej do domu po ostatniej wizycie w przychodni. — Tu zaświadczenie z lecznicy. Leczenie po wypadku. Tu paszport. Szczepienia. Dzielnicowy przejrzał papiery. — A pani? — W domu! Ale i tak to moja Tola! — Proszę dokładniej: gdzie i jak pani ją zgubiła? — zapytał Malinowski. — Na spacerze. Zerwała się ze smyczy. Szukałam, ogłoszenia wieszałam. — Gdzie spacerowaliście? — W parku, tu obok. — Gdzie pani mieszka? — Ulica Mickiewicza. Oskar się wzdrygnął: — Przepraszam, to dwa kilometry od sklepu, gdzie ją znalazłem. Skąd się tam wzięła? — Może się zgubiła! — Psa zwykle odnajdują drogę do domu. Kobieta poczerwieniała: — Co pan wie o psach?! — Wiem — powiedział Oskar cicho. — Że ukochany pies nie siedzi miesiąc głodny na jednym miejscu. Szuka ludzi. — Jedno pytanie — wtrącił się Malinowski. — Pisała pani ogłoszenia, a do policji zgłosiła pani zaginęcie? — Do policji? Nie wpadłam na to. — Poł roku nie ma psa za dziesięć tysięcy i nie zgłasza pani policji? — Myślałam, iż sama się znajdzie! Malinowski zmarszczył brwi: — Poproszę dokumenty. Dowód i dokładny adres. Kobieta wyjęła dowód, ręce jej drżały. — Oto. — Tak. Ul. Mickiewicza 7, mieszkanie 12. Kiedy pies zaginął? — Około 20 albo 21 stycznia. Oskar wyjął telefon: — Ja ją znalazłem 23 stycznia i już wtedy siedziała tam prawie miesiąc. Czyli musiała być porzucona wcześniej. — Może się pomyliłam z datą! — kobieta zaczęła się wyraźnie denerwować. I nagle pękła: — Dobrze, niech już będzie pana! Ale naprawdę ją kochałam! Cisza. — Jak mogła pani to zrobić? — cicho spytał Oskar. — Mąż powiedział — przeprowadzamy się, z psem nas nie wezmą do wynajmowanego. Oddać nie mogłam — bo taka nie w typie rasy. Więc zostawiłam pod sklepem. Myślałam, iż ktoś ją przygarnie. Oskar poczuł, jak wywraca mu się wnętrze na drugą stronę. — Pani ją zostawiła? — No zostawiłam, nie wyrzuciłam! Myślałam, iż ludzie dobre serca mają, zabiorą. — To czemu teraz chce ją pani odzyskać? Kobieta się rozpłakała: — Rozwiodłam się z mężem. Sama zostałam. Tak bardzo mi jej brakuje. Kochałam ją! Oskar patrzył w niedowierzaniu. — Kochała pani? — powtórzył powoli. — Kogo się kocha — nie zostawia się na ulicy. Malinowski zamknął notes. — Formalnie pies należy do pana… Oskara Nowickiego. Leczony, ma dokumenty, zarejestrowany. Z punktu widzenia prawa nie ma wątpliwości. Kobieta łkała: — Ale ja się rozmyśliłam! Chcę ją odzyskać! — Za późno — stwierdził dzielnicowy. — Jak się porzuciło, to się porzuciło. Oskar przyklęknął przy Lali, przytulił ją. — Już dobrze. Już jesteśmy razem. — Mogę ją choć pogłaskać? — zapłakana kobieta zapytała cicho. — Ostatni raz? Oskar spojrzał na Lalę. Ta podwinęła uszy, wtuliła się w niego. — Widzi pani? Boi się pani. — Nie chciałam źle. Tak wyszło. — Wie pani, „tak wyszło” tworzą ludzie — powiedział Oskar, wstając. — To pani ją porzuciła. Teraz pani chce zmienić rzeczywistość, jak pani wygodnie. Kobieta zapłakała: — Wiem. Tak się źle czuję sama… — A ona jak się czuła miesiąc, czekając na panią? Cisza. — Tola… — kobieta szepnęła raz jeszcze. Pies nie drgnął. Odwróciła się i odeszła szybko, nie oglądając się. Malinowski klepnął Oskara po ramieniu: — Dobra decyzja. Widać, iż was coś łączy. — Dziękuję za pomoc. — Co tam, sam mam psa. Wiem, jak to jest. Gdy dzielnicowy odjechał, Oskar został z Lalą sam. — No to co, — powiedział głaszcząc ją po głowie — już nikt nas nie rozłączy. Obiecuję. Lala spojrzała mu w oczy. I Oskar zobaczył w nich nie tyle wdzięczność, co bezgraniczną psią miłość. Miłość. — Wracamy do domu? Zaszczekała radośnie i pobiegła obok. Wracając, Oskar rozmyślał: ta kobieta miała w jednym rację. Okoliczności różnie mogą się potoczyć — można stracić pracę, dom, pieniądze. Ale są rzeczy, których nie można porzucić. Odpowiedzialność, miłość, współczucie. W domu Lala ułożyła się na swoim ulubionym kocyku. Oskar zaparzył herbatę, usiadł obok. — Wiesz, Laleczko — zadumał się. — Może tak było najlepiej. Przynajmniej wiemy na pewno — jesteśmy sobie potrzebni. Lala westchnęła z zadowoleniem.
Podarowali przytulisku drewnianą tabliczkę i budę dla kotów
Ewakuacja 27 psów pod Piasecznem. Wiemy, dokąd trafiły zwierzęta z zamkniętej placówki
Leonid upierał się, iż Irena nie jest jego córką. Wera, żona, pracowała w sklepie i mówiono, iż często zamykała się tam z obcymi mężczyznami – dlatego mąż nie wierzył, iż drobna Irenka to jego dziecko. Tylko dziadek pomagał i zostawił wnuczce dom w spadku. Tylko dziadek kochał Irenkę Jako dziecko Irenka często chorowała – była krucha, drobnej postury. „Ani w mojej, ani w twojej rodzinie nie ma takich maluchów” – mawiał Leonid. – „A ten dzieciak – od stołka tylko trochę wyższa”. Z czasem niechęć ojca do córki udzieliła się matce. Rzeczywiście jedyną osobą, która kochała Irę, był dziadek Mateusz. Jego dom stał na skraju wsi, tuż przy lesie. Mateusz przez całe życie był leśniczym. choćby na emeryturze codziennie niemal zaglądał do lasu, zbierał jagody, zioła – a zimą dokarmiał zwierzęta. Uważano go za trochę dziwnego, niektórzy się go bali – zdarzało się, iż coś powiedział i rzeczywiście się sprawdzało. Ale z ziołami i naparami chodzono właśnie do niego. Żonę Mateusz pożegnał dawno temu. Pocieszeniem był dla niego las i wnuczka. Gdy dziewczynka poszła do szkoły, mieszkała częściej u dziadka niż w domu. Mateusz opowiadał jej o ziołach i roślinach. Nauka Irence szła łatwo i gdy pytano ją, kim chce zostać, odpowiadała: „Będę leczyć ludzi”. Ale matka mówiła, iż nie ma pieniędzy na edukację córki. Dziadek ją pocieszał – „Nie jestem biedny, pomogę – w razie potrzeby choćby krowę sprzedam”. Dom i szczęśliwy los w spadku dla wnuczki Wera rzadko zaglądała do ojca – tym razem jednak pojawiła się u jego progu. Przyszła prosić pieniądze, bo jej syn przegrał cały majątek w karty w mieście. Andrzeja ciężko pobito i zagrożono, iż musi zdobyć pieniądze, choćby spod ziemi. „Tak ci się przypomniałem, gdy zaczęło się palić pod tobą?”, – surowo zapytał Mateusz. – „Przez lata nie pokazywałaś się tutaj!”. Odmówił córce pomocy: „Nie będę spłacać długów Andrzeja, muszę zadbać o edukację wnuczki”. Wera była wściekła. „Nie chcę was znać! Nie mam już ojca, ani córki!” – krzyczała, wybiegając z domu. Gdy Irena rozpoczęła naukę w medycznej szkole, rodzice nie dali jej choćby grosza. Tylko Mateusz jej pomagał – pomagało także stypendium, bo Irena dobrze się uczyła. Przed zakończeniem nauki Mateusz zachorował. Przeczuwając swą śmierć, dziadek powiedział, iż zapisał wnuczce dom. Polecił Irence szukać pracy w mieście, ale o domu pamiętać – bo dom żyje, póki czuć w nim obecność człowieka. „Nie bój się tu nocować. Tu znajdziesz swoje szczęście”, – przepowiedział Mateusz. – „Będziesz szczęśliwa, dziecko”. Chyba wiedział więcej, niż mówił. Przepowiednia Mateusza się spełniła Mateusz odszedł jesienią. Irena pracowała jako pielęgniarka w szpitalu powiatowym. Na weekendy przyjeżdżała do domu dziadka, paliła w piecu. Dziadek na cały sezon narąbał drewna. Prognozy nie zapowiadały dobrej pogody. Ira miała dwa dni wolnego i nie chciała siedzieć w wynajętym pokoju u starszych krewnych koleżanki z medycznej szkoły. Wieczorem przyjechała do wsi. Tej nocy rozpętała się zamieć. Rano wiatr nieco osłabł, ale śnieg dalej padał – drogi zasypało. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Ira otworzyła – przed progiem stał obcy młody mężczyzna. „Dzień dobry. Muszę odkopać samochód – utknąłem naprzeciwko waszego domu. Macie łopatę?” – zapytał. „Stoi przy ganku, proszę wziąć. Może pomóc?” – zaproponowała dziewczyna. Jednak rosły nieznajomy spojrzał z uśmiechem na drobną Irę: „Jeszcze by cię zasypało!” Mężczyzna sprawnie operował łopatą, uruchomił auto, ale znów utknął – ponownie zabrał się do kopania. Irena zaprosiła go do środka na gorącą herbatę, a zamieć pewnie niedługo minie, bo to nie głucha droga, samochody często jeżdżą. Nieznajomy, który przedstawił się jako Staś, po chwili zastanowienia wszedł do środka. „Nie boisz się mieszkać sama przy lesie?” – zapytał. Wytłumaczyła, iż przyjeżdża tylko na weekendy, pracuje w mieście i nie wie, jak wróci, jeżeli autobus nie przyjedzie. Staś, który mieszkał także w powiatowym miasteczku, zaproponował, iż ją zabierze, bo sam też tam wraca. Ira się zgodziła. Po pracy Irena postanowiła przejść się na pieszo, wtedy znów niespodziewanie spotkała Stasia. „Chyba pani herbata ziołowa ma w sobie coś magicznego” – zażartował. – „Bardzo chciałem się z panią znów spotkać – może jeszcze raz poczęstuje mnie pani herbatą?” Nie mieli wesela – Irena nie chciała. Staś początkowo nalegał, potem odpuścił. Ale połączyła ich prawdziwa miłość. Ira wiedziała już, iż to nie tylko bajki – mąż naprawdę może nosić żonę na rękach. Gdy przyszedł na świat ich syn, w szpitalu dziwili się, jak ta drobna kobieta urodziła takiego siłacza! Gdy pytano, jak nazwą syna, Irena odpowiadała: „Będzie Mateusz – na cześć wyjątkowego człowieka”.
Zderzenie z łosiem na DK19: Uważaj na dziką zwierzynę!
Myśliwy zatrzymany za polowanie na kaczki w okresie ochronnym
Mazowieckie schronisko przestaje działać. Właściciel podjął decyzję
Pogotowie dla Zwierząt pod lupą prokuratury. Jest śledztwo ws. znęcania się nad zwierzętami
Jak powstają grzebienie naskórkowe?
— Znowu się liże! Maks, zabierz go! Nastka ze złością spoglądała na Tadka, który bezładnie skakał jej pod nogami. Jak oni się dali wpakować w takiego gagatka? Przecież tyle się zastanawiali, wybierali rasę, radzili z trenerami psów, rozumieli, jak to odpowiedzialne. W końcu padło na owczarka niemieckiego – miał być prawdziwym przyjacielem, stróżem i obrońcą. Jak szampon: trzy w jednym. Tylko iż tego obrońcę to przed kotami samemu trzeba ratować… — Ale on jeszcze szczeniak! Poczekaj, urośnie, zobaczysz. — Jasne. Już się nie mogę doczekać, aż ten koń podrośnie. Widziałeś, ile on zżera? Jak my go wykarmimy? I nie tup taki, gamoniu, bo dziecko obudzisz! – burczała Nastka, zbierając buty rozrzucone przez Tadka. Mieszkali na Kutrzeby, na parterze dużej „kostki”, z nisko osadzonymi, niemal zrastającymi się z chodnikiem oknami. Miejsce świetne, gdyby nie jedno „ale”. Okna wychodziły na ślepy, cichy róg podwórka, gdzie wieczorami przemykały cienie, zbierali się sąsiedzi na pogawędki, czasem choćby zdarzały się bójki. Większość dnia Nastka była sama w domu, z nowonarodzoną Kasią. Maks od rana pracował w Muzeum Narodowym, a wolny czas spędzał na targach staroci i w antykwariatach. Jako historyk sztuki – oko sokole, jak żartowała Nastka – potrafił wyłowić z masowej sterty prawdziwe dzieła, unikatowe książki i cenne przedmioty codziennego użytku. Był namiętnym kolekcjonerem. Niepostrzeżenie w domu zebrał się niezły zbiór obrazów, a w szafce z lat 60. pyszniły się porcelanowe talerze z Ćmielowa, statuetki z okresu socrealizmu i srebra z początku XX wieku… Trochę strach siedzieć z tym wszystkim w domu, z małym dzieckiem na rękach, zwłaszcza iż kradzieże w okolicy nie były rzadkością. — Nastka, jak sądzisz, kiedy z Tadkiem najlepiej wyjść? Teraz czy po obiedzie? — Nie wiem. I w ogóle to nie moje psiarskie sprawy! Usłyszawszy magiczne „na spacer”, Tadek jak wariat pognał do przedpokoju – aż zarzuciło go na zakręcie – chwycił smycz, przybiegł z powrotem i podskoczył aż pod sufit. No, koń, nie pies. Kocha wszystkich, wszystkich obskakuje, każdemu piłkę przynosi, tylko goście – niech się strzegą progu. Otwarta dusza, chłop na schwał, ale przecież wzięliśmy go dla ochrony! A on choćby za kotami na podwórku nie goni. Leci do nich z piłką i raduje się, iż się pobawią. Dlatego już parę razy dostał łapą po pysku. Koty na naszym podwórku to twardziele – ich to trzeba było na stróża brać… Jutro znów cały dzień sama. Mąż wyjeżdża do Kazimierza na Festiwal Nadwiślański, a ona? Ma pilnować porcelany i z tym ufnym uszakiem łazić na spacery? Jakby miała mało zmartwień… O świcie mąż wstał cicho, żeby nie obudzić żony. Ale co z tego? Nastka słyszała szum czajnika w kuchni, brzęk smyczy, jak Maks ucisza Tadka, żeby nie skomlał i nie tupał. Przy tym spokojnym domowym akompaniamencie przysnęła, a gdy obudziła ją córka, Maksa już nie było. Dzień zaczął się jak zwykle – zwyczajnie, spokojnie. Czy to nie jest szczęście? Koleżanki lamentowały: „Ach, Nastka, tak wcześnie wyszłaś za mąż, rozrywasz się między mężczyzną i dzieckiem, cały dzień przy garach, w szponach codzienności…” A czy w tej codzienności nie ma uroku? Może nie wszystko jest jak w marzeniach, czasem mąż znika na długo, mieszkanie ciasne, finansów brakuje, a głównie ta jego kolekcjonerska pasja, co pożera tyle pieniędzy… Teraz jeszcze i przyjaciela uszatego sprowadził, a bawić się nim musi Nastka. Ale wiedziała: kochanych trzeba akceptować z ich wadami i zaletami. Kto ci obiecywał ideały? Kiedy zrozumiała tę prostą prawdę, poczuła spokój i postanowiła cieszyć się tym, co jest, nie rozpaczać za tym, czego brak. Siedziała w pokoiku, karmiła córkę, która jak pijawka odrywała się od piersi i zasypiała, więc trzeba było czekać, aż znów się obudzi i zacznie ssać. Ktoś zadzwonił do drzwi, ale Nastka nie otworzyła. Nikogo się nie spodziewała, a bez zapowiedzi nikt z daleka nie przyjeżdża. Cenne poranne godziny, jak ona je lubi! W domu cicho, tylko tykanie zabytkowego zegara w przedpokoju i znajome od dzieciństwa dźwięki miasta wpadają przez uchylone okno: szum tramwaju, buczenie samochodów, szuranie miotły po chodniku, dziecięce głosy… A gdzie uszaty? Dawno się nie pokazywał, co dziwne. Oczywiście, Tadek wcale nie uszaty – uszy jak się patrzy, stojące, po prostu charakter taki! Gapcio i tyle. Teraz żyj z nim, karm, wyprowadzaj, a pożytku… zero. Lepiej byłoby wziąć jamnika. Nastka zapatrzyła się na córkę, która, gdy już się napiła, odrywała się od piersi. Och, ależ cudna dziewczynka! Złotko moje, szeptała Nastka, układając córkę. Rośnij… — cóż nam więcej trzeba? I wtedy z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Jakby trzask, jakby pisk. Nastka nasłuchiwała. Trzask znowu. Wstrzymując oddech, zsuwając kapcie, przesunęła się do salonu. Pierwsze, co rzuciło się w oczy – plecy Tadka. Jakby chował się za zasłonką oddzielającą przedpokój od salonu. Przyczajony na czterech łapach, w napiętej pozie, z wyciągniętym językiem, wgapił się w głąb pokoju. Nastka podążyła za jego wzrokiem i zamarła: w oknie – w dokładniej mówiąc w lufciku – tkwiła połowa faceta. Typowa bandycka łysa pała, ręce i barki już były w pokoju, a facet, stękając i na siłę, przeciskał wąskie, żylaste ciało do środka. Nastka nie mogła uwierzyć, iż to się dzieje naprawdę. Niemożliwe! Co robić?! Krzyczeć? Facet już prawie cały w środku! Jeszcze chwila i… Podskoczyła, słysząc wrzask. Czarny cień skoczył do okna i dopiero po chwili zrozumiała, iż to Tadek. Wyskoczył na parapet i złapał bandytę za kark! — Aaaa!!! — wrzasnął facet niskim, ochrypłym głosem, gały na wierzchu. Nastka wybiegła na klatkę, zawołała sąsiadów i dalej było już dużo mniej strasznie. Ludzie zbiegli się, wezwali policję. Wszyscy próbowali pomagać, choć nie bardzo było jak, ale ich obecność była największą pomocą. Sama nie wiedziałaby co robić. Gdy ochłonęła, podeszła bliżej — oby Tadek nie przegryzł facetowi gardła. Tego by jeszcze brakowało! Ale Tadek, mądrala, trzymał go z boku, za kołnierz, ściskając mocno, ale bezpiecznie. Ani kropelki krwi! Uwalniał trochę, kiedy facet przestawał się szarpać, i dociskał, kiedy łobuz znów się ruszył. Skąd on to wszystko wiedział? Ten gamoń z piłką zachował się jak prawdziwy pies służbowy. Nie szczekał, choć to byłoby najnaturalniejsze. Zamiast tego zrobił zasadzkę za zasłonką i obserwował. Pozwolił bandycie wejść w połowie, żeby dobrze utknął, i dopiero wtedy zaatakował, złapał adekwatnie — tak, by nie udusić i nie poranić. Bo jak mówią, nasze zadanie złapać, resztą zajmuje się wymiar sprawiedliwości. choćby najstarsi policjanci nie pamiętali, by złodziej tak się cieszył w chwili zatrzymania. Facet miał stracha jak nigdy w życiu — w Tadkowych zębach — i cieszył się, iż przyjechali go uwolnić, za to pies nie za bardzo chciał odpuścić. Tak się wczuł w rolę, tak był dumny ze zdobyczy, iż musiał go przekonywać sam przewodnik z policji. Dał komendę i Tadek puścił! Otrzepał paskudę i usiadł dumnie przy oknie, wlepiając oczy w oficera jakby mówił: „Rozkazujcie, wykonałem!” Tylko iż nie zasalutował. — Macie szczęście z tym psem — oficer z uznaniem pogłaskał Tadka po karku i westchnął: — Nam by się taki w śledztwie przydał… Maks wrócił późnym wieczorem. Otworzył drzwi ostrożnie i zamarł ze zdziwienia na progu. A było czemu! Po pierwsze: Tadek walnął się na kanapie, co było surowo zakazane, nigdy nie wolno mu było! Po drugie: rozparty na wszystkich czterech, leżał w najbardziej wylegiwalnej, wręcz nieprzyzwoitej pozycji, a Nastka drapała go po brzuchu, głaskała, tuliła i tylko całusa w nos nie dawała, powtarzając: „Moja radości, mój źrebaczku kochany! Rośnij duży, na pociechę mamusi i tatusiowi! A ja jaka dla ciebie niesprawiedliwa byłam, wybacz mi już…” Tę historię usłyszałam na jednym z nadwiślańskich festiwali od samego świadka tych wydarzeń. Mam na myśli historyka sztuki. Tadek by opowiedział jeszcze ciekawiej: jak tropił, jak łapał, jak oddał sprawcę w ręce policji. To było dawno. Ale historia żyje w mojej pamięci — czuję, jak Tadek drapie łapą, jakby chciał wyjść na papier — i w końcu postanowiłam się nią z Wami podzielić… Znowu się liże! Maks, zabierz go! — Czyli jak Tadek, nasz nieudany stróż, został bohaterem na warszawskim podwórku i uratował dom przed złodziejem
Dopłaty do ubezpieczeń zwierząt gospodarskich. Ruszył nabór wniosków
W środę zostanie zamontowana kolejna odłownia dzików – tym razem w rejonie „murowańca”. Pamiętajcie o kilku zasadach.
Warsztaty edukacyjno-artystyczne Zwierzęta Świata w Miejskiej Bibliotece Publicznej
Kolejne schronisko na Mazowszu zamknięte
Mróz nie straszny schronisku. Psy i koty mają zapewnione ciepło
Kolejne schronisko dla zwierząt na Mazowszu zamknięte
Czym można zarazić się od kota?
Miasteczko 34. Finału WOŚP na błoniach PGE Narodowego pełne było atrakcji, któr…
Katarzyna Dowbor zwróciła się do zwycięzcy jej aukcji na WOŚP. Za tyle została wylicytowana
Podaj łapę po raz czwarty