Zwierzęta

Jubileusz Koła Łowieckiego "Lis" z Pszowa. Gratulacje, życzenia i wspomnienia [ZDJĘCIA]
Jubileusz 75-lecia Koła Łowieckiego "Lis" z Pszowa. Gratulacje, życzenia i wspomnienia [ZDJĘCIA]
Tłumy w łódzkiej Manufakturze. Czegoś takiego dawno tu nie było!
Szli wytrwale w silnym mrozie
Gdy Patryk wrócił z pracy, Przystojniak zniknął – historia o tym, jak kot z wadą łapek okazał się ważniejszy niż miłość i co się stało, gdy dziewczyna postanowiła go oddać
Nowy wymóg dla milionów Polaków. jeżeli nie zaczipujesz pupila, zapłacisz karę
Miłość bez fanfar – Ania wyszła z chałupy z pełnym wiadrem pomyj dla świń i ze złością minęła męża Gienka, który już trzeci dzień majstrował przy studni. Zachciało mu się rzeźbić, żeby było ładnie, jakby nie było innych zajęć! Żona krząta się po gospodarstwie, karmi zwierzęta, a on stoi z dłutem w ręku, cały w trocinach, patrzy na nią i się uśmiecha. Co to za mąż od Boga dany? Ani czułego słowa nie powie, ani pięścią w stół nie walnie, tylko po cichu robi swoje, czasem podejdzie, spojrzy jej w oczy i pogładzi po grubej, jasnej warkoczu – cała jego czułość. A tak by się chciało, żeby i „rano gwiazdeczka” i „łabędzica” … Zamyśliła się nad swoim kobiecym losem, aż omal nie potknęła się o starego Burka. Gienek od razu podbiegł, złapał żonę, a na psa spojrzał surowo: – Czemu w nogi właścicielce łazisz, jeszcze ją poturbujesz. Burek ze spuszczoną głową poczłapał do budy. A Ania kolejny raz zdziwiła się, jak zwierzęta rozumieją jej męża. Spytała kiedyś Gienka o to, a on odpowiedział krótko: – Kocham zwierzęta, one mi tym samym odpowiadają. Ania też marzyła o wielkiej miłości, żeby ją na rękach nosił, do ucha szeptał gorące słówka i co rano kwiatki na poduszce… Ale Geńka skąpił czułości, aż Ania zaczęła się obawiać, czy mąż ją choć trochę kocha? – Szczęść Boże, sąsiadeczko – zagląda przez płot Wacek – Geńek, znowu się wygłupiasz? A na co te twoje wzorki komu potrzebne? – Chcę, żeby moje dzieci na piękno patrząc, dobrymi ludźmi wyrosły. – To dzieci najpierw trzeba zrobić – zaśmiał się sąsiad i porozumiewawczo puścił oko do Ani. Geńek spojrzał zasmucony na żonę, a ta, zarumieniona, weszła pośpiesznie do domu. Nie spieszyło jej się z dziećmi, młoda, ładna, dla siebie jeszcze by pożyć chciała, a i Geńek – taki ni pies ni wydra. A sąsiad – co za chłop! Wysoki, barczysty, Geńek też niczego sobie, ale Wacek to prawdziwy przystojniak! A jak spotka przy bramie, to tak ciepło mówi, jak letni deszczyk szepcze: „Rosiczko, jasne słoneczko…” Dusza zamiera, nogi uginają się, ale Ania ucieka, nie daje się namówić. Ślubowała być wierną żoną, rodzice tyle lat razem, szczęśliwi, nauczyli ją rodziny pilnować. A czemu tak chce czasem wyjrzeć przez okno i spojrzeniem spotkać się z sąsiadem? Następnego ranka Ania wyprowadzała krowę na pastwisko i spotkała Wacka przy furtce: – Aniu, gołąbeczko, czemu mnie unikasz? Boisz się mnie? Napatrzeć się na twoje piękno nie mogę, głowa mi się kręci, jak cię zobaczę. Wpadnij do mnie o świcie. Jak twój mąż pójdzie na ryby, przyjdź do mnie. Dam ci tyle czułości, iż najszczęśliwsza będziesz. Ania się zarumieniła, serce jej biło mocniej, ale Wackowi nic nie odpowiedziała, tylko przeszła gwałtownie obok. – Będę czekał – rzucił za nią. Myślała o nim Ania cały dzień. Bardzo chciała miłości i czułości, a Wacek taki przystojny, patrzy na nią tak gorąco, ale ciągle nie umiała się zdecydować. Ale do świtu jeszcze było trochę czasu… Wieczorem Geńek napalił w bani. Sąsiada też zaprosił na saunę. Ten ucieszony – u siebie nie musi palić, drewna szkoda. No i chłostali się tam brzozowymi witkami, wzdychając z przyjemności. Naparzeni wyszli odpocząć do przedsionka. Ania już im postawiła karafkę samogonu i przekąski, ale przypomniała sobie, iż jeszcze ogóreczki małosolne są w piwniczce. Zeszła na dół, nabrała ogórków i chciała mężczyznom postawić na stół, ale usłyszała rozmowę z uchylonych drzwi i przystanęła zasłuchana. – Coś ty taki niezdecydowany, Geńek – cicho mówił Wacek – chodź, nie pożałujesz. Tam takie wdówki, iż aż ci się w głowie zakręci! Piękne jak malowanie! Nie to, co twoja Ania, szara myszka. – Nie, przyjacielu – usłyszała Ania cichy, ale zdecydowany głos męża – nie potrzebuję żadnych piękności, choćby myśleć o tym nie chcę. A moja żona to nie żadna szara myszka, najpiękniejsza z całych naszych okolic. Nie ma ładniejszego kwiatuszka, nie ma słodszej jagódki. Kiedy patrzę na nią, słońca nie widzę – tylko jej oczy i smukłą figurę. Tak kocham, iż mnie rozpiera jak wiosną rzeka, tylko nieszczęście, nie umiem jej tego powiedzieć, nie potrafię czułych słów, a ona się przez to gniewa, czuję to. Wiem, iż mam winę, boję się ją stracić, dnia bez niej nie wytrzymam, oddechu bez niej nie złapię. Ania stała, zamarła, serce tłukło się w piersi, łza spłynęła po policzku. W końcu podniosła dumnie głowę, weszła do przedsionka i głośno powiedziała: – Idźże sąsiedzie… wdów pocieszać, a my z mężem mamy ważniejsze sprawy. Nie ma jeszcze komu na twoje dzieło patrzeć, Geńku. Wybacz mi, kochany, głupie myśli i ślepotę moją – szczęście miałam w rękach, a nie zauważyłam. Pójdźmy, za dużo czasu straciliśmy… Rano, o świcie, Geńek nie poszedł na ryby.
Przytul Misia, czyli Wodzenie Niedźwiedzia w Sławicach
Gdzie jechać na wakacyjny wypoczynek?
Koniec z bezkarnością za krzywdzenie zwierząt. Surowy wyrok sądu za znęcanie się nad psem w Żorach
Dreame AP10 oficjalnie w Polsce! Oczyszczacz, który myśli także o zwierzętach
Nowa akcja krakowskiego MPK
— Nie potrzebuję sparaliżowanej córki! — powiedziała synowa staruszka i wyszła… Ale nie miała pojęcia, co się wydarzy dalej… W pewnej polskiej wsi mieszkał zwyczajny dziadek, co w weekendy raczył się odrobiną wódki. Miał jedno marzenie: przygarnąć rasowego owczarka środkowoazjatyckiego. Był gotów pojechać aż do Kazachstanu, by tylko kupić takiego psa i zabrać go do siebie. Dziadka nazywano Denisem. Może to imię, a może przezwisko — nikt dokładnie nie wiedział. Po pracy w ogrodzie siedział na ławce przed domem i wspominał stare czasy. Często młodzi gromadzili się wokół niego, by posłuchać, jak dawniej bywało na wsi. Żonę Denis pochował już dawno temu. Klaudia miała słabe serce, lekarze zabronili jej rodzić, ale bardzo pragnęła dziecka. Urodziła syna, po czym bardzo zachorowała. Denis ją kochał — wszystko robił za nią w domu, choćby siatki z mlekiem nie pozwalał jej nosić: „Nie wolno! — mówił — lekarze zabronili!”. Sam opiekował się synem, gotował. Klaudia ciągle martwiła się: „Ośmieszasz mnie! Kobiety wyśmieją mnie, iż nic nie robię w domu, wszystko na mężczyźnie!”. Jednak kobiety nie wyśmiewały, a zazdrościły jej: „Klaudio, daj nam swojego Denisa choć na jeden dzień, żebyśmy choć raz mogły żyć twoim życiem!”. Ona tylko się uśmiechała. Tak, z uśmiechem odeszła z tego świata. Denis rano znalazł ją już martwą. Płakał trzy dni, potem zajął się synem. Chłopiec właśnie zaczynał buntować się — miał 14 lat. Po wojsku gwałtownie się ożenił i został tam, gdzie służył. Denis został sam, ale nie poddawał się — lubił gadać z młodzieżą na ławce pod domem. Syn miał córkę, Denis czekał na ich wizytę, ale oni ciągle nie mieli czasu — praca, obowiązki… Wnuczkę znał tylko ze zdjęć. Aż pewnego dnia ludzie ze wsi zauważyli, iż Denis chodzi jakby przygnębiony. Nie żartuje już, nie siedzi na ławce pod domem. Pytali, co się stało — okazało się, iż dostał telegram: wypadek samochodowy, syn zginął, wnuczka w śpiączce. Cała wieś mu współczuła, ale jak tu pomóc w takim nieszczęściu? Denis przyjmował kondolencje, ale nie czuł się lepiej. Syn nie wróci, a jeszcze bardziej żal było wnuczki, która leżała w szpitalu. Od synowej nie było żadnego znaku życia — nie pisała, nie odbierała telefonu. Denis, choć wnuczki nigdy nie widział, kochał ją bardzo. Już miał jechać do miasta, gdzie żył syn, kiedy nagle pod dom podjeżdża samochód i grupa ludzi wnosi do środka nosze. Wchodzi synowa — ledwie ją poznał. Za nią wniesiono wnuczkę — dosłownie rzucono dziewczynkę na kanapę i wyszli. — Ona jest sparaliżowana od stóp do głowy. Taka córka nie jest mi potrzebna. Jeszcze wyjdę za mąż i urodzę sobie zdrowe dziecko! — powiedziała synowa. — Ale przecież nie jestem lekarzem! — próbował zaprotestować Denis. — Lekarz nie pomoże. Ona potrzebuje opiekunki. Nie chcecie się nią zajmować — zakopcie ją żywcem, bo ja nie zamierzam niszczyć sobie życia! Nie jestem jej opiekunką! — powiedziała kobieta i trzasnęła drzwiami. — Ty jej choćby matką nie jesteś! — krzyknął za nią Denis. Teraz było jasne, czemu syn nie przyjeżdżał z rodziną na wieś… Z taką żoną tylko na targu się kłócić, a nie w gości jeździć. Jak mogło syna w taką babę wpakować?.. Ale już nie zapyta. Gdyby wiedział, iż żona syna odrzuci córkę, przewróciłby się pewnie w grobie. Zostali z wnuczką we dwoje. Dziewczynka rzeczywiście była całkowicie sparaliżowana. Ale dla Denisa opiekowanie się nią nie było problemem, to dawało sens życiu. Postawił sobie cel: wyleczyć wnuczkę! Lekarze ją wypisali, twierdząc, iż nie pomoże jej medycyna. Pozostały tylko ludowe sposoby i znachorzy. Najbliższa znachorka mieszkała bardzo daleko, paraliżowanego dziecka nie dało się do niej zawieźć. Denis sam jeździł co tydzień po zioła i nalewki. Leczył wnuczkę tak ponad rok — dziewczynka dalej nie ruszała ręką ani nogą, choćby mówić nie mogła. Czasem po jej policzku płynęła łza. Denis myślał, iż tęskni za rodzicami. Mówił do niej, czytał książki, ale odpowiedzi nie słyszał. Oboje cierpieli. Aż pewnego wieczoru wydarzyło się coś niespodziewanego. Denis siedział przy łóżku wnuczki, kiedy do domu wtargnęła pijana grupa młodych z dyskoteki. Zostawił otwarte drzwi przez nieuwagę. Wiedzieli, iż w domu mieszka sparaliżowana dziewczyna. Zaproponowali, żeby wejść i „zabawić się” — bo przecież nie będzie się bronić… — Hej, dziadku, zsuń z wnuczki koc i rozstaw jej nogi szerzej! Zaraz losujemy, kto pierwszy… — zażartował najbardziej pijany. — Darujcie! Ona ma tylko 15 lat! — zaprotestował dziadek. — Spokojnie, tylko się umyję! — powiedział Denis i pobiegł do kuchni. Otworzył piwnicę i zawołał: „Bierz ich!”… Z piwnicy wyskoczył ogromny owczarek środkowoazjatycki. Zaczął łapać zbirów za spodnie, prawie jednemu odgryzł przyrodzenie, innym porwał spodnie na tyłkach. Tak więc biegli przez wieś z gołymi zadami, a pies śmigał za nimi aż do końca wsi. Denis wrócił do pokoju, a tam wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno: — Muhtar! Muhtar! Dziadku, łap go, żeby nie uciekł!… Dziadek się rozczulił. Od tamtej pory dziewczynka zaczęła zdrowieć. niedługo zaczęła też chodzić. Może zioła znachorki pomogły, a może stres przez psa… Zaczęła dużo mówić, nadrobiła całe miesiące ciszy. Wiecie, skąd się wziął pies? Owczarek Muhtar mieszkał u syna Denisa, a gdy zdarzyła się tragedia i właściciel umarł, niedobra synowa pozbyła się i córki, i psa. Przywiozła go razem z dziewczynką, ale Denisowi nic nie powiedziała. Kiedy synowa wyszła z domu Denisa, ten zamykał bramę i zobaczył psa — wychudzonego, zapłakanego. Nie mógł go wygnać — zabrał go do siebie. Pies wiernie służył dziadkowi. Gdy tamte typy wtargnęły do domu, psiak siedział w piwnicy, bo latem było bardzo gorąco. Denis trzymał Muhtara w chłodzie, a wieczorem wypuszczał. Tego wieczoru nie zdążył go wypuścić. Gdyby Muhtar był na górze, bandyci nie weszliby do domu. Wnuczka opowiedziała potem staruszkowi, iż płakała, bo tęskniła za psem. Denis zwyczajowo trzymał psa na podwórzu, do domu nie wpuszczał, a dziewczynka nie mogła mu powiedzieć, jak bardzo za nim tęskni. Muhtar, przegoniwszy pijaków, wrócił do domu i radośnie polizał twarz swojej małej pani. On też bardzo za nią tęsknił. Od tej pory żyli już razem: Denis, wnuczka i Muhtar. O matce dziewczynki nigdy więcej już nie usłyszeli.
Tragiczne warunki w pseudohodowli pod Wieliczką. Policja  pomogła uratować  39 zwierząt
Kolejna interwencja w Wilczkowie koło Środy Śląskiej. Znów chodzi o zaniedbane koty
Ferie w Śląskim ZOO „Śladami dzikich kotów”. Zimowa przygoda w świecie drapieżników
„Nikt ich nie wyganiał – odpowiadaliśmy obu stronom – sami nie chcieli zostać! Niech przyjeżdżają! Zawsze u nas mile widziani! – Siedź! Nie ma nas w domu! – powiedział spokojnie Piotr. – Ale dzwonią! – zamarła Wala, podnosząc się z kanapy. – Niech dzwonią – odparł Piotr. – A jeżeli to ktoś ważny? – zapytała Wala. – Albo w sprawie? – Sobota, dwunasta – dodał Piotr. – Ty nikogo nie zapraszałaś, ja niczego się nie spodziewam! Jaki wniosek? – Tylko zerknę przez wizjer! – wyszeptała Wala. – Siedź! – głos Piotra był stanowczy jak stal. – Nie ma nas! Kto by tam nie stał, niech wraca do siebie! – A ty wiesz, kto to może być? – zapytała Wala. – Przypuszczam, dlatego mówię, żebyś nie podchodziła do okien! – jeżeli to ci, o których myślę, tak łatwo się nie poddadzą – westchnęła Wala. – To zależy, ile będziemy trzymać drzwi zamknięte – spokojnie odpowiedział Piotr. – W końcu sobie pójdą. W każdym razie, w klatce spać nie będą. A nam się nigdzie nie spieszy, więc usiądź, załóż słuchawki, weź telefon i oglądaj film. – Piotr! Mama do mnie dzwoni! – powiedziała Wala, pokazując ekran telefonu. – To znaczy, iż za drzwiami stoi twoja ciotka ze swoim pociesznym synkiem – skwitował Piotr. – Skąd wiesz? – zdziwiła się Wala. – Gdyby to był mój kuzyn, – a Piotr wymówił „kuzyn” z taką pogardą, iż zrobiło się nieprzyjemnie – dzwoniłaby moja mama! – Nie bierzesz pod uwagę innych opcji? – zapytała Wala. – jeżeli sąsiedzi, nie mam ochoty z nimi rozmawiać. jeżeli znajomi – po dwóch dzwonkach już by poszli. Prawdziwi przyjaciele zadzwoniliby wcześniej i zapytali, czy możemy ich ugościć. A kto przez pół godziny wali w dzwonek, jeżeli nie nasi uciążliwi krewni? – Piotr, to moja ciocia – powiedziała Wala z męczeńską miną. Mama właśnie napisała. Pyta, gdzie nas niesie. Ciocia Natalia chce się u nas zatrzymać na kilka dni, bo ma sprawę w mieście! – Napisz jej, iż w Warszawie hoteli nie brakuje – Piotr się uśmiechnął. – Piotr! – zganiła go Wala. – Tak nie mogę napisać! – Wiem – Piotr zamyślił się. – Napisz, iż nas nie ma, iż jesteśmy w hotelu, bo akurat robiliśmy dezynsekcję! – Świetnie! – Wala napisała wiadomość i wysłała. – Piotr, ona chce, żebyśmy wynajęli cioci dwa pokoje – jeden dla niej, drugi dla Kostka – powiedziała Wala ze zdumieniem. – Napisz, iż nie mamy pieniędzy. Powiedz, iż wybraliśmy dwa łóżka w hostelu i w pokoju mamy piętnastu obcokrajowców – Piotr uśmiechnął się z wynalazczością. – Mama pyta, kiedy wrócimy – Wala spojrzała na Piotra. – Napisz, iż za tydzień – machnął ręką Piotr. Odgłosy dzwonka ucichły. Małżeństwo odetchnęło z ulgą. – Piotr, mama napisała, iż ciocia przyjedzie za tydzień – wyszeptała Wala. – A nas znowu nie będzie w domu – dodał Piotr. – Ale to nie jest rozwiązanie! Przecież nie możemy wiecznie przed nimi uciekać? Co jeżeli przyjadą w tygodniu? Albo będą pod drzwiami po pracy? Moja ciotka, twój kuzyn – oni do wszystkiego zdolni! – Cóż – smutno powiedział Piotr. – Po co nam była ta trzypokojowa?! – Przecież chcieliśmy dla naszej przyszłej, dużej rodziny – przypomniała Wala. – Dziecko nam trzeba! Albo od razu dwójkę! – zażartował Piotr. – Sam się zgłoś na badania! – westchnęła Wala. – Nic nie wychodzi! – Trzeba się uspokoić, to będzie! – poważnie powiedział Piotr. – Nerwy przez rodzinę, raz twoją, raz moją! Wywalić ich wszystkich stąd, skąd się wzięli! Przez nich nic się nie udaje! Wala nie zaprzeczała. Wiedziała, iż Piotr ma rację. Przed ślubem zrobili drogie badania genetyczne i na płodność – wszystko idealnie. Ale po ślubie musieli na dziecko poczekać, bo najpierw trzeba było kupić mieszkanie. Odziedziczyć nie było co. Przed ślubem Wala i Piotr mieszkali z matkami w kawalerkach – wszystko własnym wysiłkiem. Pięć lat ciężkiej pracy i oszczędzania dały im w końcu duże mieszkanie. Stary blok, wtórny rynek, gruntowny remont, nowe meble. Ale euforia była ogromna! Ledwo świętowali parapetówkę, a już na progu stała ciotka Wali z synem – w dodatku z matką w bonusie. – No, tutaj się nie gnieździcie! U nas z Walą była męka w jednym pokoju! – Wygodnie! – pochwaliła ciocia Natalia. – Ja mam pokój, Kostek oddzielnie! – W salonie nie śpimy – powiedział Piotr. – To pokój do odpoczynku! – Ja tu pracować nie zamierzam! – zaśmiała się ciocia Natalia. – Wala, wyjaśnij mężowi, iż z synem nam niewygodnie, bo on chrapie! Goście w domu, a wy choćby stołu nie nakryliście! – Nie spodziewaliśmy się was – zawstydziła się Wala. – I lodówka pusta – dodał Piotr. – No więc Piotr, biegnij do sklepu, a Wala na kuchnię! – rozkazała ciocia Natalia. – Co tak stoicie? – warknęła teściowa. – Tak się gości przyjmuje! – To już przesada… – wybuchnął Piotr, ale Wala zaciągnęła go do innego pokoju. Kiedy już przestało go dusić, Piotr powiedział: – Wszystko się pomieszało? Zaraz ich wyślę do twojej matki! Jak się odwiedza, to zachowuj się jak gość! A to co? – Piotr, wiejska kobieta! Tak mają we wsi… – Znam wieś, ale chamstwa nigdzie nie akceptuję! A to właśnie ono! – Kochany, nie kłóćmy się z mamą i ciocią! One potem mi życie zatrują! Ty będziesz dla nich wrogiem! Tego chcesz? – Wszystko mi jedno! Jak mnie tak traktują, to mogę ich nie zauważać! Niech zginą, nie zapłaczę! – Piotr, kochany! Ale mnie oszczędź! Jak teraz ciocię wygnamy, mama mnie przeklnie! Zostanę zupełnie sama! To podziałało. Piotr zacisnął zęby i poszedł do sklepu. Ciocia Natalia zamiast trzech dni, gościła dwa tygodnie. Piotr już drugiego dnia musiał sięgać po melisę. Wyjazd cioci i syna, młodzi świętowali z miotłą i mopem trzy dni myjąc mieszkanie. Potem odwiedził ich z rodziną Piotra kuzyn. – Braciszku, przyjechałem na krótko, trzeba sprawy załatwić, potem wracamy! – Sam tego nie załatwisz? – zapytał Piotr. – Mamy rodzinę! Nie zostawię ich samych w rodzinnej miejscowości! Myśl! – zaśmiał się Darek. – Tylko razem mamy zabawę! – Dlatego dzieci zabrałeś? – spytał Piotr. – A z kim je zostawię? Dzieci się pobawią! Dawaj, rozkręcimy to miasto jak kiedyś! – Darek! – krzyknęła Basia – Jeszcze cię tak potrząsnę, iż nie będzie czym trząść! Po półtorej godziny Wala padła z bólem głowy. Dzieci szalały, Basia tylko wrzeszczała zamiast rozmawiać. A Darek tylko marzył o wypadzie na miasto, co potęgowało wrzaski Basi. – Piotr, podobno jesteś jedynakiem? – wymamrotała Wala w poduszkę. – Kuzyn od strony matki – mruknął Piotr. – Mówię na niego „kuzyn”. – Nie obchodzi mnie jak go nazywasz, dałoby się go stąd wydalić? – Chętnie bym to zrobił, ale znowu – jak z twoją ciotką. Moja mama potem mi mózg łyżeczką wyjmie! Ledwo odpoczęli po jednym wizycie, zaraz pojawiali się nowi goście. Ciocia Natalia z synem załatwiali sprawy w mieście regularnie. Kuzyn Darek z rodziną dojeżdżał rozwiązać swoje sprawy. I obie mamy nie zapominali o dzieciach. Teściowa dręczyła zięcia, teściowa – synową. A stres niszczył zdrowie młodej rodziny. O dzieciach nie było choćby mowy w takiej karuzeli gości. Zdrowie szwankowało – i jak tu mieć dzieci? – Może zmieńmy mieszkanie? – zaproponowała Wala. – Na pokoje bez klamek? Zaraz nam taki zaproponują – uśmiechnął się Piotr. – Nie, na podobne do naszego w innym rejonie Warszawy! Przeprowadzimy się, a nikomu nie powiemy gdzie! – To na krótką metę – mruknął Piotr. – Kuzyn i ciocia wykończą nowych ludzi, a tamci zdradzą, gdzie mieszkaliśmy. Znajdą nas i ukrzyżują! – Może zdążymy zrobić dziecko? – Wala miała nadzieję. – Nie tylko zrobić, ale i urodzić – Piotr pokręcił głową. – To będzie jedyny argument. – Może się wynieść tymczasowo? Do przyjaciół? Schować się! – Mówisz o Bartku i Kasi? – spytał Piotr. – Tak – potwierdziła Wala. – Mają wolny pokój! – Ale mieszka tam Tera, owczarek! – przypomniał Piotr. – Wolę psa niż naszą rodzinę! – Wala bezradnie opuściła głowę. – Trzymaj się! – wykrzyknął Piotr i chwycił telefon. – Bartek, pożycz psa! – Super! Jesteś moim bohaterem! Jedziemy z Kasią na urlop, a nie ma z kim zostawić suczki! Ona obcych nie lubi, was zna i szanuje! – krzyczał Bartek. – Dam karmę, legowisko, zabawki! Zapłacę! – Dawaj! – Piotr się ucieszył. Wracając do Wali, promieniał jak słońce: – Dzwoń do mamy, niech ciocia jutro przyjeżdża! Ja zadzwonię do kuzyna, żeby w tygodniu wpadł! – Pewny jesteś? – zapytała Wala. – Z przyjemnością ich przyjmiemy! – Piotr mówił z entuzjazmem. – To nie nasza wina, iż nasz nowy domownik może się nie spodobać! Darek z rodziną po jednym “hau” wybrał hotel. Ciocia Natalia, broniąc się, próbowała domagać się zamknięcia psa. – Zamknijcie gdzieś tego zwierza! – błagała, chowając się za synem. – Ciociu Natalko, żartujesz? – uśmiechnął się Piotr. – 45 kilo czystych mięśni! To nie jamnik, ale owczarek niemiecki! Drzwi wyważy! – Dlaczego ona na mnie warczy? – ciotka zadrżała. – Nie lubi obcych – wzruszyła ramionami Wala. – Pozbądźcie się jej! Nie wytrzymam w tym mieszkaniu z potworem! – Nie możemy się jej pozbyć! – oburzył się Piotr. – Ten pies to nasza rodzina! Nie mamy dzieci, a kogoś kochać trzeba! Bardzo ją kochamy! – I za nic nie oddamy! – dodała Wala. Później obie mamy dzwoniły i pytały, dlaczego nie przyjęli rodziny. – Nikt ich nie wyganiał – odpowiadaliśmy obu stronom – sami nie chcieli zostać! Niech przyjeżdżają! Zawsze u nas mile widziani! – A pies? – Mamo, my przecież nikogo nie odmawiamy! Ale i mamy przestały się wyrywać w gościnę. Po miesiącu Tera wróciła do Bartka i Kasi, gotowa jednak zawsze wrócić na zawołanie. Nie była już potrzebna. Wala spodziewała się bliźniąt.
Zdjęcie z drapieżnikiem? Kobieta zaatakowana przez irbisa śnieżnego
W moim azylu lis Maciek po raz pierwszy dotknął ziemi. Nie wiedział ze szczęścia, co ma ze sobą zrobić
Zwierzęta w Bibliotece: Czytelnicza Przygodowa Inicjatywa dla Miłośników Psów i Kotów!
Tajemnice białosępa. Żywi się głównie padliną, ale poluje także na małe ssaki
Tarnowski Azyl dla zwierząt organizuje akcję adopcyjną. W wyborze czworonoga pomoże behawiorysta
Alaska – dzika kraina lodu, gór i zorzy polarnej
Losy Pałacyku Pod Pszczółką. O przeszłości przez współczesność w przyszłość. Spacer historyczny
Bernardyn pogryzł dziecko, właściciel stanie przed sądem. Jest akt oskarżenia
"Mordownie, nie schroniska". Wyniki kontroli i pytania w Sejmie
Dramat zwierząt na Lubelszczyźnie. 16 psów w skandalicznych warunkach
Zoo ogłasza plebiscyt na Zwierzaka Roku. Można głosować na 12 finalistów
W lasach Podkarpacia na zwierzęta czeka kilkaset miejsc dokarmiania
— Mamo, nie mogłem go zostawić — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. Nikita miał czternaście lat i cały świat był przeciwko niemu. A raczej — nie chciał go zrozumieć. — Znowu ten łobuz! — mruczała ciotka Krysia z trzeciej klatki, przemykając gwałtownie na drugą stronę podwórka. — Sama matka wychowuje. No i masz efekty! A Nikita szedł dalej, z rękami w kieszeniach podartych jeansów, udając, iż nie słyszy. Choć słyszał. Matka pracowała — znów do późna. Na kuchennym stole leżała karteczka: „Kotlety w lodówce, podgrzej.” I cisza. Zawsze cisza. Teraz też wracał ze szkoły, gdzie nauczyciele po raz kolejny „przeprowadzali z nim rozmowę” o zachowaniu. Jakby nie wiedział, iż stał się problemem dla wszystkich. Wiedział. I co z tego? — Ej, chłopaku! — zawołał do niego wujek Stefan, sąsiad z pierwszego piętra. — Widziałeś tu kulawego psa? Trzeba go przegonić. Nikita zatrzymał się. Przyjrzał się. Przy śmietnikach rzeczywiście leżał pies. Dorosły, rudy z białymi łatami. Leżał bez ruchu, tylko oczy śledziły ludzi. Inteligentne oczy. I smutne. — Przegoniłby go ktoś wreszcie! — przytaknęła ciotka Krysia. — Pewnie chory! Nikita podszedł bliżej. Pies nie drgnął, tylko słabo machnął ogonem. Na tylnej łapie miała rozległą ranę, zakrzepłą krwią. — Czemu stanąłeś? — rzucił z irytacją wujek Stefan. — Weź kijek i wygń go! I wtedy coś w Nikicie pękło. — Tylko spróbujcie go dotknąć! — wyrzucił z siebie ostro, stając w obronie psa. — Nikomu nic złego nie robi! — Oho — zdziwił się wujek Stefan. — Obrońca się znalazł. — I będę bronił! — Nikita kucnął przy psie, delikatnie wyciągając rękę. Zwierzak powąchał palce i cicho polizał dłoń. Coś ciepłego rozlało się w sercu chłopca. Pierwszy raz od dawna ktoś okazał mu życzliwość. — Chodź, — wyszeptał do psa. — Chodź ze mną. W domu Nikita urządził Rudemu legowisko ze starych kurtek w kącie swojego pokoju. Matki nie było do wieczora — nikt nie miał jak go skarcić ani wywalić „zarazy”. Rana wyglądała źle. Nikita wszedł do Internetu, znalazł artykuły o pierwszej pomocy dla zwierząt. Czytał, marszcząc się od medycznych terminów, ale zapamiętywał wszystko. — Muszę przemyć wodą utlenioną — mruczał, grzebiąc w apteczce. — Potem jodem po brzegach. Ostrożnie, żeby nie bolało. Pies leżał spokojnie, ufnie wystawiając łapę do opatrunku. Patrzył na Nikitę z wdzięcznością — tak, jak już dawno nikt na niego nie patrzył. — Jak masz na imię? — Nikita ostrożnie bandażował łapę. — Rudy jesteś. Rudy, tak cię nazwę? Pies cicho szczeknął — jakby się zgodził. Wieczorem wróciła matka. Nikita przygotował się na awanturę, ale mama tylko obejrzała Rudego, dotknęła bandaża. — Sam opatrzyłeś? — zapytała cicho. — Sam. W internecie znalazłem instrukcję. — Czym go nakarmisz? — Coś wymyślę. Długo patrzyła na syna, potem na psa, który ufnie lizał jej rękę. — Jutro idziemy do weterynarza — zdecydowała. — Zobaczymy, co z łapą. Imię już wymyśliłeś? — Rudy — rozpromienił się Nikita. Pierwszy raz od miesięcy nie było między nimi ściany niezrozumienia. Rano Nikita wstał godzinę wcześniej niż zwykle. Rudy próbował wstać, popiskiwał z bólu. — Leż, leż — uspokoił go chłopiec. — Zaraz dam ci wodę i jedzenie. W domu nie było karmy. Dał ostatniego kotleta, rozmoczył chleb w mleku. Rudy jadł chciwie, ale ostrożnie, oblizując każdy okruszek. W szkole Nikita pierwszy raz od dawna nie odburkiwał nauczycielom. Myślał tylko o jednym — co u Rudego? Czy nie boli go rana? Czy nie tęskni? — Dziś jesteś jakiś inny — zdziwiła się wychowawczyni. Nikita tylko wzruszył ramionami. Nie chciał opowiadać — wyśmialiby go. Po szkole pędził do domu, ignorując niezadowolone spojrzenia sąsiadów. Rudy przywitał go radosnym piskiem — już umiał stać na trzech łapach. — No, przyjacielu, chcesz na dwór? — Nikita zrobił smycz z sznurka. — Ostrożnie, dbaj o łapę. Na podwórku działy się rzeczy niesłychane. Ciotka Krysia niemal zadławiła się pestkami, widząc ich razem: — On go do domu wziął! Nikita! Tyś zwariował?! — A co z tego? — spokojnie odpowiedział chłopak. — Leczę go. Niedługo wyzdrowieje. — Leczyć?! — podeszła sąsiadka. — A skąd masz na lekarstwa? Ukradłeś matce? Nikita zacisnął pięści, ale się powstrzymał. Rudy wtulił się w jego nogę — jakby czuł napięcie. — Nie kradnę. Wydaję swoje. Oszczędzałem na śniadaniach — szepnął. Wujek Stefan pokiwał głową: — Chłopcze, wiesz, iż to żywa dusza? To nie zabawka. Trzeba karmić, leczyć, wyprowadzać. Każdy dzień zaczynał się od spaceru. Rudy gwałtownie wracał do formy, już mógł biegać, choć lekko kulejąc. Nikita uczył go komend — cierpliwie, godzinami. — Siad! Brawo! Daj łapę! Tak jest! Sąsiedzi obserwowali z daleka; jedni kręcili głową, inni się uśmiechali. Nikita nic nie widział poza oddanymi oczami Rudego. Zmienił się. Powoli, ale wyraźnie. Przestał pyskować, zaczął sprzątać, poprawił choćby oceny. Miał cel. To był dopiero początek. Po trzech tygodniach wydarzyło się to, czego Nikita najbardziej się bał. Wracał z Rudym z wieczornego spaceru, gdy zza garaży wyskoczyła wataha bezdomnych psów. Pięć albo sześć wściekłych, głodnych, z błyszczącymi oczami. Przywódca — wielki czarny pies — wyszczerzył zęby i ruszył naprzód. Rudy instynktownie odsunął się za plecy Nikity. Rana jeszcze bolała, nie mógł dobrze biegać. A tamte zwietrzyły słabość. — Wracać! — krzyknął Nikita, machając smyczą. — Odejdźcie! Ale wataha nie odpuszczała. Otaczała ich. Czarny przywódca warczał coraz głośniej, szykując się do skoku. — Nikita! — nad podwórkiem rozległ się kobiecy krzyk. — Uciekaj! Zostaw psa i uciekaj! To była ciotka Krysia, wychylona z okna. Za nią stali inni sąsiedzi. — Chłopcze, nie bądź bohaterem! — krzyczał wujek Stefan. — On i tak nie ucieknie! Jest kulawy! Nikita spojrzał na Rudego. Ten drżał, ale nie uciekał. Przytulił się do nogi właściciela, gotów przyjąć każdy los. Czarny pies skoczył pierwszy. Nikita zasłonił się rękami, ale ugryzienie trafiło w ramię. Ostrość kłów przebiła kurtkę aż do skóry. Rudy, mimo chorej łapy i strachu, rzucił się w obronę właściciela. Wgryzł się w nogę przywódcy, zawisł na niej całym ciałem. Rozpoczęła się walka. Nikita odpierał ataki nogami i rękami, chronił Rudego przed kłami. Sam dostawał ugryzienia i rany, ale nie cofnął się ani na krok. — Boże, co tu się dzieje! — lamentowała z góry ciotka Krysia. — Stefan, zrób coś! Wujek Stefan już schodził po schodach, łapał kijek, kawałek pręta — cokolwiek. — Trzymaj się, chłopcze! — krzyczał. — Pomogę! Nikita już padał pod naporem watahy, gdy usłyszał znany głos: — Odejdźcie natychmiast! To była matka. Wyskoczyła z klatki z wiadrem wody i oblała psy. Wataha odskoczyła, warcząc. — Stefan, pomóż! — zawołała. Wujek Stefan dobiegł z kijem, inni sąsiedzi zbiegli z wyższych pięter. Bezdomne psy zrozumiały, iż siły są nierówne — uciekły. Nikita leżał na asfalcie, tuląc Rudego. Oboje byli pokrwawieni, oboje drżeli. Ale żyli. Przeżyli. — Synek — matka uklękła przy nim, ostrożnie oglądała rany. — Ale mnie nastraszyłeś. — Nie mogłem go zostawić, mamo — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. — Rozumiem — odpowiedziała cicho. Ciotka Krysia zeszła na podwórko, podeszła bliżej. Patrzyła na chłopca dziwnie — jakby widziała go po raz pierwszy. — Dziecko — powiedziała zdezorientowana. — Mógłbyś zginąć… Przez jakiegoś psa. — Nie „przez psa”, — niespodziewanie wtrącił się wujek Stefan. — Przez przyjaciela. Rozumiesz różnicę, Krysiu? Sąsiadka kiwnęła głową. Po policzkach popłynęły łzy. — Chodźmy do domu — powiedziała matka. — Musimy opatrzyć rany. I Rudego też. Nikita z trudem wstał, wziął psa na ręce. Rudy cicho popiskiwał, ale jego ogon poruszał się — cieszył się, iż właściciel jest obok. — Zaczekajcie — zatrzymał ich wujek Stefan. — Jutro jedziecie do weterynarza? — Jedziemy. — Zawiozę was. Samochodem. I za leczenie zapłacę — pies okazał się bohaterem. Nikita spojrzał zaskoczony. — Dziękuję, wujku Stefanie. Ale sam… — Nie dyskutuj. Odpracujesz, oddasz. A na razie… — poklepał chłopca po ramieniu. — Jesteśmy z ciebie dumni. Prawda? Sąsiedzi kiwali głowami. Minął miesiąc. Zwykły październikowy wieczór, a Nikita wracał z lecznicy, gdzie w weekendy pomagał wolontariuszom. Rudy biegał obok — łapa wyleczona, niemal nie kuleje. — Nikita! — zawołała ciotka Krysia. — Poczekaj! Chłopak zatrzymał się, gotów na kolejną moralizatorską gadkę. Ale sąsiadka podała mu siatkę z karmą. — To dla Rudego — powiedziała zmieszana. — Dobra karma, droga. Tak się nim opiekujesz. — Dziękuję, ciociu Krysiu — odpowiedział szczerze Nikita. — Ale mamy już karmę. Teraz pracuję w lecznicy, pani doktor Anna płaci. — Weź, przyda się na przyszłość. W domu matka szykowała kolację. Na widok syna uśmiechnęła się: — Jak w klinice? Doktor Anna zadowolona z ciebie? — Mówi, iż mam dobre ręce. I cierpliwość. — Nikita pogładził Rudego po głowie. — Może zostanę weterynarzem. Serio myślę. — A nauka? — W porządku. choćby z fizyki pan Pietrzak mnie pochwalił. Że się poprawiłem. Matka kiwnęła głową. W ostatnim miesiącu syn zmienił się nie do poznania. Przestał pyskować, pomagał w domu, choćby sąsiadów witał. A najważniejsze — miał cel. Marzenie. — Wiesz — powiedziała — jutro Stefan przyjdzie. Chce ci zaoferować jeszcze jedną pracę dorywczą. Jego znajomy hoduje psy rasowe, szuka pomocy. Nikita rozpromienił się: — Naprawdę? A mogę zabrać Rudego? — Myślę, iż tak. Teraz to prawie pies służbowy. Wieczorem Nikita siedział na podwórku z Rudym. Ćwiczył nową komendę — „pilnuj”. Pies starał się najlepiej, patrzył na niego ufnie. Wujek Stefan podszedł, usiadł obok na ławce. — Jutro faktycznie jedziesz do hodowli? — Jadę. Z Rudym. — To połóż się wcześnie spać. Dzień będzie ciężki. Gdy wujek Stefan poszedł, Nikita jeszcze trochę posiedział. Rudy położył łeb na kolanach właściciela i westchnął zadowolony. Odnaleźli się. I już nigdy nie będą sami.
Psy trzymali w koszmarnych warunkach i dostali mandat. Straż Miejska zapowiada ponowną kontrolę
Gmina Kobylin. Kobieta pogryziona przez psa. Interweniowała policja
Tak wygląda życie tych słoników. Kloczowa jest jedna rzecz
Okoliczności się nie wydarzają – tworzą je ludzie. Ty stworzyłeś sytuację, w której porzuciłeś żywą istotę na ulicy. A teraz chcesz ją zmienić, kiedy ci wygodnie. Olek wracał zimowym wieczorem z pracy. Nuda wisiała w powietrzu, a pod osiedlowym sklepem zobaczył rudą, kudłatą kundelkę – oczy miała jak zagubione dziecko. – Czego tu szukasz? – burknął, ale zatrzymał się. Pies tylko spojrzał – nie prosił, nie błagał. „Pewnie czeka na właścicieli”, pomyślał Olek i poszedł dalej. Ale następnego dnia i kolejnego – sytuacja się powtarzała. Kundelek nie opuszczał swojego miejsca. Ludzie rzucali jej bułkę, czasem parówkę. – Dlaczego tu siedzisz? – spytał Olek, przykucając. – Gdzie właściciele? A wtedy pies podsunął się ostrożnie i przytulił pysk do jego nogi. Olek zdrętwiał – kiedy ostatni raz kogoś przytulał? Po rozwodzie minęły trzy lata. Pusta kawalerka, praca, telewizor, lodówka. – Laduszka moja – wyszeptał, sam nie wiedząc skąd imię. Następnego dnia przyniósł jej parówki. Po tygodniu wrzucił ogłoszenie: „Znalazłem psa, szukam właścicieli”. Nikt nie zadzwonił. Po miesiącu wracał z dyżuru – jest inżynierem, czasem siedzi na obiekcie całą dobę. W tłumie przy sklepie usłyszał: – Ktoś potrącił tego psa, co tu siedział tyle czasu. Serce mu zabiło mocniej. – Gdzie ona? – Zabrali do lecznicy na Alei Piłsudskiego. Ale trzeba dużo płacić… Kto się przejmie bezdomnym psem? Bez słowa pobiegł do kliniki. Weterynarz: – Złamania, krwotok wewnętrzny, leczenie będzie kosztować dużo – i nie wiadomo, czy przeżyje. – Proszę leczyć – Olek odpowiedział. – Zapłacę wszystko. Gdy Ladę wypisano, zabrał ją do domu. Pierwszy raz od trzech lat w mieszkaniu zapanowało życie. Wszystko się zmieniło – Olek budził się nie od budzika, a od dotyku wilgotnego nosa. Teraz poranek zaczynał się nie od kawy i wiadomości, ale od wspólnego spaceru w parku. W klinice załatwił dokumenty, paszport, szczepienia – oficjalnie Lada była już jego. Zaczął fotografować każdy papierek na wszelki wypadek. Koledzy z pracy dziwili się: – Olek, młodniejesz! Jakiś taki żywy się zrobiłeś. Rzeczywiście, czuł się potrzebny. Lada okazała się niebywale mądra – rozumiała go bez słów. Gdy się spóźniał, czekała przy drzwiach. Ze wzrokiem, jakby mówiła: „Martwiłam się”. Wieczorami spacerowali długo. Olek opowiadał jej o pracy, o życiu. Śmieszne? Może. Ale jej naprawdę to interesowało. Słuchała uważnie, czasami cichutko popiskiwała. – Widzisz, Lado – mówił głaszcząc ją po głowie – kiedyś myślałem, iż lepiej być samemu. Nikt nie przeszkadza. Ale okazało się, iż po prostu bałem się znowu kogoś pokochać. Sąsiedzi zdążyli się przyzwyczaić. Pani Teresa z klatki zawsze odkładała jej kość. – Ładna suczka, widać, iż kochana. Minął miesiąc, potem drugi. Olek zaczął myśleć o założeniu Ladzinej strony w internecie – była fotogeniczna: rude futro mieniło się w słońcu. A potem zdarzyło się coś niespodziewanego. Zwykły spacer w parku, Lada obwąchiwała krzaki, Olek siedział na ławce i czytał w telefonie. – Gerda! Gerda! Podszedł blond kobieta w firmowym dresie, około 35 lat, mocno umalowana. Lada się spięła, położyła uszy. – Przepraszam, to mój pies, pan się pomylił. – Co znaczy „pan się pomylił”? Widzę, iż to moja Gerda! Zgubiłam ją pół roku temu! – Słucham? – Olek był zaskoczony. – Dokładnie tak! Uciekła mi spod domu, szukałam wszędzie! Pan ją ukradł! – Uciekła? Przecież znalazłem ją pod sklepem, siedziała tam miesiąc bez adresu! – Siedziała, bo się zgubiła! Ja ją uwielbiam! Kupiliśmy ją z mężem, specjalnie rasową! – Rasową? – spojrzał na Ladę. – Przecież to kundel. – To metys! Bardzo drogi! Olek wstał, Lada przytuliła się do jego nogi. – Skoro to pani pies, proszę pokazać dokumenty. – Dokumenty? – Weterynaryjny paszport, zaświadczenia, cokolwiek. Kobieta się zacięła: – Są w domu! Ale to nieistotne! Rozpoznaję ją! Gerda, do mnie! Lada nie zareagowała. – Gerda! Słyszysz, chodź tutaj! Pies jeszcze mocniej przytulił się do Olka. – Widzisz pan? Ona mnie nie poznaje. – Jest na mnie zła, iż ją zgubiłam! Ale to mój pies! Domagam się jej zwrotu! – Mam dokumenty – spokojnie Olek. – Leczenie po wypadku, paszport, rachunki za karmę, zabawki. – Mam gdzieś pańskie dokumenty! To kradzież! Ludzie zaczęli się przyglądać. – Może rozstrzygnijmy to zgodnie z prawem. Wezwę policję – powiedział Olek. – Proszę wzywać! Udowodnię, iż to moja suka! Mam świadków! – Jakich świadków? – Sąsiedzi widzieli, jak uciekła! Olek wybrał numer policji, serce mu waliło. Może kobieta naprawdę ma rację? Może Lada uciekła jej? Ale dlaczego pies przez tyle czasu siedział pod sklepem? Dlaczego nie szukał domu? I czemu teraz się boi i tuli do niego? – Halo? Policja? Mam sprawę… Kobieta złośliwie się uśmiechnęła: – Zobaczymy, sprawiedliwość zatriumfuje! Oddaj mi psa! A Lada wciąż tuliła się do Olka. Wtedy zrozumiał – będzie walczył o Ladę do końca. Bo ta suka stała się jego rodziną. Dzielnicowy przyjechał po pół godzinie. Sierżant Michalski – spokojny, konkretny. Olek znał go z kontaktów z administracją. – Proszę opowiedzieć, co się stało. Kobieta zaczęła szybko, nieskładnie: – To moja Gerda, kupiliśmy ją za dziesięć tysięcy! Zgubiła się pół roku temu, szukałam jej, a ten pan ją ukradł! – Nie ukradłem, znalazłem bezpańską pod sklepem – Olek spokojnie odparł. – Siedziała tam głodna przez miesiąc. – Siedziała, bo się zgubiła! Michalski spojrzał na Ladę, która tuliła się do Olka jak zawsze. – Ma pan jakieś dokumenty? – Mam – Olek wyjął teczkę (na szczęście zapomniał przełożyć dokumenty z ostatniej wizyty u weterynarza). – Oto potwierdzenie leczenia po potrąceniu, paszport, wszystkie szczepienia. Dzielnicowy obejrzał papiery. – A pani ma jakieś dokumenty? – zwrócił się do kobiety. – Wszystko mam w domu! Ale przecież wiem, iż to moja Gerda! – Może opowie pani dokładnie, jak zaginęła? – zapytał Michalski. – Byliśmy na spacerze, zerwała się ze smyczy i uciekła. Szukałam, rozwieszałam ogłoszenia. – Gdzie spacerowaliśmy? – W pobliskim parku. – A gdzie pani mieszka? – Na Alei Piłsudskiego. Olek aż się wzdrygnął: – Przepraszam, ale – znalazłem ją dwa kilometry stąd, pod sklepem. jeżeli zginęła z parku, to jak tam trafiła? – No… pogubiła się. – Pies najczęściej znajduje drogę do domu. Kobieta się zaczerwieniła: – Co pan wie o psach?! – Wiem, iż kochany pies nie siedzi miesiąc głodny w jednym miejscu – powiedział Olek. – Szuka właścicieli. – Mogę jedno pytanie? – wtrącił sierżant. – Mówiła pani, iż rozwieszała ogłoszenia. Dlaczego nie zgłosiła pani zaginięcia na policji? – Policji? Nie pomyślałam. – Przez pół roku? Pies za dziesięć tysięcy zaginął i nie zgłosiła pani? – Myślałam, iż się znajdzie. Dzielnicowy się zmarszczył: – A paszport proszę. I potwierdzenie adresu. Kobieta drżała, szukając dowodu. – Proszę bardzo. Michalski spojrzał: – Tak, rzeczywiście zameldowana na Aleji Piłsudskiego 15. A mieszkanie? – 23. – Rozumiem. Proszę znów powiedzieć – kiedy dokładnie pies zaginął? – Około dwudziestego stycznia. Olek spojrzał w telefon: – Odebrałem ją 23 stycznia, siedziała tam już prawie miesiąc. Czyli pies „zaginął” dużo wcześniej. – Może pomyliłam datę! – kobieta wyraźnie się denerwowała. Nagle się złamała: – Dobrze! Niech będzie pana! Ale naprawdę ją kochałam! Cisza. – Jak to się stało? – zapytał Olek cicho. – Mąż powiedział: „przeprowadzamy się, z psem nie wezmą nas na wynajem”. Sprzedać nie dali rady – nie była rasowa. Zostawiłam ją pod sklepem. Myślałam, iż ktoś ją przygarnie. Olek poczuł, jak ściska go żołądek. – Porzuciła pani psa? – No zostawiłam. Ale nie porzuciłam! Dobrym ludziom, ktoś miał ją przygarnąć… – Dlaczego chce pani ją odzyskać teraz? Kobieta zapłakała: – Rozwiodłam się z mężem. Zostałam sama. Bardzo mi jej brakuje. Kochałam ją! Olek nie dowierzał: – Kochała pani? Kochanych się nie porzuca. Michalski zamknął notes. – Sprawa jasna. Dokumenty na psa są na pana… Olek Woronienko. Leczył, załatwił papiery, utrzymuje. Formalnie nie ma wątpliwości. Kobieta łkała: – Ale się rozmyśliłam! Chcę ją odzyskać! – Za późno – powiedział dzielnicowy chłodno. – Porzuciła pani psa. Olek przykucnął, objął Ladę: – Już dobrze, psinko. Już dobrze. – Mogę ją chociaż pogłaskać? Ostatni raz? – zapytała kobieta. Olek popatrzył na Ladę – ta położyła uszy i schowała się pod jego rękę. – Widzisz pani? Boi się pani. – To nie specjalnie. Tak się ułożyły okoliczności… – Wie pani co? – Olek wstał. – Okoliczności się nie układają. Ludzie je tworzą. Sam stworzył pan sytuację, w której wyrzuciła pani żywą istotę na ulicę. Teraz chce ją zmienić, bo jest pani wygodnie. Kobieta zapłakała: – Rozumiem… Ale mi bardzo źle tak samotnej. – A jej było dobrze miesiąc na ulicy czekać na właściciela? Cisza. – Gerda… – powiedziała cicho ostatni raz. Pies choćby nie drgnął. Kobieta odeszła, nie oglądając się. Michalski poklepał Olka po ramieniu: – Dobra decyzja. Widać, iż się jej przywiązała. – Dziękuję za zrozumienie. – Sam mam psa. Wiem, jak to jest. Gdy dzielnicowy odjechał, Olek został z Ladą sam. – Już nikt nas nie rozdzieli – powiedział, głaszcząc ją – obiecuję. Lada spojrzała na niego – w oczach nie wdzięczność, ale bezgraniczna, psia miłość. Miłość. – Wracamy do domu? Szczęśliwa zaszczekała, popędziła obok niego. Po drodze Olek myślał: ta kobieta miała rację w jednym. Okoliczności mogą być różne. Można stracić pracę, mieszkanie, pieniądze. Ale są rzeczy, których tracić nie wolno: odpowiedzialność, miłość, współczucie. W domu Lada ułożyła się na swoim ulubionym dywaniku. Olek zaparzył herbatę i usiadł obok. – Wiesz, Laduszko – powiedział zamyślony – może dobrze się stało. Teraz już wiemy na pewno: naprawdę jesteśmy sobie potrzebni. Lada westchnęła zadowolona.
Doda otrzymała prezent w Sejmie. Padły przejmujące słowa
Kontrole schronisk dla zwierząt w całym kraju. Sprawdzają także placówki w regionie
Trwa kontrola w azylu dla zwierząt w Kuflewie. „Mamy problem z donosami”
Zakaz wchodzenia do lasu. Na śniegu grasuje egzotyczne zwierzę
Wilki świetnie się czują w świętokrzyskich lasach
Białuchy z Marinland mogą trafić do USA
Czy można dokarmiać ptaki wodne chlebem w zimie? Mały gest, duży problem
Podczas komisji poseł nagle wspomniał o Rozenek. Wymowna reakcja Dody
Twój pies to geniusz czy typowy kanapowiec? Naukowcy wiedzą, jak to sprawdzić
Wyjątkowa aukcja charytatywna pod patronatem Dody. Wsparcie dla zwierząt w schroniskach
Właściciele psów i kotów muszą przygotować się na nowy obowiązek. Rząd chce kar. choćby 5000 zł
Quiz o zwierzętach, które możesz spotkać w Polsce. 8 punktów to sukces!
Jak zadbać o psa podczas mrozów? To musisz zrobić obowiązkowo
Leonid nie wierzył, iż Irena jest jego córką. Wiera, żona, pracowała w sklepie. Plotkowano, iż często zamykała się w magazynie z obcymi mężczyznami, dlatego mąż nie dowierzał, iż drobna Irena to jego dziecko i nie polubił jej. Tylko dziadek pomagał wnuczce, zostawił jej w spadku dom. Irkę kochał tylko dziadek. W dzieciństwie Irka często chorowała, była drobną dziewczynką. „Ani w mojej, ani w twojej rodzinie nie ma takich maluchów” – mówił Leonid. „Od podłogi dwa palce!”. Ojca niechęć do córki przejęła w końcu matka. Prawdziwie kochał Irę tylko dziadek Maciej. Jego dom stał na skraju wsi, przy lesie. Maciej całe życie był leśniczym i choćby na emeryturze codziennie chodził do lasu, zbierał jagody i zioła, zimą dokarmiał zwierzęta. Ludzie uważali go za trochę dziwaka, bali się jego przepowiedni, ale chodzili po lecznicze wywary. Żonę Maciej pochował dawno temu, jego pocieszeniem była wnuczka. Irka w szkole częściej mieszkała u dziadka niż w domu. Maciej opowiadał jej o ziołach, nauka szła dziewczynce łatwo. Gdy pytano, kim zostanie, odpowiadała: „Będę ludzi leczyć”. Matka twierdziła, iż nie ma pieniędzy na naukę córki, ale dziadek pocieszał, iż w razie potrzeby sprzeda choćby krowę. Zostawił wnuczce dom i szczęśliwy los Córka Wiera rzadko zaglądała, ale gdy jej syn przegrał w karty w mieście i został poturbowany, niespodziewanie zjawiła się u ojca po pieniądze. Maciej odmówił – „Nie mam zamiaru spłacać długów Andrzeja, muszę wnuczkę wykształcić”. Wiera była wściekła: „Nie chcę was znać, nie mam już ani ojca, ani córki!” – krzycząc, wybiegła z domu. Gdy Irena dostała się do szkoły medycznej, matka z ojcem nie dali jej choćby grosza. Pomagał tylko dziadek, dodatkowo ratując sytuację stypendium. Przed końcem nauki Maciej zachorował. Czując, iż nadchodzi odejście, powiedział, iż dom zapisał wnuczce. Radził Irence szukać pracy w mieście, ale domu nigdy nie opuszczać – dom żyje, gdy czuć w nim ludzkiego ducha. „Nie bój się tu nocować, tu znajdziesz szczęście. Ty będziesz szczęśliwa, dziecko”. Przepowiednia Macieja się spełniła Maciej zmarł jesienią. Irena pracowała jako pielęgniarka w szpitalu powiatowym. Na weekendy jeździła do domu dziadka, paliła w piecu. Pewnego wieczoru, w czasie śnieżycy, do jej drzwi zapukał nieznajomy mężczyzna, Staś, który utknął autem w zaspie pod jej domem. Pomogła mu z łopatą, zaprosiła na herbatę. Rozmowa rozwinęła się naturalnie, okazało się, iż Staś również mieszka w mieście. Od tej pory Staś często wpadał do Irki, mówił, iż jej ziołowa herbata to magia i chciał ją lepiej poznać. Ślubu nie było – Irena nie chciała. Staś nalegał, ale w końcu ustąpił – mieli prawdziwą miłość. Irena przekonała się, iż mężczyzna może nosić kobietę na rękach, nie tylko w książkach. Gdy urodził się syn, wszyscy dziwili się, jak taka drobna kobieta mogła urodzić takiego siłacza! Na pytanie o imię, Irina odpowiadała: „Będzie miał na imię Maciej – po kimś bardzo dobrym”.
Serce kota dudniło głucho w piersi, myśli uciekały, dusza bolała. Co mogło się stać, iż pani oddała go obcym, dlaczego go porzuciła? Gdy na parapetówkę Oleńce podarowano absolutnie czarnego brytyjczyka, oniemiała z zaskoczenia… Skromne, wyremontowane na miarę możliwości jednopokojowe mieszkanie, na które długo odkładała, wciąż było nieurządzone. Problemów do rozwiązania nie brakowało. A tu jeszcze kociak. Gdy otrząsnęła się ze zdumienia, spojrzała w bursztynowe oczy malucha, westchnęła, uśmiechnęła się i zapytała darczyńcę: – To kocur czy kotka? – Kocur! – No dobrze, będziesz Barśkiem – zwróciła się do kociaka. Ten rozchylił małą paszczę i pokornie zapiszczał: „Miau…” ***** Brytyjczyki okazały się całkiem przyjazne. Już trzeci rok Oleńka i Barsiek żyli w zgodzie. Z czasem wyszło na jaw, iż Barsiek ma wzruszającą duszę i wielkie serce. Z euforią witał ją z pracy, ogrzewał w śnie, oglądał z nią filmy, przytulał się, a podczas sprzątania biegał za nią jak cień. Życie z kotem nabrało kolorów. Fajnie, gdy ktoś na ciebie czeka, z kim można i pośmiać się, i posmucić. Najważniejsze, iż rozumie cię bez słów. Wydawało się, iż do szczęścia nic więcej nie potrzeba, ale… Ostatnio Oleńka zaczęła odczuwać ból w prawym boku. Najpierw zwalała winę na niewygodny ruch, potem na tłuste jedzenie. Gdy ból narastał, wybrała się do lekarza. Diagnoza okazała się trudna. Oleńka cały wieczór płakała w poduszce. Barsiek, jakby wyczuł jej nastrój, cicho tulił się do niej, próbując uspokoić ją melodyjnym mruczeniem. Pod mruczenie Barsia Oleńka zasnęła. Rano, godząc się z przeznaczeniem, postanowiła nikomu z bliskich nie mówić o chorobie, by uniknąć litości i niezręcznych prób ratunku. W sercu wciąż tliła się nadzieja, iż lekarze podołają jej dolegliwości. Przewidziano leczenie, które mogło poprawić stan. Pozostała kwestia: co z kotem? Pogodzona z tym, iż choroba może skończyć się tragicznie, zaczęła szukać Barsikowi nowego domu i dobrych opiekunów. W Internecie wystawiła ogłoszenie, iż odda rasowego kota w dobre ręce. Pierwsza osoba, która zadzwoniła, zapytała o powód rozstania z dorosłym zwierzakiem. Sama nie wiedząc czemu, Oleńka powiedziała, iż jest w ciąży, a podczas oczekiwania wystąpiła alergia na kocią sierść. Po trzech dniach Barsiek z całym kocim wyprawkiem pojechał do nowych właścicieli, a Oleńka trafiła do szpitala… Dwa dni później zadzwoniła, by spytać o Barsika. Po licznych przeprosinach usłyszała, iż kot uciekł tej samej nocy i nikt nie wie, gdzie jest. Pierwszy odruch: uciec ze szpitala i ruszyć na poszukiwania. Poprosiła choćby pielęgniarkę o wypis, ale ta stanowczo odmówiła. Sąsiadka z sali, widząc rozterkę Oleńki, zapytała, co się stało. Dziewczyna rozpłakała się i wszystko jej opowiedziała. – Poczekaj ze smutkiem, dziewczyno – powiedziała chuda starsza pani – jutro przyjedzie do tej kliniki prawdziwy specjalista z Warszawy. Mam zły diagnoz, syn zajął się sprawą, bo jest biznesmenem, chciał mnie przenieść, ja odmówiłam. Ale wywalczył wizytę. Poproszę, żeby i ciebie skonsultował – mówiła serdecznie, głaszcząc Oleńkę po ramieniu. **** Barsiek wydostał się z transportera i zrozumiał, iż jest w obcym domu. Jakaś nieznajoma ręka próbowała go pogłaskać… Kocie nerwy nie wytrzymały – uderzył łapą i umknął w ciemny kąt. – Paweł, jeszcze go nie dotykaj, niech się oswoi – usłyszał Barsiek łagodny kobiecy głos, ale to nie był głos jego pani. Serce kota dudniło głucho, myśli rozlatywały się, dusza bolała. Co się stało, iż pani oddała go obcym? Bursztynowe oczy przeczesywały pokój przerażonym wzrokiem. Wtem dostrzegł otwarte okno. Czarne futro przemknęło przez pokój i kot wyskoczył na zewnątrz! Na szczęście to był tylko drugi piętro, pod oknem zadbany trawnik. Tak rozpoczęła się powrotna droga Barsia do domu… ***** Specjalistka okazała się miłą kobietą po czterdziestce z Warszawy, nazywającą się Maria Pawłowna. Dokładnie przejrzała dokumentację, poprosiła Oleńkę na lewy bok, długo badała, pytała o rodzaj bólu. Powtarzała badania na sprzęcie. Oleńka nie spodziewała się niczego dobrego. Wróciła do sali, gdzie czekała sąsiadka. – No, co ci powiedzieli, dziewczynko? – spytała. – Na razie nic, mają jeszcze przyjść. – Mi potwierdzili diagnozę – oznajmiła smutno. – Bardzo mi przykro, dziękuję za wszystko – odparła Oleńka, nie wiedząc, jak pocieszyć osobę, która zna swój los. Pół godziny później Maria Pawłowna z innymi lekarzami weszła do sali. – Mam dla pani dobre wiadomości. Choroba jest uleczalna, już zapisałam odpowiedni kurs, zostanie pani dwa tygodnie, poddana leczeniu i wyjdzie pani zdrowa – powiedziała z uśmiechem. Gdy lekarze wyszli, odezwała się sąsiadka: – Wspaniale. Cieszę się, iż przed odejściem zdążyłam zrobić jeszcze jedną dobrą rzecz. Bądź szczęśliwa, dziewczyno – dodała. ***** Barsiek nie znał gwiazdy przewodniej, kierował się kocim instynktem. Droga przez miejskie tarapaty była pełna przygód i niebezpieczeństw. Nie znając miasta, przez jeden dzień brytyjczyk przeistoczył się w bezwzględnego łowcę z wyostrzonymi instynktami. Unikając hałaśliwych ulic i dróg, biegł, skakał, przemykał nad ziemią i na drzewach (tak mu się wydawało przy ucieczce przed psami), dążył do celu… W cichym podwórku spotkał starego kociego wyjadacza. Ten rozpoznał obcego i z wrzaskiem rzucił się na Barsika, ale ten, z arystokraty przemienił się w dzikusa i nie odpuścił. Starcie było krótkie. Lokalny koci boss uciekł w krzaki, zostawiając na pamiątkę poszarpane ucho. Jak mogłoby być inaczej? Gbur tylko próbował pokazać, kto tu rządzi. Barsiek wracał do domu, nic nie mogło go zatrzymać. Droga do domu trwała. Pamiętając przodków, Barsiek nauczył się spać na drzewach, wybierając wygodne rozwidlenia gałęzi. O, jakże to wstyd, ale zaczął jeść ze śmietnika i podkradać jedzenie innym kotom, których dokarmiali współczujący sąsiedzi. Raz spotkał się ze sforą psów. Wystraszony, uciekł na rachityczne drzewko, gdzie psy próbowały go dosięgnąć, szczekając i potrząsając pniem. Ludzie, których zwabił hałas, przegonili psy. Jedna pani postanowiła wziąć Barsika do domu. Zwabiła go kawałkiem kiełbasy. Głód i strach otępiły Barsia – pozwolił się pogłaskać i wziąć na ręce. Jednak… Odpocząwszy w cieple i najedzony, przypomniał sobie cel. Wyskoczył za kobietą do klatki i wykorzystując otwarte drzwi, pognał dalej… ***** Po wyjściu ze szpitala Oleńka wróciła do mieszkania. W głowie wciąż brzmiały słowa starszej pani – bądź szczęśliwa. Była wniebowzięta, iż diagnoza się nie potwierdziła i jest zdrowa. Ale serce bolało za Barsiem. Nie wyobrażała sobie już, iż nikt nie przywita jej w pustym mieszkaniu. Zaraz po powrocie zadzwoniła do osób, które zabrały Barsika, prosząc o adres. Gdy przyjechała i dowiedziała się, jak kot uciekł, postanowiła pójść jego śladami. Mówili jej, iż to nierealne – minęły dwa tygodnie, a domowy kot nie miał szans przeżyć na ulicy. Nie chciała w to wierzyć. Szła pieszo, zaglądała na podwórka, do pobliskich skwerów i garaży. Próbowała myśleć jak kot, który nigdy nie był na dworze. Wzywała Barsia, wpatrywała się w ciemność piwnicznych okienek. Zbliżając się do swojego bloku zrozumiała, iż kot zniknął bez śladu. Skoro ona szła tu pieszo dwie godziny, to kot nie mógł dotrzeć do domu. W swoim podwórku weszła smutna, z łzami w oczach i ciężkim sercem. Przez łzy dostrzegła, iż z drugiej strony chodnika zbliża się do niej czarny kot. „Jakiś czarny kot” – przemknęło jej przez głowę. Przystanęła, wpatrzyła się. I wtedy zrozumiała. Rzuciła się z krzykiem: „Barsiek!”. A kot nie pobiegł do niej, nie miał sił. Usiadł i mrużąc oczy ze szczęścia, cicho zapiszczał: „Dotarłem…”
„Populacja kormorana ma charakter dynamiczny”. RDOŚ w Szczecinie nie planuje redukcji