Zwierzęta

Nowoczesna karetka weterynaryjna w Warszawie: ratunek dla zwierząt w kryzysie
Karol Wojtas zaprasza na specjalny spacer historyczny po Limanowej
Doda interweniuje w bytomskim schronisku. Apeluje do kierowniczki: proszę zrzec się stanowiska
Od czego zależy długość uszu twojego psa? Naukowcy już wiedzą
Miłość bez ostentacji Ania wyszła ze swojej chaty z pełnym wiadrem karmy dla świń i zła minęła męża, Genka, który już trzeci dzień grzebał się przy studni. Zamarzyło mu się zrobić rzeźbioną, żeby ładnie było, jakby nie było innych, ważniejszych rzeczy do roboty! Żona krząta się po gospodarstwie, karmi zwierzynę, a on stoi z dłutem w ręku, cały w trocinach, patrzy na nią z uśmiechem. Co to za mąż od Boga? Ani miłego słowa, ani pięścią w stół nie walnie, tylko cicho robi swoje, czasem sam podchodzi, spojrzy w oczy, pogładzi grubego, rudego warkocza… I to cała jego czułość. A ona by chciała, żeby mówił do niej: „świtezianko”, „gołąbeczko”… Zamyśliła się nad swoim kobiecym losem, aż o mało co nie przewróciła się przez starego psa Burego. Genek natychmiast podbiegł, złapał żonę, a na psa popatrzył surowo: – Burek, co się pod nogi pchasz, jeszcze gospodarce krzywdę zrobisz. Burek tylko oczy spuścił i powlókł się do budy. A Ania kolejny raz zdumiała się, jak zwierzęta rozumieją jej męża. Kiedyś go o to zapytała, a on prosto odpowiedział: – Kocham zwierzęta, to i one mnie kochają. Ani też marzyła się wielka miłość: żeby nosił ją na rękach, szeptał gorące słowa do ucha, codziennie kwiatek na poduszkę… Ale Genek był oszczędny w uczuciach i Ania zaczęła wątpić – czy on ją w ogóle choć trochę kocha? – Szczęść Boże, sąsiadeczki – zajrzał przez płot Wacek – Genek, ty ciągle przy tej studni? Komu potrzebne te twoje ozdóbki? – Chcę, żeby moje dzieci wyrosły na dobrych ludzi, żeby patrzyły na piękno. – To najpierw trzeba dzieci mieć – zaśmiał się sąsiad, puszczając Ani oczko. Genek smutno spojrzał na żonę, a ta, zmieszana, pognała do domu. Nie śpieszyło jej się do dzieci, młoda, ładna, chciałaby jeszcze trochę pobyć „dla siebie”, a mąż – ani to, ani tamto. A sąsiad – taki elegancik! Wysoki, barczysty, i jeszcze te słówka miłe: „Rosiczko, słoneczko jasne…” Serce aż zamiera, nogi miękną, ale Ania ucieka od niego, pokusom się nie poddaje. Przysięgała wierność, a rodzice przeżyli razem w zgodzie całe życie, nauczyli ją, iż rodziny trzeba pilnować. A jednak – czemu tak ciągnie ją do okna, by zerknąć na sąsiada? Następnego ranka Ania wyprowadzała krowę na pastwisko, gdy spotkała Wacka przy furtce: – Aniu, ślicznotko, czemu się omijasz mnie szerokim łukiem? Boisz się? Oczarowałaś mnie, rozum tracę, jak cię widzę. Wpadnij do mnie o świcie. Jak twój Genek pójdzie na ryby, to wtedy przyjdź. Ja cię obsypię czułością, najszczęśliwsza na świecie będziesz. Ania zaczerwieniła się po uszy, serce zabiło mocniej, ale nic nie odpowiedziała, tylko gwałtownie przeszła dalej. – Poczekam na ciebie – rzucił za nią Wacek. Cały dzień Ania myślała o nim. Marzyła o miłości i czułości, a Wacek był taki przystojny, patrzył na nią tym rozpalonym wzrokiem… ale zebrać się nie mogła na odwagę. Do świtu przecież jeszcze trochę czasu, może… Wieczorem Genek napalił w bani. Do sauny zaprosił i sąsiada. Tam razem się wykąpali, wygrzali, smagali brzozowymi witkami, aż było im błogo. Gdy wyszli do przedsionka odpocząć, Ania już im podała karafkę samogonu i przekąski, a potem przypomniała sobie, iż w piwnicy są jeszcze małosolne ogórki. Zeszła na dół, zebrała ogórków i już miała wejść do mężczyzn, gdy przez uchylone drzwi usłyszała rozmowę i znieruchomiała, nasłuchując. – Ty, Genek, czemu taki niemrawy jesteś? Chodź, nie pożałujesz. Tam wdówki na ciebie czekają, takie, iż oczy cieszą! A twoja Anka… cicha myszka. – Nie, stary – odparł Genek cicho, ale stanowczo – nie chcę żadnych wdówek, choćby myśleć o tym nie chcę. Moja żona nie jest żadną myszką, jest najpiękniejsza na całej ziemi, nie ma takiego kwiatka, nie ma jagódki piękniejszej od niej. Jak na nią patrzę, to słońca nie widzę – tylko jej oczy, jej smukłą figurę. Naprawdę kocham ją ponad wszystko, tylko słowa czułe mi nie przechodzą przez gardło, nie umiem wyznać jej, jak bardzo ją kocham. Ma do mnie żal, ja to czuję. Boję się, iż ją stracę, bo ja bez niej nie przetrwam ani jednego dnia, powietrza bym bez niej nie złapał. Ania słuchała nieruchomo, a serce waliło jak młot. Po policzku spłynęła jej łza, ale podniosła głowę, weszła do przedsionka i powiedziała głośno: – Idź, sąsiedzie… do swoich wdówek, a my mamy z mężem ważniejsze sprawy. Nikt jeszcze nie patrzy na rzeźbioną przez Genka piękność. Wybacz mi, mój kochany, za głupie myśli i ślepotę – szczęście miałam w rękach, a nie widziałam. Chodźmy, za dużo już czasu straciliśmy… O świcie, tym razem, Genek na ryby nie poszedł.
Fliper i Lara chcą wyjść na spacer, a dwa czarne kotki wciąż czekają na dom. Adopcja psów i kotów w Katowicach [Zdjęcia]
Ile nietoperzy żyje w MRU? Czym uzupełniać karmnik?
Niedziela nie jest zwykłym dniem. Kościół ostrzega przed jednym błędem
SIŁA ZWIERZĄT FRANCUSKIEGO CIRQUE SENECA
Odkurzacze pionowe do 3500 zł. Modele premium dla właścicieli zwierząt i nie tylko
Dla dobrej fotografii są w stanie zrobić dużo. choćby kosztem zwierząt
Samotna woźna znalazła telefon w parku. Gdy go włączyła, długo nie mogła dojść do siebie
Rewolucyjna karetka weterynaryjna w Warszawie: Ratunek dla czworonogów w potrzebie
Rok więzienia za bestialstwo w Kozie-Gotówce. Nie ma litości dla oprawcy kota [ZDJĘCIA]
Zimowe kolędowanie i darmowe atrakcje na Mokotowie!
Neron rednose
Gdy Patryk wrócił z pracy, jego ukochany kot Przystojniak zniknął – opowieść o lojalności wobec zwierzęcia silniejszej niż miłość do dziewczyny
Znalazłem powód, by się oświadczyć. Opowiadanie o mamie Polinki, sąsiadzie Anatolu, porzuconych zwierzakach i rodzinnej przygodzie z happy endem w polskiej kamienicy
— Ile razy mam ci to powtarzać?!… Źle jesz…, źle się ubierasz…, w ogóle wszystko robisz nie tak!!! — krzyk Pawła rozbrzmiał po mieszkaniu. — Ty nic nie potrafisz!!!… Nigdy nie umiesz porządnych pieniędzy zarobić! … W domu pomocy się po tobie nie doczekasz! — wybuchnęła płaczem Marysia, — …I dzieci nie ma…, — wyszeptała cicho. Bela — biało-ruda kotka, około dziesięcioletnia, wspięta na szafę, z góry cicho obserwowała kolejną „tragedię”. Dobrze wiedziała, iż tata i mama bardzo się kochają… Dlatego nie rozumiała — po co wypowiadać takie gorzkie słowa, po których wszystkim robi się smutno. Mama, płacząc, uciekła do pokoju, tata zapalił papierosa za papierosem. Bela, rozumiejąc, iż rodzina się na jej oczach rozpada, pomyślała: „Szczęście w domu to dzieci… Muszę jakoś zdobyć dzieci…”. Bela sama nie mogła mieć kociąt — dawno ją wysterylizowano, a mama… lekarze mówili, iż może, ale „coś się nie sklejało”… Rano, kiedy rodzice wyszli do pracy, Bela po raz pierwszy przez uchylone okno przeszła do sąsiadki Łapki, by porozmawiać i poradzić się. — Po co wam dzieci?! — prychnęła Łapka, — nasi z dzieciakami przychodzą — chowam się przed nimi…, raz pyszczek pomadką wymażą, raz ściskają, iż tchu brakuje! Bela westchnęła: — Nam potrzebne są „normalne” dzieci… Tylko gdzie je znaleźć… — Nooo… U nas na ulicy Maszka się okociła… pięć sztuk…, — zamyśliła się Łapka, — wybieraj… Bela, narażając się „na wszystko”, przeskakując z balkonu na balkon, zeszła na dół. Drżąc z nerwów, przecisnęła się przez kratę przy oknie piwnicznym i zawołała: — Maszka, wyjdź na chwilę, proszę… Głęboko z piwnicy rozległo się żałosne piszczenie. Bela, ostrożnie podczołgując się i rozglądając na boki, odpowiedziała cichym zawodzeniem. Pod kaloryferem, na gołym żwirku, leżało pięć różnokolorowych ślepych kociąt, szukając matki. Bela, obwąchawszy je, zrozumiała — Maszki nie było co najmniej trzy dni, a dzieci głodowały… Bela, prawie nie płacząc, delikatnie, ale uparcie, przeniosła każde kociątko pod klatkę schodową. Starając się utrzymać lamentującą, głodną gromadkę na miejscu, położyła się obok nich, z nadzieją patrząc w stronę podwórza, skąd mieli nadejść tata i mama. Paweł, milcząco odbierający Marysię z pracy, równie cicho wracali do domu. Podchodząc do klatki, oniemieli — na schodkach leżała ich Bela (która nigdy sama nie wychodziła na dwór) i ją próbowało ssać pięć różnokolorowych kociąt. — Jak to możliwe?, — zdumiał się Paweł. — Cud… — wtórowała Marysia, chwycili kotkę i maluchy na ręce i pobiegli do mieszkania… Oglądając mruczącą w pudełku kotkę z maluchami, Paweł zapytał: — Co z nimi zrobimy? — Wykarmię z butelki…, podrosną — rozdamy… zadzwonię do koleżanek… — odpowiedziała cicho Marysia. Trzy miesiące później Marysia, oszołomiona wiadomością, głaskała stadko kociąt i powtarzała bez przerwy: — To się przecież nie mogło zdarzyć… tak nie bywa… A potem razem z Pawłem płakali ze szczęścia, on ją unosił na rękach i bez końca rozmawiali… — Nie bez powodu dokończyłem budowę domu!… — Tak, dla dziecka świeże powietrze będzie idealne!… — I kociaki niech tam biegają!… — Zmieścimy się wszyscy!… — Kocham cię!… — A ja ciebie jeszcze mocniej!!!… Mądra Bela wytarła łezkę — życie się układa…
Brawo Augustowianie! Jest pomoc dla zwierząt i są adopcje
TRAGEDIA ZWIERZĄT. PROTESTY. TŁUMY PRZED SCHRONISKIEM
Znalazłem powód, by się oświadczyć. Opowieść o sąsiedzkiej dobroci, bezdomnych zwierzakach, łzach wzruszenia i nowej, szczęśliwej rodzinie z Polinką, mamą Mariną i panem Tolkiem – a wszystko zaczęło się od rasowego psa za darmo!
Polowanie na śmiech! – Top kawałów o myśliwych i zwierzynie
Czytelnicza przygoda z psami i kotami w Bibliotece Zielonej
Muzyczne spotkanie kolędowe na Mokotowie przed feriami
Woda w poidełku już nie zamarznie. Tak skutecznie zabezpieczysz ją przed mrozem
Znalazłem powód, by się oświadczyć. Opowieść o sąsiedztwie, rasowym psie za darmo, kotce Misi i pannie Marcinie, która myślała, iż nikt już nie poprosi jej o rękę – aż do dnia, gdy z córką Polą odwiedziły starą kamienicę i spotkały A natoliego ze swoim nietypowym zaręczynowym planem
Miłość czy magia: Odkryj tajemnice serca
'Monarcha, wielki niedźwiedź Tallacu'. Część czternasta. / Schwengel2009
Wodzenie Niedźwiedzia w Kępie. Barwny korowód po raz 35 przeszedł ulicami wsi
Pogryzienie seniora na rowerze w Hańsku Pierwszym. Mieszkańcy czują się zagrożeni
Nietypowy gość na balkonie. "Spodziewaliśmy się sikorek, a tu takie ptaszysko przyleciało"
– No, Rudy, chodźmy już… – mruknął Walera, poprawiając prowizoryczną smycz ze starego sznurka. Zapiął kurtkę pod samą szyję i zadrżał. Tegoroczny luty był wyjątkowo paskudny – śnieg z deszczem, wiatr przenikał do szpiku kości. Rudy – kundelek o wyblakłej rudobrązowej sierści i ślepym oku – pojawił się w jego życiu rok temu. Walera wracał wtedy z nocnej zmiany w FSO i zauważył go koło śmietników. Pies był pobity, głodny, lewe oko zamglone. Głos przeciął ciszę jak brzytwa. Waleria od razu poznał – Serek Kosoń, lokalny “cwaniaczek” lat dwudziestu kilku. Przy nim trzech nastolatków – jego “ekipa”. – Spacerujesz – rzucił krótko Walera, patrząc pod nogi. – A ty, wujek, płacisz podatki za wyprowadzanie tego dziwadła? – zarechotał jeden z gówniarzy. – Patrzcie jaki pokraka, ślepia krzywe! Poleciał kamień. Trafił Rudego w bok. Pies zapiszczał i przytulił się do nogi opiekuna. – Spokój – wyszeptał Walera, ale w głosie zabrzmiała stal. – Oho! Walery “Złota Rączka” się odezwał! – Serek podszedł bliżej. – Nie zapomniałeś, iż to mój rewir? Tu pieski się wyprowadza za moją zgodą. Walera zesztywniał. W wojsku uczyli go rozwiązywać problemy gwałtownie i ostro. Ale to było trzydzieści lat temu. Teraz był tylko zmęczonym emerytem po Starej Fabryce, który wolałby nie mieć kłopotów. – Chodź, Rudy – odwrócił się w stronę bloku. – Lepiej, lepiej! – krzyknął za nim Serek. – Następnym razem twojego potworka załatwię na amen! Wieczorem Walera długo nie zasnął, mieląc tę scenę w myślach. Następnego dnia sypnęło ciężkim śniegiem. Walera zwlekał z wyjściem, ale Rudy patrzył na niego z taką wiernością, iż nie było odwrotu. – Dobra, gwałtownie się przejdziemy… Ostrożnie omijali typowe miejsca spotkań “ekipy”. Nigdzie ich nie było – schowali się przed pogodą. Walera już odetchnął, gdy Rudy nagle zastygł przy opuszczonej kotłowni. Nadstawił ucho, powęszył. – Co jest, staruszku? Pies zapiszczał i pociągnął za sznurek w stronę ruiny. Z wnętrza dobiegały dziwne dźwięki – płacz albo jęki. – Halo? Kto tam? – zawołał Walera. Cisza. Tylko wiatr wył między cegłami. Rudy napiął smycz, w oczach lśnił niepokój. – Co ty tam czujesz? Wtedy usłyszał wyraźnie – dziecięcy głos: – Pomocy! Walera odpiął smycz i poszedł za Rudym w ruiny. Za gruzami w bardzo złym stanie leżał dwunastolatek – pobita twarz, rozcięta warga, podarte ubranie. – Boże! – przyklęknął Walera. – Co się stało? – Wujek Walera? To pan? Przyjrzał się uważnie – Andrzejek Misz, syn sąsiadki z piątej klatki. Spokojny, cichutki chłopak. – Andrzej! Kto ci to zrobił? – Serek z chłopakami – zaszlochał. – Chcieli od mamy kasiory. Zagroziłem, iż zgłoszę do dzielnicowego. Złapali mnie… – Jak długo tu leżysz? – Od rana. Strasznie zimno. Walera zdjął kurtkę, okrył chłopca. Rudy przyturlał się bliżej, ogrzewał go własnym ciepłem. – Mógłbyś wstać? – Noga boli, chyba złamana. Walera ostrożnie obmacał nogę. Prawie na pewno złamana. Kto wie, co z resztą… – Masz telefon? – Zabrali… Walera wyciągnął starą Nokię i zadzwonił po pogotowie. Obiecali być w pół godziny. – Wytrzymaj chłopak, zaraz tu będą. – A jak Serek się dowie, iż żyję? – przeraził się Andrzej. – Przecież groził, iż mnie dobiją… – Nikt cię już nie skrzywdzi – zapewnił Walera. – Już nie. Andrzej spojrzał zaskoczony: – Ale wczoraj sam przed nimi uciekłeś… – To było coś innego. Chodziło tylko o mnie i Rudego. A teraz… Nie dokończył. Co miał powiedzieć? Że jeszcze w Afganistanie przysięgał bronić słabszych? Że prawdziwy facet nie zostawia dziecka w biedzie? Karetka przyjechała szybciej, niż obiecali. Andrzejka zabrali do szpitala. Walera został pod kotłownią z Rudym i myślami. Wieczorem przyszła mama Andrzeja, pani Świetlana. Łzy, wdzięczność, przysięgi pamięci. – Panie Walery, – mówiła przez łzy, – lekarze powiedzieli: jeszcze godzina na tym mrozie i… Uratował mu pan życie! – To Rudy go znalazł – Walera pogłaskał psa. – Co teraz będzie? – pani Świetlana spojrzała trwożliwie na drzwi. – Serek przecież nie odpuści. Policjant mówi, iż dowodów nie ma, słowa dziecka nie liczą się w sądzie… – Będzie dobrze – obiecał Walera, choć sam nie wiedział jak. W nocy nie mógł zasnąć. Rozważał, co robić. Jak pomóc chłopakowi? Ilu jeszcze tu dzieci znosi podobne piekło? Rano decyzja była już gotowa. Założył starą wojskową galę – z odznaczeniami i medalami. Przejrzał się w lustrze – żołnierz jak trzeba, choć wiekowy. – Chodź, Rudy. Mamy misję. Ekipa Serka jak zwykle koczowała pod spożywczakiem. Gdy zobaczyli Walerę w mundurze, zachichotali. – Patrzcie, dziadek na defiladę idzie! – wrzasnął któryś. – Jaki bohater! Serek wstał z ławki, uśmiechnął się złośliwie: – Spadaj, staruszku, twoje czasy się skończyły. – Moje dopiero się zaczynają – odpowiedział spokojnie Walera, podchodząc bliżej. – Czego tu chcesz, weteranie? – Bronić małych przed takimi jak ty. Służba dla Ojczyzny. Serek parsknął: – Jaka ojczyzna, jakie dzieci… – Andrzejek Misz – znasz takiego? Złośliwy uśmieszek zniknął z twarzy. – Co mnie do jakichś lamusów… – Powinieneś zapamiętać. To ostatnie dziecko w okolicy pobite przez twoją bandę. – Grozisz mi? – Ostrzegam. Serek zrobił krok w jego stronę, w ręce błysnęła pięść. – Zaraz pokażę, kto tu rządzi! Walera nie cofnął się choćby o milimetr. Lata minęły, ale wojskowe wyczucie nie zdradziło. – Prawo tu rządzi. – Ty będziesz prawo ustalał? – Serek wymachiwał pięścią. – Kto cię tu wsadził na stołek? – Mnie postawiło tu sumienie. W tej chwili zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Rudy, do tej pory siedzący spokojnie, podniósł sierść na karku. Z gardła wydobyło mu się groźne warczenie. – A twoja ślepa psina… – zaczął Serek. – Mój pies służył w Afganistanie – przerwał Walera. – W wykrywaniu min. Ma nosa do bandytów. To nie była prawda, Rudy był tylko kundelkiem. Ale Walera mówił z takim przekonaniem, iż wszyscy uwierzyli. choćby Rudy wyprostował się dumnie. – Odnalazł dwudziestu przestępców i wszystkich schwytał żywcem – dorzucił. – Myślisz, iż z jednym ćpunem sobie nie poradzi? Serek zrobił krok w tył. Ekipa zamilkła. – Słuchajcie dobrze – Walera ruszył do przodu. – Od dziś ten rejon jest bezpieczny. Codziennie będę obchodził wszystkie podwórka. Rudy będzie tropił łobuzów. Więcej nie będziecie się tutaj szarogęsić… Nie musiał kończyć – wszyscy zrozumieli. – Chcesz mnie postraszyć, staruszku? – Serek próbował zgrywać twardziela. – Ja tu zadzwonię… – Dzwoń – pokiwał Walera. – Ale wiedz, iż ja mam “układy” lepsze niż ty. Znam tylu w więzieniu, ilu ci się nie śniło. Mam przyjaciół, którym dłużny jestem całe życie. I to była bujda. Ale powiedział to tak, iż Serek zbladł. – Walera-Afganiec mnie nazywają, zapamiętaj. O dzieci więcej się nie zawadzi. Odwrócił się i ruszył w stronę bloku. Rudy szedł tuż obok, ogon wyprostowany. Za plecami zapanowała cisza. Minęły trzy dni. Banda Serka prawie zniknęła z okolicy. A Walera naprawdę codziennie patrolował podwórka. Rudy dumnie kroczył obok. Andrzej wrócił do domu po tygodniu. Chodzić jeszcze bolało, ale już mógł spacerować. Wpadł wtedy do Walery. – Wujku Walera, mogę pomagać przy patrolach? – zapytał niepewnie. – Możesz, ale najpierw pogadaj z rodzicami. Pani Świetlana chętnie się zgodziła. Cieszyła się, iż syn znalazł taki wzór. I tak co wieczór ulicami Pragi-Północ można było zobaczyć dziwną drużynę – starszego faceta w wojskowym mundurze, chłopaka i starego rudego psa. Rudego wszyscy pokochali. Dzieci mogły go głaskać, choć był tylko podwórkowy. Ale miał w sobie coś niezwykłego – jakiś honor. A Walera opowiadał młodym o wojsku, przyjaźni, wartościach. Słuchali, wstrzymując oddech. Pewnego wieczora Andrzej zapytał: – Wujku Walera, a pan kiedyś się bał? – Bałem się, – przyznał Walera. – choćby teraz czasem. – Czego? – Że nie zdążę. Że nie wystarczy mi siły. Andrzej pogłaskał psa: – Jak dorosnę, też będę wam pomagał. I też będę miał takiego psa. Mądrego. – Będziesz, oczywiście – uśmiechnął się Walera. Rudy tylko merdał ogonem. A cała okolica już ich znała. Mówiono – “To pies Walery-Afgańca. Poznaje bohaterów i odróżnia ich od szumowin”. Rudy dumnie pełnił swoją służbę – już nie był zwykłym kundelkiem. Został bohaterem i obrońcą całej dzielnicy.
Dinozaury, cukier i zabawa na śniegu – ferie w Ostrowcu Świętokrzyskim
Wyprowadził się i zostawił zwierzęta bez opieki
Muzyczne Święto Kolęd na Mokotowie z WINYL BAND!
Ktoś porzucił szczeniaka z połamanym kręgosłupem na polu w gminie Skomlin
Gorzowianie oddają choinki dla alpak
Znalazłem powód, by się oświadczyć. Opowiadanie o sąsiedzkiej pomocy, bezinteresowności i szczęściu rodziny z kotem i psem – historia Mariny, Tolka, Polinki oraz ich nowych czworonożnych przyjaciół
Warsztaty tropienia rysi w Bieszczadach [ZDJĘCIA]
Trudny czas dla zwierząt
Dzień Kota: Wielkie święto mruczków i ich oddanych kociarzy. Oto memy, demotywatory i zabawne obrazki o kotach i życiu z kotami
Oto najlepsze memy o kotach. Kocie łakocie - gdzie kocia saszeta??? Te kocie obrazki rozbawią Was do łez 17.01.2026
– Mamo, mam już dziesięć lat, prawda? – zapytał nagle Michałek, wracając ze szkoły. – No i co z tego? – mama ze zdziwieniem spojrzała na syna. – Jak to co? Przecież ty i tata obiecaliście, iż jak skończę dziesięć lat, pozwolicie mi… – Pozwolić? Ale co niby mamy pozwolić? – Pozwolić mieć psa! – O nie! – zawołała przestraszona mama. – Co tylko chcesz, choćby najdroższy elektryczny hulajnoga, bylebyś zapomniał o psie! – Więc tacy właśnie jesteście?.. – obrażony Michałek wydął wargi. – A tyle gadacie, iż słowa trzeba dotrzymywać, a sami o swoim zapominacie… No dobra… Zamknął się w pokoju na cztery spusty aż do powrotu taty z pracy. – Tato, pamiętasz, co mi z mamą obiecaliście… – zaczął, ale tata przerwał mu w pół zdania. – Mama już dzwoniła, wiem o twoim życzeniu! Tylko po co ci ten pies? – Przecież marzę o tym od dawna! Wiecie! – Czytałeś bajki o Małym i Karlssonie z dachu, i zachowujesz się jak dziecko! A wiesz, ile kosztuje rasowy pies? – Ja nie chcę rasowego! Wystarczy mi zwykły, a może choćby porzucony. Czytałem w internecie o takich psach – są bardzo nieszczęśliwe. – Nie! – przerwał tata. – Po co nam zwykły kundel? Ma być rasowy i młody. jeżeli znajdziesz w naszym mieście pięknego, porzuconego, rasowego, młodego psa – może się zgodzimy. – Takiego? – Michałek aż się skrzywił. – Tak! Będziesz go wychowywać, chodzić na wystawy… Ze starym już za późno. Znajdziesz – pogadamy. – No dobrze… – westchnął chłopiec, bo nigdy jeszcze nie widział na ulicy porzuconego rasowego psa. Ale nadzieja umiera ostatnia, postanowił próbować. W niedzielę zadzwonił do przyjaciela Wojtka, i zaraz po obiedzie ruszyli na poszukiwania. Obeszli chyba pół miasta, ale żadnego porzuconego rasowego psa nie znaleźli. – Już mam dość – powiedział zmęczony Michałek. – Wiedziałem, iż nikogo nie znajdziemy… – A może w przyszłą niedzielę pojedziemy do schroniska? Tam czasem są też rasowe psy. Musimy tylko znaleźć adres. Ale póki co, odpocznijmy. Usiedli na ławce, zaczęli marzyć, jak wezmą pięknego psa ze schroniska i razem będą go uczyć różnych sztuczek. Trochę pomarzyli i ruszyli do domu. Nagle Wojtek pociągnął Michałka za rękaw i wskazał coś palcem. – Michałek, patrz! Michałek spojrzał i zobaczył małego, brudnego białego szczeniaczka, który niezdarnie człapał po chodniku. – Kundelek – stwierdził Wojtek i gwizdnął. Szczeniak obejrzał się i z euforią pobiegł do chłopców, ale zatrzymał się dwa metry przed nimi. – Nie ufa ludziom – powiedział Wojtek. Michałek zagwizdał cicho i wyciągnął rękę. Piesek wyciągnął pyszczek do Michałka i zamiast uciec, tylko niepewnie machał ogonkiem. – Chodź, Michałek, po co ci taki pies? Ty szukasz rasowego! Rasowemu można nadać imię… a temu tylko Kropka, no, może Kuleczka pasuje. – Wojtek odwrócił się i odszedł. Michałek pogłaskał szczeniaka i poszedł za przyjacielem. Chętnie by go zabrał do domu. Nagle usłyszał piszczenie za plecami. Szczeniak skomlał. – Szybko, Michałek, chodź! Tylko nie patrz na niego! Tak na ciebie patrzy! – Jak? – Jakbyś był jego panem i chciał go zostawić. Wojtek pobiegł, ale Michałkowi nogi same się zatrzymały. Bał się obejrzeć. Gdy już zdecydował się ruszyć, poczuł pociągnięcie za nogawkę. Spojrzał w dół – napotkał czarne, ufne oczy. Zapominając o wszystkim, wziął pieska na ręce i przytulił. Już wiedział – jak rodzice nie zgodzą się na psa, ucieknie z domu, razem z nim. Ale rodzice mieli dobre serce… Nazajutrz po szkole czekali już na Michałka nie tylko mama i tata, ale też wykąpana, bielutka, wesoła Kropka.
To są najlepsze MEMY o psach! Te słodkie obrazki rozbawią Cię do łez. Niesamowite MEMY o najlepszym przyjacielu człowieka 17.01.2026
Kolędowe klimaty z WINYL BAND na Mokotowie!
Zwierzęta w Bibliotece: Odkryj świat psów i kotów!
Ruszył Zimowy Patrol Animalsów – akcja, która ratuje życie czworonogom w województwie lubuskim!
Związki homoseksualne u małp naczelnych. Co na to ewolucja?