Zwierzęta

Żarskie schronisko przyjmuje psy z 12 gmin
Szympans jak dziecko? Eksperyment podważa przekonanie o wyjątkowości człowieka
Gdzie wyrzucić opakowania po chipsach i batonach? Łatwo zrobić błąd
Po zejściu w dół parowu prowadzącego do wody, Michał ocenił szanse kota na ucieczkę.
— Ile można z tobą wytrzymać!!!… I jem nie tak…, i się ubieram nie tak…, w ogóle wszystko robię źle!!! — głos Pawła przeszedł w krzyk. — Ty niczego nie potrafisz!!!… choćby porządnych pieniędzy nie zarobisz! … W domu na ciebie nigdy nie można liczyć!… — rozpłakała się Marlena, — …I dzieci nie mamy…, — dodała szeptem. Bela — biało-ruda kotka, około dziesięciu lat, wdrapawszy się na szafę, milcząco obserwowała kolejną „tragedię” z góry. Wiedziała i czuła, iż mama i tata się kochają, choćby bardzo… Więc nie rozumiała — po co rzucać tak gorzkimi słowami, skoro wszystkim od nich będzie źle. Mama, płacząc, uciekła do pokoju, a tata zaczął palić papierosa za papierosem. Bela, widząc jak rodzina się rozpada na jej oczach, zamyśliła się: „W domu musi być szczęście…, a szczęście to dzieci…, trzeba jakoś zdobyć dzieci…”. Bela nie mogła mieć maluchów — dawno została wysterylizowana, a mama… lekarze mówili, iż może, ale „coś się nie składało”… Rano, kiedy rodzice wyszli do pracy, Bela pierwszy raz wyskoczyła przez okno na klatce i odwiedziła sąsiadkę Łapkę — pogadać i poradzić się. — Po co wam dzieci?! — prychnęła Łapka — u nas jak przyjdą z dziećmi, chowam się przed nimi…, to pyszczek pomadą wysmarują, to ściskają, aż odechu brak! Bela westchnęła: — Nam potrzebne normalne dzieci… Tylko gdzie je znaleźć… — No cóż… Ta uliczna Maszka znowu się okociła… pięć ich tam leży… — zamyśliła się Łapka — wybieraj… Bela, na własne ryzyko, przeskakując z balkonu na balkon, zeszła na ulicę. Nerwowo się trzęsąc, przecisnęła się przez pręty piwnicznego okna i zawołała: — Maszka, wyjdź na chwilkę, proszę… Z głębi piwnicy rozległo się rozpaczliwe piszczenie. Bela, ostrożnie pełzając i rozglądając się dookoła, ruszyła za cichymi kwileniami. Pod kaloryferem, na żwirku, leżało pięć ślepych kociąt, pchając się pyszczkami w powietrze i głośno wołając mamę. Po zapachu poznała — Maszki dawno nie było — minimum trzy dni, a maluchy głodowały… Bela, prawie płacząc, ostrożnie, ale uparcie wyniosła każde kocię pod klatkę schodową. Starając się utrzymać żałośnie popiskujące maluchy na miejscu, położyła się obok nich, z niepokojem wyglądając z końca podwórza, skąd mieli wrócić tata z mamą. Paweł, milcząc, odebrał Marlenę z pracy i tak samo milcząco wrócili do domu. Podchodząc pod blok, oniemieli — na schodkach leżała ich Bela, (która wcześniej sama nigdy nie wychodziła na dwór), a pięć kolorowych kociąt próbowało ją ssać, popiskując. — Jak to się stało?? — zdziwił się Paweł. — Cud… — przytaknęła Marlena i, chwytając kotkę z maluchami na ręce, pobiegli do mieszkania… Patrząc na mruczącą Belę w kartonowym pudełku pełnym kociąt, Paweł zapytał: — A co z nimi zrobimy? — Wykarmię z butelki… jak podrosną, rozdamy… zadzwonię do koleżanek… — odpowiedziała cicho Marlena. Trzy miesiące później „oszołomiona” nowiną Marlena siedziała, głaszcząc kocią „drużynę” i patrząc w „przestrzeń”, powtarzała w kółko: — To się nie dzieje naprawdę…, nie wierzę… A potem z Pawłem płakali ze szczęścia, on kręcił ją na rękach i rozgadali się na wyścigi: — Nie na darmo dom zbudowałem!… — Dziecku na podwórku będzie najlepiej!… — Kociaki niech też biegają! — Wszyscy się zmieścimy! — Kocham cię!!! — A ja ciebie jeszcze bardziej!!!… Mądra Bela otarła łzę — a jednak życie się układa…
Centrum Bajki i Animacji OKO w Bielsku - Białej stawia na "Kocią Szajkę"
Stefan uratował bezdomnego kota – po miesiącu jego mieszkanie zmieniło się nie do poznania
— Znowu się liże! Maks, zabierz go stąd! Nastka patrzyła z irytacją na Tymię, który bezmyślnie podskakiwał jej pod nogami. Jak mogli się wpakować w takiego łobuza? Tyle czasu zastanawiali się, wybierali rasę, radzili się hodowców. Wiedzieli, jaka to odpowiedzialność. Ostatecznie zdecydowali się na owczarka niemieckiego – miał być wiernym przyjacielem, stróżem i obrońcą. Taki pies – jak szampon: trzy w jednym. Tylko iż tego „obrońcę” samemu trzeba ratować przed kotami… — Przecież on jeszcze szczeniak. Poczekaj, zobaczysz, jak podrośnie. — Ta, czekam z utęsknieniem, aż ten koń wyrośnie. Zauważyłeś, iż żre więcej od nas? Jak my go wykarmimy? I nie tup, baranie, bo dzieciaka obudzisz! Nastka zbierała buty rozrzucone przez Tyma. Mieszkali na Powiślu, na parterze dużej, przedwojennej kamienicy, z oknami wpół zatopionymi w asfalcie. Miejsce świetne, gdyby nie jedno „ale”. Okna wychodziły na ślepy, ponury kąt podwórka, gdzie wieczorami przemykały cienie, schodzili się panowie na pogaduchy, czasem awantury. Prawie cały dzień Nastka siedziała w domu sama z nowonarodzoną Kają. Maks od rana pracował w Muzeum Narodowym, a wolny czas spędzał na targach staroci i w antykwariatach. Oko znawcy sztuki, oko-sokole, jak żartowała Nastka, potrafiło wyłowić prawdziwe perły — obrazy, rzadkie książki, przedmioty codziennego użytku. Maks był zapalonym kolekcjonerem. W domu uzbierała się już niezła kolekcja obrazów, na półkach bufetu pyszniły się talerze ćmielowskiej porcelany, figurki z czasów PRL-u i srebrne sztućce z początku XX wieku… Nastce było nieswojo zostawać samej z tym wszystkim i z maleńką córką, a włamów w kamienicy zdarzało się niemało. — Nastka, kiedy najlepiej wyjść z Tymem? Teraz, czy po obiedzie? — Nie wiem. To nie moja psia sprawa! Gdy Tym usłyszał magiczne „na spacer”, wyleciał jak strzała do przedpokoju, aż nim zarzuciło na zakręcie, chwycił smycz, przybiegł z powrotem i podskoczył prawie pod sam sufit. Toż to koń, nie pies. Wszystkich wita, wszystkich kocha, każdemu przynosi piłeczkę, tylko goście — stop na progu. Ot, dusza na wierzchu, a wzięli go przecież do pilnowania! choćby za kotami na podwórku nie gania. Leciał do nich z piłką, rozegrany, pewny, iż się z kotem pobawi. Dostał dwa razy po łapach. Kocury na podwórku mają lepszą reputację niż niejeden pies – może to właśnie one nadawałyby się na stróża… Jutro cały dzień sama. Mąż jedzie do Kazimierza Dolnego na Festiwal Sztuki im. Chełmońskiego, a jej co? Porcelanę pilnować i z tym uszatym spacerować? Nie miała baba zmartwień… O świcie mąż wstał cicho, by nie budzić Nastki. A gdzie tam! Słyszała, jak czajnik furkocze w kuchni, jak zabrzęczała smycz, jak Maks szeptem uciszał Tyma, żeby nie piszczał i nie tupał. Przy tych spokojnych dźwiękach zasnęła na chwilę, a kiedy obudziła ją córeczka, Maksa już nie było. Dzień zaczął się zwyczajnie. Taki zwyczajny, spokojny dzień. Czy to nie szczęście? Koleżanki wzdychały: „Nastka, tak wcześnie wyszłaś za mąż, latasz między mężem a dzieckiem, cały dzień w kuchni, codzienność cię wciąga…” Ale czy w codzienności brak uroku? Może nie wszystko wyszło, jak marzyła. Dokuczała nieobecność męża, ciasnota, brak środków. No i ta jego gorąca pasja, w której płonęły niemal wszystkie oszczędności… Teraz przyprowadził jeszcze tego uszatego przyjaciela, a opieka nad nim spadła na Nastkę. Ale wiedziała już: ukochanych trzeba kochać z ich zaletami i wadami. Nikt nie obiecywał perfekcji… Gdy zrozumiała tę prostą prawdę, Nastka uspokoiła się i postanowiła cieszyć się tym, co ma, zamiast marudzić za tym, czego nie ma. Siedziała w dziecięcym pokoju i karmiła córeczkę, która podczas karmienia usypiała i trzeba było czekać, aż się znów obudzi i zacznie ssać. Zadzwonił dzwonek, ale Nastka nie otworzyła. Nikogo się nie spodziewała, a bez zapowiedzi nikt przez pół miasta nie przyjedzie w odwiedziny. Drogocenne poranne godziny, jakże je lubiła! W domu cisza, tylko stare zegary w przedpokoju tykają, a z uchylonego okna wpadał znajomy z dzieciństwa miejski gwar: warkot tramwajów, prychanie autobusów, brzęk mioteł na chodniku, dziecięce głosy… A gdzie ten uszaty? Dawno się nie pokazywał, dziwne. Oczywiście, Tym wcale nie był uszaty – uszy miał jak trzeba, sterczące, tylko z natury taki był. Gapowaty i już. No i masz, trzeba z nim żyć, karmić go, wyprowadzać, a pożytku zero. Może jednak lepiej było wziąć jamnika… Nastka zapatrzyła się na córeczkę, która najedzona, jak pijawka, odpadła od piersi. No, mamy śliczną dziewczynkę! Złotko moje, szeptała Nastka, układając małą do snu. Rośnij… — czego nam więcej trzeba? W tej chwili z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Jakby trzask, jakby pisk. Nastka nasłuchiwała. Trzask się powtórzył. Bezszelestnie zsunęła kapcie i przeszła do salonu. Pierwsze, co ją zaniepokoiło – to postawa Tyma. Jakby chował się za kotarą oddzielającą przedpokój od salonu. Przykucając na czterech łapach, z napiętą postawą, wystawił język i wpatrywał się w głąb pokoju. Nastka podążyła jego wzrokiem i zamarła: w oknie, a adekwatnie w okienku, tkwiło pół faceta. Typowa bandycka, ogolona głowa, ręce i ramiona już w pokoju, jęcząc i sapiąc facet przeciskał suche, żylaste ciało do środka. Nastka nie wierzyła, iż to dzieje się naprawdę. Niemożliwe! Co ma robić?! Krzyczeć? Gość prawie cały już w środku! Jeszcze chwila i… Zdębiała na krzyk. Czarna plama pomknęła pod okno i nie od razu dotarło, iż to Tym. Wyskoczył na parapet i złapał włamywacza za kark! „A-a-a!!!” wrzasnął facet, wybałuszając oczy, gotowe wyskoczyć z orbit. Nastka wybiegła na klatkę, zawołała sąsiadów i potem już nie było tak straszno. Zbiegli się ludzie, wezwali policję. Wszyscy chcieli pomóc, choć nie było jak, ale sama obecność pomagała najbardziej. Co by zrobiła sama? Przełamując strach, Nastka podeszła do faceta: żeby tylko Tym nie przegryzł mu gardła. Tego by jeszcze brakowało! Ale Tym, mądra bestia, chwycił go za kołnierz i trzymał mocno, ale ostrożnie. Ani kropli krwi! Tylko kiedy bandyta szamotał się, Tym przyciskał mocniej. Gdy facet się uspokajał – pies rozluźniał chwyt. Skąd on to wiedział? Ten gapowaty Przyjaciel z piłeczką zadziałał jak zawodowiec. Nie szczekał, nie hałasował, tylko zrobił zasadzkę za kotarą i poczekał, aż facet wciśnie się do połowy, wtedy unieruchomił go i trzymał precyzyjnym chwytem – nie dusił, nie ranił. Jak mówią: nasze zadanie zatrzymać, a resztą zajmie się wymiar sprawiedliwości. choćby najstarsi posterunkowi nie pamiętali, by złodziej tak się cieszył z zatrzymania. Facet przeżył niezłe chwile w zębach Tyma i szczęśliwy był, iż ktoś go w końcu uwolnił, za to pies uznał, iż takiej zdobyczy nie wypuści! Tak wczuł się w rolę, iż musieli go długo przekonywać, aż przyjechał policyjny przewodnik. Komenda – i Tym puścił! Wypuścił faceta, usiadł przy oknie i wpatrzył się oddanie w policjanta: „Rozkazujcie, wykonuję!”, brakowało tylko, żeby salutował. — Macie szczęście do psa – przewodnik pogłaskał Tyma po karku i westchnął: — nam by taki przydał się do dochodzeniówki… Maks wrócił późnym wieczorem. Ostrożnie otworzył drzwi i stanął zaskoczony w progu. I było czym się zdziwić. Po pierwsze: Tym leżał na kanapie, co było surowo zakazane i nigdy się nie zdarzało. Po drugie: rozwalony na wszystkie cztery łapy w najbardziej leniwej, wręcz bezczelnej pozie, a Nastka drapała go po brzuchu, głaskała i prawie całowała, powtarzając: „Radości ty moja, cudeńko, źrebaczku malutki. Rośnij zdrowo! Na pociechę mamusi i tatusiowi! Jakże ja cię krzywdziłam, wybacz, już nigdy nie będę!” Tę historię opowiedział mi kiedyś na Festiwalu Chełmońskiego sam uczestnik wydarzeń – kolekcjoner sztuki. Tym pewnie opisałby to jeszcze lepiej: jak tropił, jak chwytał, jak przekazywał policji… To było dawno, ale ta opowieść cały czas żyła mi w pamięci. Aż wreszcie musiałam się nią z Wami podzielić…
Burmistrz Wieliczki odwiedził schronisko w Borku po interwencji w pseudohodowli psów
Krowieńczak księżycoróg - nosorożec na krowim placku
Wiewiórki w Poznaniu. Jak je chronić przed złymi nawykami ludzi?
„Zostałeś porzucony? Po zwolnieniu uratowałem psa z ulicy i wyruszyłem z nim na nową przygodę…”
Wilk znów widziany niedaleko Poznania. Jest apel gminy!
Koty dostaną własny dom. Gdańsk rozbudowuje schronisko
Jak wyglądał 2025 rok w kieleckim schronisku dla zwierząt?
— Znowu się liże! Maks, zabierz go stąd! Nastka z irytacją patrzyła na Tymka, który bez ładu podskakiwał jej pod nogami. Jak mogliśmy się wpakować w takiego gamonia? Tyle czasu wybieraliśmy rasę, radziliśmy się hodowców, zastanawialiśmy się nad odpowiedzialnością. W końcu zdecydowaliśmy się na owczarka niemieckiego – żeby mieć wiernego przyjaciela, strażnika i obrońcę. Jak szampon – trzy w jednym. Tylko tego obrońcę samemu przed kotami trzeba ratować… — Przecież on jeszcze szczeniak. Poczekaj, urośnie, zobaczysz. — Ta. Czekam z niecierpliwością, kiedy ten koń podrośnie. Zauważyłeś, iż je więcej od nas dwojga razem? Jak my go wykarmimy? I nie tup, gamoniu, bo mi dziecko obudzisz! – burknęła Nastka, zbierając buty rozrzucone przez Tymka. Mieszkali na ulicy Kutrzeby, na parterze dużego, starego „poniemieckiego” bloku, z oknami niemal przy samej ziemi. Miejsce super, gdyby nie jedno „ale”. Okna wychodziły na odcięty, ciemny zakątek podwórza, gdzie wieczorami kręciły się cienie, przesiadywali panowie z osiedla, a czasem dochodziło do bójek. Prawie cały dzień Nastka była sama w domu, z nowo narodzoną Kasią. Maks od rana pracował w Muzeum Narodowym, a wolny czas spędzał na targach staroci i w antykwariatach. Oko znawcy sztuki – sokole oko, jak żartowała Nastka – zawsze wyłowiło jakieś dzieło, rzadką książkę czy przedmiot z duszą. Maks był zapalonym kolekcjonerem. Niepostrzeżenie w domu zebrała się niezła kolekcja obrazów, a w kredensie z lat 60. pyszniła się porcelana z Ćmielowa, figurki z PRL-u i srebra z początku XX wieku… Nastka bała się zostawać sama z takim majątkiem i maleńką córeczką w ramionach, zwłaszcza iż włamania zdarzały się ostatnio często. — Nastka, jak myślisz, kiedy lepiej z Tymkiem iść na spacer? Teraz czy po obiedzie? — Nie wiem. I w ogóle, to nie moje psie sprawy! Na dźwięk magicznego „spacer”, Tymek – jak szalony – wytoczył się do przedpokoju, na zakręcie prawie się wywrócił, chwycił smycz, przybiegł z powrotem i podskoczył pod sam sufit. No koń, nie pies! Kocha wszystkich, do wszystkich się łasi, każdemu przynosi piłeczkę, tylko gości – na wycieraczce zatrzymuje. Otwarta dusza, swojak, ale przecież mieli go mieć do obrony! choćby za kotami z podwórka nie pogoni. Podbiega do nich z piłką, zadowolony, myśląc „poigramy sobie!”. No i już parę razy oberwał po pysku. Koty na ich podwórku – to dopiero twardziele, ich to powinni brać na obronę… Jutro cały dzień znów sama. Mąż wyjeżdża do Kazimierza na Festiwal Malarstwa, a co jej zostaje? Stróżować przy porcelanie i spacerować z tym łobuzem? Jakby miała mało zmartwień… Nad ranem mąż wstał cicho, żeby nie obudzić żony. Ale co z tego? Nastka słyszała, jak syczał czajnik w kuchni, zabrzęczała smycz, jak Maks uciszał Tymka, żeby nie szczekał i nie tupał. Przy tych domowych odgłosach przysnęła, a gdy córka ją obudziła, Maksa już nie było. Dzień zaczął się, jak zwykle. Zwyczajny, spokojny, domowy dzień. Czy to nie szczęście? Koleżanki wzdychały: „Och, Nastka, tak wcześnie wyszłaś za mąż, rozrywasz się między mężem a córką, cały dzień w kuchni, dom cię pochłonął…” Ale czy w domowej codzienności nie ma uroku? Może nie wszystko wyszło, jak marzyła. Męczyła ją częsta nieobecność męża, ciasnota, brak pieniędzy. No i ta jego pasja, która pochłaniała tyle pieniędzy… Teraz jeszcze przyprowadził kudłatego „przyjaciela”, a to Nastka musi się z nim zajmować. Ale wiedziała jedno: ukochanych kocha się ze wszystkimi wadami i zaletami. Nikt nie obiecywał perfekcji… Zrozumiawszy to, poczuła spokój i postanowiła cieszyć się tym, co ma, zamiast rozpaczać nad resztą. Siedziała w pokoiku i karmiła córkę, która zasypiała przy piersi i trzeba było czekać, aż się obudzi i znów zacznie ssać. Zadzwonił dzwonek, ale Nastka nie otworzyła. Nikogo się nie spodziewała, a znajomi przez całe miasto bez zapowiedzi nie przychodzą. Cenne poranne godziny – jak ona je lubi! W domu cisza, tylko tykają stare zegary w przedpokoju i z uchylonego okna dobiega znajomy z dzieciństwa szum miasta: stuk tramwajów, mruczenie samochodów, szuranie miotły po chodniku, dziecięce głosy… A gdzie łobuz? Dziwnie długo go nie widać. Chociaż jaki z tego Tymka łobuz – uszy stoją jak trzeba, to tylko taki z charakteru. Gapa, ot co. I teraz żyj z nim, karm go, wyprowadzaj, a pożytku – zero. Może lepiej było wziąć maltańczyka. Nastka zapatrzyła się na córeczkę, która, najadłszy się jak pijawka, oderwała się od piersi. Ach, jaka śliczna dziewczynka im się trafiła! Złotko moje, szeptała Nastka, układając małą do snu. Rośnij… — co nam więcej trzeba? I nagle z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Coś jak trzask, coś jak piszczenie. Nastka nastawiła uszy. Trzask się powtórzył. Cicho zdjęła kapcie i bezszelestnie poszła do salonu. Pierwsze, co ją zaniepokoiło – grzbiet Tymka. Ukrywał się za zasłoną oddzielającą przedpokój od salonu. Przyczajony na lekko ugiętych łapach, pies tkwił w bezruchu, z wysuniętym językiem wpatrując się wgłąb pokoju. Nastka podążyła za jego wzrokiem i zamarła: w oknie, raczej w uchylonej lufciku, tkwiła połowa mężczyzny. Typowa bandycka łysa głowa, ręce i ramiona już były w środku, mężczyzna z trudem wpychał swoje szczupłe, żylaste ciało przez okno. Nastka nie wierzyła własnym oczom. Niemożliwe, by to działo się naprawdę! Co robić?! Krzyknąć? Mężczyzna był już prawie cały w salonie! Jeszcze moment i… Nastka wystraszyła się własnego krzyku. Czarny cień rzucił się w stronę okna – dopiero po chwili zorientowała się, iż to Tymek. Wskoczył na parapet i złapał włamywacza za kark! „Aaaaa!” – wrzasnął facet niskim, ochrypłym głosem i wytrzeszczył oczy, jakby miały wyskoczyć z orbit. Nastka wybiegła na klatkę, zawołała sąsiadów, a potem było już mniej strasznie. Zbiegli się ludzie, wezwano policję. Każdy starał się pomóc, chociaż nie było za bardzo czym, ale sama ich obecność dawała poczucie bezpieczeństwa. Co by zrobiła sama? Przezwyciężając strach, Nastka podeszła ostrożnie do mężczyzny – bo jeszcze Tymek przegryzie mu gardło. Tego tylko brakowało! Ale Tymek, mądra bestia, złapał bokiem, za kołnierz i trzymał mocno, ale ostrożnie. Ani kropli krwi! Dopiero kiedy włamywacz próbował się poruszyć, Tymek mocniej zaciskał szczęki, a gdy facet się poddawał, pies lekko puszczał uścisk. Skąd on to wszystko wiedział? Ten gamoń z piłką zachowywał się jak rasowy profesjonalista. Usłyszał hałas – poszedł sprawdzić, nie zaszczekał. Dlaczego? Przecież to byłoby naturalne. Tymczasem urządził zasadzkę za kotarą, popatrzył, pozwolił złodziejowi wejść tylko do połowy, żeby dobrze się zaklinował i nie mógł się wyszarpnąć, i dopiero wtedy zaatakował, a gdy już złapał, to z fachowym uściskiem – nie za mocno, nie raniąc, nie dusząc. Jak mówią, nasze zadanie złapać, a resztą niech się zajmie wymiar sprawiedliwości. choćby starzy, doświadczeni policjanci nie pamiętali, żeby włamywacz tak się cieszył z zatrzymania. Facet przeżył taki strach w paszczy Tymka, iż aż cieszył się, mogąc się poddać, za to pies postanowił zabawić się dłużej. Tak się wczuł w rolę, tak był dumny ze zdobyczy, iż trzeba go było długo namawiać, aż przyjechał patrol z kynologiem. Dał komendę – Tymek od razu puścił! Wypuściwszy mężczyznę z pyska, usiadł przy oknie i z oddaniem spojrzał na oficera, jakby czekając na rozkazy. O mało nie zasalutował. — Macie niesamowitego psa, – oficer poklepał Tymka z uznaniem i westchnął: – do naszej ekipy nadawałby się idealnie… Maks wrócił późnym wieczorem. Ostrożnie otworzył drzwi i zamarł w zdumieniu na progu. Naprawdę było się czemu dziwić. Po pierwsze: Tymek leżał na kanapie, co było surowo zakazane i nigdy się nie zdarzało. Po drugie: rozwalony na wszystkie cztery łapy, leżał w najbardziej wyluzowanej, wręcz nieprzyzwoitej pozie, a Nastka drapała go po brzuchu, tuliła, głaskała i prawie całowała w nos, mrucząc: „Moja radości, kurczaczku, źrebaczku mały! Rośnij zdrów, na pociechę mamie i tacie! I jak ja cię mogłam tak źle oceniać, wybacz…” Tę historię opowiedział mi sam uczestnik wydarzeń – znawca sztuki – podczas jednego z Festiwali Malarstwa w Kazimierzu. Tymek sam pewnie opowiedziałby ją jeszcze barwniej: jak tropił, jak chwytał, jak przekazywał policji. To było dawno – ale historia żyła długo w pamięci. Czułam, jak tymkowa łapa prosi się na papier. Postanowiłam się z Wami nią podzielić…
Radni sprawdzają schronisko w Radomsku
Miasto dopłaci 100% do sterylizacji i kastracji! Rusza akcja dla właścicieli psów i kotów w Oświęcimiu
Pies i Sunia gmina Krośniewice
Zemsta TVP na Dodzie? Telewizja wyemitowała materiał na jej temat [WIDEO]
Światowy Dzień Kota w Poznaniu. Atrakcje, zbiórki i pomoc dla zwierząt
07.02.2026 Czas zuchwałych
🔴 Zakończono akcję w pseudohodowli pod Wieliczką. 149 psów zabezpieczonych, pilnie potrzebne domy tymczasowe
Nowe zasady kontroli L-4. ZUS wejdzie do twojego domu
I Ty możesz dotknąć mastodonzaura | Gazeta wyborcza
Magia Doliny Baryczy w obiektywie... budowlańca. Niezwykła wystawa w Rawiczu
CHŁODZIARKI PEŁNE CIAŁ ZWIERZĄT
Żal, złość i bezsilność. Co pokazała sytuacja sobolewskiego schroniska?
Wieluń stolicą królików. Ponad tysiąc okazów w hali WOSiR [ZDJĘCIA]
"Mówią mi: nikt nie kocha zwierząt tak jak hodowcy zwierząt futerkowych". Skala cierpienia poraża
Nie mogłem uwierzyć, iż to tylko kostium. Szympans to krwawy spektakl
Wypożyczyli choinkę i pomogli bezdomnym zwierzętom
Masowe adopcje psów ze schronisk. Piękny odruch czy problem?
Ptasia grypa w Krakowie. Jak należy się zachować?
Aktywistka oskarża: Samorządy traktują bezdomne zwierzęta jak śmieci
Schroniskowa codzienność nie jest łatwa. „Wszystko zamiatane pod dywan”
46 kotów w jednym mieszkaniu i w fatalnych warunkach. Zostały odebrane właścicielowi
Wrocław: Kopał psa podczas spaceru. Policja odebrała mu go w parku
ZUS przelicza emerytury czerwcowe. Tysiące seniorów dostanie więcej pieniędzy
Hodują, uczą, promują. Beskidzcy pszczelarze uwijają się jak w ulu
07.02.2026 Leśne wędrowanie
Oto najlepsze memy o kotach. Kocie łakocie - gdzie kocia saszeta??? Te kocie obrazki rozbawią Was do łez 07.02.2026
To są najlepsze MEMY o psach! Te słodkie obrazki rozbawią Cię do łez. Niesamowite MEMY o najlepszym przyjacielu człowieka 07.02.2026
Wygrywamy ze śmieciarzami. Pomógł system kaucyjny
– Nikt ich nie wyrzucał – odpowiadaliśmy obu mamom – sami z jakiegoś powodu nie chcieli zostać! Niech przyjeżdżają! Będziemy się cieszyć – Siedź cicho! Nas nie ma w domu! – powiedział spokojnie Piotr. – Ale przecież dzwonią! – przejęła się Wala, podnosząc się z kanapy. – I dobrze – odparł Piotr. – A jeżeli to ktoś ważny? Albo w jakiejś sprawie? – zapytała Wala. – Sobota, dwunasta – Piotr spojrzał na zegarek. – Nikogo nie zapraszałaś, ja nikogo się nie spodziewam! Wniosek? – Tylko zerknę przez Judasza! – szepnęła Wala. – Siedź! – głos Piotra był twardy jak stal. – Nas nie ma! Ktokolwiek tam jest, niech idzie do domu! – A ty wiesz, kto tam stoi? – zdziwiła się Wala. – Przypuszczam, więc lepiej się schować i nie rzucać w oczy za oknem! – poradził Piotr. – jeżeli to ci, o których myślę, nie poddadzą się łatwo! – stwierdziła Wala. – Zależy, ile będziemy im drzwi nie otwierać – odrzekł Piotr spokojnie. – Prędzej czy później pójdą. W każdym razie nocować na klatce nie będą. A my z tobą nigdzie się nie spieszymy. Więc siadaj, weź słuchawki, telefon i oglądaj film. – Piotrze, mama dzwoni – powiedziała Wala, pokazując ekran telefonu. – Wynika z tego, iż za drzwiami twoja ciotka i jej nieporadny syn – podsumował Piotr. – Skąd ty to wiesz? – zdziwiła się Wala. – Gdyby to był mój kuzyn – a Piotr wymówił „kuzyn” z pogardą – dzwoniłaby moja mama! – Nie rozważasz innych opcji? – zapytała Wala. – Sąsiedzi? Nie chcę rozmawiać. Znajomi? Po dwóch dzwonkach już by się poddali. Ludzie kulturalni raczej by zadzwonili wcześniej i zapytali, czy mogą wpaść. A nie tłuc się w drzwi pół godziny! Tak bezczelnie i uparcie próbują tylko nasi natrętni krewni! – Piotrze, to moja ciocia – westchnęła Wala. – Mama pisze, gdzie nas niesie. Ciotka Natalia zatrzyma się u nas na kilka dni, sprawy w mieście! – Napisz, iż hotelów jest w Warszawie pełno – uśmiechnął się Piotr. – Piotrze! – skarciła go Wala. – Ja tak nie mogę napisać! – Wiem – Piotr zamyślił się. – Napisz, iż nas nie ma w domu, bo z powodu karaluchów pryskali i musimy mieszkać w hostelu! – Dobre! – Wala napisała i wysłała wiadomość. – Piotrze, ona chce, żebyśmy wynajęli dwa pokoje: dla niej i Kacpra – zaniemówiła Wala. – Napisz, iż nie mamy pieniędzy. Dodać, iż sami śpimy w wieloosobowym pokoju z piętnastoma obcokrajowcami – Piotr był z siebie zadowolony. – Mama pyta, kiedy wracamy – Wala zerknęła na męża. – Napisz, iż za tydzień – machnął ręką Piotr. W końcu dzwonek ucichł. Małżonkowie odetchnęli z ulgą. – Piotrze, mama napisała, iż ciotka przyjedzie za tydzień – wymamrotała Wala. – A wtedy znowu nas nie będzie w domu – oznajmił Piotr. – Piotr, wiesz dobrze, iż to nie rozwiąże problemu? Nie będziemy tak wiecznie uciekać!? A jak przyjadą w tygodniu? Albo będą czekać po pracy pod drzwiami? Moja ciotka, twój kuzyn – do wszystkiego zdolni! – No tak… – zmarkotniał Piotr. – Po co nam ta trzypokojowa, do cholery? – Przecież braliśmy dla naszej przyszłej dużej rodziny – dodała Wala. – Dziecko trzeba nam! – zdecydowanie powiedział Piotr. – Najlepiej od razu dwójkę! – A co ja jestem przeciw? – zaprotestowała Wala. – Wiesz, iż się badaliśmy! Nie wychodzi! – Musimy zredukować stres, wtedy się uda – stwierdził poważnie Piotr. – Przecież przez nich się tylko denerwujemy! Wypchnąć ich wszystkich skąd wyłażą! Przez nich nic nie wychodzi! Wala tu się z Piotrem nie spierała. Przed ślubem przeszli drogie badania genetyczne. Wszystko ok, także z płodnością. Ale zaraz po weselu trzeba było odłożyć plany na dzieci, by odłożyć na mieszkanie. Na spadek nie było co liczyć. Przed małżeństwem oboje mieszkali z mamami w jednopokojowych mieszkaniach. Pięć lat ciężkiej pracy i oszczędzania pozwoliło kupić większe lokum z rynku wtórnego, włożyli w remont i meble, ale byli bardzo szczęśliwi. Nie zdążyli dobrze świętować przeprowadzki, a już na progu stała ciotka Wali z synem. Żeby młodzi nie protestowali, przyszła z teściową. – No wstydzić się nie trzeba, miejsca jest dość! Nie to, co z Walą w jednej klitce się męczyłyśmy! – W sam raz, do cioci pokoik, Kacprowi drugi! – skwitowała ciotka Natalia. – U nas w salonie się nie śpi – stwierdził Piotr. – To pokój wypoczynkowy! – Ja tu pracować nie zamierzam! – zaśmiała się ciocia. – Walu, wytłumacz mężowi, iż mi z synem niewygodnie, bo on chrapie! I stół by wypadało nakryć! – My się was nie spodziewaliśmy – zająknęła się Wala. – I lodówka pusta – dodał Piotr. – Już dobrze – ciocia wykazała się łaskawością. – Piotr, do sklepu! Walka, do kuchni! – No ruszać się! – prikazała teściowa. – Tak to się gości przyjmuje? – Może ktoś tu pomylił role… – wykrzyknął Piotr, ale Wala odciągnęła go do innego pokoju. Gdy Piotr uwolnił rękę żony od jej ust, spytał: – Walka, czy tu nikt nie przesadził? Zaraz ich wyrzucę do waszej mamy! W sensie, razem z twoją matką! Goście przyjechali, niech się zachowują, jak goście! A to…? – Piotrze, ona prosta kobieta! Ze wsi! U nich tak wypada! – Wieś znam, chamstwa nie toleruję! A to właśnie ono! – Kochany, nie kłóćmy się z mamą i ciotką! Bo potem mi życie zatrują! A ciebie znienawidzą! Tego chcesz? – Wszystko mi jedno, za kogo mnie mają! jeżeli mnie tak traktują, nie zamierzam ich więcej oglądać! – Piotrze, błagam! Mama mnie wtedy przeklnie! A mam tylko ją! I ten argument zadziałał. Piotr zacisnął zęby i poszedł do sklepu. Ciotka Natalia gościła nie trzy dni, jak chciała, ale dwa tygodnie. Piotr na drugi dzień już popijał melisę. Wyjazd ciotki i jej syna małżeństwo świętowało z miotłą i mopem. Trzy dni sprzątali mieszkanie. Potem z kolei zjawił się kuzyn Piotra z rodziną. – Bracie, na chwilę! Sprawy załatwić i z powrotem! – Nie ogarniesz sam?! – zapytał Piotr. – Mam rodzinę! Nie zostawię ich w miasteczku! Pomyśl! – zaśmiał się Darek. – Jak znajdę kłopoty, żona będzie kontrolować! – Dlatego dzieci przywiozłeś? – Piotr spojrzał z ironią. – A z kim bym je zostawił? – Darek klepnął go po plecach. – Im to zabawa, a ja rozkręcę miasto! – Darek! – pisnęła Sylwia. – Ja ci rozkręcę, iż potem nie będziesz miał czym siłować! Po półtorej godziny Wala padła z bólem głowy. Dzieci biegały i krzyczały, Sylwia bez przerwy wrzeszczała do Darka. Darek rwał się w miasto, Sylwia wrzeszczała jeszcze głośniej. – Piotrze, jesteś jedynakiem u mamy, prawda? – Wala wcisnęła się w poduszkę. – Kuzyn po mamie – burknął Piotr. – Mówię na niego „kuzyn”. – Wszystko mi jedno, czy kuzyn, czy nie – można jakoś dać do zrozumienia, by się wynieśli? – Wiesz, z chęcią bym to zrobił, ale jak z twoją ciotką… Mama potem mi z głowy zrobi bigos! Jak tylko udało im się ogarnąć jednych, za chwilę pojawiali się kolejni. Ciotka Wali i syn ciągle mieli coś do załatwienia w mieście. Kuzyn Darek z rodziną regularnie zachodzili „na sprawy”. Nie zapominały też o nich ich mamy – teściowa męczyła zięcia, teściowa – synową. Ciągły stres podgryzał zdrowie psychiczne i fizyczne młodego małżeństwa. O dzieciach marzyć nie było jak – jak, gdzie, kiedy? – Może zamienimy mieszkanie? – zaproponowała Wala. – Na psychiatryk? – zażartował Piotr. – Długo nie trzeba będzie czekać, dostaniemy! – Nie… – Wala się uśmiechnęła. – Takie samo mieszkanie, inna dzielnica! Przeprowadzamy się, nikomu nie powiemy dokąd! – Oni i tak się dowiedzą… – Piotr wzruszył ramionami. – Nowi lokatorzy wygadają… Odnajdą nas, potem rozszarpią! – Może zdążymy zrobić dziecko? – z nadzieją rzuciła Wala. – Trzeba nie tylko zrobić, ale donosić i urodzić… Może to da im do myślenia… – Albo się wyprowadzimy… – jęknęła Wala. – Do znajomych? Może się schowamy! – Waldek z Kasią? – zapytał Piotr. – Tak, mają pokój! – Ale tam jest Tera – uśmiechnął się Piotr. – Zapomniałaś? – Z psem chętniej zamieszkam niż z rodziną! – Wala bezsiły opuściła głowę. – Poczekaj! – krzyknął Piotr, chwytając telefon. – Waldek, pożycz psa! – Kumplu! Jesteś moim zbawcą! Wybieramy się z Kasią na urlop, ale nie mamy z kim zostawić Terki! Obcych nie lubi, was zna i szanuje! Karmę przywiozę, legowisko, zabawki, miski! Jeszcze dorzucę! – Przywoź! – ucieszył się Piotr. Wracając do Wali, promieniał jak wiosenne słońce: – Dzwoń do mamy, niech ciotka jutro przyjedzie! Ja dzwonię do Darka, żeby w tygodniu wpadał! – Jesteś pewny? – upewniała się Wala. – Przyjmujemy ich z radością! – zapowiedział Piotr. – Kto jest sobie winny, iż nie podoba im się nasz „lokator”? Kuzynowi Darkowi i jego rodzinie wystarczył jeden „hau”, by wybrać hotel. ale ciotka Natalia postanowiła walczyć o prawo gościny. – Zamknijcie tego stwora gdzieś! – żądała, chowając się za plecami syna. – Ciociu Natalko, żarty sobie robisz? – uśmiechnął się Piotr. – Czterdzieści pięć kilo samych mięśni! To nie ratlerek, to owczarek niemiecki! Nie ma takich drzwi, których by nie sforsowała! – Czemu na mnie się szczerzy? – ciotka zadrżała. – Obcych nie lubi – wzruszyła ramionami Wala. – Oddajcie ją! Nie mogę mieszkać z takim zwierzakiem! – Jak to oddać? – Piotr się zirytował. – Ten słodki psiak jest teraz nasz! Nie mamy dzieci, a kochać kogoś trzeba! A ją bardzo kochamy! – I nigdzie jej nie oddamy! – dodała Wala. Obie matki dzwoniły potem, czemu zostali odmówieni w gościnie rodzinie. – Nikt ich nie wyrzucał – odpowiadaliśmy każdej – sami z jakiegoś powodu nie chcieli zostać! Niech przyjeżdżają! Zawsze się ucieszymy! – A pies? – Mamo, ale nikomu nie odmawiamy! Ale i mamy straciły ochotę na wizyty. Po miesiącu Tera wróciła do właścicieli, choć chętnie by wróciła do pierwszego telefonu. Ale nie było potrzeby – Wala spodziewała się bliźniaków.
Dziennikarka Polsatu stanowczo o sytuacji zwierząt w Polsce. Przykre słowa
Kastracja to tylko początek. Holandia i Niemcy stawiają na coś jeszcze
Pułapka humanizacji zwierząt
Populacja szopów praczy w Niemczech wymknęła się spod kontroli
OKRUTNE PATOSCHRONISKO POD NADZOREM