Zwierzęta

OKRUTNE PATOSCHRONISKO POD NADZOREM
Joanna Przetakiewicz wyprowadza na spacer psy ze schroniska. Ma jeden apel
Wirus dotarł do Krakowa. Może powodować duże straty gospodarcze!
— Nie mogłem go zostawić, mamo — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Po prostu nie mogłem Nikita miał czternaście lat, a cały świat był przeciwko niemu. A może raczej — po prostu nikt go nie rozumiał. — Znów ten łobuz! — mamrotała ciotka Krysia z klatki trzeciej, przechodząc pospiesznie na drugą stronę podwórka. — Wyobraź sobie, samotna matka wychowuje, to i są efekty! A Nikita szedł z rękami w kieszeni podartych dżinsów i udawał, iż nie słyszy. Choć dobrze słyszał. Mama pracowała — znowu do późna. Na stole w kuchni kartka: „Kotlety są w lodówce, podgrzej sobie”. I cisza. Zawsze cisza. Właśnie wracał ze szkoły, gdzie nauczyciele kolejny raz „rozmawiali” o jego zachowaniu. Jakby nie wiedział, iż stał się dla wszystkich problemem. Wiedział. Ale co z tego? — Hej, chłopcze! — zawołał do niego wujek Witek, sąsiad z parteru. — Widziałeś tu kulejącego psa? Trzeba by go przegonić. Nikita się zatrzymał. Spojrzał uważniej. Przy śmietniku rzeczywiście leżał pies. Nie szczeniak, dorosły rudzielec z białymi łatami. Nieruchomo, tylko oczy śledziły ludzi. Mądre, smutne oczy. — Niech go ktoś wreszcie przepędzi! — zawtórowała ciotka Krysia. — Chory pewnie! Nikita podszedł bliżej. Pies nie ruszał się, tylko słabo machał ogonem. Na łapie — poszarpana rana, przyschnięta krew. — Po co stoisz? — zirytował się wujek Witek. — Weź kij i przepędź! W Nikicie coś nagle pękło. — choćby nie próbujcie go tknąć! — wykrzyknął stanowczo, zasłaniając psa własnym ciałem. — Nikomu nic złego nie zrobił! — Ty to masz serce, — zdziwił się wujek Witek. — Obrońca zwierząt się znalazł. — I będę bronić! — Nikita ukląkł obok psa, ostrożnie wyciągnął rękę. Rudzielec obwąchał palce i delikatnie oblizał dłoń. Coś ciepłego zalało serce chłopca. Pierwszy raz od dawna ktoś podszedł do niego po ludzku. — Chodź, — szepnął psu. — Chodź ze mną. W domu Nikita zrobił Rudzieńcowi posłanie ze starych kurtek w kącie pokoju. Mama do wieczora w pracy — nikt nie będzie złościć się i wyganiać „zarazy”. Rana wyglądała źle. Nikita poszukał w internecie rad, jak pomóc zwierzętom. Czytał, marszcząc brwi na medyczne terminy, ale uczył się pilnie wszystkiego. — Trzeba przemyć wodą utlenioną, — mruczał, grzebiąc w domowej apteczce. — Potem brzegi jodem. Delikatnie, żeby nie bolało. Pies leżał spokojnie, ufnie dawał obandażować łapę. Patrzył na Nikitę wdzięcznymi oczami — tak nikt na niego nie patrzył od miesięcy. — Jak masz na imię? — zapytał Nikita, bandażując. — Rudy jesteś. Może Rudy? Pies szczeknął cicho — jakby się zgodził. Wieczorem przyszła mama. Nikita szykował się na awanturę, ale mama tylko obejrzała Rudego, sprawdziła bandaż. — Sam opatrywałeś? — zapytała cicho. — Sam. W internecie znalazłem jak. — A czym go będziesz karmił? — Coś wymyślę. Mama długo patrzyła na syna. Potem na psa, który ufnie lizał jej rękę. — Jutro pójdziemy do weterynarza, — powiedziała. — Sprawdzimy łapę. A imię już ma? — Rudy, — rozpromienił się Nikita. Pierwszy raz od miesięcy nie było między nimi muru niezrozumienia. Rano Nikita wstał godzinę wcześniej niż zwykle. Rudy chciał wstać, skomląc z bólu. — Leż, leż, — uspokajał go chłopiec. — Zaraz przyniosę wodę, coś do jedzenia. W domu nie było psiej karmy. Niestety, oddał ostatniego kotleta, rozmoczył chleb w mleku. Rudy jadł łapczywie, ale uważnie, oblizując każdy okruszek. W szkole Nikita pierwszy raz od dawna nie odpowiadał zaczepnie nauczycielom. Myślał tylko o jednym — czy Rudy czuje się lepiej? Czy go boli? Czy się nie nudzi? — Dziś jesteś jakiś inny, — zdziwiła się pani od wychowawczego. Nikita tylko wzruszył ramionami. Nie chciał opowiadać — wyśmieją. Po lekcjach biegł do domu, ignorując krzywe spojrzenia sąsiadów. Rudy przywitał go radośnie — już stał na trzech łapach. — No co, przyjacielu, chcesz na dwór? — Nikita zrobił smycz ze sznurka. — Tylko ostrożnie, dbaj o łapę. Na podwórku działy się cuda. Ciotka Krysia na widok nich prawie zadławiła się pestkami: — On go naprawdę do domu przyniósł! Nikita! Ty chyba oszalałeś?! — No i co z tego? — spokojnie odpowiedział chłopiec. — Leczę go. Niedługo wyzdrowieje. — Leczyć?! — podeszła sąsiadka. — A pieniądze na leki skąd masz? Kradniesz matce? Nikita zacisnął pięści, ale się opanował. Rudy przytulił się do nogi — wyczuwał napięcie. — Nie kradnę. Wydaję swoje oszczędności. Na drugie śniadania zbierałem, — odpowiedział cicho. Wujek Witek pokręcił głową: — Chłopcze, zrozum, to żywa istota. To nie zabawka. Trzeba karmić, leczyć, wyprowadzać. Od tej pory każdy dzień zaczynał się od porannego wyjścia. Rudy gwałtownie zdrowiał, już biegał, choć lekko utykał. Nikita uczył go komend — cierpliwie, godzinami. — Siad! Brawo! Podaj łapę! Właśnie tak! Sąsiedzi obserwowali z daleka. Jedni kręcili głową, inni się uśmiechali. Nikita widział tylko oddane oczy Rudego. Zmienił się. Nie od razu — powoli. Przestał odpowiadać opryskliwie, zaczął sprzątać w domu, poprawił ocenę. Znalazł cel. I to był dopiero początek. Po trzech tygodniach wydarzyło się coś, czego Nikita najbardziej się obawiał. Wracał z Rudym z wieczornego spaceru, gdy zza garaży wyskoczyła wataha bezdomnych psów. Pięć, może sześć — złych, głodnych, z błyszczącymi w ciemności oczami. Przywódca, wielki czarny kundel, szczerzył zęby. Rudy instynktownie stanął za plecami Nikity. Łapa go bolała, biegać nie umiał. Tamte psy wyczuły słabość. — Odejdźcie! — krzyknął Nikita, wymachując smyczą. — Wynocha! Ale wataha nie cofała się. Otoczyły ich. Czarny coraz głośniej warczał, szykując się do skoku. — Nikita! — z góry rozległ się kobiecy krzyk. — Uciekaj! Zostaw psa, biegnij! To była ciotka Krysia, wyglądająca z okna. Za nią kilka sąsiedzkich twarzy. — Dzieciaku! Nie udawaj bohatera! — krzyczał wujek Witek. — On nie ucieknie, przecież kuleje! Nikita spojrzał na Rudego. Ten drżał, ale nie uciekł. Przytulił się do nogi gospodarza, gotów być razem, bez względu na wszystko. Czarny pies skoczył pierwszy. Nikita zasłonił się rękami, ale zęby wbiły mu się w ramię, przebiły kurtkę. A Rudy, mimo chorej łapy, mimo strachu — rzucił się bronić swego człowieka. Wgryzł się w nogę przywódcy, zawisł na niej całym ciałem. Zaczęła się walka. Nikita bił się nogami, rękami, próbując osłonić Rudego. Dostał ugryzienia, podrapania, ale stał twardo. — Matko Boska, co tu się dzieje! — lamentowała ciotka Krysia. — Witek, zrób coś! Wujek Witek zbiegł ze schodów, chwycił kij, kawałek metalu — cokolwiek. — Wytrzymaj, chłopaku! — wołał. — Już idę! Nikita już padał pod naporem watahy, gdy usłyszał znany głos: — Już dość! To była mama. Wypadła z klatki z wiadrem wody i oblała psy. Wataha odskoczyła, warcząc. — Witek, pomóż! — wołała. Wujek Witek podbiegł z kijem, jeszcze kilku sąsiadów zeszło z góry. Bezdomni w końcu zrozumieli, iż siły są nierówne i uciekli. Nikita leżał na asfalcie, przytulając Rudego. Obaj we krwi, obaj drżeli, ale byli żywi. Całkiem cali. — Synku, — mama uklękła przy nim, oglądała rany. — Ale mnie nastraszyłeś. — Nie mogłem go zostawić, mamo, — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Po prostu nie mogłem. — Rozumiem, — odpowiedziała cicho. Ciotka Krysia zeszła na dół, podeszła bliżej. Patrzyła na chłopca, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. — Chłopcze, — wydusiła, — za psa mogłeś zgi…ąc przecież! — To nie „za psa”, — przerwał jej niespodziewanie wujek Witek. — To za przyjaciela. Wie pani, Krynka, jaka to różnica? Sąsiadka tylko kiwnęła głową. Po jej policzkach popłynęły łzy. — Chodźcie do domu, — powiedziała mama. — Trzeba opatrzyć rany. I Rudego też. Nikita z trudem wstał i wziął psa na ręce. Rudy cichutko skomlił, ale ogon lekko machał — cieszył się, bo gospodarz był blisko. — Zaczekajcie, — zatrzymał ich wujek Witek. — Jutro do weterynarza pojedziecie? — Pojedziemy. — Zawiozę was. Mam samochód. I za leczenie zapłacę — bo pies okazał się bohaterem. Nikita spojrzał zaskoczony na sąsiada. — Dziękuję, wuju Witku. Ale sam sobie poradzę. — Nie dyskutuj. Kiedyś odrobisz i oddasz. A na razie… — mężczyzna poklepał go po ramieniu. — Na razie jesteśmy z ciebie dumni. Prawda? Sąsiedzi kiwali głowami. Minął miesiąc. Zwyczajny październikowy wieczór. Nikita wracał z kliniki weterynaryjnej, gdzie w weekendy pomagał wolontariuszom. Rudy biegał obok — łapa wyzdrowiała, kulenie prawie zniknęło. — Nikita! — zawołała ciotka Krysia. — Zaczekaj! Chłopiec się zatrzymał, szykując się na kolejną pogadankę. Ale sąsiadka podała mu torbę z karmą. — Dla Rudego, — powiedziała speszona. — Dobra karma, droga. Tak o niego dbasz. — Dziękuję, ciociu Krysiu, — odpowiedział szczerze Nikita. — Ale mamy karmę. Dorabiam w klinice, pani doktor Anna płaci. — Weź mimo wszystko. Przyda się. W domu mama szykowała kolację. Gdy zobaczyła syna, uśmiechnęła się: — Jak w klinice? Pani doktor Anna zadowolona? — Mówi, iż mam dobre ręce. I cierpliwość jest. — Nikita pogładził Rudego po głowie. — Może zostanę weterynarzem. Poważnie myślę. — A nauka? — W porządku. choćby pan Piotr fizyk pochwalił. Mówi, iż jestem bardziej skupiony. Mama kiwnęła głową. W ciągu miesiąca syn zmienił się nie do poznania. Nie był opryskliwy, pomagał w domu, choćby sąsiadów witał. Najważniejsze — miał cel. Miał marzenie. — Wiesz, — zaczęła, — jutro Witek przyjdzie. Chce zaproponować ci dodatkową pracę. Jego znajomy ma hodowlę, potrzebuje pomocnika. Nikita rozpromienił się: — Naprawdę? Mogę zabrać Rudego? — Myślę, iż tak. Teraz to prawie pies służbowy. Wieczorem Nikita siedział z Rudym na podwórku. Trenowali komendę „pilnuj”. Pies pilnie wykonywał polecenia, patrząc oddanymi oczami. Wujek Witek przysiadł obok na ławce. — Jutro faktycznie do hodowli jedziesz? — Jadę. Z Rudym. — To połóż się wcześniej. Ciężki dzień cię czeka. Wujek poszedł, Nikita jeszcze chwilę siedział z Rudym. Pies położył pysk na kolanach gospodarza, cicho westchnął z zadowoleniem. Odnaleźli siebie. I już nigdy nie będą samotni.
Echa interwencji w Sobolewie. Do gmin trafiają pisma ws. schronisk
Ranking nielegalnego handlu szczeniętami. Polska w niechlubnej czołówce
„Proszę… nie zostawiaj mnie samego. Nie dziś, nie tej nocy.” Ostatnie słowa, które 68-letni emerytowany nadkomisarz Janusz Kowalski wyszeptał, zanim osunął się na parkiet swojego salonu. Jedyne żywe stworzenie, które je usłyszało, to jego wierny, starzejący się policyjny owczarek niemiecki – Orion, partner i towarzysz przez dziewięć ostatnich lat. Janusz nigdy nie należał do wylewnych. choćby po odejściu małżonki, choćby na emeryturze, krył ból głęboko w sobie. Mieszkańcy osiedla znali go głównie jako cichego wdowca, który co wieczór spaceruje powoli ze swoim starym psem. Obaj szli tym samym, ociężałym krokiem – jakby czas postanowił obciążyć ich jednakowo. Dla innych byli dwoma zmęczonymi wojownikami, którzy nie potrzebowali niczyjej pomocy. Ale tego chłodnego wieczoru wszystko się zmieniło. Orion drzemał przy kaloryferze, gdy usłyszał nagłe łoskotnięcie – upadek Janusza na podłogę. Z trudem podniósł głowę, zmysły natychmiast się wyostrzyły. Pies poczuł strach. Usłyszał urywane oddechy. Ze stawami zesztywniałymi od starości, Orion przeczołgał się do swojego partnera. Janusz dyszał płytko, nieregularnie. Palce kurczyły się rozpaczliwie, jakby chciały sięgnąć po pomoc. Słów nie rozumiał, ale wyczuł wszystko: strach. Ból. Pożegnanie. Orion raz barknął. Potem ponownie. Głośniej, złowieszczo. Drapał pazurami w drzwi wejściowe – tak długo i mocno, iż zostawił na nich ślady krwi. Szczekał coraz głośniej, aż jego głos rozszedł się po całym podwórku i sąsiednich domach. W tej chwili na ganek przybiegła Lena – młoda sąsiadka, która często przynosiła Januszowi domowe ciasto. Od razu poznała, iż to nie zwykłe szczekanie, ale rozpaczliwy alarm. Próbowała dostać się do środka, ale drzwi były zamknięte. Przez szybę zobaczyła Janusza leżącego bez ruchu. – Janusz! – krzyknęła z paniką, już zerkając pod wycieraczkę po ukryty lata temu klucz „na wypadek, gdyby życie zaskoczyło”. Klucz wyślizgnął się jej dwa razy, zanim otworzyła drzwi. Wpadła do mieszkania tuż w chwili, gdy oczy Janusza przewracały się do tyłu. Orion czuwał przy nim, liżąc go po twarzy, żałośnie zawodząc. Lena z drżącymi rękami wybierała numer alarmowy: – 112! Proszę, mój sąsiad! Źle oddycha! Kilka minut później salon wypełnił się zamieszaniem ratowników z karetką. Orion, zwykle opanowany i łagodny, wczepił się łapami przed Janusza, chroniąc go własnym ciałem. – Proszę odciągnąć psa! – krzyknął ratownik. Lena próbowała delikatnie odciągnąć Oriona za obrożę, ale pies nie chciał ustąpić. Jego nogi drżały od artretyzmu, ale wytrwale trwał przy ukochanym panu. Starszy z ratowników, pan Nowak, zlustrował go wzrokiem. Zauważył szron na pysku, służbowe blizny i wyblakły policyjny breloczek przy obroży. – To nie zwykły pies – mruknął cicho do kolegi. – To pracujący owczarek. przez cały czas wykonuje swoją służbę. Ukląkł powoli, nie spoglądając psu w oczy. Jego głos złagodniał: – Jesteśmy tu, żeby pomóc twojemu partnerowi, chłopcze. Zaufaj nam. Orion coś zrozumiał. Z wysiłkiem przesunął się, ale nie odszedł – tylko mocno oparł się o nogi Janusza, na znak, iż nie zamierza się oddalać. Gdy przenieśli Janusza na nosze, monitor serca zwariował. Ręka opadła bezwładnie poza krawędź. Orion zawył tak przejmująco, iż wszystko ucichło. Kiedy pakowali Janusza do karetki, pies próbował wskoczyć za nim, ale tylne łapy odmówiły posłuszeństwa. Runął na podjazd, ryjąc pazurami w beton, próbując się podczołgać. – Nie możemy zabrać psa – zaprotestował kierowca. – Takie procedury… Janusz, niemal nieprzytomny, wyszeptał w pustkę: – Orion… Pan Nowak spojrzał na ledwo kontaktującego mężczyznę, potem na rozpaczającego psa. Zacisnął szczękę: – Pieprzyć procedury. Pomóż mi go wsadzić. We dwóch podnieśli ciężkiego owczarka, wsadzili do karetki przy Januszu. Gdy Orion dotknął właściciela, monitor serca nieco się ustabilizował – wystarczająco, by zapanowała cicha nadzieja. Cztery godziny później. Szpitalną ciszę przerywało tykanie aparatury. Janusz powoli odzyskiwał świadomość. Ostre światło, tlen, zapach lekarstw – wszystko wydawało się snem. – Wszystko z panem dobrze, panie Januszu, przestraszył nas pan – szepnęła pielęgniarka. – Gdzie mój pies? – wymamrotał. Na moment chciała odpowiedzieć standardową formułką o zakazie zwierząt, ale zamilkła. Odsunęła zasłonę. Orion leżał w rogu na kocu, oddychając ciężko, ale spokojnie. Pan Nowak nie zgodził się nigdzie go zabrać – wyjaśnił, iż parametry Janusza za każdym razem spadały, gdy psa nie było obok. Lekarka, po wysłuchaniu historii, wydała „wyjątek z serca”. – Orion… – wyszeptał Janusz. Pies podniósł głowę. Gdy zobaczył Janusza przytomnego, z wysiłkiem doczłapał do niego i położył głowę przy jego dłoni. Janusz zanurzył dłoń w miękkiej sierści i zaszlochał bezgłośnie. – Myślałem, iż cię zostawię… Myślałem, iż tej nocy to już koniec. Orion przybliżył się, liżąc łzy, ogonem słabo uderzając o łóżko. Pielęgniarka wycierała oczy w drzwiach. – To nie on tylko uratował pana życie – powiedziała. – Mam wrażenie, iż pan również uratował jego. Tej nocy Janusz nie musiał mierzyć się z mrokiem sam. Jego dłoń spoczywała na łapie Oriona – dwóch dawnych partnerów, którzy przetrwali dzięki sobie, obiecując cicho, iż nigdy więcej nie zostawią się nawzajem. Niech ta historia trafi do tych, którzy najbardziej jej potrzebują. 💖💖
To nie okoliczności się zdarzają. To ludzie je tworzą. Stworzyliście sytuację, w której wyrzucono żywe stworzenie na ulicę. A teraz chcecie ją zmienić, kiedy Wam wygodnie
Rybak uciekał przed słoniami. Wskoczył do wody, gdzie czaił się drapieżnik
Ptasia grypa u dzikich ptaków w Krakowie. Sprawdź, jakich zasad należy przestrzegać
Wolontariusze przerywają milczenie w sprawie płockiego schroniska: "Chcemy mówić głośno o tym, co dzieje się za jego bramami"
KRADNĄ PSY I OBRAŻAJĄ LUDZI - RELACJA ZE SCHRONISKA W KUFLEWIE
Jak syn Marii Olegowny w środku nocy zadzwonił przerażony po pomoc, bo na szosie znalazł potrąconego owczarka niemieckiego – czyli jak miłość do zwierząt może odmienić człowieka i całą rodzinę
Pies sam biegał po wsi. Zgłoszenie uratowało życie właściciela
Skrajnie wycieńczony myszołów znaleziony pod Poznaniem. "Zaniepokoiło mnie to, iż ptak przestał reagować na obecność człowieka"
Zabawa na niby. Pierwsze takie odkrycie u szympansów bonobo
Serce kota biło głucho w piersi, myśli uciekały, dusza bolała. Jak to się mogło stać, iż jego pani oddała go obcym ludziom, dlaczego go zostawiła? Gdy Olesia dostała na parapetówkę zupełnie czarnego brytyjczyka, przez kilka minut była w szoku… Skromne mieszkanie z rynku wtórnego, na które z trudem odłożyła pieniądze, przez cały czas wymagało urządzenia. Miała też inne problemy, które pochłaniały jej uwagę. I wtedy pojawił się kotek. Gdy otrząsnęła się z szoku, spojrzała w bursztynowo-żółte oczy malucha, westchnęła, uśmiechnęła się i zapytała tego, kto podarował jej gościa: – To kot czy kotka? – Kot! – No dobrze, kot, będziesz Barśkiem – zwróciła się do kociaka. Ten otworzył malutką paszczę i posłusznie zapiszczał „Miau”… ***** Okazało się, iż brytyjczyki to bardzo towarzyskie zwierzęta. I tak już trzeci rok Olesia i Barsiek żyją jak rodzina, dusza w duszę. Co więcej, przy wspólnej egzystencji wyszło na jaw, iż Barsiek ma niezwykle czułą duszę i wielkie serce. Z euforią wita swoją panią po pracy, ogrzewa ją każdej nocy, ogląda z nią filmy wtulony pod bok i kręci się pod nogami podczas sprzątania. Życie z kotem nabrało kolorów. Przyjemnie wiedzieć, iż ktoś czeka na ciebie w domu, z kim możesz się i pośmiać, i posmucić. A przede wszystkim – rozumie cię bez słowa. Wydawałoby się – żyj i ciesz się, ale… Ostatnio Olesia zaczęła odczuwać ból po prawej stronie brzucha. Najpierw uznała, iż niewygodnie się przekręciła i nadwyrężyła mięśnie, potem obwiniała tłuste jedzenie. Gdy bóle narastały, udała się do lekarza. Gdy ten przekazał diagnozę i powiedział, co ją czeka, Olesia przepłakała cały wieczór, wtulając się w poduszkę. Barsiek, wyczuwając jej nastrój, cicho przytulił się do niej i próbował ją pocieszyć melodyjnym mruczeniem. Nieświadomie, wsłuchując się w mruczenie Barsika, Olesia zasnęła. Rano, pogodziwszy się z losem, postanowiła nikomu z bliskich nie mówić o chorobie – żeby oszczędzić sobie litościwe spojrzenia i niezręczne chęci pomocy. W głębi duszy zostawała jej jeszcze odrobinka nadziei, iż lekarze dadzą radę pokonać jej chorobę. Zaproponowano jej kurację, która mogła poprawić jej stan. Pojawił się problem: co zrobić z kotem? Godząc się w sercu z tym, iż choroba może skończyć się tragicznie, postanowiła znaleźć Barsikowi nowy dom i dobrych właścicieli. Dała ogłoszenie w internecie, zaznaczając, iż oddaje rasowego kota w dobre ręce. Gdy pierwszy telefonujący zapytał o powód rozstania ze zwierzakiem, Olesia, sama nie wiedząc czemu, odpowiedziała, iż jest w ciąży i podczas jej trwania pojawiła się alergia na sierść kota. Trzy dni później Barsiek w transporterze i z całym dobytkiem trafił do nowych opiekunów, a Olesia położyła się do szpitala… Dwa dni po tym zadzwoniła do nowych właścicieli i zapytała o Barsika – ci, setny raz przepraszając, poinformowali ją, iż kot uciekł tego samego wieczoru i nie mogą go znaleźć. Pierwszym jej odruchem było uciec ze szpitala i ruszyć na poszukiwania. choćby poprosiła dyżurującą pielęgniarkę, by ją wypuściła, ale ta surowo nakazała wracać do łóżka. Sąsiadka z sali, widząc rozterkę młodej kobiety, zapytała, co się stało. Olesia, zalewając się łzami, wszystko jej opowiedziała. – Nie rozpaczaj, dziecko – odrzekła szczupła starsza pani – jutro ma przyjechać ktoś bardzo znany z Warszawy. Ja też mam zły wynik, syn się martwi, chce mnie przenieść do innej kliniki, ale odmówiłam. Jak on to załatwiał, nie wiem, ale dopiął swego. Poproszę, żeby ten znany lekarz i ciebie zbadał, może nie jest tak najgorzej – powiedziała ciepło głaszcząc ją po ramieniu. **** Wyszedłszy z transportera, Barsiek zrozumiał, iż jest w obcym mieszkaniu. Ktoś nieznajomy wyciągnął rękę, by go pogłaskać… Nerwy kota nie wytrzymały – odruchowo uderzył łapą w dłoń i czym prędzej schował się w ciemny kąt. – Paweł, zostaw go, niech się przyzwyczai – Barsiek usłyszał łagodny kobiecy głos, ale nie był to głos jego pani. Serce kota biło głucho, myśli wirują, dusza boli. Co się wydarzyło, iż pani oddała go obcym? Dlaczego go opuściła? Bursztynowe oczy przeszukiwały pokój przestraszonym wzrokiem. Dostrzegły otwarte okno. Czarna błyskawica przeleciała przez pokój i wyskoczyła na zewnątrz! Na szczęście był to tylko drugie piętro, a pod oknem zadbany trawnik. Tak zaczęła się Barsikowa podróż do domu… ***** Słynny lekarz okazał się sympatyczną kobietą po czterdziestce. Przedstawiła się jako Maria Pawłowna, dokładnie przeanalizowała kartę leczenia, potem poprosiła Olesię, by położyła się na lewym boku. Długo badała, pukała, pytała o miejsce i rodzaj bólu. Następnie znów przejrzała dokumenty. Ponowiono badania na aparaturze. Olesia nie oczekiwała niczego dobrego. Po badaniu wróciła do sali, w której już siedziała jej sąsiadka. – I co ci powiedzieli, dziecko? – zapytała tamta. – Na razie nic, mają jeszcze przyjść do sali. – Rozumiem. Mi niestety potwierdzili diagnozę – odrzekła smutno kobieta. – Bardzo mi przykro i dziękuję pani za wszystko – powiedziała Olesia, nie wiedząc, jak pocieszyć kogoś, kto wie, iż niebawem odejdzie. Pół godziny później do sali weszła Maria Pawłowna wraz z innymi lekarzami. – Olesia, mam dla pani dobre wiadomości. Pani choroba jest skutecznie leczona – już zleciłam kurację, zostanie pani dwa tygodnie, przejdzie leczenie, a potem będzie zdrowa – powiedziała z uśmiechem. Kiedy lekarze wyszli, odezwała się sąsiadka: – I świetnie. Cieszę się, iż przed odejściem zdążyłam zrobić jeszcze jeden dobry uczynek. Bądź szczęśliwa, dziecko – dodała. ***** Barsiek nie miał gwiazdy przewodniej i choćby o niej nie wiedział. Po prostu szedł do domu, prowadzony kocim instynktem. Droga przez ciernie do gwiazd była pełna niebezpiecznych przygód i zabawnych sytuacji. Nie znając w ogóle ulic, arystokrata z dnia na dzień przemienił się w groźnego drapieżnika o wyostrzonych instynktach. Unikając ruchliwych ulic i dróg, Barsiek biegł, skradał się, przemykał bokiem (tak to odczuwał, uciekając przed psami), wdrapywał się na drzewa – aż dotarł do celu… W jednym z zacisznych podwórek, oszołomiony hałasem szosy, stanął oko w oko z doświadczonym podwórkowym kocurem. Ten nie zwlekał – od razu rozpoznał w Barsiku obcego. Z głośnym miauknięciem rzucił się na brytyjczyka, a Barsiek, z dystyngowanego arystokraty zmienił się w rozjuszonego bandytę i nie ustąpił. Starcie było krótkie. Miejscowy koci szef uciekł w najbliższe krzaki, zostawiając po sobie lekko podarte ucho. Bo przecież musiało tak być. Starszy kocur chciał pokazać, kto rządzi, ale Barsiek szedł do domu, nic nie było w stanie go zatrzymać. Droga do domu trwała dalej. Przypominając sobie o odległych przodkach, Barsiek nauczył się spać na drzewach, wybierając te z wygodnym rozwidleniem. Wstyd się przyznać, ale Barsiek nauczył się jeść ze śmietnika i podkradać jedzenie innym kotom, które dokarmiali litościwi mieszkańcy. Pewnego razu wpadł na grupę podwórkowych psów. Zagoniły go na rachityczne drzewko i szczekając próbowały dosięgnąć, podskakując i trącając pień. Ludzie zebrani na ulicy przepędzili psy. Jedna z kobiet postanowiła wziąć Barsika do siebie – zwabiła go smakowitą kiełbasą. Głód i strach przysłoniły brytyjczykowi oczy, zszedł do niej, dał się pogłaskać i wziąć na ręce. Jednak… Gdy odpoczął i najadł się do syta, przypomniał sobie, gdzie iść – wybiegł za kobietą do klatki schodowej i czmychnął przez otwarte drzwi dalej do domu… ***** Wypisana ze szpitala Olesia wróciła do domu. Wciąż słyszała słowa tamtej kobiety, która życzyła jej szczęścia. Była szalenie szczęśliwa, iż diagnoza się nie potwierdziła. Ale serce bolało, bolało za Barsikiem. Nie umiała sobie wyobrazić, jak wracać do pustego mieszkania, w którym nikt na nią nie czeka. Zaledwie przekroczyła próg, zadzwoniła do osób, które zabrały Barsika i poprosiła o dokładny adres. Pojechała, dowiedziała się jak uciekł jej kot, i ruszyła tropem Barsika. Mówiono jej, iż nie ma szans, minęły już dwa tygodnie, iż domowy kot na pewno nie przeżył na ulicy – ale Olesia nie chciała w to uwierzyć. Szła pieszo, zaglądała do każdego podwórka, przeszukiwała skwery, garaże. Próbowała myśleć jak kot, który nigdy nie był na ulicy. Wołała Barsika, wpatrywała się w ciemność okienek piwnicznych. Już blisko domu zrozumiała, iż kot przepadł bez śladu. Zresztą – dla kota, który nie zna miasta, dotrzeć tam, dokąd ona szła pieszo z przystankami przez dwie godziny, wydawało się nierealne. Na własne podwórko wróciła zbolała, z łzami w oczach, serce ściśnięte. Przez łzawą mgłę zauważyła, iż z drugiej strony chodnika idzie ku niej czarny kot. „Czarny kot” – mignęło jej w głowie. Olesia zatrzymała się i patrząc uważnie, zrozumiała. Rzuciła się z miejsca z okrzykiem „Barsiek!” A kot nie pobiegł do niej – nie miał już siły. Usiadł, zmrużył oczy ze szczęścia i cicho zapiszczał: „Doczekałem się!”
Koszmar w nielegalnym schronisku w Kuflewie. "Podejrzewamy, iż horror zwierząt trwa"
Kormorany padają jeden po drugim. Służby potwierdzają ogniska ptasiej grypy
Można budować S10 od Cybowa do Łowicza Wałeckiego
Masz psa w bloku? Czy spółdzielnia może nakazać jego usunięcie?
Chcą, żeby opłaty za psy były obowiązkowe
PORYWALI PSY, PODCINALI IM GARDŁO. KRYMINALISTA PROWADZI PATOSCHRONISKO
7 MILIONÓW DLA PATOSCHRONISKA
Sportowa solidarność poza boiskiem. Orzeł Drawsko wsparł wolno żyjące koty
Białe drapieżniki na wyciągnięcie ręki. Zobaczysz je w polskim ogrodzie
Mamy u siebie jedną z największych watah w Europie. Tu możesz ją podejrzeć
Schronisko w Kruszewie na językach! Joanna Przetakiewicz przekazała sporą sumę pieniędzy
"Moon: Panda i ja" - nowy familijny hit i edukacyjne spotkanie w kinie Helios w Łomży!
— Jak ty mnie już do szału doprowadzasz!!!… I jesz nie tak…, i ubierasz się nie tak…, no i w ogóle wszystko robisz nie tak!!! — głos Pawła przeszedł w krzyk. — Ty to nic nie potrafisz!!!… choćby porządnych pieniędzy nie zarobisz!… W domu od ciebie się doczekać pomocy nie można! — Marina wybuchła płaczem. — …I dzieci nie ma…, — dodała ledwo słyszalnie. Bielka — biało-ruda kotka, około dziesięciu lat, przesiadując na szafie, po cichu obserwowała kolejną „tragedię”. Doskonale wiedziała, a i czuła, iż tata i mama naprawdę się kochają… Więc nie rozumiała — po co mówić tak gorzkie słowa, od których wszystkim będzie gorzej? Mama, płacząc, uciekła do pokoju, a tata zaczął palić jednego papierosa za drugim. Bielka, widząc, jak rodzina się sypie na jej oczach, pomyślała: „Trzeba, żeby w domu było szczęście…, a szczęście — to dzieci…, trzeba skądś wziąć dzieci…”. Sama Bielka nie mogła mieć małych — dawno ją wysterylizowano, a mamie…, lekarze mówili, iż może, ale coś „nie wychodziło”… Rano, gdy rodzice wyszli do pracy, Bielka pierwszy raz przez uchylone okno poszła w gości do sąsiadki Łapki — pogadać i poradzić się. — Po co wam dzieci?! — parsknęła Łapka. — Patrz, u naszych z dziećmi — chowam się przed nimi…, to futerko pomadką umażą, to tak wyściskają, iż aż tchu brak! Bielka westchnęła: — Nam normalne dzieci potrzebne… Tylko gdzie je znaleźć… — Nooo… Ta nasza uliczna Maśka się dorobiła… tam jest ich piątka… — zamyśliła się Łapka — wybieraj… Bielka, ryzykując, skacząc z balkonu na balkon, zeszła na dół. Nerwowo drżąc, przecisnęła się przez kraty piwnicznego okna i zawołała: — Maśka, wyjdź na chwilkę, proszę… Z głębi piwnicy rozległo się rozpaczliwe popiskiwanie. Bielka, ostrożnie się skradając i rozglądając się na wszystkie strony, podeszła do cichych szlochów. Pod kaloryferem, wprost na żwirze, leżało pięć ślepych, rozmaitych kociąt, węsząc w powietrzu i głośno wołając mamę. Bielka, obwąchawszy je, zrozumiała — Maśki dawno nie było — co najmniej trzy dni, a małe głodowały… Bielka, niemal płacząc, ostrożnie ale uparcie, przeniosła każde kocię pod klatkę schodową. Próbując trzymać na miejscu żałośnie kwilące, głodne potomstwo, położyła się koło nich, niecierpliwie wypatrując rodziców wracających z pracy. Paweł, milcząco odprowadzający Marinę z pracy, tak samo milcząco przywieźli ich do domu. Podchodząc pod klatkę, zaniemówili — na schodach leżała ich Bielka, (która, nawiasem mówiąc, nigdy sama nie była na dworze) i pięć kociąt, które próbowały ją ssać. — Ale jak to?! — zdziwił się Paweł. — Cud… — powtórzyła za nim Marina, i łapiąc kotkę z maluchami na ręce, pobiegli do domu… Obserwując mruczącą zadowoloną kotkę w pudle z maluchami, Paweł spytał: — Co z nimi robić? — Wykarmię z butelki… jak podrosną — rozdamy… dziewczynom zadzwonię… — cicho odpowiedziała Marina. Po trzech miesiącach „oszołomiona” wieścią Marina siedziała, głaskając kocią „bandę” i powtarzała do siebie: — To się nie zdarza…, to się nie zdarza… A potem oboje z Pawłem radośnie płakali, Paweł ją kręcił w ramionach i przekrzykując się mówili: — Nie na darmo dom wykończyłem!… — Tak! Dziecku przyda się świeże powietrze!!!… — A kociaki niech biegają po podwórku!… — Dla wszystkich się miejsce znajdzie!… — Kocham cię!!!… — A ja ciebie jak bardzo!!!… Mądra Bielka otarła łezkę — a życie się układa…
Przedpoście / floriankonrad
Trwa interwencja w "Pogotowiu dla zwierząt". Nielegalne schronisko może zostać zamknięte
„To nie jest typowa choroba”. Weterynarze ostrzegają przed wirusem atakującym koty
46 zaniedbanych kotów w jednym mieszkaniu
Prokuratura bada warunki w schronisku Happy Dog w Sobolewie. Nowy komunikat
Kielce nocą bez pomocy dla zwierząt. „Mój kot mógł nie dożyć do Starachowic”
Będzie sekcja 26 martwych psów. Schronisko w Sobolewie pod lupą prokuratury
Dzikie zwierzęta na drogach: Jak uniknąć niebezpieczeństwa?
Dramat w nielegalnym schronisku "Pogotowie dla zwierząt". Jest zawiadomienie do prokuratury
Prokuratura i policja na terenie „Pogotowia dla zwierząt” w Kuflewie
KOSTNICA W KUCHNI W SCHRONISKU. CO TAM SIĘ DZIEJE?
1,5 mln zł wsparcia dla programu „Mazowsze dla zwierząt”
PALĄ ZWŁOKI PSÓW? ZWIERZĘTA CIERPIĄ, A ZBIERAJĄ MILIONY
Nielegalne schronisko pod Mińskiem Mazowieckim. Prokuratura bada sprawę łamania praw zwierząt
— Babciu Alu! — zawołał Mateusz. — Kto ci pozwolił trzymać wilka w naszej wsi?
MIKROKLATKI DLA PSÓW W KUFLEWIE
Polskie szczenięta nielegalnie sprzedawane w Niemczech
— Jak ty mnie już denerwujesz!!!… Źle jem…, źle się ubieram…, w ogóle wszystko robię nie tak!!! — głos Pawła przeszedł w krzyk. — A ty niczego nie potrafisz!!!… choćby porządnych pieniędzy zarobić nie umiesz! … W domu nigdy się na ciebie nie doczekam, żebyś choć pomógł! … — rozpłakała się Maria, — …I dzieci też nie mamy…, — dodała ledwo słyszalnie. Bielka — biało-ruda kotka, około dziesięciu lat, siedziała na szafie i po cichu obserwowała kolejną „rodzinną tragedię”. Dobrze wiedziała i czuła, iż mama i tata bardzo się kochają… Dlatego nie rozumiała — po co mówić takie gorzkie słowa, po których wszystkim będzie tylko gorzej. Mama, płacząc, uciekła do pokoju, a tata zaczął palić papierosa za papierosem. Bielka, widząc, iż rodzina się rozpada, pomyślała: „Trzeba, żeby w domu było szczęście… a szczęście to dzieci… muszę jakoś załatwić dzieci…” Bielka nie mogła mieć kociąt — już dawno została wysterylizowana, a mama… lekarze mówili, iż może, ale coś nie wychodziło… Rano, kiedy rodzice poszli do pracy, Bielka pierwszy raz przekradła się przez okno do sąsiadki Łapki — żeby pogadać i się poradzić. — Po co wam dzieci?! — prychnęła Łapka — nasze tylko przyjdą, już się chowam… raz pysk pomadką wysmarują, raz prawie zaduszą przytulając! Bielka westchnęła: — Nam potrzebne są normalne dzieci… Tylko skąd je wziąć… — Taak… Uliczna Maszka narobiła sobie dzieciaków… jest ich pięć… — zamyśliła się Łapka — wybieraj… Bielka, ryzykując, przeskakiwała z balkonu na balkon, aż zeszła na dwór. Dygocząc nerwowo, przecisnęła się przez kraty piwnicznego okienka i zawołała: — Maszka, możesz na chwilkę wyjść? Z głębi piwnicy dobiegło żałosne popiskiwanie. Bielka, przestraszona, podczołgała się, ostrożnie i rozglądając się, i łzy niemal napłynęły jej do oczu na widok pięciorga ślepych kociąt, leżących na żwirku pod kaloryferem. Machały pyszczkami w powietrzu i rozpaczliwie szukały mamy. Bielka od razu poznała — Maszki dawno już nie było — minimum trzy dni, a kociaki głodowały… Bielka, powstrzymując się od płaczu, delikatnie, ale zdecydowanie przeniosła każdego kociaka pod klatkę. Starała się utrzymać żałośnie piszczące, głodne stadko w jednym miejscu i położyła się przy nim, z niepokojem wypatrując końca podwórka, skąd mieli przyjść mama i tata. Paweł, milcząco spotkał Marię po pracy i też milcząco wrócili do domu. Gdy podchodzili pod klatkę, zamarli — na schodku leżała ich Bielka, (nigdy wcześniej sama nie wychodziła na dwór), a przy niej pięć kolorowych kociąt próbowało się do niej przytulić i ssać mleko. — Ale jak to możliwe?? — Paweł był zdezorientowany. — Cud… — powtórzyła po nim Maria i razem zabrali kotkę i kocięta do domu. Kiedy kotka mruczała przy maluchach w pudełku, Paweł zapytał: — I co my z nimi zrobimy? — Wykarmię je z butelki… podrosną — oddam znajomym… zadzwonię do koleżanek… — odpowiedziała cicho Maria. Trzy miesiące później Maria, „ogłuszona” nowiną, głaskała kocią gromadkę i bez końca powtarzała w zamyśleniu: — To się nie zdarza…, to się nie dzieje naprawdę… A potem razem z Pawłem płakali ze szczęścia, on wirował nią w ramionach i bezustannie mówili, mówili… — Nie na darmo dom wybudowałem! — Tak, dziecku najlepiej na świeżym powietrzu!!! — A kotki niech sobie biegają! — Wszyscy się zmieścimy! — Kocham cię!!! — A ja ciebie jeszcze bardziej!!! Mądra Bielka otarła łzę — życie zaczyna się układać…
DZIENNIKARSKIE ZERO: ZWŁOKI, KREW, ZBIÓRKI NA PSY