Zwierzęta

Olek wracał z pracy w zwykły zimowy wieczór, gdy świat wydawał się przykryty peleryną nudy. Przechodząc obok osiedlowego sklepu spożywczego, zauważył rudą, kudłatą kundelkę z oczami zagubionego dziecka. Najpierw tylko burknął „Czego tu chcesz?”, ale pies nie prosił, tylko patrzył. Kolejne dni – ta sama scena. Ludzie rzucali jej czasem bułkę czy parówkę, ale kundelka, jakby przyrosła do miejsca. W końcu Olek uklęknął: „Gdzie masz właścicieli?” – wtedy sunia ostrożnie podeszła i przytuliła pysk do jego nogi. Po trzech latach samotności, pustej kawalerki i dniach z telewizorem zamiast rozmów, Olek po raz pierwszy od dawna poczuł się komuś potrzebny. Nazwał ją Lada. Przynosił jej jedzenie, a po wypadku i pobycie w lecznicy – zabrał do siebie. Nagle jego życie odzyskało sens – wspólne poranki w parku, euforia powrotów, nowe przyjaźnie z sąsiadami. Lada była już „oficjalnie” Olka, z dokumentami, szczepieniami, zdjęciami w telefonie. Aż pewnego dnia podczas spaceru pojawiła się jej dawna właścicielka – zadbana blondynka, która twierdziła, iż sunia to jej zaginiona Gerda. To, co miało być spokojnym życiem człowieka i psa, zamieniło się w walkę o rodzinę: z sąsiadami, policjantem i wspomnieniami o tym, kto naprawdę kocha, a kto tylko posiada. Wzruszająca opowieść o odpowiedzialności, samotności, bezwarunkowej miłości i drugiej szansie – czyli historia Olka i Lady, których już nic i nikt nie rozdzieli.
Szokujące i okrutne zdarzenie na Przytorzu. Ktoś wyrzucił małego pieska do śmietnika [FOTO]
Relacja z właścicielem może wpływać na poziom inteligencji psa. Nowe badanie
Walentynki wśród zwierząt. Jak zoo w całej Polsce prześcigają się pomysłach na 14 lutego
Wstrząsające! Psy pozostawione na mrozie z pustymi miskami – interwencja policji
Zaginęła w afrykańskim buszu. Czy zamordowano ją dla praktyk czarnej magii?
Kot o oczach jak gwiazdy i magiczne przypadki w warszawskim autobusie. Ania, samotna kierowczyni, kot bez biletu o imieniu Merlin i lśniący los na szczęście – a wszystko to zmienia życie jednej kobiety i jej sąsiada na zawsze!
Dwa rottweilery miesiącami żyły bez nadzoru. Skończyło się pogryzieniem innego czworonoga i odbiorem zwierząt
Zdrada własnych dzieci Danutka kolejny raz patrzyła z zachwytem na brata i siostrę. Jakże byli piękni! Wysocy, czarnowłosi, o niebieskich oczach. Znowu byli nagradzani. Wygrali kolejne zawody. Danutka wstała, żeby zdążyć jako pierwsza. Kuśtykając na prawą nogę, ruszyła tam. Uplotła dla braciszka i siostry dwa zajączki – w spódniczce i w kratkowych spodenkach. Chciała im je podarować. Niezgrabna, bardzo pulchna, rzadkie włosy podpięte, na ustach prostolinijny uśmiech. Krystyna i Marek udawali, iż nie widzą siostry. Przebijała się do nich z całych sił. – Przepuśćcie, proszę! To mój brat i siostra! – wołała radośnie Danutka. – Krysia, jakaś gruba dziewczyna krzyczy, iż jest waszą siostrą. To prawda? – odezwała się do Krystyny koleżanka, jasnowłosa Eliza. Krystyna spojrzała przez ramię i zobaczyła Danutkę. – Głupia tłusta! Przylazła. Mama pewnie kazała. Wstyd! – pomyślała. A na głos powiedziała: – Nie, oczywiście. Mam tylko jednego brata – Marka. – No, tak myślałam. Chce się podłączyć. Jakaś nędza! Jeszcze wam jakieś zabawki wciska – zaśmiała się Eliza. – Pewnie nasza miejscowa fanka. Weź zabawki, Liza. Dogonisz nas potem, idziemy z Markiem! – Krystyna posłała całusa, chwyciła brata za rękę i razem przeciskali się przez tłum. Eliza zabrała Danutce zajączki, zapewniając, iż przekaże. – Dobrze! A ja w domu na was poczekam! Upiekę drożdżówki! – i dziewczynka, kulejąc, odeszła w swoją stronę. – Masz, przekazałam ci. Powiedziała, iż będzie w domu czekać, drożdżówek napiecze. Sama jest jak drożdżówka. Krysia, to na pewno nie wasza rodzina? Po co ona się was czepia? – dopytywała Eliza. – Nie! Nie znam jej! Dużo osób się do nas przyplątuje, chcą być bliżej sławy chyba. Chodźmy już! – rzucając zajączki do kosza, Krystyna z przyjaciółką i Markiem udali się na rozdanie nagród. Oszukała koleżankę. Danutka była naprawdę jej siostrą. Przyrodnią. Mama Krystyny i Marka, pani Irena, przygarnęła ją po śmierci dalekiej krewnej. Wszyscy wracali z wakacji… I Danutka została sama. Mała, z urazem nogi. Tak naprawdę pani Irena była bardzo daleką rodziną – jak to się mówi, „dziesiąta woda po kisielu”. choćby nazwiska miały różne. Bliżsi krewni odmówili opieki. Ale ona przyjęła Danutkę. Wytrzymała przedtem histerię męża i dzieci. Kiedy dowiedzieli się, iż będą mieć siostrę, krzyczeli na cały dom. Krystyna i Marek dorastali jako rozpieszczone dzieci, rodzice im na wszystko pozwalali. – Mamo, nie bierz jej do nas! Jest gruba, kulawa, głupia. choćby iść z nią obok wstyd! – Córeczko, syneczku, szkoda dziewczynki. Całkiem sama. Ludzie przygarniają psy i koty, a tu żywy człowiek, dziecko. Nie przeszkodzi nam, dom przecież duży! – tłumaczyła pani Irena. Niechętnie się zgodzili. Irena była kierowniczką sklepu i głównie z niej rodzina miała dochody. Ojciec dzieci był jej zastępcą i za bardzo się nie przemęczał, ciągle też miał jakieś romanse. jeżeli Irena o tym wiedziała, to milczała – jej Leon był bardzo przystojny, dzieci wyglądali jak on. Danusia dorastała. Mała, śmieszna, z jasnymi włosami. Oczy jak miała brat i siostra, błękitne, aż przezroczyste… – Ma je jak mleko z niebieskim. Grubaska! – śmiała się Krystyna. Była jak bułeczka. Pulchna, ładniutka, z dołeczkami na policzkach. Bardzo dobra. Ale bawić się musiała sama. Brat i siostra nie chcieli jej przyjmować do swoich zabaw. I często zwalali na nią winę za swoje psoty. Marek stłukł cenną wazę – powiedział, iż Danusia. Krystyna zaczepiła maminy sweter, znów wszystko zrzucili na Danutkę. A ona nie zaprzeczała. Kiwając tylko głową i przepraszając. Wiedziała, kto winny, ale nie chciała, żeby na rodzeństwo matka się gniewała. Prawdziwa mama – pani Irena – też jednak nie karciła Danutki. Za to ojciec często miał pretensje. – Po co ci było ją tutaj sprowadzać! Wstyd przed gośćmi! Nie chodzi jak człowiek, waży jak słonik. Synek i córcia śliczni, to dla kontrastu przygarnęłaś tę niedołęgę? Wszyscy inni byli mądrzejsi, nie wzięli. A ty? Komu ona będzie potrzebna, gdy dorośnie? – wrzeszczał Leon. Danusia słuchała za drzwiami. A potem podchodziła do lustra. Nie lubiła swojego odbicia. Chciała być taka piękna jak Marek i Krysia. Ale… Do szkoły zapisali ją do innej placówki – bliźniaki wymusiły to na matce, grożąc, iż będą uciekać z lekcji. Pani Irena ustąpiła. Chociaż widziała, iż most, jaki tak długo starała się budować między własnymi dziećmi a przybraną córką, praktycznie runął… I nie mogła nic zrobić. Płynęły lata. Marek i Krystyna wyjechali na studia. A Danusia poprosiła mamę, żeby została w domu. – Córeczko, możesz studiować gdzie chcesz, ja wszystko zapłacę! Chcesz być projektantką, tłumaczką, kim zapragniesz, Danusiu? – pani Irena przytuliła ją mocno. Danutka, jak kociak, musnęła policzek mamy i objęła ją. Kobieta od razu spokój czuła. Własne dzieci całowały ją tylko od niechcenia. Nie było między nimi tej czułości, która pojawiała się z Danutką. Z pracy zawsze wychodziła jej naprzeciw. Bywało, pani Irena wracała późno, a Danusia już czekała pod domem. Albo siedziała w przedpokoju na pufie. Mąż i dzieci zajęci swoimi sprawami choćby nie przychodzili, nie witali matki. Spróbowała kiedyś zwrócić uwagę, ale Krystyna odkrzyknęła: – Mamo, przecież jesteśmy zajęci! A ta głupia czeka, bo i tak nie ma nic do roboty! I choćby nie marzy o niczym. Danutka podniosła na mamę swoje prawie przezroczyste oczy i wyszeptała: – Mamo, mogę leczyć zwierzęta? Psy, koty. Chomiki, prosiaczki. Chcę być weterynarzem. U nas w mieście można się tego nauczyć. Wybór był zrozumiały – Danusia zawsze zbierała i przygarniała zwierzaki. Koty, psy, gołębie. Opiekowała się nimi i oddawała w dobre ręce. Jeden pies – duży, kudłaty, został z nimi na stałe. Krystyna narzekała, bo chciała rasowego, ale Irena stanęła po stronie przybranej córki. I tak żyli. Wkrótce, przez zdrowie, pani Irena musiała zostać w domu. Mąż, widząc, iż pieniądze się kończą, gwałtownie odszedł do przyjaciółki żony, właścicielki salonu fryzjerskiego. Dzieci przyjeżdżały głównie, gdy potrzebowały pieniędzy. Matka miała oszczędności. Przy niej była tylko Danusia. Kulejąc, gotowała mamie codziennie pyszne rzeczy, parzyła zioła, robiła masaże. Wieczorami piły herbatę pod jabłonią. I wtedy Danusia była najszczęśliwsza na świecie. Krystyna i Marek założyli rodziny. Mama pomogła im przy zakupie mieszkań. Ale potem przyszły kłopoty. Syn przyjechał nad ranem, prawie płacząc, iż wpadł w wielkie długi. – Skąd tyle wziąć… U ojca pytałam, nie ma nic. Synku, choćby jeżeli wszystko dam, to choćby dziesięć procent nie uzbieram! Co robić? – No to tyle, już nie masz syna – uśmiechnął się ironicznie Marek. – Co mówisz, kochanie? – matka przytuliła go do siebie. Marek podsunął rozwiązanie – sprzedać dom. Wtedy starczy na wszystko. – Synu… A gdzie my? Ja i Danusia? Gdzie my się podziejemy? – zmartwiła się matka. – A gdzie pójdzie ta tłusta głupia, mnie nie obchodzi. Już dawno dość na nas wisiała. Ty zamieszkasz z nami! Z Lerką! – ucieszył się Marek. Lerka to była jego żona. I pani Irena mocno wątpiła, czy będzie zadowolona. Ale się nie sprzeczała. Trzeba ratować syna! Postawiła tylko warunek: Danutka jedzie razem z nią. Marek musiał się zgodzić. Ale Danutka przyszła do matki i powiedziała: – Mamo… Jedź sama. Ja się wyprowadzam do pewnej osoby. Już od dawna mnie zaprasza. Nie martw się o mnie! – Jak to? Kto to? Musisz mnie przedstawić! Czemu nie mówiłaś? – uśmiechnęła się pani Irena. – Później poznasz. Nie martw się, mamo! – przytuliła ją Danutka. Marek się ucieszył – nie musiał już, razem z Krystyną, wymyślać sposobu, jak pozbyć się Danutki. Ale Danusia skłamała. Nie miała nikogo. Po prostu czuła, iż nie ma tam dla niej miejsca, a mama by się tylko przez nią zamartwiała, a już i tak była schorowana. Nie chciała jej niepokoić, bo kochała ją najbardziej na świecie. Znalazła pokój do wynajęcia w starym domu, u samotnego pana Przemyka. Coraz ciężej mu było samemu, więc szukał lokatora. I idealnie się dogadali – bo w domu były kury, kozy, prosiaki. Gdy się dowiedział, iż Danusia jest weterynarzem, nie chciał brać pieniędzy. Ale Danusia nalegała. On i tak oddawał jej pieniądze ukradkiem… Ułożyło jej się w życiu. Dom, praca, szacunek ludzi. Zwierzęta ją uwielbiały – dla wszystkich miała dobre słowo i przysmak po zabiegu, kupiony za własne pieniądze. – No, Szarik, chodź, słoneczko! Mam dla ciebie coś pysznego. Nie bój się, dam lekarstwo, ale z miłością! Zadzwońcie, jak coś będzie nie tak! – mówiła Danutka. – Oj, kochana, mnie w szpitalu tak nie witają, jak ty mojego Barsika! Złota dziewczyno! – kiwała głową pani Ania, właścicielka rasowego kota. Danusia kwitła. Ale serce się niepokoiło – co z mamą? Dzwoniła, często, ale matka nie chciała z nią rozmawiać. Ostatnio telefon odbierał Marek, burkliwie stwierdzając, iż matka odpoczywa. – Tęsknię… Pół roku nie widziałam mamy – westchnęła Danusia do pana Przemyka podczas wieczornej herbaty. – A czemu nie pojedziesz? Zabiorę cię! Mam starego „Malucha”, ale jeszcze daje radę! Ja mam prawo jazdy – zaproponował pan Przemyk. Danusia się ucieszyła. Miała adres Marka. Pojechali. Długo pukali. Otworzyła wysoka blondynka, ziewając w szlafroku. – Kto tam? Nic nie chcemy kupić! – próbowała zamknąć drzwi. – Pani Lera? Żona Marka? – spytała Danusia. – Tak… – przeciągnęła dziewczyna. – A pani kto? – Jestem Danusia! Siostra Marka! – próbowała wejść, ale Lera zastawiła drogę. – Hm. I co tu chcesz? Mam kosmetyczkę zaraz, nie mogę, – fuknęła Lera. – Na chwilkę tylko. To pan Przemyk, jest ze mną. Gdzie mama? Chcę się zobaczyć, zaraz pójdę. – prosiła Danusia. – Nie ma jej tu. Marek zawiózł. Gdzie? Do opieki. Zachorowała, potrzebuje pielęgnacji. On jest w pracy, ja mam swoje sprawy. Nie wiem, gdzie dokładnie, nie byłam tam. Zaraz zadzwonię. Halo, Marek? Ta twoja siostra tu przyszła. Z jakimś dziadkiem. Chcą adres. Ok, podam. Ale więcej nie przyjeżdżajcie! – rzuciła, chuchając zapachem drogich perfum. Danusia nie słuchała, złapała karteczkę i razem z panem Przemykiem zeszła na dół. – Jak mogli mi nie powiedzieć? Co ja zrobię… Ale przecież bym coś wymyśliła! – szeptała Danusia. – I co? Mamę byśmy wzięli do siebie! Mam wielki dom, pokój czeka! Powinni byli się odezwać! – oburzał się pan Przemyk. Pojechali. Czy to naprawdę ta wychudzona staruszka z zapadniętymi oczyma była dawną panią Ireną? Dawniej wysoka, okrągła, uśmiechnięta kobieta, zawsze zajęta pomocą… Teraz leżała pozbawiona sił. – Mamo! To ja, Danusia! Mamusiu, wybacz, iż nie przyjeżdżałam. Myślałam… Nie mam usprawiedliwienia! Mamo, chodź ze mną! Pojedziemy do pana Przemyka! Ma kury! Będziesz jeść jajecznicę, pić kozie mleko, zaraz ci się poprawi. Mamusiu, kocham cię! Zabrali panią Irenę do domu. Danusia miała pełne prawa jako córka, a pan Przemyk postraszył zaawansowanymi „znajomościami” z wojska, grożąc choćby interwencją. A Marek umówił się, żeby mama została tam na zawsze… Pani Irena po dziesięciu dniach stanęła na nogi. Otworzyła okno: na podwórzu przemykała świnka Balbinka, wrzeszczał kogut, pachniało trawą i mlekiem, i drożdżówkami, które piekła Danutka. Wbiegła do pokoju, kuśtykając, objęła mamę. Ta stała i płakała. Danusia tuliła ją i przepraszała, iż tak długo nie przyjeżdżała, iż muszą żyć razem, nie z Markiem ani Krystyną. Pani Irena milcząc przytulała ją do siebie. Jakby znów widziała tę małą, śmieszną dziewczynkę, co nie była jej z krwi, ale była jedyną dobrą i troskliwą, która została przy niej na starość, kiedy nie była już potrzebna pięknym i odnoszącym sukcesy dzieciom. – Nic się nie martw, Danusiu. Teraz wszystko będzie dobrze. Nic się nie martw, córeczko – szeptała pani Irena. – Dziewczyny, co? Czas na herbatkę! – wszedł pan Przemyk. Zaśmiali się i wszyscy troje poszli do pokoju. I zaczęli nowe życie…
Zwierzęta w nocy wciąż bez pomocy
Gdzie trafią bezdomne psiaki i koty z Piekar Śląskich?
Zakaz fajerwerków uderzy w branżę. SIiDP: "To administracyjna likwidacja całego sektora"
Miejskie ptaki w Europie uciekają szybciej przed kobietami niż mężczyznami
Pszczelarstwo w USA – między przemysłem a naturą
„Uwiecznione kredką: kunszt detalu” – nowa wystawa w „Domu Narodowym” w Cieszynie
Zaniedbane psy odebrane właścicielowi. Trafiły do schroniska, trwa postępowanie
Burza wokół psa policyjnego z Warszawy. Komenda Stołeczna odpowiada na zarzuty o zagłodzenie i zaniedbania
Obowiązki osób utrzymujących zwierzęta domowe
Niebezpieczne produkty w domu. Jak chronić koty przed zatruciami?
Ruszają spacery w schronisku dla zwierząt. Kto będzie wyprowadzać psy?
Kocie oczy spod siedzenia – Ania, kierowczyni autobusu, kot perski Merlin z tajemniczym losem i sąsiad Kiryl w opowieści o szczęściu, kawie i spełniających się życzeniach na warszawskim osiedlu
Znasz swoje miejsce, kobieto!
Miłość bez fanfar Ania wyniosła z chaty pełne wiadro pomyje dla świń i zła przeszła obok męża, Gienka, który już trzeci dzień bawił się przy studni. Zachciało mu się robić rzeźbioną, żeby ładnie było, jakby nie było nic ważniejszego! Żona w gospodarstwie uwija się, zwierzęta karmi, a on stoi z dłutem w ręku, cały w trocinach, patrzy na nią i uśmiecha się. Co to za mąż od Boga wyrokowany? Ani czułego słowa nie powie, ani pięścią w stół nie walnie, po cichu pracuje, rzadko kiedy podejdzie, w oczy spojrzy i ręką po jej jasnym, grubym warkoczu przejedzie – i to cała jego czułość. A tak by się chciało, żeby i “świtezianka” i “gołąbka”… Zamyśliła się nad swoim kobiecym losem i omal nie przewróciła się o starego Burka. Wtedy Gienek podskoczył, złapał ją, a na psa surowo spojrzał: – Co się plączesz pod nogi, jeszcze gospodynię pokaleczysz! Burek ze wstydem spuścił oczy i powlókł się do budy. A Ania po raz kolejny zdziwiła się, jak zwierzęta rozumieją jej męża. Spytała kiedyś Gienka o to, a on tylko powiedział: – Kocham zwierzęta, one odpłacają tym samym. Ania też marzyła o miłości – żeby ją na rękach nosił, gorące słowa do ucha szeptał, kwiatki co rano na poduszkę… Ale Gienek skąpy był w czułości, już się Ania zastanawiała – czy on w ogóle ją trochę kocha? – Szczęść Boże, sąsiadko – zajrzał przez płot Wacek – Gienek, ty wciąż głupstwami się zajmujesz? Komu twoje wzory potrzebne? – Chcę, żeby moje dzieci na piękno patrzyły i ludźmi dobrymi wyrosły. – To trzeba najpierw dzieci narobić – zaśmiał się sąsiad, puszczając do Ani oczko. Gienek smutno spojrzał na żonę, Ania za to, zawstydzona, czym prędzej pobiegła do domu. Nie śpieszyło jej się jeszcze do dzieci – młoda, ładna, chciałaby jeszcze trochę pożyć dla siebie, a mąż ani ryba, ani mięso. A sąsiad – cóż! Wysoki, barczysty, Gienek też niezły, ale ten to dopiero przystojniak! Gdy spotka ją koło podwórza, tak czule powie, iż aż deszcz letni szeptem zdaje się wołać: “Rosiczko, słoneczko jasne…” Serce jej wtedy mięknie, nogi się trzęsą, ale przed nim ucieka, nie daje się skusić. Za mąż wychodziła – przysięgała wierność, rodzice tyle lat przeżyli razem i nauczyli ją szanować rodzinę. Ale czemu tak ciągnie ją do okna, by spojrzeć za sąsiadem? Nazajutrz Ania wypędzała krowę na pastwisko i przy bramce natknęła się na Wacka: – Aniu, gołąbko jasna, czemu mnie omijasz? Boisz się? Nie mogę się napatrzeć na twoją urodę, głowa mi się kręci, gdy cię zobaczę. Przyjdź do mnie na świtaniu. Jak twój chłop rano pójdzie na ryby, to przyjdź. Ja cię tak czułością obdarzę, najszczęśliwszą cię uczynię. Ania aż się cała zaczerwieniła, policzki zapłonęły, serce jej podskoczyło, ale nic nie odrzekła, tylko gwałtownie przeszła obok. – Poczekam na ciebie – rzucił za nią. Cały dzień Ania o nim myślała. Bardzo jej brakowało miłości i czułości, a Wacek taki przystojny, patrzył na nią tak ogniście – ale zdecydować się na taki krok nie mogła. Ale do świtu jeszcze czas, może… Wieczorem Gienek nastawił banię. Sąsiada na kąpiel zaprosił. Tamten ucieszony – swojej nie musi grzać, drewna nie traci. Głaskali się tam brzozowymi witkami, aż przyjemnie było posłuchać, jak wzdychają. Naparzyli się, więc wyszli do przedsionka odpocząć. Ania już postawiła im karafkę samogonu i zagryzkę przygotowała, ale przypomniała sobie, iż w piwnicy zostały jeszcze małosolne ogóreczki. Zeszła po nie i zamierzała je podać, gdy usłyszała rozmowę z uchylonych drzwi i zamarła, nasłuchując. – Czemu taki niezdecydowany jesteś, Gienek – szeptał Wacek – chodź, nie pożałujesz. Tam są takie wdówki, tak cię wycałują, piękności – aż oczy się radują! Nie to, co twoja Ania, myszka szara… – Nie, przyjacielu – usłyszała cichy, ale stanowczy głos Gienka – żadna piękność mi niepotrzebna. Moja żona nie jest szarą myszką, jest najpiękniejsza ze wszystkich kobiet na świecie. Nie ma takiego kwiatka ani jagódki, jak ona. Gdy na nią patrzę, słońca nie widzę – tylko jej ukochane oczy i smukłą sylwetkę. Miłość mnie przepełnia jak rzeka wiosną, tylko bieda, nie potrafię jej powiedzieć, jak bardzo ją kocham, nie umiem czułych słów. Ona się na mnie za to gniewa, wiem, czuję, boję się ją stracić – nie przeżyłbym bez niej choćby dnia, nie zaczerpnąłbym oddechu. Ania przysłuchiwała się bez ruchu, serce waliło jej w piersi, łza po policzku spłynęła. Potem dumnie podniosła głowę, weszła do przedsionka i powiedziała głośno: – A idźże ty, sąsiedzie, do wdówek żale leczyć, a my z mężem mamy ważniejsze sprawy. Jeszcze nikt nie zdążył zachwycić się pięknem, które Gienek dla nas zrobił. Wybacz mi, mężu, za głupie myśli i moją ślepotę – szczęście trzymałam w rękach, a nie zauważyłam. Chodź, już dość czasu zmarnowaliśmy… Nazajutrz, na świtaniu, Gienek nie poszedł na ryby.
Chcą odwołać dyrektor płockiego schroniska. Powstała petycja
Nietypowe cechy osobowości u miłośników kotów. Odróżnia ich to od psiarzy
Otrute, zagłodzone, przejechane autem – tak Turcja w świetle prawa zabija psy. Polki je ratują
Rolnicy zapłacą choćby 65 tys. zł. Nowe prawo zacznie obowiązywać już w marcu
UWAGA MIESZKAŃCY! Nabór wniosków na dofinansowanie do zabiegu sterylizacji zwierząt w 2026 r.
Nabór wniosków na dofinansowanie do zabiegu sterylizacji zwierząt w 2026 r.
Kiedy kot spojrzał na Anię – Milczący pasażer bez biletu, skórzana kurtka i magiczne przypadki w warszawskim autobusie. Czy miłość, która zaczyna się od znalezionego kota persa imieniem Merlin i tajemniczego losu na loterię, może zmienić zwykłe dni kierowczyni w niezwykłą opowieść o odwadze, sąsiedzkiej pomocy i nieoczekiwanym szczęściu?
Podczas spaceru z psem nastolatkę zaczepili dwaj mężczyźni, agresywnie proponując 'zabranie jej na przejażdżkę’…
Policjanci wyjaśniają okoliczności śmierci … kury
Zoo poszukuje pracownika, a ludzie pytają: do słoni trzeba mówić po angielsku?
Dziś obchodzimy Dzień Dokarmiania Zwierzyny Leśnej – Czy dokarmiać dzikie zwierzęta?
Knepp: gdy człowiek odchodzi, natura wraca
Nie tylko zdrowie. Fizyczny, psychiczny i społeczny wymiar dobrostanu zwierząt
Nowe prawo chroni jerzyki. Ptaki dostaną własne miejsca lęgowe
Bałem się, iż mnie odesłają z powrotem…
Gdy Patryk wrócił z pracy, Przystojniak zniknął – historia o kotku z wadą łapek i wyborze między miłością a prawdziwą przyjaźnią
Niedźwiedzie polarne coraz grubsze. Zaskakujący wynik badań o zmianach klimatu
Rolnicy pod presją nowych sankcji. Ustawa o zdrowiu zwierząt przewiduje kary do 65 tys. zł
Ekozwierzaki: warsztaty recyklingowe w bibliotece!
Bruno Banani
Bułka i Frytka
Doda na aukcji charytatywnej na rzecz zwierząt. Co za kreacja
JAK ZARABIAĆ NA PSACH?
Kary choćby do 65 tys. zł. Rolnicy muszą uważać na nowe przepisy
Zespołowo dla dobra zwierząt
— Babciu Alu! — zawołał Mateusz. — Kto pozwolił pani trzymać wilka we wsi?
Płocki rady mocno o schronisku: "To przykład problemów miasta” [ROZMOWA]