Zwierzęta

Joanna Senyszyn wprost o partyjnych kolegach. "Walczą ze sobą zwierzęta tego samego gatunku"
Naukowcy znaleźli coś nieoczekiwanego w psich odchodach. To nic dobrego
Zwierzęta z gminy Oława zostają na miejscu. Po trzech miesiącach podpisano porozumieni
Pięć tygrysich kociąt – iskra nadziei dla gatunku
Nie tylko zimno. Czym naprawdę jest hipotermia u zwierząt?
Układaj puzzle i podziwiaj piękno natury z „Art of Fauna”
Schronisko tymczasowo oddaje psy. Nie wszystkie wracają – i dobrze!
Pilny apel schroniska w likwidacji. Jeszcze prawie sto psów czeka na swój dom
EzoFest w Płocku już wkrótce. Coś zamiast mapy i łopaty
Uwaga! zwierzęta w niebezpieczeństwie!
Historia psiej wierności: Julia czekała pod blokiem na powrót rodziny z mieszkania nr 22 – wzruszająca opowieść z lat 90. z prowincjonalnego polskiego miasteczka o suczce, która nie poddała się choćby po poważnym wypadku, a jej los odmieniły pracowniczki osiedlowej księgarni, wyjazdy na działkę, pomoc sąsiadów i wielomiesięczna rozłąka, aż wreszcie wspólna podróż przez całą Polskę z ukochaną właścicielką Verą.
BEZDOMNY KOT WKRADŁ SIĘ DO POKOJU POLSKIEGO MILIARDERA W ŚPIĄCZCE… A TO, CO WYDARZYŁO SIĘ PÓŹNIEJ, BYŁO CUDOWNYM ZDARZENIEM, KTÓREGO choćby LEKARZE NIE POTRAFIĄ WYJAŚNIĆ…
Kontrola w obornickim schronisku. Były nieprawidłowości?
Tu żegnalibyśmy zwierzęta. Grzebowisko pod znakiem zapytania
Zimowe dokarmianie dzikiej zwierzyny. Myśliwi ruszyli z akcją
Irański imam: "Kobiety to zwierzęta stworzone przez Allaha by służyć mężczyznom"
Gump z podopolskim rodowodem. Jak czeski bestseller znalazł swoje miejsce na Opolszczyźnie
„Proszę… nie zostawiaj mnie samego. Nie dziś wieczorem.” To były ostatnie słowa 68-letniego emerytowanego policjanta, Kazimierza Hala, zanim upadł na dębową podłogę w swoim salonie. Jedyne żywe stworzenie, które je usłyszało, towarzyszyło mu od dziewięciu lat — wierny, starzejący się owczarek niemiecki, partner służbowy Major. Kazimierz nigdy nie należał do wylewnych. choćby po przejściu na emeryturę, choćby po śmierci żony, swoje cierpienie skrywał głęboko. Sąsiedzi znali go głównie jako cichego wdowca, który powoli spacerował wieczorami z wysłużonym psem przy nodze. Szli równo, jakby to czas postanowił obciążyć ich ramiona. Dla przechodniów wyglądali na dwóch zmęczonych wojowników, którzy od nikogo niczego już nie potrzebują. Ale wszystko zmieniło się tamtego zimnego wieczoru. Major drzemał przy kaloryferze, gdy usłyszał nagły hałas — ciało Kazimierza runęło na podłogę. Pies natychmiast zerwał się, wyczulonym nosem poczuł lęk, usłyszał nieregularny oddech. Sztywniejącymi łapami, z wysiłkiem podciągnął się bliżej partnera. Oddech Kazimierza był płytki, nierówny. Dłoń drgała, jakby szukała ratunku. Głos się załamał, słowa były niejasne, ale Major doskonale wyczuł ich sens — strach, ból, pożegnanie. Major zaszczekał raz. Potem drugi. Głośniej, rozpaczliwie. Pazurami drapał drzwi wejściowe, aż zakrwawił drewno. Szczekał coraz głośniej, aż echo poniosło się przez podwórze do sąsiednich domów. To wtedy Lena — młoda sąsiadka, która często przynosiła Kazimierzowi domowe ciasto — przybiegła pod drzwi. Znała różnicę między nudą psa a dramatycznym wołaniem o pomoc. To szczekanie było przerażająco rytmiczne, pełne rozpaczy. Rzuciła się do drzwi — zamknięte. Zajrzała przez okno i zobaczyła Kazimierza leżącego nieruchomo na podłodze. „Panie Kazimierzu!” zawołała spanikowana, nerwowo szukając klucza pod wycieraczką — „na wszelki wypadek, gdyby życie zaskoczyło”. Klucz dwa razy wypadł jej z rąk, zanim zdołała otworzyć drzwi. Wpadła do środka akurat, gdy Kazimierz tracił przytomność. Major czuwał przy nim, liżąc jego twarz i zawodząc żałośnie. Lena sięgnęła po telefon z trzęsącymi się dłońmi. „112 — proszę, to mój sąsiad! Źle oddycha!” Chwilę później w salonie zapanował kontrolowany chaos — ratownicy wbiegli z torbami sprzętu. Major od razu ustawił się między ekipą a swoim panem, zjeżony z lojalności i lęku. „Proszę zabrać psa!” zawołał jeden z ratowników. Lena próbowała odciągnąć Majora za obrożę, ale pies nie drgnął. Trząsł się ze starości, ale nie chciał się poddać — patrzył na Kazimierza, potem błagał wzrokiem medyków. Starszy ratownik, pan Henryk, zatrzymał się, widząc znoszone odznaczenie na obroży i siwe futro. „To nie byle jaki pies,” szepnął do kolegi. „To pies służbowy. On wciąż czuwa.” Henryk kucnął powoli, nie patrząc Majorowi w oczy, by go nie zaniepokoić. Cicho przemówił: „Przyjechaliśmy pomóc twojemu partnerowi, chłopcze. Pozwól nam go ratować.” Major jakby zrozumiał — przesunął się, zostając jednak przy nogach Kazimierza, by nie stracić z nim kontaktu. Kiedy ratownicy podnosili Kazimierza na nosze, serce na monitorze szalało, a dłoń bezwładnie zwisała z brzegu. Major zawył przeciągle, przeszywająco — choćby ratownicy na chwilę zamarli. Gdy wywozili Kazimierza do karetki, Major próbował wskoczyć za nim, ale łapy odmówiły współpracy. Upadł przed ambulansem i pazurami drapał beton, próbując się podciągnąć. „Nie możemy zabrać psa, procedury na to nie pozwalają,” upierał się kierowca. A wtedy Kazimierz, ledwo przytomny, wyszeptał na wpół nieświadomie: „Major…” Henryk spojrzał na umierającego człowieka i rozpaczającego psa. Zacisnął zęby. „A guzik z procedurą,” mruknął. „Pomóżcie mu wsiąść.” Dwóch ratowników wsunęło ciężkiego owczarka do karetki i ułożyło przy Kazimierzu. Major dotknął go łapą — nagle serce na monitorze uspokoiło się, dając wszystkim cień nadziei. Cztery godziny później W szpitalu światło pulsowało rytmicznie z aparatu. Kazimierz przebudził się otępiały, wdychając zapach odkażaczy pod szpitalnym sufitem. „Jest pan już bezpieczny, panie Hal,” szepnęła pielęgniarka. „Napędził nam pan sporo strachu.” Słabym głosem spytał: „Gdzie… mój pies?” Chciała wypowiedzieć standardową odpowiedź o zakazie zwierząt, ale się zawahała. Odsunęła zasłonę. Major leżał w kącie na kocu, ciężko oddychając ale czuwając. Pan Henryk nie chciał zostawić psa samego. Opowiadał, iż za każdym razem, gdy Majora zabierano z sali, stan Kazimierza się pogarszał. Lekarz zgodził się na „Wyjątek ze Względów Współczucia”. „Major…” wyszeptał Kazimierz. Owczarek uniósł łeb — zobaczył pana, doczołgał się do łóżka i oparł pysk na jego dłoni. Kazimierz zanurzył palce w znajomym futrze i rozpłakał się po raz pierwszy od śmierci żony. „Myślałem, iż cię zostawię,” wyszeptał. „Myślałem, iż to już koniec.” Major przytulił się mocniej, liżąc łzy, a ogon leniwie uderzał o materac. Pielęgniarka z roztkliwieniem ocierała policzki w drzwiach. „To on pana uratował,” szepnęła. „Ale myślę, iż pan uratował jego.” Tego wieczoru Kazimierz nie musiał mierzyć się z nocą samotnie. Dłonią sięgał poza łóżko, ściskając łapę Majora — dwóch życiowych partnerów, którzy obiecali sobie w ciszy, iż nigdy już nie zostawią się nawzajem. Niech ta historia odnajdzie serca, które najbardziej jej potrzebują. 💖💖
Zamarznięte zwierzęta, dramatyczne apele. Ta zima sprawdza naszą wrażliwość
Tammy Slaton jest dziś lżejsza o 200 kg. Nie poznacie jej po przemianie
Jednego dnia w dresie na mrozie, drugiego dnia diva na gali. Doda zachwyca
Kryzys nie kończy życia. Czego uczą nas pszczoły
WYBIERAJ: ALBO TWÓJ PIES, ALBO JA! MAM DOŚĆ TEGO PSIEGO SMRODU! — OŚWIADCZYŁ MĄŻ. ONA WYBRAŁA MĘŻA, ODWIÓZŁA PSA DO LASU… A WIECZOREM ON POWIEDZIAŁ, ŻE ODCHODZI DO INNEJ
Julia wysiada z autobusu, taszcząc ciężkie torby, i rusza w stronę rodzinnego domu. – Jestem w domu! – woła, otwierając drzwi. – Julia, córeczko! – wszyscy rzucają się jej na powitanie. – Przeczuwaliśmy, iż dziś przyjedziesz! Wieczorem, gdy cała rodzina siedzi przy dużym stole, ktoś puka do drzwi. – Pewnie sąsiedzi przyszli z życzeniami – mama wzrusza ramionami i idzie otworzyć. Wraca nie sama, a z „gośćmi”. Julia spogląda na wchodzących i nie wierzy własnym oczom. Julia w milczeniu i z nutką tęsknoty patrzy za okno autobusu, który zabiera ją daleko od rodzinnych stron. Na kolanach trzyma wielką, kraciastą torbę, którą mocno ściska. Spakowała tylko najpotrzebniejsze rzeczy, a i tak torba wydaje się ogromna. Babcia położyła jeszcze na wierzchu worek świeżych, ciepłych pierogów, których zapach wypełnia cały autobus. Julia nie wytrzymuje, rozsuwa zamek torby i wyjmuje dwa rumiane pierogi. -Chcesz? – proponuje chłopakowi, który chyba wsiadł wcześniej. Oddał Julii miejsce przy oknie, czym zyskał jej sympatię. -Dawaj! – uśmiecha się chłopak. -Julia jestem! – przedstawia się dziewczyna. -A ja – Stefan! Na studia jedziesz? -Tak! U nas w okolicy tylko szkoła dla przyszłych traktorzystów, a ja się do tego nie nadaję. -Też na studia! – wzdycha Stefan. – Ale wieś lubię. Do miasta mają cztery godziny. Przez ten czas zdążyli się zaprzyjaźnić i wymienić numerami telefonu. Każde poszło swoją drogą po przyjeździe. *** Czas egzaminów mija szybko. Julia i Stefan oboje zostali przyjęci na studia i są przepełnieni szczęściem. Znikają stresy i obawy, przed nimi wielkie plany na przyszłość. – Julia, cześć! – dzwoni kiedyś Stefan. – Może uczcimy nasz sukces w jakiejś kawiarni? Dziewczyna się cieszy: Stefan ją fascynuje, jest prosty i niezawodny. Umawiają się w kawiarni o nazwie „Hipopotam”, siedzą przy oknie, obserwują statki płynące po Wiśle i słuchają głosów przewodników. -Czemu ta kawiarnia nazywa się „Hipopotam”? – pyta Julia. Stefan się śmieje: – Bo jak przychodzisz tu za często, zamieniasz się w hipopotama! -To chyba prawda! – śmieje się Julia, zajadając ciastko. Staje się to ich miejscem na spotkania i pierwszych pocałunków. Z czasem Julia czuje, iż Stefan jest jej najbliższy. – Julia, zamieszkaj ze mną! Latem ślub! – proponuje Stefan, będąc na trzecim roku. -To jakaś oświadczyna? – żartuje dziewczyna. Stefan przytula ją i radzi: – Migaj mi przed oczami, ile chcesz! Julia wraca szczęśliwa do wspólnego mieszkania z koleżankami. Wieczorem opowiada im o swoich planach. Jedna z koleżanek, Wiola, nie pochwala wspólnego życia bez ślubu, ale druga, Marina, cieszy się na wieść o zaproszeniu na wesele. Julia uważa, iż ślub to formalność, liczy się miłość… Choć słowa przyjaciółek sprawiają, iż zaczyna się wahać. Ostatecznie zwleka z przeprowadzką, Stefan przestaje naciskać. W grudniu dziewczyny wracają zmęczone zimową aurą i wchodzą do „Hipopotama”. Przy swoim miejscu siedzi Stefan z młodszą dziewczyną. Julia milknie i wychodzi. – Jadę do domu – mówi spokojnie do koleżanek, które pocieszają ją, iż to nie koniec świata. Julia ignoruje telefony Stefana; gdy ten próbuje ją spotkać, koleżanki mówią mu, iż jej nie ma. W końcu „wyłapuje” ją na uczelni: – Julia, o co chodzi? Masz kogoś? -Wyśmienicie potrafisz przekręcić kota ogonem! – odpowiada Julia, uciekając do środka. *** Julia zalicza sesję i jedzie do domu na święta. W rodzinnym domu wszystko wydaje się łatwiejsze. Uśmiecha się, widząc przystrojoną choinkę pod płotem – jak za dawnych lat. – Wesołych Świąt! – woła, wchodząc do domu. – Julia! – rzuca się na nią rodzina. – Przeczuwaliśmy, iż przyjedziesz! Wieczorem, przy rodzinnym stole, ktoś puka do drzwi. – To pewnie sąsiedzi z życzeniami – mówi mama. Wraca nie sama, a z… Mikołajem i pomocnicą! – Stefan? – Julia patrzy na Mikołaja i młodą dziewczynę ze „swojej” kawiarni. – Jak mnie znalazłeś? Co to ma znaczyć? Stefan wybucha śmiechem: – Koleżanki powiedziały mi, gdzie cię szukać. A to moja młodsza siostra, Irena! – Siostra? – upewnia się Julia. – No jasne! – potwierdza Irena. – Widać podobieństwo! Julia ma wrażenie, iż spadł jej kamień z serca. Stefan klęka i prosi: – Julia, bądź moją żoną! – wręcza jej pierścionek. – Tak, oczywiście! – rzuca się Stefanowi na szyję Julia. – To będą najlepsze święta w moim życiu! – Przed nami jeszcze wiele takich, Julia! – uśmiecha się Stefan. – Tylko rozmawiajmy szczerze o wszystkim! – Zgoda! – odpowiada Julia.
W regionie zauważono wilka. Drapieżnik spokojnie spacerował skrajem drogi
Policjanci z Rybnika pomogli czworonogom, które błąkały się po ulicy podczas mrozu
Masz pająki w domu? Ten prosty trik działa natychmiast
5. Powiatowy Przegląd Kolęd i Pastorałek w ZS im. KOP w Szydłowcu
Nocna ucieczka. Fabiś odnaleziony w jednym z polskich lasów
Przykuty do łańcucha, głodny i bez schronienia przed mrozem
Poseł Matecki broni się przed poważnymi zarzutami. "CV i rozmowy nie pamiętam"
Telefon o Trzeciej Nad Ranem – Historia Marii i Dymitra, Wstrząsającego Telefonu oraz Psiego Cudu, który Zmienił Podejście do Zwierząt, Sąsiadów i Samego Siebie
W zielonogórskim minizoo narodziła się małpka kapucynka
Czekają na choinki jak dzieci na prezenty
Ornitologiczne korzyści z ekstremalnych mrozów
Tragiczna śmierć psa w gminie Lubsko. "Będziemy wnioskować o najwyższy możliwy wyrok"
GMINA KOMAŃCZA. Wilki widziane na prywatnej posesji [ZOBACZ VIDEO]
Ponad setka psów uratowanych przed mrozem. "Już grzeją się na kanapach"
Mieszkanka Łęczycy mówi o znieczulicy
Miłość skromna, ale prawdziwa Ania wyszła ze swojskiej chaty z pełnym wiadrem paszy dla świń i gniewnie minęła męża Gienka, który już trzeci dzień z rzędu majsterkował przy studni. Zamarzyło mu się, żeby była rzeźbiona, żeby pięknie wyglądała, jakby nie było innych, ważniejszych zajęć! Żona uwija się przy gospodarstwie, karmi zwierzęta, a on stoi z dłutem w ręku, cały w wiórach, uśmiecha się do niej, nie mówiąc ani czułego słowa, nie walnie pięścią w stół, tylko pracuje cicho, od czasu do czasu podejdzie, popatrzy jej w oczy i pogładzi po jej grubej złocistej kłosie – ot, cała jego czułość. A tak by przecież chciała usłyszeć „gwiazdeczko”, „łabędzico”… Zamyśliła się nad swoim kobiecym losem i o mało nie potknęła się o starego Burka. Gienek podskoczył natychmiast, podtrzymał żonę, a na psa spojrzał groźnie: – A czegoż to pchasz się pod nogi, chcesz gospodynię połamać? Burek ze spuszczonym wzrokiem pokuśtykał do budy, a Ania po raz kolejny zdumiała się, jak zwierzęta rozumieją jej męża. Zapytała go kiedyś o to, a on odparł: – Kocham zwierzęta, to i one mnie rozumieją. Ania też marzyła o miłości – by nosił ją na rękach, szeptał ciepłe słówka do ucha i przynosił codziennie kwiatki na poduszkę… A Gienek był skąpy w czułościach i Ania już zaczynała wątpić, czy w ogóle ją kocha. – Szczęść Boże, sąsiadko – zagadnął zza płotu Wacek – Gienek, jeszcze ci się te dziwaczne wzorki nie znudziły? Komu to potrzebne? – Chcę, żeby moje dzieci na piękno patrząc, dobrymi ludźmi wyrosły – odpowiedział Gienek. – Tylko najpierw trzeba te dzieci mieć – roześmiał się sąsiad, puszczając oczko do Ani. Gienek spojrzał na żonę smutno, a Ania, zawstydzona, wróciła do domu. Nie spieszyło się jej do dzieci, młoda, ładna, chciała jeszcze trochę dla siebie pożyć – poza tym, jej mąż to ani ryba, ani mięso. A sąsiad taki przystojny, wysoki, barczysty… Gienek niebrzydki, ale tamten to dopiero piękniś! I jak przywita ją pod bramą – tak czule powie, iż aż serce mięknie… Ale Ania od niego ucieka, jego namowy nie działają. Wychodząc za mąż obiecała sobie wierność, rodzice zawsze jej powtarzali, żeby rodzinę szanować. Ale czemu tak bardzo chce wypatrywać przez okno, by choć spojrzenie z sąsiadem zamienić? Następnego ranka, gdy Ania wyprowadzała krowę na łąkę, spotkała Wacka przy furtce: – Aniu, promyczku, czemu mnie omijasz? Boisz się? Nie mogę się napatrzeć na twoją urodę, głowa mi się kręci… Przyjdź do mnie o świcie. Jak twój Gienek rano pójdzie na ryby, przyjdź do mnie. Otoczę cię taką czułością, szczęśliwa będziesz. Ania spłonęła rumieńcem, serce zabiło szybciej, ale nie odpowiedziała, tylko gwałtownie przeszła obok. – Ja na ciebie poczekam – zawołał za nią. Przez cały dzień myślała o Wacku. Bardzo chciała miłości i czułości, a Wacek był tak atrakcyjny, patrzył na nią tak gorącym okiem… Ale nie mogła się zdecydować. Do świtu jeszcze daleko, może… Wieczorem Gienek rozpalił wiejską banię i zaprosił sąsiada do kąpieli. Tamten ochoczo się zgodził – nie musiał swojej rozpalać, ani drewna marnować. Chłopaki biczowali się brzozowymi witkami, stękając z przyjemności. Wyszli do przedsionka, a Ania postawiła im karafkę samogonu i zakąski. Nagle przypomniała sobie o małosolnych ogórkach z piwnicy i zeszła po nie. Kiedy wracała, usłyszała przez uchylone drzwi rozmowę, więc przystanęła, nasłuchując. – Ty to jesteś niezdecydowany, Gienek, chodź, nie pożałujesz! Takie wdówki tam bywają, iż cię wycałują, pięknoty – aż miło popatrzeć! Nie to, co twoja Ania, taka szara myszka… – Nie, Wacek – cicho, stanowczo odpowiedział Gienek – żadnych pięknot mi nie trzeba, choćby myśleć o tym nie chcę. Moja żona nie jest żadną szarą myszką, jest najpiękniejsza na świecie. Żaden kwiatek, żadna jagoda jej nie dorówna. Kiedy na nią patrzę, już nie widzę słońca – tylko jej oczy i smukłą figurę. Tak przepełnia mnie miłość, jak rzeka wiosną – tylko bieda, bo nie umiem czułych słów mówić, nie umiem okazać jej, jak bardzo ją kocham. Wiem, iż ma do mnie żal, czuje się niedoceniona… Boję się ją stracić, nie przeżyję bez niej ani dnia, choćby tchu nie złapię bez niej. Ania słuchała, nieruchoma, serce waliło jak młot, a po policzku spłynęła łza. Podniosła dumnie głowę, weszła do przedsionka i donośnie powiedziała: – Idź sobie, sąsiedzie – do wdówek, rozganiać ich tęsknotę, a my z mężem mamy ważniejsze sprawy. Nie mamy jeszcze komu pokazywać tej piękności, którą Gienek wyrzeźbił. Przebacz mi, mój kochany, za moje głupie myśli, za to, iż nie dostrzegłam, jakie szczęście mam w rękach. Chodź, już za dużo czasu straciliśmy… Rano, o świcie, Gienek nie poszedł na ryby.
Największa mysz świata? Waży tyle, co chihuahua, rodzi tylko 1 młode rocznie i wygląda jak panda
Przerażony hukiem Fabiś ukrył się w lesie
Niedźwiedź. Można się zgłaszać do kolędowania z „Zagórzańską Siłą”
W Chełmie niespełna 350 tys. zł, w Białej Podlaskiej znacznie więcej. Tak samorządy finansują schroniska
Kieleckie schronisko prosi o wsparcie. "Każda ilość jest na wagę złota"
Gorzowska ławeczka 13.01.2026
We Wrocławiu mundżak i Marusia, w Łodzi - Willy i wyderki. Dwa różne gatunki harcują na jednym wybiegu [FOTO, film]
Odbiór odpadów niebezpiecznych – czym są śmieci niebezpieczne, kto je odbiera i jakie są metody ich utylizacji?
Mróz uderza w schronisko w Gnieźnie. Zwierzęta czekają na tymczasowe domy
Warszawskie schronisko przygarnia psy z Mąkos Nowych