Zwierzęta

Ponad milion złotych na ratunek zwierzętom. Rekordowy rok Fundacji ZOO Wrocław DODO
WYBIERAJ: ALBO TWÓJ PIES, ALBO JA! MAM DOŚĆ TEGO PSIEGO SMRODU! — OZNAMIA MĄŻ. ONA WYBIERA MĘŻA I WYWIEZIE PSA DO LASU… A WIECZOREM ON OŚWIADCZA, ŻE ODCHODZI DO INNEJ
30.01.2026 Agrobiznes – o obowiązkowych szkoleniach dla rolników
Miłość, której nie widać na pokaz Ania wyszła z chaty z pełnym wiadrem pomyj dla świń i naburmuszona minęła swojego męża Gienka, który już trzeci dzień męczył się z remontem studni. Wymyślił sobie, iż ozdobi ją rzeźbieniem, żeby była ładna, jakby nie było ważniejszych rzeczy do roboty! Żona krząta się po gospodarstwie, karmi zwierzęta, a on stoi z dłutem w ręku, cały w trocinach, patrzy na nią z uśmiechem. No co to za chłop, którego Bóg zesłał? Ani czułego słowa nie powie, ani pięścią w stół nie walnie, tylko w milczeniu pracuje, czasem podejdzie, spojrzy głęboko w oczy i pogłaszcze jej gruby, jasny warkocz – to cała jego czułość. A chciałoby się, żeby i „promyczkiem” nazwał, i „łabędzią białą”… Zadumała się nad swoim kobiecym losem i o mało co nie potknęła się o starego Burka, co po podwórku się pałętał. Gienek rzucił się od razu, podtrzymał żonę, a na psa spojrzał surowo: – Co się plączesz pod nogami? Żonę mi jeszcze poturbujesz. Burek ze skruchą spuścił oczy i powłóczył do budy. Ania znowu się zdziwiła, jak te zwierzaki męża jej słuchają. Kiedyś go o to zapytała, a on tylko machnął ręką: – Kocham zwierzęta, to i one mnie kochają. Ani serce też o miłości marzyło – by na rękach nosił, by czułe słowa do ucha szeptał, a co rano kwiatek na poduszce zostawiał… Ale Gieniek do czułości był niechętny i Ania zaczęła się zastanawiać – czy on ją w ogóle kocha, choćby troszeczkę? – Szczęść Boże sąsiadko! – zajrzał przez płot Wacek. – Gieniek, ty dalej się w te ozdóbki bawisz? I komu to potrzebne? – Chcę, żeby moje dzieci na piękno patrząc, dobrymi ludźmi wyrosły. – To najpierw dzieci musisz zrobić – zaśmiał się sąsiad i puścił Ani oczko. Gieniek smutno spojrzał na żonę, a Ania speszona pobiegła do domu. Nie spieszyło jej się do dzieci, młoda jeszcze, urody jej nie brakowało, chciała chwilę dla siebie pożyć, a mąż ani to ogień, ani woda. A sąsiad – proszę bardzo! Wysoki, silny chłop, Gieniek też swój, ale tamten to elegancki, słowa jak miód leją się z ust, kiedy się spotkają przy furtce. Szepcze, jak to latem deszczyk: „Anielico, słoneczko moje…”. Serce mięknie, nogi się uginają, ale Ania ucieka od niego – nie ulega namowom. Wychodząc za mąż, przysięgała być wierną żoną, rodzice przez lat wiele żyli zgodnie i nauczyli ją rodziny strzec. A jednak tak bardzo chce wyjrzeć przez okno i spotkać oczy sąsiada… Następnego ranka Ania wyganiała krowę na łąkę i przy furtce natknęła się na Wacka: – Aniu, ptaszku mój, czemu mnie unikasz? Czy się mnie boisz? Napatrzeć się nie mogę na twoją urodę, w głowie mi się kręci, jak cię widzę. Przyjdź do mnie o świcie. Jak twój chłop na ryby rano pójdzie, ty do mnie przyjdź. Dam ci tyle czułości, iż najszczęśliwsza będziesz. Ania zarumieniona uciekła bez słowa, a Wacek jeszcze zawołał za nią: – Ja na ciebie zaczekam. Cały dzień myślała o nim Ania. Bardzo chciała miłości i czułości, a Wacek taki piękny, patrzył na nią z żarem… Ale zdecydować się nie potrafiła, choć do świtu jeszcze czas… Wieczorem Gienek napalił w bani. Zaprosił sąsiada na parówkę. Ten chętnie przyszedł – własnej bani nie musiał grzać ani drzewa rąbać. Poklepali się tam brzozowymi witkami, poparzeli swoje stare kości, a potem wyszli do przedsionka, odpocząć. Ania już im nalewkę postawiła, przekąski przyniosła, a przypomniała sobie, iż jeszcze ogóreczki w piwniczce stoją. Zeszła do piwnicy, ogórki wzięła i miała już wejść, gdy za uchylonych drzwi usłyszała rozmowę i zamarła, nasłuchując. – A co ty taki niemrawy, Gieniek – szepnął Wacek – chodź, nie pożałujesz. Tam wdówki takie, iż cię obłaskawią. A jakie śliczne – aż się oko cieszy! Nie to co twoja Ania, taka zwyczajna myszka. – Nie, Wacek – powiedział cicho, ale stanowczo Gienek – nie chcę żadnych innych kobiet, choćby nie chcę o tym myśleć. Moja żona nie jest żadną myszką, ona najpiękniejsza ze wszystkich kobiet na tym świecie. Nie ma takiego kwiatka, nie ma takiej jagody, która by jej dorównała. Kiedy na nią patrzę, to i słońca nie widzę – tylko jej oczy kochane i jej smukłą sylwetkę. Miłość mnie przepełnia jak rzeka na wiosnę, tylko nieszczęście takie, iż nie umiem o tym mówić, nie potrafię jej powiedzieć, jak bardzo ją kocham. Wiem, iż się na mnie za to gniewa, czuję to. Wiem, iż jestem winny, boję się ją stracić – nie wytrzymałbym bez niej ani jednego dnia, nie mógłbym oddychać bez niej. Ania stała bez ruchu, serce waliło jej jak młot, łzy spływały po policzkach. Wreszcie dumnie podniosła głowę, weszła do przedsionka i głośno powiedziała: – Idź, sąsiedzie, do swoich wdówek, a my z mężem mamy ważniejsze rzeczy do zrobienia. Jeszcze nikt nie ma komu podziwiać tej Gienkowej rzeźby. Wybacz mi, kochany mężu, moje głupie myśli i moją ślepotę – szczęście w rękach miałam, a nie dostrzegałam. Chodź, już za dużo czasu zmarnowaliśmy… Następnego ranka, o świcie, Gienek na ryby nie poszedł.
Te zwierzęta niszczą uprawy. Które są najgroźniejsze?
Awantura o polowania w „Debacie Gozdyry”. Nagle rozmowa została przerwana
Dlaczego szyje żyraf są tak długie? Odpowiedź zaskakuje
Awantura o polowania w "Debacie Gozdyry". Nagle rozmowa została przerwana
Odkryj tajemnice Elizeum: remont XVIII-wiecznego skarbu Warszawy
Stołeczne ZOO ogłosiło plebiscyt na Zwierzaka Roku
Walentynkowy "prezent" dla eks. Parskniecie śmiechem na pomysł łódzkiego zoo
Gęś na przystanku, małpka w wózku
0052/26
0051/26
0050/26
0048/26
4013/26
Wstydliwa współczesna wycinka lasów
Schronisko w Suchedniowe pod lupą. Powodem nieprawidłowości
Klatki, fotopułapki i różne wabiki. Wolontariusze szukają zaginionych psów z Sobolewa
Hopsający uciekinier. Policjanci ruszyli w pościg
— Nie mogłem go zostawić, mamo — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. Nikita miał czternaście lat, a cały świat wydawał się być przeciwko niemu. A raczej — nie chciał go zrozumieć. — Znowu ten łobuz! — mamrotała ciocia Krysia z trzeciej klatki, przechodząc gwałtownie na drugą stronę podwórka. — Samotna matka wychowuje. To masz i efekty! A Nikita szedł dalej, z rękami w kieszeniach podartych dżinsów, udając, iż nie słyszy. Choć jednak słyszał. Mama pracowała — znowu do późna. Na kuchennym stole była kartka: „Kotlet w lodówce, podgrzej”. I cisza. Zawsze cisza. Właśnie wracał ze szkoły, gdzie znowu nauczyciele „przeprowadzali rozmowę” o jego zachowaniu. Jakby nie rozumiał, iż jest dla wszystkich problemem. Rozumiał. Ale co z tego? — Hej, chłopcze! — zapiątkował go sąsiad pan Witek z pierwszego piętra. — Wszystko widziałeś, jest tu kulawy pies? Trzeba go wygonić. Nikita zatrzymał się. Przyjrzał się. Przy śmietniku leżał rzeczywiście pies. Nie szczeniak — dorosły, rudy z białymi plamami. Leżał nieruchomo, tylko oczy śledziły ludzi. Mądre oczy. I smutne. — No, niech go ktoś wygoni! — przytaknęła ciocia Krysia. — Pewnie chory! Nikita podszedł bliżej. Pies się nie ruszył, tylko słabo machnął ogonem. Na tylnej łapie — poraniona rana, zaschnięta krew. — Po co stoisz? — rzucił z irytacją pan Witek. — Weź kij, przegoń go! Wtedy coś w Nikicie pękło. — Tylko spróbujcie go dotknąć! — wypalił ostro, zasłaniając psa. — Nikomu nic złego nie robi! — O, obrońca się znalazł — zdziwił się pan Witek. — I będę bronił! — Nikita przykucnął przy psie, ostrożnie wyciągnął rękę. Pies powąchał palce i lekko polizał dłoń. W Nikicie rozlało się coś ciepłego. Po raz pierwszy od dawna ktoś był dla niego dobry. — Chodź ze mną — szepnął do psa. — Chodź. W domu Nikita zrobił Rudemu legowisko ze starych kurtek w kącie swojego pokoju. Mama do wieczora w pracy — nikt nie będzie krzyczał i wyganiał „zarazy”. Rana wyglądała źle. Nikita wszedł do internetu, znalazł artykuły o pierwszej pomocy zwierzętom. Czytał, marszcząc się od medycznych terminów, ale zapamiętywał wszystko uparcie. — Trzeba przemyć wodą utlenioną — mruczał, grzebiąc w apteczce. — Potem jod na brzegi. Ostrożnie, żeby nie bolało. Pies leżał spokojnie, ufnie podkładał łapę. Patrzył wdzięcznymi oczami — tak, jak na Nikitę dawno nikt nie patrzył. — Jak ty się adekwatnie nazywasz? — Nikita delikatnie obwiązywał łapę bandażem. — Rudy jesteś. Rudy cię nazwać? Pies cicho szczeknął — jakby się zgodził. Wieczorem przyszła mama. Nikita przygotował się na awanturę, ale mama tylko obejrzała Rudego, dotknęła bandażu. — Sam opatrzyłeś? — zapytała cicho. — Sam. W internecie znalazłem, jak. — A czym go nakarmisz? — Coś wymyślę. Mama długo patrzyła na syna. Potem — na psa, który ufnie lizał jej rękę. — Jutro idziemy do weterynarza — zdecydowała. — Zobaczymy, co z łapą. A imię już wymyśliłeś? — Rudy — rozpromienił się Nikita. Pierwszy raz od miesięcy nie stała między nimi ściana niezrozumienia. Rano Nikita wstał godzinę wcześniej niż zwykle. Rudy próbował wstać, skomląc z bólu. — Leż, leż — uspokoił go chłopiec. — Zaraz przyniosę wodę i coś do jedzenia. W domu nie było żadnej karmy dla psów. Oddał ostatni kotlet, namoczył chleb w mleku. Rudy jadł łapczywie, ale ostrożnie, zlizywał każdy okruszek. W szkole pierwszy raz od dawna Nikita nie dokuczał nauczycielom. Myślał tylko o jednym — jak tam Rudy? Czy go nie boli? Czy nie tęskni? — Dziś jesteś jakiś inny — zdziwiła się wychowawczyni. Nikita tylko wzruszył ramionami. Nie chciał opowiadać — wyśmieją. Po szkole pędził do domu, ignorując niezadowolone spojrzenia sąsiadów. Rudy przywitał go radosnym szczekaniem — już mógł stać na trzech nogach. — No co, przyjacielu, na dwór chcesz? — Nikita zrobił ze sznurka smycz. — Tylko ostrożnie, dbaj o łapę. Na podwórku działo się coś niezwykłego. Ciocia Krysia, widząc ich, prawie się zadławiła słonecznikiem: — On go do domu wziął! Nikita! Zwariowałeś? — A co w tym złego? — odpowiedział spokojnie chłopiec. — Leczę go. Niedługo wyzdrowieje. — Leczyć?! — podeszła sąsiadka. — A pieniądze na leki skąd masz? Kradniesz mamie? Nikita zacisnął pięści, ale się powstrzymał. Rudy przytulił się do jego nogi — jakby czuł napięcie. — Nie kradnę. Wydaję swoje. Zbierałem z drugiego śniadania — powiedział cicho. Pan Witek pokiwał głową: — Chłopcze, wiesz, iż wziąłeś na siebie żywą istotę? To nie zabawka. Trzeba karmić, leczyć, wyprowadzać. Każdy dzień zaczynał się teraz od spaceru. Rudy gwałtownie dochodził do siebie, już umiał biegać, choć lekko utykał. Nikita uczył go komend — cierpliwie, godzinami. — Siad! Daj łapę! Tak jest! Sąsiedzi obserwowali z daleka. Niektórzy kręcili głowami, inni się uśmiechali. A Nikita nie widział nic poza wiernymi oczami Rudego. Zmieniał się. Nie od razu — powoli. Przestał być niemiły, zaczął sprzątać w domu, poprawił oceny. Miał cel. I to był dopiero początek. Po trzech tygodniach stało się to, czego Nikita najbardziej się obawiał. Wracał z Rudym ze spaceru, gdy zza garaży wyskoczyła wataha bezpańskich psów. Pięć czy sześć wściekłych, głodnych, z błyszczącymi w ciemności oczami. Lider, wielki czarny pies, wyszczerzył zęby i ruszył do przodu. Rudy wycofał się za plecy Nikity. Łapa wciąż bolała — nie mógł biec szybko. A tamte poczuły słabość. — Odejdźcie stąd! — krzyknął Nikita, wymachując smyczą. — Idźcie! Ale wataha nie odpuszczała. Otaczali ich. Czarny lider warczał coraz głośniej, szykując się do skoku. — Nikita! — zza okna rozległ się kobiecy krzyk. — Uciekaj! Zostaw psa i biegnij! To była ciocia Krysia. Za nią kilka sąsiedzkich twarzy. — Chłopcze, nie bądź bohaterem! — krzyczał pan Witek. — Przecież kulawy jest, nie ucieknie! Nikita spojrzał na Rudego. Ten trząsł się, ale nie uciekł. Przytulał się do nogi pana, gotów dzielić każdą dolę. Czarny pies rzucił się pierwszy. Nikita instynktownie zasłonił się rękami, ale ugryzienie trafiło w ramię. Ostre kły przebiły kurtkę, zraniły skórę. A Rudy, mimo chorej łapy i strachu — rzucił się bronić pana. Wgryzł się w nogę lidera, wisiał na niej całym ciałem. Wywiązała się walka. Nikita odpierał ciosy nogami i rękami, próbował chronić Rudego przed kłami. Sam dostawał rany, zadrapania, ale nie ustępował. — Boże, co tu się dzieje! — lamentowała ciocia Krysia z okna. — Witek, zrób coś! Pan Witek schodził po schodach, chwytał kij, zbroił się w cokolwiek. — Trzymaj się, chłopcze! — krzyczał. — Pomogę! Nikita już upadał pod naporem watahy, gdy usłyszał znajomy głos: — Won stąd! To była mama. Wybiegła z klatki z wiadrem wody i oblała psy. Wataha odskoczyła, warcząc. — Witek, pomóż! — krzyknęła. Pan Witek podbiegł z kijem, kilku sąsiadów też zeszło na dół. Podwórkowe psy uznały, iż nie mają szans i uciekły. Nikita leżał na asfalcie, tuląc Rudego. Obaj byli zakrwawieni, obaj drżeli. Ale żyli. Byli cali. — Synku — mama przysiadła obok, oglądając rany. — Ale mnie wystraszyłeś. — Nie mogłem go zostawić, mamo — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. — Rozumiem — odpowiedziała cicho. Ciocia Krysia zeszła do podwórka, podeszła bliżej. Patrzyła na Nikitę dziwnie — jakby widziała go pierwszy raz. — Chłopcze, — powiedziała zaskoczona. — Przecież mogłeś… przez jakiegoś psa… — Nie „przez psa” — niespodziewanie wtrącił pan Witek. — On walczył za przyjaciela. Pani rozumie różnicę, Krysiu? Sąsiadka kiwnęła głową. Po jej policzkach płynęły łzy. — Chodźmy do domu — powiedziała mama. — Trzeba opatrzyć rany. I Rudego też. Nikita z trudem wstał, wziął psa na ręce. Rudy skomlał cichutko, ale ogon delikatnie się poruszał — cieszył się, iż pan jest obok. — Chwileczkę — zatrzymał ich pan Witek. — Jutro jedziecie do weterynarza? — Jedziemy. — Ja was zawiozę. Samochodem. I za leczenie zapłacę — ten pies to prawdziwy bohater. Nikita spojrzał zdziwiony na sąsiada. — Dziękuję, panie Witku. Ale sam dam radę. — Nie dyskutuj. Zarobisz, oddasz potem. A teraz… — mężczyzna poklepał go po ramieniu. — Teraz możemy być z ciebie dumni. Prawda? Sąsiedzi kiwali głowami. Minął miesiąc. Zwykły, październikowy wieczór, a Nikita wracał z lecznicy weterynaryjnej, gdzie pomagał wolontariuszom w weekendy. Rudy biegał obok — łapa zagojona, prawie nie kulał. — Nikita! — zaczepiła go ciocia Krysia. — Poczekaj! Chłopiec zatrzymał się, spodziewając się kolejnej reprymendy. Ale sąsiadka podała mu torbę z karmą. — To dla Rudego — powiedziała nieśmiało. — Dobra karma, droga. Tak o niego dbasz. — Dziękuję, ciociu Krysiu — odpowiedział szczerze Nikita. — Ale mamy karmę. Teraz dorabiam w lecznicy, lekarka Anna Pietrówna płaci. — Weź. Na przyszłość się przyda. W domu mama szykowała kolację. Na widok syna uśmiechnęła się: — Jak ci idzie w lecznicy? Anna Pietrówna zadowolona z ciebie? — Mówi, iż mam dobre ręce. I cierpliwość. — Nikita pogłaskał Rudego po głowie. — Może zostanę weterynarzem. Myślę poważnie. — A nauka? — W porządku. choćby pan Piotrowski z fizyki chwali. Mówi, iż jestem bardziej uważny. Mama kiwnęła głową. Przez ten miesiąc syn zmienił się nie do poznania. Nie był niemiły, pomagał w domu, a choćby z sąsiadami się witał. Najważniejsze — miał cel. Marzenie. — Wiesz — powiedziała — jutro pan Witek przyjdzie. Chce zaproponować ci jeszcze jedną pracę. U jego znajomego w hodowli, potrzebny pomocnik. Nikita rozpromienił się: — Naprawdę? A mogę zabrać Rudego? — Myślę, iż tak. Teraz to przecież prawie służbowy pies. Wieczorem Nikita siedział na podwórku z Rudym. Ćwiczyli nową komendę — „stróżować”. Rudy starał się, patrząc na pana oddanymi oczami. Pan Witek podszedł i przysiadł obok na ławce. — Jutro na pewno jedziesz do hodowli? — Tak. Z Rudym. — To idź spać wcześniej. Czeka cię ciężki dzień. Gdy pan Witek poszedł, Nikita jeszcze chwilę posiedział na podwórku. Rudy położył łeb na kolanach pana, westchnął z zadowoleniem. Odnaleźli siebie. Już nigdy nie będą samotni.
Warszawskie ZOO. Plebiscyt na Zwierzaka Roku 2025
Odejdź i nie wracaj — Słyszysz, odejdź! — szeptał ze łzami w oczach Michał. — Proszę, odejdź i nigdy więcej nie wracaj! Nigdy. Drżącymi rękami chłopiec odczepił ciężki metalowy łańcuch, po czym poprowadził Bertę do furtki, szeroko ją otworzył i próbował wypchnąć ukochaną suczkę na drogę. A ona nie rozumiała, co się dzieje. Czy naprawdę ją wyrzucają? Dlaczego? Przecież niczego złego nie zrobiła… — Odejdź, proszę cię — powtarzał Michał, przytulając psa. — Nie możesz tu zostać. Tata zaraz wróci i… W tym momencie drzwi domu z hukiem się otworzyły i na ganek wypadł pijany Wacław z siekierą w ręku. ***** Gdyby ludzie choć przez chwilę potrafili sobie wyobrazić, jak trudne bywa życie psów, które wylądowały na ulicy nie z własnej winy, pewnie wielu zmieniłoby do nich stosunek. Przynajmniej patrzyliby na nie ze współczuciem i litością, a nie z pogardą i niechęcią, jak to często bywa. Ale skąd ludzie mają wiedzieć, jakie ciężkie próby spotykają naszych czworonożnych przyjaciół i przez CO muszą przejść? Skąd mają wiedzieć?.. Psy przecież niczego nie powiedzą. I też nie poskarżą się na swój los. Cały ból chowają głęboko w sobie. Ale ja opowiem wam pewną historię. Historię miłości, zdrady i wierności… I zacznę od tego, iż Berta już od małego była nikomu niepotrzebna…
KOLEJNY PROTEST, KOLEJNE PATOSCHRONISKO? BYLIŚMY W PAWŁOWIE
Tekila 627/25
"Zamarznięta woda, niewłaściwie ocieplone budy". Mamy listę schronisk z uchybieniami
Zaważyła jedna litera. Bibliotekarki ofiarą niesłusznego hejtu w Internecie
Baton
Wyniki kontroli schronisk w całej Polsce. Porażająca skala patologii
Zwierzęta też czują stres. Jak możemy im w tym pomóc?
Nietypowa przeszkoda na A2 pod Łodzią. Zwierzęta zablokowały pas ruchu
Pieskie życie w Polsce? Doda wstrząsa sumieniami polityków
WYBIERAJ: ALBO TWÓJ PIES, ALBO JA! MAM DOŚĆ TEGO PSIEGO SMRODU! — OZNAMIA MĄŻ. ONA WYBRAŁA MĘŻA, ZAWIOZŁA PSA DO LASU… A WIECZOREM USŁYSZAŁA, ŻE ODCHODZI DO INNEJ
Vito
Rita
Jarocińscy policjanci skontrolowali schronisko dla zwierząt w Radlinie. Co stwierdzili? [ZDJĘCIA, SONDA]
Chora przestrzeń bez systemu. O sytuacji zwierząt, schronisk i planach czipowania rozmawiamy z Adrianą Kaszubą
​"Niedocieplona buda, zamarznięta woda w misce". Protest przed schroniskiem dla zwierząt na Mazowszu
Uda się zakończyć wieloletni konflikt? Prezydent zgodził się na mediacje
Serce kota Barcika cicho biło w piersi, myśli rozbiegały się, dusza bolała. Co mogło się wydarzyć, iż jego pani oddała go obcym, dlaczego go porzuciła? Kiedy Olesi na parapetówkę podarowano całkiem czarnego brytyjskiego kocura, przez kilka minut była w szoku… Skromne, ledwo urządzone, jednopokojowe mieszkanie z rynku wtórnego, na które ciężko oszczędzała, nie dawało poczucia bezpieczeństwa. Kłopoty piętrzyły się jeden po drugim. A tu jeszcze kot. Otrząsnąwszy się, spojrzała w bursztynowe oczy malucha, westchnęła, uśmiechnęła się i zapytała ofiarodawcę: – To kocur czy kotka? – Kocur! – Dobrze, kocur, będziesz Barcik – zwróciła się do kota. Ten otworzył swoją małą paszczę i posłusznie zamiauczał: „Miau”… ***** Okazało się, iż brytyjczyki to bardzo łagodne stworzenia. Już trzeci rok Olesia i Barcik żyją razem, dogadują się dusza w duszę. Barcik odsłonił swoją wzruszającą duszę i wielkie serce. Z euforią wita panią po pracy, grzeje ją do snu, razem oglądają filmy, przytuleni na kanapie, biega za nią „ogonką” podczas sprzątania. Życie z kotem nabrało wyrazistych barw. Miło, gdy ktoś czeka na ciebie w domu, z kim można i się pośmiać, i popłakać. A najważniejsze – kto rozumie cię bez słów. Niby żyj i ciesz się, ale… Ostatnio Olesia zaczęła odczuwać ból w prawym boku. Początkowo myślała, iż to przeciągnięte mięśnie, potem winę zwaliła na tłuste jedzenie. Kiedy bóle się nasiliły, poszła do lekarza. Diagnoza ją załamała. Przepłakała cały wieczór, wtulona w poduszkę. Barcik, wyczuwając jej nastrój, cicho przytulił się do niej i próbował uspokoić melodyjnym mruczeniem. Nieświadomie, kołysana mruczeniem Barcika, Olesia usnęła. Rankiem, pogodzona z losem, postanowiła nikomu z bliskich nie mówić o chorobie, by oszczędzić sobie współczujących spojrzeń i niezręcznej pomocy. Pozostawała jej kropla nadziei, iż lekarze dadzą radę. Zaproponowano jej leczenie, które miało poprawić stan. Pojawił się problem – co zrobić z kotem? Pogodziwszy się w sercu z możliwością tragicznego zakończenia, Olesia postanowiła znaleźć Barcikowi nowy dom i dobrych właścicieli. W internecie zamieściła ogłoszenie – odda rasowego kota w dobre ręce. Gdy pierwszy zainteresowany zapytał o powód oddania dorosłego zwierzaka, Olesia, sama nie wiedząc czemu, powiedziała, iż jest w ciąży i pojawiła się alergia na sierść kota. Po trzech dniach Barcik w transporterze i ze wszystkim, co miał, trafił do nowych właścicieli, a Olesia położyła się do szpitala… Dwa dni później zadzwoniła do nowych właścicieli, pytając o Barcika. Po stu przeprosinach usłyszała: kocur uciekł tego samego wieczoru, nie mogą go znaleźć. Pierwszy odruch – uciec ze szpitala na poszukiwania kota. Poprosiła choćby dyżurującą pielęgniarkę o zwolnienie, ale ta surowo nakazała wracać do sali. Sąsiadka z sali, widząc rozpacz młodej kobiety, zapytała, co się stało. Olesia, gorzko płacząc, opowiedziała wszystko. – Poczekaj z rozpaczą, dziewczyno – powiedziała chuda starsza pani – Jutro ma przyjechać profesor z Warszawy. Też mam zły wyrok, syn się przejął, chce mnie przenieść do innej kliniki, ale nie chcę. Dogadał się. Poproszę, żeby lekarz spojrzał też na ciebie, może nie jest tak źle – mówiła ciepło głaszcząc po ramieniu. **** Wyszedłszy z transportera, Barcik zrozumiał, iż jest w obcym domu. Ktoś nieznajomy wyciągnął rękę, by go pogłaskać… Kocie nerwy nie wytrzymały – uderzył łapą i rzucił się w ciemny kąt. – Paweł, nie ruszaj go na razie, musi się przyzwyczaić – usłyszał Barcik miękki kobiecy głos, ale to nie była jego pani. Serce Barcika tłukło się, myśli krążyły, dusza bolała. Co się wydarzyło, iż został oddany obcym? Dlaczego go opuściła? Bursztynowe oczy nerwowo przeszukiwały pokój. Nagle zauważył otwarte okno. Błyskawicznie przemknął przez pokój i przeskoczył na zewnątrz! Na szczęście to tylko drugie piętro, a pod oknem zadbany trawnik. Stąd rozpoczął swą drogę powrotną do domu… ***** Profesor pojawił się przed Olesią jako sympatyczna kobieta tuż po czterdziestce. Przedstawiła się jako Maria Pawłowna, uważnie przejrzała dokumentację, potem zaprosiła Olesię na kozetkę, poprosiła by położyła się na lewym boku. Długo badała, opukiwała, pytała o ból. Potem jeszcze raz przeczytała historię leczenia. Powtórzyła badania na sprzęcie… Olesia nie oczekiwała nic dobrego. Wróciła do sali, gdzie już czekała jej sąsiadka. – I co powiedzieli, dziewczyno? – zapytała. – Na razie nic, powiedzieli, iż jeszcze przyjdą. – Rozumiem. A mi niestety potwierdzili diagnozę – powiedziała smutno. – Bardzo mi przykro, dziękuję za wszystko – odparła Olesia, nie wiedząc jak można pocieszyć kogoś, kto wie iż zostało mu kilka czasu. Pół godziny później do sali weszła Maria Pawłowna z innymi lekarzami. – Olesiu, mam dla pani dobre wieści. Pani choroba jest w pełni uleczalna, już wdrożyłam leczenie, zostanie pani dwa tygodnie w szpitalu, przejdzie terapię i wróci do zdrowia – powiedziała z uśmiechem. Gdy lekarze wyszli, odezwała się sąsiadka: – To wspaniale. Cieszę się, iż przed odejściem mogłam zrobić jeszcze coś dobrego. Bądź szczęśliwa, dziewczyno – dodała. ***** Barcik nie miał swej gwiazdy przewodniej, ale szedł za własnym kocim instynktem. Droga przez przeszkody była pełna niebezpieczeństw i zabawnych przypadków. Nie znając miasta, dumny brytyjczyk w jeden dzień zamienił się w groźnego drapieżnika z wyostrzonymi instynktami. Omijając ruchliwe ulice, Barcik szedł do celu: przemykał, prześlizgiwał się, biegał, wspinał się na drzewa… W jednym z podwórek spotkał stary kocura, który od razu rozpoznał w Barciku obcego. Głośno miauknął i rzucił się na brytyjczyka, a ten, zamieniwszy się z arystokraty w groźnego bandytę, nie ustąpił. Starcie było krótkie. Lokalny boss uciekł w krzaki, zostawiając pamiątkę w postaci podartego ucha. Barcik szedł dalej. Przypominając sobie dzikość przodków, nauczył się spać na drzewach. Wstyd się przyznać, ale musiał jeść ze śmietnika i podkradać jedzenie innym dworom, które karmili dobrzy ludzie. Spotkał się z grupą bezpańskich psów. Uciekł na rachityczne drzewko, które psy próbowały obalić skacząc i szczekając. Ludzie odpędzili psy. Jedna z kobiet chciała adoptować Barcika i zwabiła go kawałkiem kiełbasy. Głód i strach zaćmiły mu rozum, pozwolił się zabrać do domu. Ale… Odpocząwszy i najadłszy się, Barcik przypomniał sobie swój cel, wymknął się za kobietą do klatki i przecisnął przez drzwi, ruszając dalej w drogę do domu… ***** Po wyjściu ze szpitala Olesia wróciła do mieszkania. W głowie tkwiły słowa sąsiadki, która życzyła jej szczęścia. Była szczęśliwa, iż diagnoza się nie potwierdziła. Ale serce bolało – bolało za Barcika. Nie mogła sobie wyobrazić powrotu do pustego mieszkania, gdzie nikt jej nie przywita. Zaledwie przekroczyła próg mieszkania, zadzwoniła do ludzi, którzy zabrali Barcika i poprosiła o adres. Pojechała tam, dowiedziała się jak kocur uciekł, zdecydowała podążyć jego śladami. Mówiono jej, iż to nierealne – minęły dwa tygodnie, domowy kot raczej nie przeżyłby na ulicy, ale nie chciała w to wierzyć. Olesia szukała w każdym podwórku, zaglądała po piwnicach, garażach, skwerach. Próbowała myśleć jak kot, który nigdy nie był na dworze, wzywała Barcika, wypatrywała sylwetki w ciemnych zakamarkach. Już niedaleko od domu, zrozumiała, iż kot przepadł bez śladu. Dla takiego, który miasta nie zna, nie było szans trafić tu pieszo, jak ona przez dwie godziny. Zrezygnowana wróciła na swoje podwórko, ze łzami w oczach. Przez mgłę zauważyła czarnego kota idącego jej naprzeciw. „Jakiś czarny kot” – przemknęło jej w głowie. Olesia przystanęła i rozpoznała go. Rzuciła się z miejsca wołając: „Barcik!” A kot nie pobiegł. Nie miał już sił – usiadł, zmrużył oczy ze szczęścia i cicho zamiauczał: „Dotarłem!”
Stado dzików grasuje po Kielcach
Miłość nie na sprzedaż Ania wyszła ze starej chałupy z pełnym wiadrem pomyj dla świń, zła jak osa, i przeszła obok męża Gienka, który już trzeci dzień dłubał coś przy studni. Rzeźbieniem się zachciało zająć, żeby było ładniej, jakby nie było ważniejszych rzeczy do roboty! Żona się uwija po gospodarstwie, bydło karmi, a on stoi z dłutem w ręku, cały w trocinach, patrzy na nią i się uśmiecha. Co to za mąż od Boga zesłany? Ani słowa ciepłego nie powie, ani pięścią w stół nie walnie, tylko pracuje w milczeniu, czasem podejdzie, w oczy popatrzy i po jej grubej, jasnej warkoczy przeciągnie dłonią — i to cała jego czułość. A chciałoby się, żeby powiedział i „gwiazdeczko”, i „łabędziczko”… Zamyśliła się nad swoim babskim losem, aż prawie nie potknęła się o starego Burego. W mgnieniu oka Gienek podbiegł, złapał żonę, a na psa spojrzał z ostra: — No i co się pod nogi pchasz, jeszcze byś gospodynię kalectwem obdarzył. Bury ze wstydem opuścił łeb i powlókł się do budy. Ania po raz kolejny zdumiała się, jak zwierzęta jej męża rozumieją. Zapytała go kiedyś o to, a on tylko odrzekł: — Kocham je, to i one mi kochaniem odpłacają. Ania też marzyła o takiej miłości — żeby na rękach nosił, żarliwe słowa do ucha szeptał, co rano kwiatuszek pod poduszkę… Ale skąpy był Gienek w czułościach, więc Ania zaczęła się zastanawiać — czy jej mąż choć trochę ją kocha? — Szczęść Boże, sąsiadeczki — zajrzał przez płot Wacek — Gienek, ty się jeszcze tymi ozdóbkami bawisz? I komu te twoje wzorki potrzebne? — Żeby dzieci porządne wyrosły, patrząc na piękno — wyjaśnił Gienek. — To trzeba by najpierw dzieci mieć — zaśmiał się sąsiad, puszczając oko do Ani. Gienek smutno spojrzał na żonę, a Ania, onieśmielona, uciekła do domu. Z dziećmi się jej nie spieszyło, młoda była, ładna, chciałaby jeszcze dla siebie pożyć, a i mąż — ni w pięć, ni w dziesięć. A sąsiad, co za chłop! Wysoki, barczysty, Gienek niebrzydki, ale tamten przystojniak! A jak spotka koło podwórka, to tak słodko gada, iż aż w uszach się szumi: „Rosiczko, słoneczko jasne…” Dusza drży, nogi miękną, ale Ania przed nim ucieka, nie daje się mu namówić. Przysięgała być dobrą żoną, rodzice całe życie w zgodzie przeżyli, uczyli ją szanować rodzinę. Ale dlaczego tak ją kusi, by spojrzeć w okno i szukać wzrokiem sąsiada? Następnego poranka Ania wyganiała krowę na pastwisko i przy bramce natknęła się na Wacka: — Aniu, gołąbko jasna, czemu mnie omijasz? Boisz się? Nie mogę oderwać wzroku od twojej urody, w głowie mi się kręci, gdy cię widzę. Przyjdź do mnie o świcie. Gdy twój chłop na ryby pójdzie, wskocz do mnie. Tak cię szczęściem obsypię, najradośniejszą na świecie uczynię. Ania aż się spłoniła, policzki rozgrzały, serduszko zabiło mocniej, ale nic nie powiedziała, tylko przeszła gwałtownie obok. — Będę czekał — rzucił za nią. Cały dzień myślała o nim. Tak jej chciało się miłości, czułości, taki ładny ten Wacek i tak płomiennie patrzy… Ale na zdradę zdecydować się nie mogła. Do świtu jeszcze czas, może… Wieczorem Gienek napalił w balii. I sąsiada zaprosił na kąpiel. Tamten chętnie skorzystał — swojej palić nie trzeba, drewna szkoda. Długo się tam parzyli, aż w końcu usiedli w przedsionku, żeby odpocząć. Ania już im grafinkę swojskiego postawiła, przystawki przyniosła, a przypomniała sobie, iż w piwnicy ma ogóreczki małosolne. Zeszła na dół, zebrała ogórki i gdy wracała, usłyszała za lekko uchylonymi drzwiami rozmowę, więc przystanęła, nasłuchując. — Aleś ty Gienek nieśmiały — szeptał Wacek — chodź, nie pożałujesz. Tam takie wdówki, tak cię poobłapiają, a jakie piękne! Nie to, co twoja Ania, szara myszka. — Nie trzeba mi żadnych piękności — usłyszała cichy, ale stanowczy głos Gienka — choćby myśleć nie chcę. Moja żona nie szara myszka, najpiękniejsza kobieta na świecie. Kwiatka takiego ani jagódki piękniejszej nie znajdziesz. Jak na nią patrzę, nie widzę słońca, tylko jej oczy i drobną sylwetkę. Tak mną wtedy miłość zalewa, jak rozlewisko na wiosnę. Ale nie potrafię słów czułych mówić, nie umiem jej powiedzieć, jak mocno ją kocham. Odbiera mi to za złe, czuję. Wiem, iż winny jestem, boję się ją stracić, nie przeżyję bez niej ani dnia, choćby oddechu nie złapię. Ania słuchała bez ruchu, serce waliło, łza spłynęła po policzku. Potem dumnie podniosła głowę, weszła do przedsionka i głośno rzekła: — Idź, sąsiedzie, pocieszać wdówki, a my z mężem ważniejsze sprawy mamy. Nie ma jeszcze komu na piękno, wystrugane przez Gienka, patrzeć. Wybacz mi kochany mężu za głupie myśli i ślepotę, szczęście miałam w dłoniach, ale nie rozpoznałam. Chodźmy, za dużo już zmarnowaliśmy czasu… Rano, o świcie, Gienek na ryby nie poszedł.
Region. Jest finał sprawy znęcania się nad kotem Kacprem. To nagranie zbulwersowało wielu
Zwierzęta, procedury i polityka. Sprawa schroniska trafiła na salę obrad Rady Miasta Chełm
Mokotów na nowo. Zieleń i kameralność inwestycji Pioniova to krok w kierunku spokoju i jakości życia
Użytkownicy smartwatcha Amazfit otrzymają dziesięć nowych aplikacji Mini Apps
Akcja „Ekochoinka 2026” w Centrum Przyrodniczym [ZDJĘCIA]
Elmi Abdi: Zacząłem narzekać. Czy to znaczy, iż już jestem Polakiem?