W Sejmie trwa gorąca dyskusja nad tym, czy dzieciaki i młodzież powinny posługiwać się telefonami komórkowymi w przedszkolach i szkołach, czy też nie. Oczywiście jako pedagog jestem jak najbardziej za takim rozwiązaniem. Jednak jako realista wiem, iż to się raczej nie sprawdzi.

Dlaczego? Znam to autopsji. W mojej podstawówce i gimnazjum był zakaz noszenia telefonów komórkowych. Fakt, były to czasy, kiedy telefony komórkowe posiadali tylko nieliczni. Ale myślę, iż dobre to były czasy, sprzyjające tworzeniu się więzi międzyludzkich. Tylu znajomych ile wtedy w szkole, to chyba nigdy już nie miałam. Telefony zabierało się głównie na kolonie, obozy sportowe i kilkudniowe wycieczki, a to i tak głównie starsi uczniowie. Młodsi posłusznie zostawiali je w domu, bo "nie wolno". Jednak pewnego razu jeden chłopak, nota bene z mojej klasy, dostał od rodziców upragnioną komórkę i wyłamał się z tego odgórnego zakazu. Niestety, żaden z nauczycieli wtedy nie zareagował. A szkoda, bo może wtedy pod koniec semestru większość posiadaczy komórek nie przesiadywałaby z nimi pod ścianami ignorując wszystko dookoła. Zważając na to, iż ówczesne telefony komórkowe nie były tak "wypasione" jak w tej chwili (nie były aż tak rozbudowane, zwłaszcza pod względem multimedialnym, aplikacyjnym i internetowym), nie wróżyło to nic dobrego. Potem nie mogli już tego zahamować, przez co najbardziej narzekali nauczyciele. A może gdyby nie taka pobłażliwość wobec jednego ucznia, to proces ten zostałby odłożony o kilka lat. Wystarczy więc, iż jedna osoba się wyłamie i wszystkie zakazy pójdą wniwecz, w myśl zasady: "On może, więc dlaczego ja nie",
Inna sprawa, iż wielu nauczycieli w omawianej szkole sami dawali niewłaściwy przykład nam, uczniom. Jeszcze mam żywo w pamięci, jak jedna z polonistek (nota bene nie taka już młoda) niemal na każdej lekcji odbierała telefon od swojego męża i gadała z nim dosłownie o d.... marynie. Wiecie, ja rozumiem, iż może ktoś do nas zadzwonić w jakiejś sprawie w trakcie pracy, choćby mi się to zdarza. No, ale wtedy albo gwałtownie załatwiamy sprawę, albo odkładamy tą rozmowę na przerwie. A nie przez połowę lekcji rozmawiamy, a klasa rozwala nam pomieszczenie, o mało nie zabijając siebie przy okazji. Wtedy kilka mogłam zrobić, ale przed rozpoczęciem pracy powiedziałam sobie, iż jak najmniej takich sytuacji. Jasne, czasami trzeba odebrać ten telefon, ale większość prywatnych spraw załatwiam poza pracą.
Jest jeszcze jedna strona medalu - to różne aplikacje w telefonach. O Internecie, AI i wykorzystywaniu ich kiedy trzeba i kiedy nie trzeba (\np. przez studentów w trakcie egzaminów) nie będę pisać, bo to temat rzeka. Ale chociażby taki aparat fotograficzny wbudowany w telefona? Można nim sfotografować interesujący okaz na biologii albo sfilmować doświadczenie na chemii. W kalendarzu można zapisać, kiedy jest jakaś kartkówka, a w notatniku - ciekawostki. Wreszcie smarttfony mogą rejestrować różne funkcje życiowe, np. poziom cukru u diabetyków. Nie wiem, czy stosuje się to rozwiązanie u dzieci, ale u dorosłych - i owszem. W końcu dzieci mogą zadzwonić z telefonu na pomoc, kiedy będą jej potrzebować. I to nie koniecznie po pogotowie czy straż pożarną, ale po kogoś starszego.
Ogólnie pomysł zakazu posiadania przez dzieci telefonu w szkołach i przedszkolach nie uważam za taki zły, choćby jestem jego zwolennikiem. A o ile zostanie on rozszerzony na inne placówki typu świetlice środowiskowe, to będę najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Jednak wiem też, iż będzie to trudne do wprowadzenia z wielu powodów. O kilku napisałam powyżej, jeszcze inne pewnie się znajdą. Myślę, iż za długo ten temat był ignorowany, a teraz obudziliśmy się z przysłowiową ręką w nocniku. Nie mniej, temat będę śledzić, szczególnie od września. I to nie tylko w teorii, ale i w praktyce.







