Może trudno w to uwierzyć, ale spotkania młodych na Lednicy mają już... 30 lat. Oznacza to, iż uczestnicy pierwszych edycji swoim wiekiem dobiegają... 50. Wedle pomysłu ojca Jana Góry tamto pierwsze spotkanie miało pomóc przygotować się ówczesnej młodzieży do Wielkiego Jubileuszu 2000 Roku. Zakładano, iż będą jego 2, 3 edycje i na tym się skończy. Tymczasem kolejne pokolenie uczestniczyło w dorocznym spotkaniu odbywającym się w pobliżu jednego z domniemanych miejsc, w których Mieszko I mógł przyjąć chrzest.
Każdemu spotkaniu towarzyszy jakieś hasło przewodnie. W tym roku było nim "Genesis". Jak wiadomo, "Genesis" to inna nazwa "Księgi Rodzaju". "Księga Rodzaju" opowiada z kolei o początkach istnienia, o ile nie świata, to chociaż ludzkości rozumnej. Można się było więc domyślić, iż będzie coś z powrotu do początków. Ale czego? Początków spotkań lednickich czy może historii biblijnej? Tego dopiero miano się dowiedzieć.

A jednak pojechałam, zapisując się niemal w ostatniej chwili. I to nie tylko na spotkanie, ale też na wolontariat. Nie do końca wierzyłam w to, iż uda mi się na niego dostać, dopiero jak dostałam odpowiedni identyfikator zrozumiałam, iż to prawda. Dlaczego? Sama nie wiem, bo raczej już nie z ciekawości. Raczej po to, by nie żałować, iż się nie było. I po to, aby spotkać się z przesympatycznymi bliźniaczkami z Poznania, z którymi poznałam się podczas sierpniowej Pieszej Pielgrzymki do Częstochowy.
Do Lednicy pojechałam pociągiem. Nie pierwszy raz, a drugi. Więc zbytniego stresu nie było. No chyba, iż z tego powodu, iż prześpię stację zważając na porę podróży, czyli noc i wczesne godziny poranne. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło, a ja tuż przed piątą rano wysiadłam na peronie w Lednogórze. Przede mną było jeszcze jakieś 10 km. marszu na Pola Lednickie. Na szczęście czasu miałam aż nadto, a i pogoda zachęcała do marszu. W porównaniu z zeszłym rokiem dzień zapowiadał się naprawdę piękny.
Na miejscu była już jedna diecezja - moja diecezja. Bo ogólnie był organizowany z niej wyjazd, jednak ciut spóźniłam się z zapisaniem na niego. No cóż, zdarza się. Za to na miejscu okazało się, iż jednak w autokarze są jeszcze wolne miejsca, toteż pojawiła się szansa powrotu bez potrzeby jazdy pociągami, z czego skorzystałam. Do otwarcia bramek prowadzących na Pola Lednickie pozostało jeszcze trochę czasu, usiadłam więc obok moich znajomych, Dorci i Robcia, z którymi zawsze znajduję tematy do rozmów. Przy okazji rozejrzałam się dookoła, aby poszukać wzrokiem znajomych twarzy. Ech, sporo osób, które znałam tylko z wyjazdów na Lednicę wykruszyło się. Trochę szkoda, ale cóż zrobić...
W końcu, po godzinie ósmej, urzędujący na polu harcerze otwarli bramki, a nasza grupa, z racji tego, iż stała zaraz przy nich, weszła jako pierwsza na ich teren. Najpierw odebraliśmy pamiątki spotkania (śpiewnik + doniczkę z napisem "Genesis" + świecę na czuwanie), a następnie poszliśmy na sektory, w których czekaliśmy na poszczególne punkty programu.





Rozłożyliśmy nasze rzeczy i z mniejszą lub większą cierpliwością oczekiwaliśmy pierwszego punktu programu, czyli jutrzni prowadzonej z katedry gnieźnieńskiej. Podobnie jak w zeszłym roku, także i w tym jej formuła została zaczerpnięta z uroczystości św. Wojciecha Męczennika, patrona katedry. Jutrznia była transmitowana z katedry za pośrednictwem telebimów porozstawianych na terenie pola. Po zakończeniu jutrzni poszłam porozglądać się po okolicy. Wiecie, zobaczyć jakie warsztaty przygotowali i w ogóle. Bo co roku w zasadzie jest coś nowego, co mogłoby zainteresować współczesną, wymagającą młodzież. Przy okazji przywitałam się z moimi znajomymi z Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży, którzy opowiadali chętnym o wyjeździe do Seulu. Obiecałam im, iż po południu wpadnę do nich na dłużej. Nie mogło zabraknąć odwiedzin grobu ojca Jana Góry, inicjatora Spotkań Lednickich, czy też namiotu, gdzie miała miejsce adoracja Najświętszego Sakramentu.
O godzinie 12:00 miał miejsce "Anioł Pański", a wraz z nim rozesłanie misjonarzy nie tylko w różne miejsca świata, i bardziej, i mniej egzotyczne, ale też do... Polski. Ot, taka ciekawostka. A swoją drogą, o ile posyłają do Polski, to może ja też się zgłoszę na taki wolontariat. No wiecie, mnie tam dużo nie potrzeba. Chyba też po raz pierwszy słyszałam "Anioła Pańskiego" w wersji góralskiej. Coś pięknego.
A po "Aniele Pańskim" coś, co tygryski lubią najbardziej, czyli tańce lednickie. Z okazji okrągłego jubileuszu tancerze nie wybiegli na Drogę Trzeciego Tysiąclecia przy piosence "Tańcem chwalmy Go", jak to miało dotychczas miejsce, ale tańcząc... poloneza z "Pana Tadeusza".
Mega, prawda? Wspomniane "Tańcem chwalmy Go" było w zasadzie drugą taneczną piosenką. A po niej poznaliśmy hymn tegorocznego spotkania, a raczej układ chereograficzny do niego (bo sama piosenka od kilkunastu dni krążyła po yt).
W tym roku postanowiłam bardziej przyłożyć się do nauki nowego tańca, bo tak sobie umyślałam, iż skoro mam jechać na obóz "Rafałków" i pomóc organizatorom w jego organizacji, to może bym przeprowadziła z jego uczestnikami warsztaty z tańców lednickich. Jak nie do tegorocznego "Wzrastam" to do innych. Kiedyś, kiedy jeszcze działało u nas Oratorium, to nauczyłam dzieciaki kroków i do "Ojca", i do "Jestem Twój", i do "Tak, tak Panie" i jakoś to poszło. Teraz powinno być jeszcze lepiej, bo już kilka Lednic za mną, a te tańce są niemal sztandarowe i powtarzają się co roku. W ogóle wspomniane na początku bliźniaczki zachęciły mnie, abym za rok dołączyła do tancerzy lednickich, więc... Ale to najszybciej za rok...
Po kilku tańcach odbyła się medytacja wprowadzająca do "Koronki do Bożego Miłosierdzia". Wybrana siostra zakonna czytała fragmenty "Dzienniczka siostry Faustyny", schola lednicka dopełniała je śpiewem, a grupa baletowa dopełniała wszystko dopasowanym tańcem. Powiem krótko - wyglądało to mega i na pewno na długi czas pozostanie w mojej pamięci. Na koniec siostry rozeszły się po sektorach i rozdały niektórym uczestnikom spotkania obrazki z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego.
Ja w tym czasie udałam się do namiotu, w którym działali wolontariusze KBO ŚDM. Słońce grzało niemiłosiernie, my byliśmy na środku pola, a mnie już powoli robiło się słabo, pomimo ciągłego picia wody. W namiocie było sporo moich znajomych, wiedziałam, iż raczej mnie nie wygonią stamtąd. A żeby nie być pasożytem, to trochę im pomogłam w rozprowadzaniu losów i gadżetów. Tam też zastała mnie "Koronka", którą odmówiłam w doborowym towarzystwie.

Plusem namiotu było to, iż chronił przed słońcem, minusem, iż kilka było widać tego, co się działo pod Rybą i na scenie. To znaczy ogólnie było wiadomo, iż akurat są tańce lednickie albo jakaś konferencja, jednak bez szczegółów. Dlatego wiedziałam, iż będę musiała obejrzeć sobie brakującą część na internecie.
Na pole wróciłam tuż przed "Procesją orłów", czyli najmłodszych uczestników Lednicy, którzy szli dzielnie Drogą Trzeciego Tysiąclecia trzymani przez rodziców za rączki albo na rękach. To jeden z moich ulubionych momentów ukazujących, jak dzieciństwo przechodzi w młodość, a młodość w dorosłość.
Kolejnym punktem spotkania była "Konferencja Ojców" prowadzona przez mojego biskupa Artura Ważnego oraz świeckiego ojca, Andrzeja Dobiela. Zaproszono na nią młodych ludzi, aby mogli zadać pytania, na które usłyszą odpowiedź z dwóch perspektyw. Pierwsze z nich dotyczyło samotności młodych i roli, jaką odgrywa wspólnota we wzrastaniu w wierze. Biskup nawiązał do Ewangelii św. Łukasza, gdzie ludzie przynieśli sparaliżowanego do Jezusa, ale inni im w tym przeszkadzają. Zauważył, iż podobnie jest i z nami. Że możemy chcieć poznać Jezusa, ale inni też nam to zakłócają. Trochę żartobliwie stwierdził, iż ci, którzy przyszli z paralitykiem nie napisali do Jezusa na messengerze: "Spotkajmy się Jezu na Zoomie", ale zdjęli dachówki i spuścili go na sznurach. Ewangelia mówi coś genialnego: Jezus widząc ich wiarę, odpuścił mu jego grzechy. Jezus nie zobaczył wiary sparaliżowanego człowieka, ale trzymających sznury. Nie da się więc wzrastać w wierze w pojedynkę. Wiara potrzebuje ludzi i wspólnoty. Przestrzegał też przed tym, iż chociaż internet jest fajny, to algorytmy są bezduszne. Biskup zauważył, iż w sieci spotykamy najczęściej odbicie samych siebie, co jednak nie daje wzrostu. A prawdziwa wspólnota to taka, w której można twarzą w twarz spotkać drugiego, który zmusza, abyśmy "wyszli z siebie". To boli, ale bez tego nie ma wzrostu. Hierarcha dał uczestnikom do przemyślenia dwa pytania: 1) Czy mam w swoim życiu takich ludzi, którym mogę powiedzieć wszystko o mojej biedzie, a oni nie będą mnie oceniać, tylko wezmą moje nosze i przeniosą mnie do Jezusa? 2) Czy ja jestem kimś takim, kto trzyma sznury, by dźwigać nosze kogoś innego? Kogoś, kto jest samotny, ale boi się poprosić o pomoc. Duchowny podkreślił, iż chciałby, abyśmy byli tymi, którzy "wejdą na dachy" i będą szukać nowych rozwiązań po to, żeby dojść do naszych rówieśników, którzy potrzebują spotkania z Jezusem, ale sami tego nie zrobią. Zachęcał do szukania i budowania wspólnot, bo nie da się być chrześcijaninem - singlem.
Andrzej Dubiel podkreślił, iż nie byłoby go na Lednicy, gdyby nie dwa fundamenty: rodzina i ruch Światło - Życie. Wspominał, iż całkiem niedawno w Jaworznie wspólnota Światło Życie świętowała 50 lecie istnienia i miło było spotkać animatorów, którzy pomagali mu w formacji duchowej i tych, dla których on sam był animatorem. Aktualnie wraz z rodziną są w Domowym Kościele i raz w miesiącu mają spotkania, co jest dla nich mega ważne. Nawiązał do słów biskupa, iż powinniśmy znaleźć kilka osób, które pomogą nam w "noszeniu naszych noszy". Dla pana Dubiela takim fundamentem jest właśnie rodzina i wspólnota, tam, gdzie najtrudniej jest "trzymać sznury" i tam, gdzie uczy się pokory. Zgodził się ze swoim przedmówcą, iż wspólnota jest bardzo potrzebna w kościele. Przyznał też, iż przywołany fragment Ewangelii jest jego ulubionym, ponieważ pokazuje, iż chcieć to móc. Zachęcał do szukania wspólnot, bo mając wokół ludzi jest dużo łatwiej.
Z kolei drugie pytanie dotyczyło tego, czy w świecie naznaczonym wojnami i konfliktami możliwe jest wzrastanie w pokoju i od czego powinien zaczynać się pokój w życiu młodego człowieka?
Tutaj jako pierwszy głos zabrał Andrzej Dubiel. Przypomniał, iż jest wychowankiem Ruchu Światło - Życie. Jego założyciel, ks. Franciszek Blachnicki, mówił bardzo dużo o wolności i w jej duchu wychowywał też ludzi. Nie bez znaczenia były czasy, w jakich przyszło mu żyć. Ksiądz Blachnicki często mówił, iż zewnętrznie można być zniewolonym, a wewnętrznie prawdziwie wolnym, ale i na odwrót. Zaznaczył, iż fundamentem prawdziwego pokoju jest wolność, wtedy, kiedy mamy odwagę być prawdziwie wolni. Ale trzeba też dobrze rozumieć, czym jest wolność. Przestrzegał, iż dzisiejszy świat wmawia nam, iż wolność to niezależność. A tak naprawdę wolność to zależność od Prawdy, którą jest Chrystus. Zwrócił też uwagę na to, jak dużo negatywnych emocji i napięć jest w naszym najbliższym otoczeniu - naszych szkołach, na studiach, miejscach pracy, wspólnotach i rodzinach. Zaproponował szukania spokoju najbliżej nas, w naszych sercach. Przyznał, iż najtrudniej jest w rodzinie, ponieważ każdy z nas ma przesunięte granice emocji. Dla niego samego ciężko jest być świadkiem pokoju wśród najbliższych, ale ma też takie doświadczenie, iż kiedy przytuli swoje córki albo żonę, to ma poczucie, iż nie jest w tym wszystkim sam.
Biskup istotny odwołał się z kolei do Pisma Świętego, które jest fundamentem, na którym zawsze można się oprzeć. Przyznał, iż pytanie o nowy początek, kiedy za wschodnią granicą, w Strefie Gazy i na Bliskim Wschodzie jest wojna, można uznać za prowokację. Jest jednak fragment Ewangelii, do którego możemy się odnieść, gdzie jest mowa o tym, jak Jezus wchodzi wieczorem do Wieczernika, w którym uczniowie byli zamknięci z obawy przed nieprzyjaciółmi i mówi im po prostu "Pokój Wam". Wie, iż gdyby tego nie zrobił, to oni by tam siedzieli cały czas. A potem dodaje: "Jak mnie Ojciec posłał, tak i ja Was posyłam". To doświadczenie może nas zaskakiwać - na zewnątrz nic się nie zmienia, ale zmieniło się serce tych ludzi. Zostali oni posłany do świata otoczonego wojną. Możemy zastanawiać się co zrobić, aby zacząć ten pokój. Po pierwsze powinniśmy uświadomić sobie, iż ta zewnętrzna niewola, wojna, nie może być argumentem za tym, aby nie być człowiekiem pokoju. Czasami mamy przeświadczenie, iż gdyby jakiś człowiek zniknął z naszego życia, to przyszedłby pokój. Tym czasem tak nie jest. Prawdziwy konflikt nie toczy się na mapach świata, ale w głębi naszego serca. Jak więc dokonać "Genesis"? Najpierw powinna dokonać się demilitaryzacja naszych myśli i zaprzestanie ranienia samego siebie. Często mamy o sobie złe zdanie, tymczasem Jezus nas zaprasza do tego, aby usłyszeć "Pokój Tobie. Ja na ten świat Cię posyłam takiego, jakim jesteś, po to, aby go czynić światem pokoju". Następnie należy wylogować się z "wojny domowej". Często pokój zaczyna się od języka w domu, w szkole, czy na studiach. Naszym językiem potrafimy ranić i niszczyć, wprowadzać niesamowity niepokój i agresję. Drugą rzeczą jest więc zacząć panować nad językiem. I na końcu powinniśmy zaryzykować przebaczenie. To jest najtrudniejsze, bo jak nie przebaczamy, to podłączamy nasze serce pod nienawiść i to co mamy w sercu następnie przenosimy na zewnątrz tworząc tym samym atmosferę niepokoju. Świat potrzebuje partyzantów pokoju.
Trzecie i ostatnie pytanie dotyczyło Encykliki "Magnifica Humanitas", w której papież Leon XIV przypomina, iż rozwój sztucznej inteligencji nie może odbywać się kosztem człowieczeństwa. Jak więc młodzi ludzie mogą korzystać z AI, tak, aby technologia pomagała im wzrastać, a nie zastępowała ich myślenie, relacje i planowanie przyszłości?
Biskup istotny stwierdził, iż aby odpowiedzieć na to pytanie to trzeba się cofnąć o 2000 lat i zobaczyć obraz z Ewangelii, w którym jest Jezioro Galilejskie, wielka burza w środku nocy, uczniowie siedzą w łodzi, walczą z falami o życie, i nagle widzą chodzącego po jeziorze Jezusa. Ale zamiast się cieszyć to wpadają w panikę myśląc, iż to zjawa. Przeraża ich to, co wymyka się ich logice. I wtedy Piotr robi coś bardzo dziwnego, ale genialnego i szalonego - mówi do Jezusa: "Panie, o ile to możliwe, każ mi przyjść do siebie po wodzie". A Jezus mówi "Przyjdź", czym szokuje wszystkich. Piotr wysiada z łodzi i dopóki patrzy na Jezusa, robi rzeczy niemożliwe - idzie po wodzie. Jednak potem Ewangelia pokazuje bardzo dramatyczny moment, iż na widok silnego wiatru Piotr się lęka i zaczyna tonąć, krzycząc: "Panie, ratuj mnie". Wtedy Jezus łapie go za rękę i mówi: "Czemu zwątpiłeś?". Biskup zwrócił naszą uwagę na słowo "Zwątpiłeś", które można też tłumaczyć, jako "Dlaczego rozdwoiłeś się?", "Dlaczego stanąłeś pomiędzy dwoma drogami?". Piotr zaczął tonąć nie dlatego, iż woda była mokra, a wiatr był silny. Tonął, bo podzielił swoją uwagę, przestał patrzeć na Jezusa, a zaczął analizować algorytmy wiatru i jeziora. Hierarcha podkreślił, iż to jest naszym zadaniem: AI jest tą wodą, cyfrowym jeziorem Galilejskim, a my mamy nauczyć się po nim chodzić, żeby nie utonąć. Bo technologia nie jest problemem. Ważne jest, by mieć świadomość, iż Jezus nie powiedział Piotrowi, aby ten nie wychodził z łodzi. Bóg nie jest przerażony sztuczną inteligencją, On ją wymyślił, a my ją odkrywamy. Biskup podsumował wszystko w trzech rzeczach: 1) AI powinno się używać do rzemiosła, a zachować serce dla twórczości. Niech AI robi to co potrafi (segreguje dane, poprawia błędy, tłumaczy teksty), a człowiek ma robić to, co jest niepowtarzalne, twórcze i niesamowite, do czego żaden komputer nie zna odpowiedzi. Sztuczna inteligencja da nam bowiem syntezę faktów, ale nie da nam mądrości i sumienia. 2) Nie powinniśmy pozwolić, aby algorytmy planowały nasze powołanie. ChatGPT może pokazać nam propozycje mnóstwa zawodów, które możemy wykonywać, jednak nie powie, do czego stworzył nas Bóg. Algorytmy operują na przeszłości, na tym co już znają i co było, a Bóg zaprasza nas do przyszłości, do czegoś niesamowitego i wyjątkowego, czego żaden serwer jeszcze nie widział. 3) Warto wylogowywać się ze sztucznej inteligencji do relacji międzyludzkich. Komputer nigdy nas nie przytuli, ani z nami nie zapłacze. Algorytmy tylko "karmią samotność", a żywy człowiek obok nas karmi miłością. I na koniec poradził, aby używać technologii, by się skrzyknąć na spotkanie, a potem odłożyć telefon ekranem do dołu i korzystać z relcji z drugim człowiekiem. Nie tracąc relacji z Bogiem i człowiekiem można spokojnie "chodzić" po jeziorze zwanym AI.
Andrzej Dubiel z kolei poradził, aby korzystać z AI z umiarem. Zauważył, iż każdy uczestnik spotkania ma internet w telefonie (o nie, ja nie mam), a mimo to wybraliśmy spotkanie i relacje z drugim człowiekiem. A nowe technologie można wykorzystywać chociażby po to, aby głosić Ewangelię w internecie.
Tutaj przyszedł czas na tegoroczny "gest lednicki" - wyciągliśmy doniczki, a obecni w sektorach księża przekazali nam nasiona drzewa czarnej sosny, takiej, z jakiego wykonano krzyż dla Pana Jezusa. Czarna sosna rośnie w Polsce, toteż bez większych problemów można ją wyhodować na zwykłej ziemi. Po geście spotkania na środku pojawili się tancerze i wodzireje, którzy zachęcali wszystkich do wspólnego uwielbienia Boga w rytm muzyki.
O godzinie 18:00 oficjalnie otwarto 30. jubileuszowe spotkanie Młodych Lednica 2000. Przy dźwiękach "Hymnu III Tysiąclecia" Drogą III Tysiąclecia przeszła uroczysta procesja, w której wniesiono Krzyż lednicki, relikwie patronów spotkania, siostry zakonne, wyżsi hierarchowie kościelny, a na końcu ułani jadący na koniach. Poznańskie Bractwo Kurkowe wystrzeliło z armaty zwiastując rozpoczęcie spotkania. Słowo powitalne wygłosił prymas Wojciech Polak. Przekazał też przesłanie, które telegramem przesłał sam papież Leon XIV. Kilka słów skierował do nas też arcybiskup Stanisław Gądecki, który wspominał te pierwsze spotkania nad Jeziorem Lednickim.
Po oficjalnym rozpoczęciu na Drodze III Tysiąclecia pojawili się uczestnicy Maratonu Lednickiego, a po ich przebiegnięciu po raz kolejny tancerze ledniccy, którzy zainicjowali kilka tańców tuż przed Mszą świętą. Ja jednak już byłam na początku wspomnianej Drogi, gdzie razem z innymi ministrantami czekałam na rozpoczęcie procesji księży. Byłam jedyną osobą z mojej diecezji, która szła w tej procesji, co potraktowałam jako ciche wyróżnienie.
Pierwszy raz miałam okazję być prawie pod samą Bramą Rybą, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Tak samo jak kazanie wygłoszone przez mojego "kumpla", biskupa Grzegorza Suchodolskiego.
Zaskoczeniem było dla mnie to, iż pozwolono mi służyć bez żadnych problemów i "ale". Czy czułam się dumna. Chyba nie. Cieszyłam się, ale wcale nie czułam się wyjątkowo, jak mogłoby się wydawać. Nie chciałam też na początku mojej słóżby za bardzo się narzucać. Wolałam siedzieć spokojnie na trawie, obserwować to, co się dzieje naokoło, wsłuchiwać się w głosy modlitw splatające się z dźwiękami przyrody. Po jednej stronie miałam ministrantów, po drugiej kapłanów. A w środku czułam po prostu spokój.
| Z Ciebie wyrastam, ku Tobie wzrastam, Tobą oddycham bez Ciebie usycham |
Tegoroczna Msza święta rozpoczęła się już o godzinie 19:00, a więc całą godzinę wcześniej, niż w poprzednich latach. Trwała ona około 1,5 godziny. W zasadzie tuż po niej nasza grupa miała zbierać się powoli do domu. Byliśmy jednak niemal pewni, iż przyjdzie do nas nasz biskup, jak to miał w zwyczaju od dwóch lat. Co prawda rok temu nie wpuścili go do sektoru, ale Artur raczej nie zraża się takimi przeciwnościami losu. A ponieważ nie przyszedł do nas przed Mszą świętą, to było bardzo prawdopodobne, iż przyjdzie po niej. Tak też się stało i choćby nasz pasterz został wpuszczony w nasz sektor.

Biskup przywitał się chyba z każdym i zamienił z nami 2-3 słowa. Potem zaczęliśmy powoli zbierać nasze rzeczy i flagi i szykować się do opuszczenia pola. Trochę było mi żal, iż nie zostaliśmy na III części spotkania, ale zmiana organizatora wyjazdu poskutkowała też zmianą w jego przebiegu. Na szczęście jest yt, gdzie można zobaczyć to, co się opuściło.





![Wiatr w żaglach i sercach, czyli XI edycja wyjątkowej integracji [19.06.2026]](https://niepelnosprawnilublin.pl/wp-content/uploads/2026/06/19_06_2026_XI-Integracja-pod-Zaglami_Miedzyrzec_1-300x200.jpg)

