Bycie Matką samego Boga nie było usłane różami. Chociaż było wielkim zaszczytem i wyróżnieniem, wiązało się też z bólem i cierpieniem. Maryja cierpiała, tak po ludzku, kiedy Józef chciał ją oddalić, ponieważ wiedział, iż dziecko które nosi pod sercem nie jest jego. Cierpiała, kiedy w Betlejem szukali noclegu, a każdy jej jego odmawiał. Cierpiała, gdy musieli uciekać do Egiptu i kiedy szukała dwunastoletniego Jezusa na ulicach Jerozolimy. W końcu cierpiała, gdy odszedł z domu i gdy został skazany na śmierć na krzyżu. Czy wielu z tych sytuacji mogła uniknąć? Być może, ale wtedy nie rozumiałaby tych wszystkich cierpiących ludzi, którzy przychodzą do niej ze swoimi problemami.
Cierpienie, takie związane z życiem Jej Syna, było Maryi potrzebne, ponieważ nierozerwalnie łączy się ono z rodzicielstwem. Maryję adekwatnie ominęło jedynie cierpienie związane z porodem malutkiego Jezusa. Każde inne przeszyły jej serce niczym najbardziej ostry miecz. Jej serce cierpiało i krwawiło, podobnie jak cierpi i krwawi serce każdej kochającej Matki. Bo matka chce wychować swoje dziecko najlepiej jak potrafi. Nie zawsze jest to możliwe, ponieważ każdy z nas, również dzieci, ma wolną wolę. Może więc samo wybrać, co w danej chwili robić, choćby o ile jest to nie do końca zgodne z życzeniami i planami rodziców. Maryja też przeżywała te rosterki, chociaż nie wynikały one z nieposłuszeństwa Jezusa, a raczej z Bożego Planu względem Jego. Dlatego tak bardzo rozumie wszystkie matki płaczące i cierpiące z powodu swoich dzieci.
"Matko ludzi cierpiących - przyjdź i drogę wskaż"








