Maryja, matka samego Boga, też była bezdomna. I to w tym momencie, kiedy najbardziej potrzebowała dachu i ciepłego kąta, w noc narodzenia Zbawiciela. Kiedy po kilkudniowej podróży dotarli w końcu z Józefem do Betlejem, aby dać się tam zapisać tak, jak głosiło rozporządzenie wydane przez cesarza, nadszedł dla Najświętszej Panny moment rozwiązania. Może już wcześniej coś przeczuwała i poganiała Józefa, aby zdążyli dotrzeć do miasta na czas. Wierzyła, iż tam dostanie pomoc, o ile nie od obcych osób, to na pewno od krewnych swojego małżonka. Przecież one też musiały mieć dzieci, musiały wiedzieć co to poród, zwłaszcza pierwszy. Tymczasem kiedy pukali od drzwi do drzwi, wszyscy odmawiali im pomocy. O ile jest to zrozumiałe jeszcze w przypadku gospód, gdzie poród i związana z nim krew wyłączyłyby je z użytkowania, co z kolei odbiłoby się na kieszeni ich właścicieli, o tyle niezrozumiałe jest to, iż nie zostali ugoszczeni przez własną rodzinę. Na szczęście ktoś się nad nimi ulitował i wskazał im jakąś grotę gdzieś na obrzeżach miasta. Nie jest to miejsce godne narodzin samego Boga, ale zawsze lepsze niż urodzenie Go na ulicy, wśród rzeszy gapiów. Poza tym w ten sposób wypełniła się pradawna przepowiednia zawarta w Księdze Izajasza, iż "Wół zna właściciela swego, a osioł żłób swego pana" (Iz 1, 3).
Maryja nie znalazła współczucia i zrozumienia w sercach ówczesnych ludzi. A jak to jest z naszymi sercami? Czy Święta Rodzina znalazłaby w nich ciepłe schronienie, czy może zimną grotę? Czy ugościlibyśmy ich najlepiej jak potrafimy, czy może pozostałyby nieczułe na ich krzywdę. I jak traktujemy tych, którzy nie mają swojego kąta? Umiemy im współczuć, czy może bardziej nimi pogardzamy ciesząc się, iż nas to nie dotyczy. Nie bierzemy pod uwagę, iż los bywa przewrotny i dzisiaj mamy ciepły i przytulny dom, a już jutro zrządzeniem losu możemy zostać go pozbawieni.
"Matko ludzi bezdomnych - przyjdź i drogę wskaż"








