Koniec stycznia i przypadający wtedy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu powodują, iż telewizja zaczyna nadawać więcej filmów poświęconych tej tematyce. Tych zaś nie brakuje, tak samo produkcji polskiej, jak i zagranicznej. Pamiętam, jak w lutym 2002 roku, jako jedenastoletnie dziecko pierwszy raz świadomie obejrzałam jeden z nich, nota bene do dzisiaj mój ulubiony, "Lata dzieciństwa" i tak zaczęło się moje zainteresowanie tym tematem. W ogóle żałuję, iż ten film jest tak trudno dostępny (mnie rodzice kupili go na kasecie VKS, chociaż założę się, iż tata też go kupił dlatego, iż sam chciał go zobaczyć) i adekwatnie niepuszczany w telewizji, bo wydaje mi się idealny do wprowadzenia dzieci w tematykę. Niedrastyczny i opowiedziany z perspektywy świata widzianego oczami kilkuletniego dziecka. Coś w rodzaju "Chłopca w pasiastej piżamie". I to dzięki niemu poznałam piosenkę "Gam, Gam, Gam", zanim jeszcze stała się sławna.
W ogóle scena na tym drugim filmiku, w której siedmioletni Jona widzi zmarłego ojca i odzyskuje swoją dziecięcą radość, będąca finałową sceną filmu, jest jedną z moich ulubionych w filmografii, i wielokrotnie była odtwarzana w moich dziecięcych zabawach.
W ostatnich dniach różne stacje telewizyjne wyemitowały oscarową produkcję "Pianista" w reżyserii Romana Polańskiego. Jest to przedstawienie postaci znanego w okresie międzywojennym, ale też po wojnie, pochodzącego z Sosnowca pianisty, Władysława Szpilmana. Szpilmanowie byli Żydami, toteż doświadczyli piekła Holokaustu. Zamknięci w warszawskim getcie, w większości wywiezieni do Treblinki, gdzie stracili życie. Z całej rodziny ocalał tylko Władysław, który do końca wojny musiał się ukrywać, czy to u znajomych, czy też w ruinach Warszawy.
W filmie jest wiele scen, które mnie wzruszają. Jedną z nich jest ta, kiedy Władysław zostaje znaleziony przez niemieckiego oficera. Sytuacja kuriozalna, Szpilman wie, iż to jego koniec, iż tamten niedługo go zabije, bo takie było prawo, a z prawem się nie dyskutuje. Tym bardziej, iż muzyk ma typowo semicki wygląd. Tymczasem wywiązuje się rozmowa, podczas której Władysław mówi wprost, iż gra na pianinie. Traf chciał, iż w zbombardowanym i opuszczonym mieszkaniu był ten instrument. Tamten poprosił Szpilmana, aby dla niego coś zagrał. I tak oto, ponad zniszczonym i obróconym w proch miastem, poniosły się piękne takty muzyki Chopina. Wzruszony oprawca nie tylko nie zastrzelił utalentowanego Żyda, ale wręcz pomagał mu tak długo, jak tylko mógł.
Mogłoby się wydawać, iż jest to wymysł reżysera, który też przeżył Holokaust ukrywany u polskich rodzin. No bo jak Niemiec mógł ocalić nieznanego sobie wcześniej Żyda i jeszcze pomagać mu przynosząc jedzenie i oddając ciepły płaszcz? Tymczasem jest to historia jak najbardziej prawdziwa, wielokrotnie przytaczana po latach przez samego artystę. Zresztą sami przeczytajcie:
Niemiecki oficer wyznał, iż "wstydzi się za swój naród". To spotkanie ocaliło pianistę
W dowód wdzięczności za uratowanie życia, Władysław Szpilman otworzył swój pierwszy powojenny koncert w warszawskim radiu tym samym "Nokturnem c-moll", który zagrał niemieckiemu oficerowi w listopadzie 1944 r. w opuszczonym domu przy Alei Niepodległości 223. To wtedy doszło do spotkania, które miało zaważyć na całym życiu pianisty - i zaowocować jednym z najbardziej poruszających filmów we współczesnej kinematografii. Oto historia relacji, która przywraca wiarę w człowieka.
![]() |
| Władysław Szpilman i Wilm Hosenfeld sportretowani w filmie "Pianista" w reż. Romana Polańskiego (EPA / DPA / PAP) |
23 września 1939 roku Władysław Szpilman, wśród ogłuszającego huku bomb, ledwo mogąc dosłyszeć dźwięki fortepianu, grał przez pół godziny recital utworów Fryderyka Chopina w rozgłośni Polskiego Radia. Tamtego dnia niemieckie bombardowania na lata przerwały funkcjonowanie rozgłośni.
Polski Robinson
Wojenne losy cudem ocalałego Władysława Szpilmana były gotowym materiałem na film. Mało kto dziś pamięta, iż pierwsze próby przeniesienia wspomnień wybitnego pianisty na wielki ekran podjęto tuż po zakończenia wojny. Autorami scenariusza pt. "Robinson Warszawski" byli Czesław Miłosz i Jerzy Andrzejewski. W trakcie prac nad scenariuszem filmowa historia zaczęła jednak coraz bardziej odbiegać od pierwowzoru - był koniec lat 40., Polska była areną gwałtownych zmian politycznych: cenzura wprowadziła do oryginalnego scenariusza tyle zmian, iż obraz finalnie miał już kilka wspólnego z relacją samego Szpilmana. Film miał premierę w 1950 roku, wyszedł pod tytułem "Miasto nieujarzmione". Miłosz ostatecznie wycofał swoje nazwisko z czołówki filmu.
Ci, którzy znali relację Szpilmana, jego dramatyczną historię odczytywali jako uniwersalną opowieść o współczesnym, "warszawskim Robinsonie": osadzonej w realiach Zagłady historii o samotności i skrajnej bezbronności człowieka, którego ratuje wola przetrwania.
Szpilman przeżył zarówno zagładę getta żydowskiego, jak i całej Warszawy, miesiącami ukrywając się w jej gruzach. Po upadku powstania i wysiedleniu ludności pozostał w na wpół wypalonej kamienicy. "Byłem teraz sam, z odrobiną sucharów na dnie torebki i brudną wodą w wannie jako całym zapasem żywności" - wspominał.
Po wojnie spisał swoje wspomnienia, wydane w 1946 r. w formie książki "Śmierć miasta". Według pamiętników Szpilmana Roman Polański nakręcił uhonorowany licznymi nagrodami, w tym trzema Oscarami, film "Pianista". W artystę wcielił się Adrien Brody, natomiast niemieckiego oficera zagrał Thomas Kretschmann. Film odniósł ogromny sukces.
Spotkanie z niemieckim oficerem. Historia prawdziwa
Szpilman w trakcie wojny wielokrotnie otarł się o śmierć. Już w pierwszych miesiącach okupacji wraz z ojcem i bratem zostali złapani przez patrol żandarmerii, gdy po godzinie policyjnej wracali do domu. "Zanim zdołaliśmy zorientować się, co zamierzają, postawili nas twarzami do ściany, odeszli parę kroków i odbezpieczyli karabiny. Tak więc miała wyglądać nasza śmierć (...). Usłyszałem, jak ktoś powiedział: >>To jest już koniec!<<. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, iż to był mój własny głos". Stał się jednak cud, a żandarmi zmienili zdanie - i pozwolili im odejść.
Film Polańskiego upamiętnia niecodzienne spotkanie kompozytora z niemieckim oficerem, który natrafił na niego w kryjówce przy alei Niepodległości 223, gdzie pianista ukrywał się od kilku miesięcy. Tak wspominał to spotkanie sam Szpilman:
"Opadłem na krzesło stojące przy drzwiach do spiżarni. Poczułem nagle, z nieodwracalną pewnością, iż nie starczy mi już sił na wydobycie się z tego nowego potrzasku. Opuściły mnie tak nagle, jak przy omdleniu. Siedziałem wpatrzony tępym wzrokiem w oficera, ciężko dysząc. Dopiero po chwili zdobyłem się na odpowiedź: >>Niech pan ze mną robi, co chce. Ja się stąd nie ruszę<<. >>Nie mam zamiaru robić panu nic złego!<< - oficer wzruszył ramionami. >>Kim pan jest?<<. >>Jestem pianistą<<.
Traf, iż w jednym z pokojów znajdował się fortepian. Oficer zaprowadził tam wycieńczonego Szpilmana i wskazał mu instrument, by na nim zagrał. Pianista wybrał jeden z nokturnów Chopina. Tak wyglądał początek niecodziennej relacji.
Ów dzień Szpilman wspominał później w rozmowie z Anną Skulską na antenie Polskiego Radia. Jak relacjonował, "w pewnym momencie usłyszałem nad głową >>Hande hoch!<< i już widziałem siebie leżącego w kałuży krwi. - A tu widzę takiego przystojnego oficera, który wcale nie wyjął rewolweru. I w pierwszych słowach mówi, ja powiem po polsku, on mówił do mnie po niemiecku, "Proszę pana, niech się pan nie boi. Ja panu nic nie zrobię" - opowiadał.
"Bardzo się za mój naród wstydzę"
Owym oficerem był kapitan Wilhelm Hosenfeld. Niemiec nie tylko nie wydał Szpilmana, ale do chwili opuszczenia miasta regularnie przynosił mu żywność. Podarował też pianiście ciepły wojskowy płaszcz.
"Czy pan jest Niemcem?" - zapytał go Szpilman podczas ich pierwszego spotkania. "Zaczerwienił się i prawie krzyknął, wzburzony, jakbym go obrażał: >>Tak. Niestety jestem Niemcem. Wiem dobrze, co się tu w Polsce działo, i bardzo się za mój naród wstydzę<<".
Hosenfeld trafił do Polski w czerwcu 1940 roku. Został przeniesiony do Warszawy, gdzie do końca wojny stacjonował w stołecznej komendzie Wehrmachtu. Jako "oficer sportowy" był odpowiedzialny za organizację ćwiczeń i wydarzeń sportowych dla Niemców. Wcześniej, w latach 20. i 30., pracował jako nauczyciel historii. Koncesję nauczycielską odebrano mu za krytykowanie poglądów Adolfa Hitlera w czasie, gdy dyktator coraz bardziej otwarcie pokazywał swoje rasistowskie i antykatolickie oblicze (Hosenfeld został członkiem NSDAP w 1935 r. i początkowo popierał ówczesną politykę).
Wewnętrzne odchodzenie od doktryny nazizmu u kapitana było długim procesem. Jego świadectwem są listy, jakie Hosenfeld po sobie pozostawił. Z lipca 1942 r. pochodzą słowa: "Ostatnia resztka ludności żydowskiej w getcie została unicestwiona (...) Całe getto jest ruiną. I tak chcemy wygrać wojnę! To są bestię. Tym strasznym mordem na Żydach przegraliśmy wojnę. Sprowadziliśmy na siebie nieusuwalną infamię, nieusuwalne przekleństwo. Nie zasługujemy na łaskę; wszyscy jesteśmy winni. Wstyd mi chodzić po tym mieście, każdy Polak ma prawo pluć przed nami. Codziennie giną niemieccy żołnierz; ale będzie jeszcze gorzej i nie mamy prawa narzekać. Na nic innego nie zasługujemy".
Ze Szpilmanem ostatni raz widzieli się 12 grudnia 1944 r. Zaledwie kilka tygodni później trafił do niewoli radzieckiej.
"Skoro i pan, i ja przetrwaliśmy przeszło pięć lat tego piekła, to widocznie jest nam pisane pozostać przy życiu. Trzeba w to wierzyć" - miał powiedzieć w trakcie ich ostatniego spotkania.
- Ja zawsze zasypiałem, gdy zmierzch zapadał. Mam wrażenie, iż on po raz ostatni przyszedł właśnie, gdy zasypiałem, bo słyszałem, jak się oddalały kroki. Chciał się ze mną pożegnać - wspominał Szpilman na antenie Polskiego Radia. Nazwisko swojego wybawiciela poznał dopiero w 1951 r. Po wojnie stale utrzymywał kontakt z jego szkołą i dziećmi.
"Nikt nie żądał, żeby wchodzili do wagonu"
Po latach Szpilman zapytany o to, co w doświadczeniu wojennym było dla niego największą tragedią, wskazał utratę bliskich. Przeżył Zagładę jako jedyny z całej rodziny.
"W 1942 r. rozpoczęło się wysiedlanie i zaraz trafili do pociągu. Najbardziej tragiczny w tym wszystkim jest fakt, iż od mojego brata, który był jeszcze bardzo młody, a także od siostry, nikt nie żądał, by wchodzili do wagonu. Postanowili jednak wspólnie z resztą rodziny udać się na wysiedlenie, jak się wtedy mówiło i myślano. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, iż pociągi jadą w kierunku Treblinki. Mnie jeden z żydowskich policjantów wypchnął z transportu, a oni wszyscy wyruszyli w tę ostatnią, jak się później okazało, podróż" - wspominał w wywiadzie, który ukazał się 17 kwietnia 2000 r. na łamach "Plus Minus", dodatku do "Rzeczpospolitej".
Niespełna dwa miesiące później zmarł.
W wywiadach podkreślał też, iż zawsze czuł się bardziej Polakiem niż Żydem. "Nie wypieram się wprawdzie mojego pochodzenia - dowodem jest fakt, iż nie zmieniłem mojego nazwiska. Brzmi, jak brzmiało. (...) Urodziłem się w Polsce, wychowałem się w niej, jest moją ojczyzną. Żyć mogę na całym świecie, ale umierać chcę w Polsce" - mówił.
W dowód wdzięczności za tamto spotkanie i uratowanie życia, Szpilman otworzył swój pierwszy powojenny koncert w warszawskim radiu tym samym "Nokturnem c-moll", który zagrał Hosenfeldowi w listopadzie 1944 r. w opuszczonym domu przy Alei Niepodległości 223.
Dalsze losy samego kapitana były pasmem nieszczęść i cierpienia.
Śmierć w łagrze
Po tym, jak 17 stycznia 1945 r. Hosenfeld dostał się pod Błoniem do niewoli radzieckiej, został umieszczony w obozie przejściowym, a potem wywieziony do Mińska. Dopiero w sierpniu 1989 r. jego syn, Helmut (urodzony w 1923 r.), zdołał ustalić dokładne miejsce pochówku ojca przy pomocy Czerwonego Krzyża.
Oficerowie radzieccy byli przekonani, iż Hosenfeld pracował w wywiadzie. Wiadomo, iż był torturowany. W 1946 r. udało mu się potajemnie wysłać kartkę z listą osób, którym pomógł podczas wojny - widniało wśród nich także nazwisko Władysława Szpilmana. Mimo wstawiennictwa osób, które pomógł ocalić, wytoczono mu proces i skazano na karę śmierci za rzekome zbrodnie wojenne. Oskarżono go o służbę w obozach jenieckich w 1939 r. i "działalność antyradziecką".
Wyrok śmierci zmieniono po amnestii na 25 lat obozu pracy, jednak ciężkie warunki bytowe doprowadziły u mężczyzny do wylewu i paraliżu, a w konsekwencji także do śmierci; zmarł
w łagrze znajdującym się nieopodal Stalingradu.
W 2007 r. został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Orderem Odrodzenia Polski.
Dzięki staraniom między innymi Andrzeja Szpilmana, syna kompozytora, w 2009 r. Niemiec otrzymał tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. W imieniu ojca wyróżnienie to odebrały jego dzieci.
Skoro już jesteśmy przy muzyce, to odebrałam już zamówiony flet prosty. Taki sam, na jakim dzieci uczą się grać na lekcjach muzyki w podstawówce. Pierwsza umiejętność jaką muszę nabyć, być może kuriozalna dla innych, to ułożenie moich koślawych i powyginanych palców na otworów. Próbuję, próbuję... Na razie ciężko mi to wychodzi. Na razie też się tym zbytnio nie zrażam. Przecież to dopiero moje początki. Może za setnym razem mi się uda.
Gdy miałam chwile zwątpienia włączyłam sobie wirtualne pianino, na którym można grać nie tylko myszką, ale i klawiaturą. Wzięłam coś prostego - "Gdy adwentowy wieczór nadchodzi". Może po nie w czasie, ale... Początek potrafię już zagrać. Reszta? Mam nadzieję, iż też się nauczę :). A jak nie, to pierwszych 5 taktów to już jest coś...










