„Żona z mężem w urnie. 3 dzieci, 2 psy”, pisze o sobie fotografka Anna Hernik na Instagramie, gdzie od kilkunastu miesięcy dzieli się z tysiącami obserwujących opowieściami o odchodzeniu jej partnera Janka i rodzicielstwie w cieniu straty.
Ania to także działaczka na rzecz praw pacjenckich i praw kobiet, współzałożycielka Rady Konsultacyjnej przy Ministerstwie Zdrowia. Czterokrotna finalistka Grand Press Photo. Autorka przewodnika po formalnych aspektach dziedziczenia, rent, pogrzebów i śmierci. Stała bywalczyni kempingu w Chałupach. Kierowniczka domowego remontu. Samodzielna matka.
Brzmi jak prymuska? To złudzenie. Ona po prostu stara się przeżyć. Jak większość matek i kobiet w Polsce.

Anka Wandzel: Masz dość takich wywiadów?
Anna Hernik: Szczerze mówiąc, obiecałam sobie, iż nie będę ich już udzielać. Janka nie ma z nami od pół roku. Nie chcę w kółko opowiadać tylko o jego chorobie. Zresztą on też by pewnie wolał, żebym się teraz skupiła na bardziej palących kwestiach.
Czyli?
Na wzmacnianiu innych kobiet w ich sprawczości i samostanowieniu. Na działalności naszej Rady Konsultacyjnej na rzecz zmiany polskiej ochrony zdrowia. Na walce o podniesienie rent dla wdów, wdowców i dzieci po stracie rodzica.
Na swoim koncie na Instagramie także dużo opowiadasz o bezpieczeństwie ekonomicznym kobiet w małżeństwach, choć to wciąż dla wielu osób w Polsce temat tabu.
Tak. Zależy mi na tym, ponieważ sama przez lata miałam ograniczony dostęp do pieniędzy. Chociaż bardzo się kochaliśmy, nie mieliśmy wspólnego konta.
Czyli pieniędzmi zarządzał Janek?
Tak. Na początku wydawało się to naturalne – ustaliliśmy, iż Janek zajmie się finansami, a ja domem i emocjami. Przez jakiś czas to działało, ale potem zaczęło być źródłem napięć. Miałam poczucie, iż tracę samodzielność, on miał żal o to, iż jestem na niego zła. Oboje czuliśmy się niedocenieni. Rozmowy o pieniądzach coraz częściej kończyły się kłótniami albo milczeniem. Miałam głęboką depresję i myśli samobójcze. To był straszny czas, czułam się niewidzialna i sprowadzona do roli roszczeniowej kretynki, tymczasem desperacko chciałam odzyskać sprawczość.
Zazwyczaj wspominasz Janka w samych superlatywach.
Oczywiście. Bardzo się kochaliśmy i był moim najlepszym przyjacielem. Ale prawda jest taka, iż bywało też między nami trudno. Jedno nie wyklucza drugiego.
Jak funkcjonowaliście w domu?
Nie wiem, czy potrafię sobie dziś przypomnieć, jak było przed chorobą. Przez pracę Janka często go nie było – wychodził o piątej, wracał późno w nocy. Zostawałam z trójką dzieci i dwoma psami sama. W ostatnich latach, choćby kiedy był w domu, potrzebował dużo odpoczynku – regenerował się, trenował, jeździł na ryby. Tłumaczył, iż musi złapać oddech po intensywnym dniu w pracy.
A twoja harówka w domu nie była pracą?
Wiesz, ile razy siedząc z dziećmi, słyszałam od znajomych: „Kiedy wreszcie wrócisz do pracy i weźmiesz się za siebie”? Janek wypominał mi w złości, iż mam eldorado, bo nic nie muszę. W Polsce wciąż panuje przekonanie, iż kobieta w domu to ktoś, kto nic nie robi. To bzdura.
Jednak na Instagramie często piszesz, jak bardzo za Jankiem tęsknisz. Jak bardzo go przez cały czas kochasz.
Tak. Jednocześnie go kocham, tęsknię za nim i mam do niego żal, czuję złość. Nauczyłam się, iż tak wygląda życie po stracie. Nie ma tu prostych uczuć.
Bardzo to trudne.
Tak. Tym bardziej iż wiem, iż naprawdę się staraliśmy. Ale byliśmy tylko ludźmi, i to w długim, osiemnastoletnim związku. Nie ma co liczyć na same wzloty. Oboje pochodziliśmy z patriarchalnych domów. Nikt nas nie nauczył, czym jest prawdziwe partnerstwo. Szliśmy trochę po omacku, przysięgając sobie nawzajem, iż nie powtórzymy wyborów naszych rodziców i napiszemy własny scenariusz. A potem te wzory wracały, wślizgując się podstępem, nieproszone, w nasze życie.
Co masz mu najbardziej za złe?
Chyba to, iż nie było go przy mnie w szpitalu, kiedy roniłam, i iż zostałam sama z rozpaczą i ze stratą, których nie byłam wówczas w stanie unieść w pojedynkę. Poza tym czułam, iż Janek nie docenia mojej codziennej, niewidzialnej pracy, choć była fundamentem naszego całego życia. Sam miesiąc przed śmiercią wyznał, iż żałuje, iż tak mało był w domu, iż był pracoholikiem. Ale inaczej nie umiał. Do samego końca uwielbiał swoją pracę. Dziś mnie to wzrusza. Czuję żal, ale też wdzięczność za to, iż byliśmy w tym razem, próbowaliśmy, stworzyliśmy rodzinę.
Jak z perspektywy czasu oceniasz podział pracy między wami?
Może to niesprawiedliwe, ale do teraz uważam, iż w naszym związku to ja ciężej tyrałam – choć on by się pewnie z tą oceną nie zgodził. To ja codziennie byłam z dziećmi, obsługiwałam ich potrzeby, dawałam im wsparcie, zajmowałam się ich emocjami, biegałam na wszystkie wywiadówki, występy, do lekarzy, na szczepienia. Przez ostatnie trzy lata Janek siłą rzeczy coraz rzadziej gościł w tym codziennym znoju, z kolei ja więcej się nim opiekowałam. Od pewnego czasu wszystkie wakacje wyglądały tak, iż on mnie dokądś wywoził i wracał do pracy, a ja przez miesiąc koczowałam z dziećmi na działce lub na kempingu. Bolało, bo widziałam, iż spędzanie czasu z nami zwyczajnie przestało go cieszyć. Dziś przypuszczam, iż był to kolejny efekt zmian chorobowych.
Jak każda zaangażowana matka, byłaś menadżerką, facylitatorką, animatorką, organizatorką, nauczycielką i lekarką w jednym. Tylko iż kobietom się za tę nieodpłatną pracę opiekuńczą i domową choćby nie dziękuje. Nie mówiąc o wynagradzaniu.
Prawda jest taka, iż przez większość dorosłego życia czułam się jak wielofunkcyjny robot domowy. Ale też latami się na taką rolę godziłam. Sama dałam się do niej sprowadzić. I czasem się w niej chowałam. Bałam się stawić czoła rzeczywistości.
Nic dziwnego, skoro byłaś od Janka przez dużą część małżeństwa zależna finansowo. Nie miałaś szansy wypracować sobie tego typu odwagi.
Tyle iż ja się na to godziłam poniekąd świadomie. Jestem jedynaczką, wychowałam się w domu, w którym matka harowała, żeby utrzymać i mnie, i ojca, a on pracował od czasu do czasu, a poza tym leżał na kanapie i wołał: „Hanka, zrób mi herbatę! Hanka, podaj mi obiad!”. Był na tych naszych 30 metrach bezwzględnym królem. Dlatego kiedy zaczęłam myśleć o założeniu rodziny, obiecałam sobie, iż nie będę harować jak matka, tylko stworzę kochający dom, i wyobrażałam go sobie jako wielką rodzinę z psami, z mamą, która zostaje przy dzieciach. Bo sama tego nie miałam.
Według danych CBOS z 2018 roku partnerstwo w polskich domach nie oznacza wcale większego wkładu mężczyzn w prace domowe, tylko większy wkład kobiet we wspólne finanse, choć po godzinach przez cały czas latamy ze ścierką.
Tak było i u nas. Janek powtarzał: „Gdy pójdziesz w końcu do pracy, to sama zobaczysz, jak się tam człowiek męczy”. A ja wtedy pytałam, czy żebym w ogóle mogła do niej pójść, to on weźmie na siebie część opieki nad dziećmi i domem. Jego jednak taki scenariusz nie interesował. Miało być tak jak dotychczas, tylko ja miałam jeszcze zarabiać. Co wtedy wydawało mi się niemożliwe do pogodzenia, chociaż z dzisiejszej perspektywy wiem, iż jest inaczej.
Teraz i pracujesz zarobkowo, i zajmujesz się rodziną. Sama.
I mam z tego dużą satysfakcję. Chociaż jednocześnie jestem ledwo żywa. Wiesz, co jest najzabawniejsze?
Co?
Gdybym się jednak z Jankiem rozwiodła, po jego śmierci nasza rodzina byłaby w o wiele lepszej sytuacji finansowej niż obecnie. Renty dla wdów i dzieci po stracie rodzica są w Polsce żenująco niskie. Co chciałabym zmienić, ale akceptuję, iż to walka na lata.
Równolegle szukasz szybszych rozwiązań. Oprócz stałej współpracy z Ministerstwem Zdrowia i różnymi organizacjami na rzecz praw pacjenckich wydałaś niedawno e-book „Gdy mnie zabraknie”, przygotowany z adwokatką Karoliną Szulc-Nagłowską. Radzicie w nim między innymi, by każda osoba w związku spisała testament i wybrała się do notariusza. Dlaczego?
Chciałabym uchronić inne kobiety przed znalezieniem się w takiej sytuacji jak moja. Życie jest potwornie nieprzewidywalne. I niesprawiedliwe. jeżeli naprawdę chcemy zadbać o siebie i bliskich, musimy do różnych spraw podejść pragmatycznie.
A czy sporządzenie testamentu i udzielenie pełnomocnictw notarialnych jest drogie?
Nie. Nie jest to zresztą także ani skomplikowany, ani długotrwały proces. Warto pomyśleć o nim jako o przejawie miłości.
Testament jako przejaw miłości?
Tak, bo nie zostawiasz po sobie bałaganu. Nie obarczasz bliskich odpowiedzialnością za uporządkowanie twoich spraw. Nie chciałabym, żeby po mojej śmierci dzieci nie miały dostępu do moich kont ani nie wiedziały o moich oszczędnościach czy długach. Janek też zresztą nie chciał nas z takim chaosem zostawić. Choroba pozwoliła nam się, jako rodzinie, przygotować na jego odejście. Przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe. I jestem dziś bardzo za to wdzięczna, bo żałoba to naprawdę zły moment, żeby biegać po urzędach i załatwiać sprawy.
W co byś chciała wyposażyć wasze dzieci na przyszłość, oprócz klarownej sytuacji prawno-finansowej?
W samodzielność. Sprawczość. Niezależność. Umiar. Niech nie godzą się na takie podziały jak ja. Poza tym mam nadzieję, iż wyjadą z Polski.
Serio? Mimo wszystkiego, co robisz tu na rzecz pozytywnej zmiany?
Ponieważ tyle robię, to wiem, ile jeszcze pracy przed nami, zanim da się tu żyć i umierać po ludzku.
Jak pomiędzy tą całą robotą i samodzielnym rodzicielstwem odpoczywasz?
Rzadko! Prawda jest taka, iż nie umiem odpoczywać. Ale powoli się tego uczę. Od kiedy jestem sama, wreszcie mam przestrzeń – chyba po raz pierwszy w życiu – żeby choć trochę zająć się sobą. Chodzę na randki w pojedynkę. Sprawdzam, co mi sprawia przyjemność. Kto wie, może choćby w końcu zacznę ćwiczyć! Kupiłam już karnet na siłownię!
Ile razy byłaś?
Ani razu oczywiście. Ale się nie zniechęcam. Wiem, iż jak się uprę, to dopnę swego.
A czego życzyłabyś innym kobietom?
Żeby znały swoje prawa i podążały za swoim wkurwem. Składajmy skargi, zawiązujmy inicjatywy obywatelskie, nie bójmy się pisać do władz z naszymi żądaniami. jeżeli chcemy zmienić świat na lepszy, to musimy działać razem. Nieszablonowo. Wiesz, co zrobiłyśmy z Olą Kąkol, Anitą Demianowicz i Pauliną Sochą-Jakubowską, z którymi działam na rzecz praw pacjenckich, gdy nie mogłyśmy się dobić do ministry zdrowia?
Co zrobiłyście?
Zebrałyśmy 100 tysięcy złotych na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, dzięki czemu wylicytowałyśmy wspólne gotowanie z ministrą. I teraz mamy przy MZ-ecie Radę Konsultacyjną. Warto walczyć o swoje.
Gdybyś mogła coś poradzić tamtej Ance sprzed 18 lat, to co byś jej powiedziała?
Poradziłabym jej, żeby nigdy nie sprowadziła się do roli kobiety niepracującej i zależnej finansowo. I żeby jasno i wyraźnie umówiła się ze swoim przyszłym mężem na podział obowiązków domowych. To serio temat, którego nie można zostawiać przypadkowi. Wtedy sądziłam, iż skoro się bardzo kochamy, to jakoś to będzie, wszystko się samo ułoży. Janek nie tylko magicznie dostrzeże moje potrzeby i lęki, ale też mnie od nich uratuje. Dziś wiem, iż jest inaczej. W tych sprawach miłość po prostu nie ma nic do rzeczy.
Anna Hernik
Fotografka, instagramerka, czterokrotna finalistka Grand Press Photo. Współtwórczyni Rady Konsultacyjnej przy Ministerstwie Zdrowia w zakresie organizacji i przestrzegania praw pacjenta w podmiotach leczniczych. Współautorka poradnika „Gdy mnie zabraknie” o prawnych aspektach dziedziczenia, straty i śmierci. Samodzielna matka trójki dzieci i opiekunka dwóch psów.
Anka Wandzel
Eseistka, antropolożka, matka dwójki dzieci, członkini spółdzielczej farmy MOST. Autorka książki „Sztuka przetrwania”, a także tekstów o splotach środowiska, kultury i pracy opiekuńczej. W 2024 roku otrzymała stypendium artystyczne m.st. Warszawy w dziedzinie literatury.









