Są ludzie, którzy żyją tak, iż kiedy się o tym słyszy, to człowiek się szeroko uśmiecha. Czuje dumę, iż chodzi po tych samych ulicach. Jednym z nich był profesor Antoni Kępiński. Polski psychiatra, który gdyby pisał po angielsku, dostałby nagrodę Nobla. Mówiono o nim „lekarz dusz”. A pacjenci ustawiali się w długie kolejki, wypełniające klatkę schodową i podwórko kamienicy, by odbyć wizytę w kuchni profesora. Potrzebujący nie płacili i dostawali pieniądze na leki. A żona zamykała się w pokoju.
A o ile choćby nie samego Nobla, to obsypano by go innymi ważnymi nagrodami. Choć to wcale nie byłoby w jego życiu najważniejsze. Najważniejsi byli dla niego pacjenci. Profesor Antoni Kępiński był psychiatrą, który pracował w Krakowie. Leczył w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Swój gabinet urządził w suterenie. Dlaczego? Można się domyślać, iż nie chciał pacjentom odbierać jaśniejszych pokoi, które lepiej służyły zdrowieniu. Trudno bowiem sądzić, by lubił atmosferę dusznego i wilgotnego przyziemia. Tak jak lubili ją pacjenci, którzy gabinet Kępińskiego nazywali po prostu „leczniczą norą”.
Było tam tym bardziej swojsko, iż sam Kępiński nosił się w sposób, który likwidował dystans. Krystyna Rożnowska w świetnej książce o Kępińskim (korzystałem z niej przygotowując ten tekst) przytacza wspomnienia jednej z pacjentek, która opowiadała o nim tak: „Nosił przeważnie stare sandały, zniszczone spodnie, podobnie wyglądającą koszulę. Czasem miał mokre włosy. Mawiał, iż korzystając z klinicznego prysznica, leczy przeziębienie. Miał wysokie czoło, rzadkie włosy, a z czasem brak mu było zębów. Dentysty unikał. Sprawiał wrażenie człowieka zdrowego, silnego, ale małomównego.” Może dlatego, iż w zasadzie wszyscy mówili o nim, jako o doskonałym i cierpliwym słuchaczu.
„Oddajcie biedniejszym kolegom”
Relacje o Antonim Kępińskim czyta się trochę jak żywot świętego. prawdopodobnie trochę dlatego, iż zmarł dość młodo – miał zaledwie 54 lata. Zostawiając bliskich i pacjentów z poczuciem pustki, którą wypełniali wspomnieniami o tym, co stracili. Ale bardziej chyba dlatego, iż Kępiński po prostu był wyjątkowym człowiekiem. I dlatego został lekarzem. Przez co opowieść o jego życiu wypełniają anegdoty pokazujące gesty małe, ale wielkie. Można by oczywiście szukać ciemniejszych kart jego historii, ale czasami nie trzeba i nie warto burzyć pomników. Najbardziej inspirujące jest to, co w człowieku jest dobrego.
Kępiński uczył się w krakowskim Gimnazjum Nowodworskiego. To jedna z najstarszych krakowskich szkół średnich, która od dawien dawna przyciąga dzieci krakowskiej elity. Od zawsze należy do najlepszych szkół w mieście i kraju, co potwierdza długa lista znanych uczniów, na której są między innymi Jan III Sobieski, Joseph Conrad, Jan Matejko oraz Stefan Banach. A także – oczywiście – Antoni Kępiński, który skończył ją z wyróżnieniem.
Nadzwyczajnym. Krystyna Rożnowska w książce „Antoni Kępiński” zrelacjonowała to tak: „Zgodnie z tradycją szkoły wyróżniono Kępińskiego szczerozłotym pierścieniem z wyrytym herbem Nowodworskiego Nałęcz, datą i napisem ‘Gimnazjum Nowodworskiego wzorowemu uczniowi – za pilność, zdolność, zdyscyplinowanie, wybitne wyniki w nauce, jak również za walory charakteru, szlachetność, życzliwość solidarność, koleżeństwo’. Tylko dwóch maturzystów Nowodworka otrzymało przed wojną taki pierścień, nadawany przez uczniów w tajnym głosowaniu.” Co zrobił będący nastolatkiem Antoni Kępiński?
Pieniądze przeznaczone na pierścień kazał wydać na pomoc dla ubogich kolegów.
Trudno nie polubić takiego człowieka.
W ławce z prześladowanymi
Na studia poszedł na medycynę. Był to rok 1936, w którym w Polsce – tak samo jak w całej Europie – na sile przybierały tendencje skrajnie prawicowe. Rozgrzewał się zresztą także spór między prawicą i lewicą, który nierzadko przenosił się na ulice. Barwy partyjne potrafiły w tych czasach zastępować kibicowskie szaliki. Na własnej skórze odczuł to zresztą młody Kępiński, który pewnego dnia został napadnięty i pobity, gdy szedł przez krakowski Plac Matejki. Bili prawicowi bojówkarze, a powodem napaści była studencka czapka Kępińskiego. Ta miała kolor czerwony, bo takie nosili ludzie uczący się medycyny. Napastnicy wzięli ją za wyraz socjalistycznych przekonań i brutalnie pobili „komunistę”. Tak brutalnie, iż Kępiński cztery miesiące spędził w szpitalu i kilka kolejnych dochodził do siebie w górach. Jego jedyną winą było to, iż na głowie miał czapkę w złych barwach.
Sam się w politykę nie angażował. Chyba, iż ta krzywdziła jego kolegów. Pod koniec lat 30. ubiegłego wieku na polskich uczelniach wprowadzano różne ograniczenia dla studentów o żydowskich pochodzeniu. Były dla nich limity przyjęć. Organizowano też getta ławkowe, dbając by nie zajmowali lepszych miejsc swoim polskim kolegom. A także o to, by separować obie grupy od siebie. Kępiński na zajęciach siadał w ławkowym getcie.
Chociaż pochodził z polskiej szlachty i nie miał żydowskich korzeni.
Manifestował w ten sposób solidarność z innym człowiekiem.
Antoni Kępiński„Czy wy wiecie kim jest człowiek?”
Robił to zresztą przez całe życie. Rożnowska opisuje też sytuację z jednego z jego wykładów. Tam opowiadał studentom o jednym z pacjentów. Mówił długo, dokładnie, z przejęciem. Tak długo, iż jeden ze słuchających się znudził i poprosił, by profesor przeszedł do kolejnego przykładu. Profesor Antoni Kępiński zareagował mówiąc: „Człowiek wam się znudził? Człowiek? Czy wy wiecie kim jest człowiek?” Sam poznawał go w różnych okolicznościach. Podczas wojennej tułaczki po Europie widział dobro i zło.
Ta zaczęła się zaraz w pierwszych dniach września 1939 roku, kiedy młody Kępiński sam zgłosił się do biura mobilizacyjnego, by dołączyć do broniących się przed Niemcami żołnierzy. Wzięto go do armii, bo uznano, iż student medycyny się w niej przyda. Ale nie nawojował się zbyt wiele. Niemcy do Krakowa weszli już 6 września, a w kolejnych dniach jednostki, do których trafiał, głównie się wycofywały. Ostatecznie trafił na Węgry. Tam kilka miesięcy spędził w różnych obozach, a kiedy pojawiła się okazja dołączyć do Polaków formujących jednostki we Francji – zrobił to i ruszył w podróż na zachód Europy. Przez chwilę był żołnierzem polskiej dywizji sformowanej nad Sekwaną, a po klęsce Francji postanowił spróbować przedostać się przez Pireneje do Hiszpanii i dalej do Portugalii. Tak by ostatecznie dostać się na Wyspy Brytyjskie i znów dołączyć do polskiego wojska.
To mu się jednak nie udało. Prawie nikomu nie udawało się wtedy przejść trasy z Francji do brytyjskiego Gibraltaru, ponieważ policja Franco wyłapywała zbiegów. Antoni Kępiński trafił do obozu w Miranda de Ebro. Był w nim dwa lata. Bicie było tam stałym elementem. Sam też został brutalnie pobity przez strażników i wiele miesięcy spędził w karcerze. Nie złamał się jednak. Do rodziców wysyłał uspokajające listy, a w samym obozie zaangażował się w działalność samokształceniową. Wykładał innym medycynę. Ucząc się jednocześnie języków oraz korzystając z książek, które udało mu się dostać. Żył w świecie, w którym jedną z najgorszych kar było zmuszanie do pozbawionej sensu pracy. Więźniowie musieli na przykład przenosić kamienie z miejsca w miejsce lub kopać i zaraz zasypywać rowy. Podobne metody stosowano w obozach nazistowskich, gdzie bezsensowna praca była jedną z najbardziej wyniszczających kar dla więźniów. Hiszpańskie doświadczenie z pewnością pomogło mu w dalszej pracy, kiedy już w Polsce zajął się badaniem i leczeniem dawnych więźniów niemieckich obozów – np. Auschwitz.
Sam jednak zawsze umniejszał to, co przeżył. Mówiąc, iż prawdziwe cierpienia były udziałem nie jego, a przyjaciół, którzy zostali w kraju i przeżyli przez to piekło Oświęcimia.
By Pierre E. Lamaison – Archive Pierre E. Lamaison, CC BY-SA 4.0.Pilot? Wolne żarty
W Miranda de Ebro spędził ponad dwa lata. Po nich – kiedy Niemcy byli już w odwrocie, a Hiszpania zaczęła szykować się na ich możliwą porażkę – udało mu się dostać do Wielkiej Brytanii. Tam postanowił zostać pilotem. Przyjęto go na testy, ale po tym, co pokazał podczas próbnego lotu, podziękowano mu, mówiąc, iż na pilota się nie nadaje. Lotnik, z którym go odbył, wysiadł ponoć z samolotu tak wściekły, iż uderzył przyszłego profesora.
Kępiński nie mógł więc walczyć, ale postanowił się uczyć. Tutaj też pojawia się piękna historia o ludzkiej solidarności. Po wybuchu II wojny światowej i porażce Polski, a później Francji, na Wyspy trafiło mnóstwo uchodźców. Wśród nich była pokaźna grupa wykładowców polskich uczelni – w tym profesorów szkół medycznych. Wśród nich był prof. Antoni Jurasz, który postanowił stworzyć w Szkocji polski uniwersytet medyczny. Poszedł z tym pomysłem do Brytyjczyków, ci wykazali się solidarnością i w tym pomogli.
Efektem była założona w 1941 roku w Edynburgu Polish School of Medicine, która przez osiem lat działania (zlikwidowano ją dopiero cztery lata po wojnie) wykształciła ponad 200 lekarzy i blisko 19 doktorów nauk medycznych, przyznając im brytyjskie tytuły zawodowe.
Na dziedzińcu szkoły do dziś znajduje się tablica pamiątkowa, na której można przeczytać: „W mrocznych dniach 1941 roku, gdy polskie uniwersytety zostały zniszczone, a polscy profesorowie ginęli w obozach koncentracyjnych, Uniwersytet w Edynburgu powołał Polski Wydział Lekarski. Tablica ta została ufundowana przez studentów, wykładowców i profesorów Polskiego Wydziału Lekarskiego w dowód wdzięczności dla Uniwersytetu w Edynburgu za rolę, jaką odegrał w zachowaniu polskiej nauki i wiedzy.”
Jednym z jej absolwentów był właśnie Antoni Kępiński, który został psychiatrą.
Otwarcie Pol. Wydz. Lekarskiego. Prezydent Raczkiewicz i prof. Jurasz. – Tadeusz Michał Kraszewski – Archiwum Andrzeja Kraszewskiego, CC0.Kolejki w kamienicy
Do Polski wrócił przy pierwszej okazji – w 1947 roku. Wyposażony w listy polecające udał się do kliniki psychiatrycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie przyjęto go do pracy. Listy mogły pomóc, ale nie musiały, bo w całej Polsce było wtedy około 60 psychiatrów.
Był potrzebny.
Zaraz po przyjęciu rzucił się w wir pracy i zyskał ogromne zaufanie pacjentów. W pewnym momencie zaczęto go nazywać „lekarzem dusz”. Najpierw w zaledwie dwa lata przygotował i obronił doktorat. Później rozwinął opiekę nad pacjentami, którzy cenili jego spokój i cierpliwość. Choć najwięcej o nim mówi może to, jak traktował sąsiadów i Krakowian w potrzebie (a tych na skutek wojennych traum było więcej niż kiedykolwiek).
Życie podporządkował pracy i pacjentom. W klinice, choć nie musiał, spędzał długie godziny. Przyjmował też w innych miejscach. Także w mieszkaniu. Na takie „domowe” wizyty poświęcił piątki, kiedy w gabinet zmieniał kuchnię zatłoczonego mieszkania przy Szpitalnej, a później przy Warszawskiej. Zatłoczonego, bo po wojnie do obszernych przedwojennych mieszkań Kępińskich dokwaterowano ludzi, więc było w nich gęsto.
W każdym razie co piątek Kępiński rozkładał się w kuchni, a ludzie ustawiali się w długich kolejkach. Sąsiedzi – i to relacjonuje autorka książki o Kępińskim Krystyna Rożnowska – zapamiętali ogonki szukających pomocy ludzi, które wychodziły z mieszkania profesora, ciągnęły się po schodach i kończyły aż na podwórku. Psychiatra przyjmował tylu ilu mógł, a w tym czasie jego żona zamykała się w pokoju. Lub na odwrót – to Kępiński przyjmował w pokoju, a jego żona Jadwiga cały ten czas spędzała zamknięta w kuchni. Ile na tym zarabiał? Często dokładał do leczenia, bo niezamożnym pacjentom dawał pieniądze, by mieli za co wykupić recepty. Stosunek do pieniędzy w ogóle miał dość luźny i jeszcze kiedy mieszkał w Anglii jego przyjaciele przejęli zarządzanie skromnym budżetem młodego medyka. Wszystko dlatego, iż choć nie miał za co żyć, to wysyłał pieniądze do Polski.
Pomimo setek pacjentów nie dorobił się.
Humanizacja psychiatrii
W latach 50. XX wieku miał okazję wyjechać na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Naukowcy w Polsce zabijali się wtedy o taką okazję. Kępiński uznał, iż od Amerykanów nie nauczy się znowu tak wiele i lepiej, żeby z okazji skorzystał ktoś młodszy. Odstąpił miejsce. Często tak robił, kiedy chodziło o międzynarodowe konferencje. Wcześniej jednak skorzystał z okazji do podobnego wyjazdu do Wielkiej Brytanii. Z dużą korzyścią.
Przywiózł stamtąd szereg pomysłów, wśród których może najważniejsza była terapia grupowa. Głównie dlatego, iż pozwalała zwiększyć liczbę osób, którym udzielano pomocy. Terapeuta w godzinę mógł pomóc kilku osobom, a nie jak wcześniej – jednej. W kraju, w którym było bardzo niewielu lekarzy psychiatrów miało to ogromne znaczenie. interesujące było też to, jak zmieniał klinikę psychiatryczną. Ta pod jego okiem zmieniała się z mrocznej lecznicy, która momentami przypominała „Lot nad kukułczym gniazdem” w miejsce nadające się do życia. Nie tylko kazał zmienić wystrój tak, by było miło i domowo.
Założył też Klub Pacjenta, w którym organizowano imprezy z udziałem swoich przyjaciół z Piwnicy pod Baranami. Jego pacjenci bawili się więc na prywatkach z udziałem między innymi Piotra Skrzyneckiego oraz Ewy Demarczyk. Wielkich gwiazd ówczesnego Krakowa.
Sam Kępiński miał dopiero zostać gwiazdą.
Ewa Demarczyk. Autor: Jan Popłoński, Domena publiczna.Choroba
W 1970 roku miał 52 lata i usłyszał diagnozę złośliwego nowotworu. Leczono go, ale lekarze kilka mogli zrobić. Wiedział więc, iż zostało mu kilka czasu. I to jest może najbardziej wyjątkowy fragment biografii profesora Antoniego Kępińskiego, który się nie załamał. Zamiast tego rzucił się w wir pracy naukowej i pisarskiej. Miał liczne notatki i obserwacje, którymi chciał podzielić się ze światem. Wcześniej nie mógł tego zrobić. Nie miał czasu, motywacji, by zostawić bieżące sprawy oraz możliwości. Wydawnictwa medyczne odrzucały jego rękopisy, twierdząc, iż są pisane… zbyt prosto. Jednocześnie chciały publikować rzeczy, których Kępiński nie chciał pisać. Ciężkie, nudne, niezrozumiałe podręczniki medyczne, które studenci musieliby kupować i wkuwać.
Po diagnozie profesor Kępiński uznał, iż to ostatnia szansa, by jego praca i jego idee nie umarły wraz z nim. Zaczął pisać – we wspomnieniach pojawia się obraz psychiatry, który siedzi w gorsecie ortopedycznym przy maszynie do pisania, z papierosem w ręce, i pisze książkę za książką. W międzyczasie przyjmując jeszcze stałych pacjentów, którym pomagał choćby wtedy, gdy sam był już chory i wyniszczony przez chorobę. To wtedy powstały książki takie jak „Schizofrenia”, „Melancholia”, „Lęk” i „Psychopatologie”.
Bestsellery, które sprzedawały się w setkach tysięcy egzemplarzy. Oswajając Polaków z tematyką chorób psychicznych, o których wtedy nie mówiło się zbyt wiele. Wciąż budziły raczej lęk związany z licznymi przesądami i brakiem wiedzy, niż zrozumienie i empatię.
Napisał je przykuty do łóżka przez śmiertelną chorobę.
A jak ją znosił? Pewnego dnia odwiedził go ksiądz Józef Tischner. Rożnowska tak opisała to spotkanie: „Tischner, szukając słów pociechy, miał powiedzieć do umierającego Kępińskiego: ‘Idziesz drogą wydeptaną’, na co Kępiński ponoć odpowiedział: ‘Jakie to wielkie, jakie to wspaniałe, iż człowiek nie wkracza na tę drogę pierwszy’.” Dopóki mógł uczestniczył też w codziennej pracy kliniki. Skupiał się na cudzym, nie własnym, bólu.
Nobel?!
Czy wspomnienie o Noblu jest clickbaitem? Nie wydaje mi się. Antoni Kępiński brał między innymi udział – dokładnie opiekował się grupą młodych naukowców, którzy się tego podjęli – w badaniach stanu psychicznego byłych więźniów obozów koncentracyjnych. W latach 50. i 60. ubiegłego wieku trudno byłoby znaleźć lepsze miejsce do badania skutków głębokiej traumy niż Kraków. Miasto położone zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Oświęcimia, w którym mnóstwo ludzi przeszło przez obozy.
Dzięki temu udało się przeprowadzić kompleksowe badania nad traumą wojenną – niektórzy twierdzą, iż pierwsze takie i tak duże badania na świecie. Kluczową rolę odgrywała w nich między innymi Maria Orwid i Roman Leśniak. A zaczęły się od tego, iż psychiatrzy zauważyli, iż skutkiem pobytu w obozie było nie tylko fizyczne wyniszczenie. Ale wiązał się z nim także zespół różnych powtarzalnych problemów. W tym powracających objawów nerwicowych związanych z lękiem przed głodem i biciem. Powtarzały się obozowe koszmary i poczucie winy, związane z pytaniem, „dlaczego to ja przeżyłem, a inni zginęli?” Byli więźniowie reagowali atakami paniki na szczekanie psów.
Nie mogli się też uwolnić od stałego poczucia zagrożenia.
Nazwano to KZ-syndrom, czyli syndrom obozu koncentracyjnego. Dziś mówimy na to PTSD. Ważne jest to, iż zespół Kępińskiego udowodnił coś, co było kontrintuicyjne. To, iż objawy stresu pourazowego nie ustępują same. Że nie wystarczy dać czas czasowi. Wraz z jego upływem i nieleczone potrafią choćby się zaostrzać lub pojawiać dopiero po latach.
Kępiński pisał o tym syndromie, iż jest raną na duszy człowieka.
Przebadano setki byłych więźniów obozów, którym starano się pomagać tak, jak potrafiono. Udawało się to zrobić głównie dzięki stworzeniu wspólnoty, która każdemu ze swoich członków potwierdzała, iż to nie z nim jest coś nie w porządku. Że to co dzieje się z nim, z jego nerwami i w jego głowie, jest normalną reakcją na to, co przeżył. Pokazywała, iż inni przeżywają dokładnie to samo. Ta wspólnota pozwalała zaleczać rany z ich dusz.
Wyniki badań przez wiele lat publikowano w „Zeszytach Oświęcimskich”. Te były dwukrotnie nominowane do pokojowej Nagrody Nobla. Jednak, czy gdyby podobne badania nie były prowadzone przez amerykański i piszący po angielsku zespół, nie mogłyby liczyć na międzynarodowe uznanie i najważniejsze nagrody medyczne świata?
Z pewnością by mogły.
Z tym, iż Kępińskiemu na tym nie zależało. Od Nobla wolał zdrowie pacjentów.
W końcu był człowiekiem, który choćby kiedy sam cierpiał, walczył o dusze innych.
***
Korzystałem między innymi z książki: Krystyna Rożnowska „Antoni Kępiński. Portret genialnego psychiatry”, Mondo Inside, 2024 rok.
















