Olek chodzi do siódmej klasy podstawówki. W tygodniu ma w szkole 35 godzin zajęć. Do tego dwie godziny korepetycji z matematyki, bo to, co na lekcji mu nie wystarcza – chłopak nie nadąża.
– Płacze, iż z klasówki dostał jedynkę, choć się uczył – mówi Ewa, jego mama. – Nauczycielka goni z materiałem, jak w sztafecie. Nie jej wina. Musi lecieć z programem, który wymyślili teoretycy z Ministerstwa Edukacji. A oni nie zauważyli, iż świat się zmienił. I dzieci też. Mam wrażenie, iż pruski system kształcenia przez cały czas jest ich wzorem – dodaje matka Mat
Poszła do szkoły, często to robi. Tym razem w sprawie tej jedynki. Pani matematyczka powiedziała, iż Olek może ocenę poprawiać, tylko iż jest już nowy materiał, z którego za dwa tygodnie będzie kartkówka.
– Mój syn jest przeciętnym uczniem. W domu nie siada sam do odrabiania lekcji. Zazdroszczę rodzicom dzieci, które są bardziej karne i uczą się same. Mam wrażenie, iż program w polskiej szkole jest tak ułożony tak, jakby każdy uczeń planował w przyszłości pracować w NASA – mówi Ewa.
"Lekcje, korepetycje, sprawdziany i Librus"
Ewa wstaje o 6.30. O godz. 7.30 musi być gotowa do wyjścia, razem z synem, by zawieźć go do szkoły. I zdążyć do pracy, którą zaczyna o godz. 9. Wraca z pracy o godz. 18, albo o 19, jeżeli po drodze robi zakupy. A potem w domu przerabia szkolny materiał z synem, żeby dał radę na sprawdzianach i przeszedł do kolejnej klasy.
– Po szkole, w domu syn poświęca 10 godzin na naukę, więc włączając korepetycje daje to razem 47 godzin – mówi Ewa. – Nikt nie myśli o tym, iż uczniowie są przemęczeni, sfrustrowani. I iż wielu rodziców też. Takich jak ja – przerabiam z synem polski, matematykę, geografię. Zaczynam bać się, co będzie w LO, bo na tym poziomie pewnie już nie dam rady, a poza tym, ja też chcę odpocząć i spędzić czas z dzieckiem, a nie ciągle zerkać w Librusa, sprawdzać, kiedy kolejny sprawdzian i co trzeba przygotować – opowiada mama Olka.
Nauka, sprawdziany, lekcje, korepetycje, nadrabianie, poprawienie... a jak dojdzie choroba i Olek opuści tydzień szkoły, wszystko się kumuluje i nie mogą się pozbierać.
– Wciąganie rodzica w edukacje dziecka zaczyna być chyba normalne. Nie każdy uczeń sam daje radę z programem szkoły, który wciąż jest przeładowany, choć już nie zadaje się prac domowych – mówi Ewa.
"Polska szkoła przypomina mi pruski system"
– Wiem, iż się powtarzam, ale chcę, żeby to wybrzmiało.... Polska szkoła publiczna naprawdę przywodzi mi na myśl, skompromitowany, pruski system kształcenia, rodem z XVIII wieku – mówi.
I wylicza: scentralizowany model edukacji, który kładzie nacisk na powszechność, schemat i dyscyplinę, by wychować posłusznych, zdyscyplinowanych obywateli, żołnierzy i urzędników, choć uczniowie nie noszą mundurków. Program odgórny, sztywny podział na semestry, na klasy i lekcje trwające równo 45 min.
– Ogłuszające, natarczywe niczym syrena alarmowa dzwonki, ocenianie wiedzy, tabelki. Jedyna różnica to chyba to, iż teraz już nie wolno używać rózgi i nie ma klęczenia na grochu. To główna różnica. Kar cielesnych nie ma, ale wszelkie większe niesubordynacje uczniów są zgłaszane do sądu rodzinnego – mówi mama Olka.
Dodaje, iż chyba nikt z tych, którzy układają program szkolny, nie bierze pod uwagę tego, iż uczniowie są przemęczeni, sfrustrowani.
– Program rośnie bardziej, niż ciasto drożdżowe w upalny dzień. A ja ze zdumieniem widzę, iż w książce do biologii układ krążenia jest omówiony tak szczegółowo, iż prawie na poziomie dla studentów medycyny, a nie uczniów podstawówki. A pani prosi, żeby dzieci zapamiętały, iż w żyle płucnej płynie krew utlenowana, inaczej niż w reszcie żył organizmu – mówi Ewa.
Zmusza Mateusza do nauki w domu, a syn ją atakuje: "Dlaczego mam nie mieć nie czasu w swoje zainteresowania?! Robię muzykę, to mnie interesuje, a nie żyły w płucach!".
– Robi mi wyrzuty, choć przecież to nie ja układam program szkolny. Widzę, iż nauki jest dla takich jak on, przeciętnych uczniów, za dużo – żali się Ewa.
Olek nie ma szczególnych zdolności plastycznych, więc jego mama wczoraj do północy, nożykiem do papieru, wycinała elementy z tektury i doklejała płatki kwiatków z kolorowego papieru, by stworzyć obraz 3D.
– Aż mnie ręka rozbolała, ale byłam dumna z tego swojego dzieła! Pomyślałam, iż za pracę plastyczną syn znowu dostanie szóstkę, a pani pewnie będzie udawała, iż nie widzi, iż to praca rodzica a nie ucznia. Bo podejrzewam, iż wie, iż Olek nie ma talentu do prac manualnych – opowiada Ewa.
Ministerstwo Edukacji wreszcie zwolniło uczniów z prac domowych, żeby ich odciążyć. Ewa uważa, iż przeciętny uczeń, by zdać do następnej klasy, i tak musi tak dużo uczyć się w domu, choćby do sprawdzianów, iż ten brak zadań domowych kilka zmienia. I tak dzieci nie spędzają tego czasu w zabawie w domu, czy jak przed laty, na podwórku.
– Przerabiam polski, matematykę, geografię. Zaczynam bać się, co będzie w LO, bo na tym poziomie pewnie już nie dam rady, a poza tym, ja też chcę odpocząć i spędzić czas z dzieckiem, a nie ciągle zerkać w Librusa, sprawdzać, kiedy kolejny sprawdzian i co trzeba przygotować – mówi Ewa.
Jest przemęczona. Jej syn też. Uważa, iż podobnie jest w wielu polskich domach – rodzice "padają na twarz", ich dzieci też. – Przerwy w szkole są krótkie, uczeń w zasadzie ma czas tylko na przejście z klasy do klasy. Co z tego, iż jest stołówka, skoro aby zjeść obiad, dziecko musi stać w kolejce, więc albo połyka obiad w biegu, albo spóźnia się na lekcję – mówi Ewa.
I jeszcze, iż wie, iż oprócz tego, iż dziecko w szkole podstawowej powinno zjeść ciepły posiłek, to powinno też przesypiać dziewięć godzin, bo w nocy wydziela się hormon wzrostu, a sen to też odpoczynek i regeneracja organizmu.
"Szkoła jest do nauki. Weekend do zabawy"
Ewa wraca do domu o osiemnastej, złości się, iż Olek siedzi przy komputerze i gra, a jutro ma sprawdzian z biologii. Wie, iż wcześniej się nie uczył, bo do 15.30 był w parku trampolin.
– Wykupiłam mu te zajęcia, bo zależy mi na tym, żeby się poruszał, park trampolin jest na szczęście blisko naszego domu – opowiada.
Zapowiada synowi, iż teraz powtórzy z nim biologię, a on się złości, iż jest za bardzo zmęczony, iż w szkole był prawie do piętnastej, a potem musiał skakać na trampolinie.
Ewa udaje, iż nie słyszy, zaczyna gwałtownie robić kolację i wrzuca ciuchy syna i swoje do pralki. Od komputera będzie Olka odrywać za chwilę.
I jeszcze zapowiada synowi, iż w weekend będzie musiał pouczyć się do sprawdzianu z polskiego. Olek się denerwuje, mówi jej, iż "weekend jest do odpoczywania, nie do nauki, szkoła jest do nauki".
– A ja robię się jeszcze bardziej podminowana. Przypominam sobie, iż kiedy syn był mały, w weekendy wyjeżdżałam z nim do spa, albo na krótkie wypady na weekend, spotykaliśmy się ze znajomymi, którzy mieli dzieci w podobnym wieku. A teraz tylko nauka, sprawdziany, nadrabianie i poprawienie… – mówi mama Olka.
Lekcje, sprawdziany, zaległości – "uczeń ma wysiedziećw szkole, ile trzeba"
– Gabinety psychiatrów i psychologów pękają w szwach, ale wszyscy mówią, iż to wina mediów społecznościowych i tej strasznej elektroniki. Media co chwilę informują o rosnącej liczbie depresji wśród coraz młodszych dzieci, jednak najwyraźniej nikt nie widzi tu żadnego związku ze szkolną rzeczywistością, w jakiej tkwią dzieci – mówi Ewa.
I znów, niemal obsesyjnie, wraca do tego porównania z pruskim drylem. I traktowania dziecka, jakby było po prostu mniejszym dorosłym. – Uczeń powinien umieć wysiedzieć w szkole, i to spokojnie, ile trzeba. I uczyć się tyle, ile trzeba. Realizować cele, wypełniać harmonogramy. Najlepiej jeszcze robić wszystko na zapas. I przypadkiem się na zapas nie stresować i nie zamartwiać, nie lękać. – mówi Ewa.
– A jak mimo wszystko się martwi i lęka? Na lęki są przecież tabletki i szpitale psychiatryczne… I terapie – mówi ironicznie. – I nikt nie bierze pod uwagę tego, iż gdyby dzieci zamiast tego pruskiego drylu, miały więcej czasu w zabawę, także z rodzicami, zamiast tylko odrabiać z nimi lekcje i nadrabiać szkolne zaległości, to może ich psychiki nie trzeba byłoby "naprawiać" – tak Ewa kończy swoją szkolną opowieść.













