Współczesne grzybobranie diametralnie zmieniło swoje oblicze. Wystarczy skierować obiektyw aparatu na ściółkę leśną, zrobić jedno ujęcie i w kilka sekund otrzymać od sztucznej inteligencji gotową odpowiedź z nazwą gatunku. Z pozoru to ogromne ułatwienie, które jednak usypia czujność zbieraczy.
Zamiast atlasu pytają chatbota
Na grupach dyskusyjnych w mediach społecznościowych każdego dnia pojawiają się dziesiątki fotografii z prośbą o pomoc w weryfikacji leśnych znalezisk. Obok porad innych pasjonatów leśnych wędrówek, w komentarzach coraz częściej lądują zrzuty ekranu z odpowiedziami wygenerowanymi przez sztuczną inteligencję. Wielu zbieraczy traktuje te odpowiedzi bezkrytycznie, nie zdając sobie sprawy, jak kilka dzieli ich od nieszczęścia. Dobitnie świadczy o tym dramatyczny wpis, który obiegł sieć:
– Prawie zjadłem trującego grzyba! Polecał mi go ChatGPT jako jadalny i gdyby nie interwencja mojej mamy, która grzyby zbiera od lat, dzisiaj leżałbym w szpitalu! – napisał internauta.
Ocena grzyba wyłącznie na podstawie fotografii niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwo. Oprogramowanie bazuje wyłącznie na dwuwymiarowym kadrze, na który wpływ ma wiele przekłamujących czynników: kąt wykonania zdjęcia, padające cienie, specyficzne oświetlenie w lesie czy nałożone przez telefon filtry graficzne.
Algorytm nie posiada zmysłów – nie zbada zapachu ani nie oceni elastyczności czy struktury miąższu. Co więcej, osoby korzystające z chatbotów doskonale wiedzą, iż narzędzia te potrafią gwałtownie wycofać się ze swojego zdania i zmienić werdykt pod wpływem zwykłej polemiki z użytkownikiem. W przyrodzie występują gatunki bliźniaczo do siebie podobne, gdzie o życiu i śmierci decydują ledwo dostrzegalne niuanse. Wystarczy chwila nieuwagi, by cyfrowy asystent pomylił śmiertelnie groźnego muchomora z nieszkodliwym gołąbkiem.
Doświadczony grzyboznawca: „Widzę wielkie ryzyko”
Do cyfrowych nowinek ze sporym dystansem podchodzi Justyn Kołek – grzyboznawca, członek honorowy Polskiego Towarzystwa Mykologicznego oraz aktywny edukator. Jego zdaniem aplikacje powinny być traktowane wyłącznie w kategoriach ciekawostki, a nie ostatecznego arbitra.
– W korzystaniu z takich narzędzi widzę wielkie ryzyko. Zdjęcie samego kapelusza czy trzonu nie wystarczy. Rozpoznając niektóre grzyby, a przede wszystkim te śmiertelnie trujące, jak muchomor zielonawy (dawniej nazywany sromotnikowym), najważniejsza część służąca do identyfikacji jest ukryta w ściółce – zaznacza ekspert w rozmowie z Interią
Specjalista zwraca również uwagę na kluczową rolę węchu, którego telefon w żaden sposób nie zastąpi:
– Nie bez znaczenia jest zapach. Rozkładające się powoli muchomory zielonawe wydzielają mdłą woń przypominającą sztuczny miód. Już na tej podstawie można stwierdzić, iż nie mamy do czynienia z jadalnymi gołąbkami. Czy do aplikacji w telefonie można przesłać zapach?
Ekspert przytacza również konkretną historię, która wydarzyła się zaledwie kilka dni temu:
– Kilka dni temu zadzwonił do mnie znajomy. Znalazł w pobliżu domu grzyby w kształcie kuli i aplikacja mu powiedziała, iż to piestrak jadalny. Kazałem mu dotknąć, okazało się, iż grzyb jest miękki, galaretowaty i już wiedziałem, z czym mamy do czynienia. Poleciłem mu jednak przeciąć i zobaczyć środek. Tak zrobił, wysłał mi zdjęcia i okazało się, iż jest to okratek australijski w młodej fazie rozwoju. Grzyb niejadalny, choć nie jest trujący. Jaka okazała się wiarygodność aplikacji? Żadna.
Fałszywe mity i błąd, który kosztuje życie
W społeczeństwie wciąż pokutują mity dotyczące rozpoznawania trujących okazów. Wielu zbieraczy uważa, iż ślady żerowania leśnej zwierzyny świadczą o jadalności grzyba. To niebezpieczna pomyłka.
– Często można usłyszeć, iż jak grzyb jest nadgryziony to jest jadalny. To nieprawda. Muchomor zielonawy, będący główną przyczyną zatruć grzybami w Polsce, jest bardzo łagodny w smaku i ma przyjemny zapach. To przysmak leśnych zwierząt, co jednak nie znaczy, iż nadaje się dla ludzi. Nie da się go wygotować i sprawić w ten sposób, iż traci toksyczne adekwatności – przestrzega Justyn Kołek.
Grzyboznawca wskazuje również na najgorszą z możliwych praktyk stosowanych przez zbieraczy:
– Trzeba być bardzo ostrożnym, bo w grzybach tkwi naprawdę wielkie niebezpieczeństwo. Ludzie nie zdają sobie sprawy, a później są wielkie tragedie. Jednocześnie wiele osób twierdzi, iż na grzybach się zna. Wie pani, jaki błąd Polacy robią największy? Najpierw jedzą, a później sprawdzają.
Justyn Kołek widziałby sens w technologicznych asystentach wyłącznie pod jednym warunkiem:
– Osobiście jestem bardzo sceptyczny do tych wszystkich aplikacji. jeżeli zaufa im człowiek, który na grzybach się nie zna, może naprawdę się przejechać. Jedyna wersja, w jakiej widzę sens, to taka, kiedy narzędzie, poza przesłaniem zdjęć, nakazuje wykonać dodatkowe kroki. Przejrzeć ściółkę, zobaczyć, co dzieje się z blaszkami pod wpływem dotyku, zdać się też na węch. Na ten moment uważam, iż aplikacje opierające się tylko na zdjęciach (często przecież niewyraźnych) mogą być bardzo niebezpieczne.
Podstawowe reguły i wsparcie sanepidu
O ostrożność regularnie apeluje również Ministerstwo Zdrowia. Najważniejsza reguła jest prosta: do koszyka powinny trafiać wyłącznie te grzyby, co do których zbieracz ma stuprocentową pewność.
Zaleca się także omijanie bardzo młodych okazów, ponieważ nie wykształciły one jeszcze wszystkich charakterystycznych cech gatunkowych, co utrudnia ich bezbłędne odróżnienie. W sytuacji jakichkolwiek wątpliwości nie warto ryzykować własnym życiem ani polegać na algorytmach. Najlepszym rozwiązaniem jest skorzystanie z bezpłatnej konsultacji – w większości regionalnych stacji sanitarno-epidemiologicznych dyżurują wykwalifikowani klasyfikatorzy oraz grzyboznawcy, którzy osobiście i rzetelnie ocenią zebrane zbiory.












