
Ciągnik model UA1804, produkowany przez Ursa Ag w Bowden w Albercie, jest wyposażony we wszystkie systemy mechaniczne, które, jak twierdzi producent, są tańsze i łatwiejsze w naprawie dla właścicieli w porównaniu z maszynami sterowanymi komputerowo.
Podczas gdy producenci maszyn rolniczych prześcigają się we wprowadzaniu najnowocześniejszych technologii, przedsiębiorca z Alberty postanowił wrócić do prostych rozwiązań. Doug Wilson z miejscowości Bowden skonstruował traktor, który nie potrzebuje zaawansowanej elektroniki, a większość usterek można naprawić samodzielnie.
Maszyna o nazwie Ursa 150 powstała z myślą o rolnikach zmęczonych wysokimi cenami nowoczesnego sprzętu i kosztownym serwisowaniem. Nie ma skomplikowanych systemów komputerowych ani kodów błędów, których odczytanie wymaga specjalistycznego oprogramowania.
– Technologia przejęła kontrolę. Ludzie poruszają się z prędkością światła, a technologia już dawno ich wyprzedziła – mówi Wilson.
Prace nad traktorem rozpoczął cztery lata temu, gdy syn jednego z klientów przejmował rodzinne gospodarstwo, ale miał trudności z zakupem odpowiednich maszyn.
Wilson wykorzystał powszechnie dostępne części różnych producentów, w tym kabinę, podwozie i manualną skrzynię biegów. Dodał odnowiony silnik oraz elementy wykonane na zamówienie.
Podstawowy Ursa 150 ma moc 150 koni mechanicznych i kosztuje 130 tys. dolarów kanadyjskich. Mocniejszy, 260-konny model, dostępny na specjalne zamówienie, wyceniono na 200 tys. dolarów.
W przypadku słabszej wersji cena za koń mechaniczny wynosi około 850 dolarów, czyli tyle, ile podobne maszyny kosztowały mniej więcej dekadę temu.
Zainteresowanie przerosło oczekiwania konstruktora. Po publikacjach w prasie rolniczej jego telefon niemal nie przestaje dzwonić. Pytania napływają choćby z Republiki Południowej Afryki, a jeden traktor trafił już na Florydę.
Firma zatrudnia w tej chwili dziesięć osób i planuje stopniowo zwiększać produkcję, choć w ciągu najbliższego roku zamierza zbudować najwyżej około 50 maszyn.
Rolnicy wolą prostotę
Jednym z pierwszych nabywców był Rudy Metsmaker, hodowca bydła prowadzący gospodarstwo o powierzchni około 900 akrów w pobliżu Rimbey w Albercie.
– To traktor jak sprzed 40 lat – przyznaje.
Wykorzystuje go do karmienia bydła i prac gospodarskich. Jak podkreśla, nie potrzebuje do tego kosztownej elektroniki.
Podobnie uważa Jason Jackson, rolnik z okolic Olds, który uprawia pszenicę, owies, jęczmień i bobik. Korzysta zarówno z nowych, jak i starszych maszyn, ale te drugie ceni za łatwość napraw.
– Przy nowszym sprzęcie trudniej samemu coś zrobić. Jestem bardziej uzależniony od dealera – tłumaczy.

Na składowisku w Medicine Hat Tractor Salvage można zobaczyć rzędy części zdemontowanych z maszyn rolniczych i przeznaczonych do sprzedaży producentom rolnym.
Rosnące koszty są coraz większym problemem kanadyjskiego rolnictwa. Wysokie ceny oleju napędowego, oprocentowanie kredytów i stagnacja cen produktów rolnych ograniczają zakupy nowych maszyn.
Według Association of Equipment Manufacturers we wrześniu sprzedaż traktorów w Kanadzie spadła o 15 proc., a kombajnów aż o 38 proc.
Wilson nie zamierza jednak konkurować z największymi producentami zaawansowanego sprzętu. Chce oferować niezawodne maszyny, które można naprawić w zwykłym warsztacie.
– Chciałbym sprzedać traktor, który przez dziesięć lat nie będzie się psuł. Wiem, iż to nierealistyczne, ale chciałbym kiedyś osiągnąć taki poziom – mówi.







