Po chemii wsiadł na rower i zawstydził maruderów. Radny Jacek Kasprzyk o chorobie, empatii i korkach

opolska360.pl 4 godzin temu

– Zdradzimy na dzień dobry, iż pewnie nie byłoby tej rozmowy, gdyby nie brawurowy i poruszający post na Facebooku, który zamieścił pan w reakcji na powszechne w Opolu narzekanie na korki. One są faktem, ale wielu mieszkańców przedstawia je jako tragedię i koniec świata. Tymczasem pan, facet poważnie chory na raka, tuż po ciężkiej chemii, wsiadł na… rower, nagrał filmik i wywołał prawdziwą burzę w sieci…

– Nie spodziewałem się, iż ten post będzie miał takie zasięgi. Zrobiłem to dla swoich znajomych.

– Umieściłby pan taki komentarz o korkach 5-10 lat temu? Czy to jednak choroba zmieniła patrzenie na świat i na to, co jest naprawdę ważne? Na to, gdzie rozgrywają się prawdziwe dramaty, przy całej dokuczliwości poruszania się po zakorkowanym mieście.

– To jest dobre pytanie. O to, czy krzywda dziejąca się dookoła i nam samym nas uwrażliwia? Nie mam pewności, iż tak to działa. O publikacji posta zdecydowało to, iż zawsze byłem społecznikiem. Odkrywałem w sobie pokłady empatii wobec wszystkiego, co dzieje się dookoła. Jedenaście lat temu – jeszcze przed wybudowaniem mostu nad Kanałem Ulgi – z obrazkiem pokazującym klepsydrę z przesypującym się piaskiem w ręku udzielałem wywiadu. Mówiłem, iż Opole jest jak klepsydra. Rano próbujemy się przecisnąć przez wąskie gardło komunikacyjne miasta, by znaleźć się po drugiej stronie, a po południu pokonujemy tę samą i tak samo dokuczliwą drogę, usiłując wrócić. Jako mieszkaniec Zaodrza zwracałem wtedy uwagę, iż nowy most jest konieczny.

– A teraz?

– Chciałem przypomnieć, iż mamy w Opolu wiele możliwości przemieszczania się. Miasto jest coraz lepiej skomunikowane ścieżkami rowerowymi. Coraz lepsza jest jakość komunikacji zbiorowej, sprzętu, który nas wozi. Więcej jest też możliwości płacenia za bilety. Jednocześnie, jeżdżąc po mieście rowerem, chciałem innym i sobie pokazać, iż walczę z chorobą. Mam siłę i mogę to robić. To miała też być zachęta dla ludzi zdrowych. Skoro ja umiem, wy też powinniście spróbować. Czasem pojechać rowerem mimo zimy, czasem zostawić samochód i skorzystać z autobusu. Ale nie obrażam się za burzliwą dyskusję pod postem, ani na krytyczne głosy pod swoim adresem. Reagowałem na korki w Opolu 10 lat temu i dziś reaguję. Co najwyżej, z wiekiem i perspektywy choroby widzę pewne rzeczy ostrzej. I dlatego mówię: Spróbujmy coś zmienić. Nie bądźmy leniwi.

– Jak pan się dowiedział, iż jest chory?

– Zaczęło się od tego, iż zachorowałem na drogi żółciowe. Przechodziłem kolejne zabiegi. Byłem usypiany, za każdym razem pobierano mi próbki do badań his patu, mających wykryć nowotwór i za każdym razem nic się nie działo. Lekarze uspokajali: „Będziemy badać, wszystko będzie dobrze, to tylko stan zapalny” – mówili. Ale mój stan się nie poprawiał. Uznano, iż trzeba zrobić – w Katowicach – dokładniejsze badania.

– Pojechał pan?

– Nie zdążyłem, powiadomiono mnie telefonicznie, iż zepsuł się aparat. Tymczasem czas uciekał. Niepewność rosła. Pojechałem do pewnego profesora. Oglądał moje zdjęcia i też uspokajał: „Pan przyjedzie do mnie, tu ciachniemy i wszystko będzie dobrze. Pan się sprawnie porusza i w ogóle nie wygląda na rakowca”. W końcu chirurg zaczął szukać po różnych epikryzach, czyli analizach lekarskiego postępowania, i znalazł przypadek dziewczyny, u której trochę przez przypadek wykryto dwumilimetrowy nowotwór. Ona wcześniej przez parę lat zmagała się z podobnymi do moich problemami. Lekarz po porządnej ultrasonografii endoskopowej (EUS) znalazł go. Dziewczynie zrobiono w szpitalu resekcję głowy trzustki i żyje – bez nawrotów – do dzisiaj. Miała szczęście. Wielu pacjentów trafia do szpitala później, gdy nowotwór występuje już we krwi. Kiedy sam znalazłem się w szpitalu, pytano mnie, czy zgodzę się na eksperymentalne badania, które pomogą też innym. Zgodziłem się od razu. Czułem się w obowiązku dać tym ludziom szansę, choćby jeżeli mnie te badania by nie pomogły.

– Aparat do badań w Katowicach był ciągle zepsuty…

– Naprawa miała trwać dwa miesiące, więc lekarz mi kazał jechać do Bolesławca. O 3.00 nad ranem pojechałem autem. Sam. Akurat nie miał mi kto pomóc. Miałem być badany następnego dnia, ale doktor zdecydował się zbadać mnie z marszu. Szczęśliwie, niczego poza jogurtem przed podróżą nie jadłem.

– Jak pan to przeżywał?

– Byłem przerażony. Tym mocniej, iż kiedy dwa i pół roku temu trafiłem do szpitala żółty jak Hindus, to był to mój pierwszy w życiu kontakt ze szpitalem. Pierwszy raz, mając 44 lata, dostałem kroplówkę…

– Teraz trzeba było poddać się badaniu EUS…

– To było bardzo trudne. Trzeba połknąć endoskop. On jest sporo grubszy niż ten od gastroskopii. Na jego końcu znajduje się głowica USG, dzięki której możliwe jest wykrywanie guzów, stanów zapalnych i pobieranie próbek. Byłem cały czas świadomy. Jak zobaczyłem miarkę pokazującą, iż połknąłem 110 centymetrów przewodu, miałem ochotę odpłynąć. Lekarze, zresztą kapitalni ludzie – chcę to podkreślić – robiący to badanie bardzo starannie, zachęcali, żebym wytrzymał. By oni mogli skutecznie dokończyć badanie i nabrać pewności co do mojego stanu. Wciąż mnie uspokajali, iż wszystko będzie dobrze, ale dostałem zapalenia trzustki. Miałem też trudności z jedzeniem. Najlepiej przyjmowałem jedzenie płynne.

– Bolało?

– Okropnie. Byłem bardzo osłabiony. I wtedy stało się to, czego się od początku bałem – zadzwonił lekarz z informacją, iż mam nowotwór.

– Jak pan tę informację przyjął?

– Byłem załamany. Choć lekarz prosił mnie przez telefon, bym podszedł do tego spokojnie, bo to jeszcze nie jest koniec. Kazał mi przyjechać do szpitala i zapewniał, iż to jest taka faza, iż da się tego raka leczyć.

– Potem była operacja…

– Tak, pojechałem do profesora do Katowic. Przeszedłem operację, ale o jej szczegółach nie chcę mówić. Opowiem o ludziach, których przed operacją spotkałem. Byli z różnych środowisk – biznesmen, emerytowany górnik itd. gwałtownie zaczęliśmy się wymieniać informacjami i wspierać. Każdy opowiadał o rodzinie, o swoich przeżyciach. Znów słyszałem głosy podnoszące na duchu. Że będę żył, bo mam małe dzieci, czyli mam dla kogo żyć. Na korytarzu spotkałem wychudzoną dziewczynę, lat 30. Nigdy nie paliła, nie piła. Ale organizm gdzieś przyjął dawkę chemii, na przykład z powodu smogu. Albo negatywnie zadziałała genetyka. Te rozmowy z pacjentami były bardzo ważne. Tym bardziej, iż byłem w ciężkim stanie psychofizycznym. Nikt nie jest na taką negatywną wiedzę o swoim zdrowiu przygotowany. A już szczególnie, gdy ma się dwójkę małych dzieci. Psycholog pomagał mi poukładać sobie to wszystko w głowie.

– Jak się w pana sytuacji sprawdzili lekarze, poziom komunikacji, empatii?

– Raz lepiej raz gorzej, ale staram się rozumieć ich sytuację. To, ile osób musieli każdego dnia przyjąć i przebadać itd.

– Każdego „na wczoraj”…

– Właśnie tak. Moja operacja, niestety, nie zakończyła się sukcesem. Opuchlizna trzustki była tak wielka, iż profesor bał się ją naciąć. Liczył się z tym, iż nie opanuje krwawienia i umrę na stole operacyjnym. Ja wiedziałem, jak skomplikowana jest moja operacja i jak długo powinna trwać. Kiedy obudziłem się na OIOM-ie, do przewidywanego czasu brakowało dwóch godzin. Już wiedziałem, iż coś nietypowego się wydarzyło. Na szczęście żona była blisko. Lekarze także. Wieczorem już mnie pionizowali, żeby uniknąć zakrzepów. To wszystko było bardzo trudne. Także powrót do normalnego jedzenia. Choć to właśnie był najważniejszy skutek tej operacji. Przywrócenie niezbędnych połączeń, bym mógł znowu jeść i możliwie normalnie funkcjonować. Ale bałem się przełknąć cokolwiek. A jednocześnie miałem potrzebę zjedzenia czegoś ciepłego. Zwykły kleik smakował mi niebywale. Tylko normalnego łaknienia wciąż nie umiałem odbudować. Aż któregoś dnia na obchodzie – miała do mnie przyjechać rodzina – pani profesor kazała przywieźć mi rosół. Zaoponowałem, bo gdzie mi tam było do jedzenia rosołu… „Nie każę go panu jeść, a jeśli, to łyżeczkę, dwie. Ale niech go pan powącha, bo pan dalej żyje i ma wszystko, co potrzebne do życia” – przekonywała. Posłuchałem. Zjadłem kilka łyżeczek domowego rosołu i rzeczywiście zacząłem powoli wracać do normalnego funkcjonowania.

– Ale wiemy, iż po tym nie było już tylko lepiej. Pańskie leczenie to raczej sinusoida…

– Fizyczna i psychiczna. Tak, od tego czasu najgorszym problemem było zapalenie trzustki. Trafiłem do szpitala ponownie, by uruchomić żywienie pozajelitowe, bo nie umiałem wrócić do normalnej wagi. Miałem tak niskie wyniki badania krwi, iż nie chciano mi chemii podać. Byłem wycieńczony. W końcu zacząłem tę chemię brać. A z pomocą „wujka Google” szukać przyczyn choroby. I obliczyłem w marcu, iż do sierpnia mnie nie będzie. Świadomość, jak bardzo jestem chory, rosła. W końcu Steve Jobs (twórca marki Apple – red.) też zmarł na raka trzustki. A przecież był jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Mógł sobie kupić wiele szpitali. Doszedłem do tego poziomu pesymizmu, iż nie chciało mi się kupić choćby najtańszej nowej koszulki, bo przecież i tak zaraz umrę.

– Jak długo ta apatia trwała?

– Dopóki nie trafiłem na dobrego psychologa, z którym sobie szczerze porozmawiałem. Pytałem lekarzy o możliwość skorzystania z takiej pomocy. Jestem przekonany, iż szukania wsparcia u psychologa czy psychiatry nie należy się wstydzić, ani z nich rezygnować. Także dlatego, iż nasze rodziny też będą prawdopodobnie podobnego wsparcia potrzebować. Mnie pomogła pani psycholog na onkologii w Opolu. Postawiła mi pewne zadania. Otworzyła mi głowie na nowo potrzebę działania. Kiedy miałem te ciężkie chwile, myślałem sobie, iż chciałbym jeszcze zobaczyć, jak mój syn robi to, a córka tamto.

– Płacze pan czasem?

– Nieraz. Ale rozmowy z psychologiem pomagają. To jest bardzo ważne, by w takim położeniu trafić na adekwatną osobę. Czasem cztery zdania zamienione z tym konkretnym psychiatrą czy psychologiem dają więcej niż cztery godziny z innym. Równocześnie cały czas jeździłem też na chemię do Katowic. Wiadomo, iż chemia bardzo osłabia. A jak tak bardzo chciałem pojechać w ten weekend w góry…

– Zdecydował się pan ostatecznie na wyjazd?

– Tak, chociaż sapałem ciężko z wysiłku, nie bardzo potrafiłem wejść po schodach na drugie piętro do mieszkania. Ale się uparłem, iż pojedziemy w góry, albo iż będę szlifował kredens do upadłego. Odkładałem robotę, ale za dwie godziny wstawałem, jadłem coś i brałem się na nowo do pracy. Z założeniem, iż choćby jeżeli przeżywam swój ostatni miesiąc, to będzie to najlepszy miesiąc w moim życiu. Przy czym nie jest to opowieść z cyklu: Został mi miesiąc życia, wypłacam z konta wszystkie pieniądze i się bawię.

– Ale w polskie góry z rodziną pojadę mimo złego samopoczucia?

– Poprosiłem lekarkę, by mi rozsunęła cykl chemii, żebym miał dwa tygodnie od niej wolne. Zgodziła się. Wróciłem do domu zadowolony bardzo, iż będziemy razem z rodziną coś wspólnie robić i… zemdlałem. Tak bardzo byłem osłabiony. Znów trafiłem do szpitala. Lekarze próbowali mnie trochę odżywić. Pierwszego dnia tylko dożylnie. Drugiego mogłem zjeść sucharek. W kolejnym dniu uświadomiłem sobie, iż żonie mija urlop. Muszę się do weekendu podnieść i pojechać z Mają i Staszkiem w Karkonosze. Mobilizowałem się bardzo. Był gorący sierpień, więc piłem wody, ile się dało. Wręcz się zmuszałem.

– Udało się?

– W sobotę lekarz mnie wypisał. A już w niedzielę byliśmy we Wrocławiu, żeby zobaczyć Afrykarium. Potem znaleźliśmy w sieci jakiś nocleg i wylądowaliśmy pod Śnieżką. Bardzo chciałem na nią wejść. Zacząłem od chodzenia po schodach w hotelu zamiast jeżdżenia windą. Na Śnieżkę od czeskiej strony częściowo wjechaliśmy kolejką. A potem – można na moim Facebooku zobaczyć zdjęcia – wziąłem Staszka do nosidła i szedłem. Dziesięć schodów. Zatrzymywałem się, oddychałem. I tak z pomocą żony, która po pewnym czasie przejęła syna, zdobyliśmy Śnieżkę. Udało się też bezpiecznie zejść. Zrobiliśmy tego dnia w górach 18 kilometrów. To było zwycięstwo nad moim umysłem. Przecież kilka miesięcy wcześniej leżałem w domu i wmawiałem sobie, iż niedługo umrę.

– Jeżdżąc do szpitala, spotykał pan innych pacjentów.

– Osoby, które są chore, potrafią dawać sobie nawzajem niesamowite wsparcie. Czasem pomaga choćby czarny humor. Ale słyszałem też zapewnienia: Będę się dziś za ciebie i za twoją rodzinę modlił. A ja będę o tobie pamiętał przy następnym różańcu itd. Najważniejsze było to, iż znałem się z chorymi, którzy razem ze mną przyjeżdżali na chemię. Z kimś wiele razy rozmawiałem, z innym pacjentem dzieliłem przy poprzedniej chemii pokój. To wytwarza więź. To niby są drobiazgi, ale jak człowiek czuje i wie, iż jest częścią tej grupy, to naprawdę pomaga. Otwiera się i zrzuca negatywne emocje. To jest naprawdę bardzo ważne. Nie wolno siedzieć w zamkniętym domu, gapiąc się w sufit. Ta rozmowa też ma takie znaczenie, żeby sufity w głowach porozbijać.

– W pana leczeniu pojawia się też wątek zagraniczny.

– Wciąż szukałem sposobu na skuteczne wyleczenie. W końcu wysłałem wyniki badań do Heidelbergu. Odpowiedź profesora z Niemiec podniosła mnie na duchu. Napisał, iż wszystko robię dobrze, a chemię, która przyjmuję, powinienem brać dalej. To jest bardzo ważne, kiedy lekarz pokazuje perspektywę ku przyszłości. Źle, kiedy mówi: Nie wiemy, co z panem robić. I kropka. Lepiej gdy chory słyszy: Na ten moment nie wiemy, jak będzie w przyszłości, ale staramy się ze wszystkich sił. Pan ze swoimi wynikami sam tu dziś przyszedł. Proszę po południu zjeść z rodziną świetny obiad. Za tydzień się widzimy i kombinujemy dalej. Lekarz nie powinien kłamać, ale jeżeli tylko wyniki badań dają na to szansę, powinien podnosić na duchu. Nie wolno chorego przekreślać.

– Pan też siebie nie przekreślił.

– Mimo tego, iż po chemii czułem się coraz gorzej. Czytałem coraz więcej o mojej chorobie, a także zacząłem przyjmować różne substancje, odżywki. Niektóre za cichą radą lekarzy, którzy – choć się zwykle do tego nie przyznają – szukali pomocy także poza systemem. Najważniejsze jest jednak klasyczne leczenie, pod żadnym pozorem nie można z niego rezygnować. I nie można tracić nadziei. Ludzki umysł i dobre nastawienie – to jest potęga.

– Jak pan ocenia z pespektywy czasu: czy mógł pan wcześniej cokolwiek zrobić, np. zmienić styl życia, by zmniejszyć ryzyko choroby?

– Pewnie tak. Pracowałem bardzo dużo, także nocami. A to oznacza nieregularne jedzenie, podjadanie. I wysoki poziom stresu. Z perspektywy choroby wiem, iż warto nabrać dystansu. Zostawić czas dla siebie. Dać organizmowi czas na odpoczynek. Myśleć nie tylko „dla”, ale też o sobie. Ciągłe napięcie i stres rozkładają. To się nie musi skończyć nowotworem, ale może inną chorobą, jeżeli nie dajemy szansy naszemu organizmowi na odpoczynek. Dziś już wiem i bardzo chcę to powiedzieć, iż najważniejsza jest miłość do rodziny. Czas spędzony z bliskimi i to, iż się tymi chwilami cieszymy. To się z perspektywy czasu docenia najbardziej.

– jeżeli wierzyć badaniom, w sytuacji ciężkiej choroby raczej nie żałujemy tego, co w życiu zrobiliśmy. choćby jeżeli nie zawsze nam wychodziło. Podobno ludzie bardziej żałują tego, iż czegoś nie zrobili. Bo brakło odwagi, czasu…

– Mam dokładnie takie odczucia, a teraz są one jeszcze bardziej wyraziste i wiele rzeczy układam sobie w trybie zadaniowości. Ostatnio, dokładnie w sierpniu, zrobiłem patent na motorówkę, zależało mi, żeby zostać sternikiem. Zachęcił mnie kolega, powiedział, iż jest kurs, a ja lubię wodę i żagle. O patencie na żaglówkę – jak będzie ciepło i dobra pogoda – też już myślę. Jestem człowiekiem, który się wspinał i potrafię to robić. Jeżdżę na rowerze, umiem prowadzić samochód.

– Nie pytamy, czy pan wierzy w pełne wyleczenie, bo to bije z całej rozmowy.

– Bardzo wierzę w moc medycyny i w pomoc lekarską. Ale doceniam też to wszystko, co sam robiłem, by się nie poddać. Od wychodzenia na spacer i jazdy na rowerze po mieście poczynając. No i doceniam życie samo w sobie, we wszystkich jego przejawach. O, na przykład to, iż dziś, kiedy teraz sobie rozmawiamy, fajnie świeci słoneczko.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Idź do oryginalnego materiału