Dziś jest interesujący dzień. Niby zwykła środa – środek tygodnia, między poniedziałkowym rozpędem a piątkowym wyczekiwaniem. Kalendarz nie świeci się na czerwono, sklepy pracują jak zawsze, korki nie mniejsze niż wczoraj. A jednak to nie jest zwyczajna środa. Wystarczy zajrzeć do niejednego kościoła, by zobaczyć, iż dziś pojawi się tam więcej osób niż w niejedną niedzielę. Środa Popielcowa wciąż potrafi zatrzymać – choćby na chwilę – tych, którzy na co dzień żyją w biegu.
Co ciekawe, gdy zapytać wprost: „Obchodzisz? Pójdziesz do kościoła?”, rzadko słyszy się dłuższą odpowiedź. Czasem pada krótkie „tak” albo równie stanowcze „nie”. Znacznie częściej jednak pojawia się coś pomiędzy – lawirowanie, ucieczka w półsłówka, zmiana tematu. „Nie wiem, czy zdążę wrócić z pracy”. „Zobaczę, czy dam radę”. „Może wieczorem, jak się wyrobię”. Niby zwykłe wymówki dnia codziennego, a jednak brzmią jak coś więcej – jak próba odsunięcia od siebie pytania, które wcale nie dotyczy wyłącznie grafiku.
Bo może ta niepozorna środa stawia przed nami coś trudniejszego niż decyzję o wyjściu z domu. Może chodzi o konfrontację z własnymi przekonaniami, z przyzwyczajeniem, z wiarą – albo z jej brakiem. O odpowiedź, której nie da się zagłuszyć ani nadgodzinami, ani zmęczeniem.
I właśnie dlatego ta zwykła środa wcale zwykła nie jest.
Jest coś ujmująco niepraktycznego w Środzie Popielcowej. W epoce, w której święta mierzy się liczbą rabatów i hasztagów, oto mamy dzień, który proponuje człowiekowi refleksję nad śmiercią. Bez konkursu. Bez promocji 2+1.
Zastanawiające, iż komercyjna maszyna nie wymyśliła jeszcze „Dnia Totalnej Rozpusty” jako oficjalnej kontrakcji. Choć, prawdę mówiąc, czy ona jest potrzebna? Skoro Black Friday trwa pół roku, a sezon wyprzedaży zaczyna się zanim cokolwiek zdąży się sprzedać w normalnej cenie, to może jesteśmy w permanentnych ostatkach.
Może Środa Popielcowa nie ma przeciwnika, bo nie ma już z czym walczyć. Post przestał być społecznym obowiązkiem, więc nie trzeba go rozbrajać. Jest prywatną decyzją w świecie publicznej konsumpcji. W gruncie rzeczy najbardziej prowokujące w tym dniu nie jest to, iż ktoś nie je mięsa a to, iż ktoś publicznie przyznaje: „nie jestem wszechmocny”, iż życie ma kres, iż nie wszystko da się przykryć filtrem.
Może więc Środa Popielcowa przetrwała właśnie dlatego, iż jest nieopłacalna. Nie daje się łatwo sprzedać i nie obiecuje poprawy nastroju ani darmowej dostawy sensu życia. Nie proponuje programu lojalnościowego ani wersji premium – tylko garść popiołu.
Ta środa, przypomina – lub innym powinna przypominać, iż jesteśmy skończeni. A co zatym idzie, może własnie dlatego jesteśmy ważni. W świecie permanentnej promocji na wieczną młodość i nieograniczone możliwości, popiół jest aktem brutalnej szczerości i rozmyślania nad sensem istnienia i nad przemijaniem. I może właśnie dlatego Środa Popielcowa nie potrzebuje kontrofensywy. Bo w epoce nieustannego karnawału najbardziej wywrotowe jest przypomnienie, iż konfetti kiedyś opadnie.








