Okiem naczelnego: Słów kilka na Dzień Mężczyzny, a przy okazji – Dzień całowania w czoło

razemztoba.pl 16 godzin temu

Drodzy Państwo, jeszcze dwa dni temu biegaliśmy z kwiatami, czekoladkami i wszystkim tym, co tylko można było wręczyć z okazji 8 marca. Dziś mamy 10 marca – niby zwykły wtorek, a jednak w kalendarzu da się dostrzec też nieśmiały dopisek: Dzień Mężczyzny. Oczywiście to święto nie ma ani takiej symboliki, ani takiej siły przebicia – również tej marketingowej – jak Dzień Kobiet. W sklepach próżno szukać wielkich promocji, nie ma na każdym rogu kolorowych stoisk z wiertarkami, elektroniką, grami wideo czy innymi „typowo męskimi” gadżetami, które ktoś mógłby z rozmachem wciskać jako obowiązkowy prezent. Wszystko wygląda raczej jak zwykły dzień – bez fanfar, bez balonów, bez całego tego handlowego zamieszania, które towarzyszy 8 marca. I może właśnie dlatego tym bardziej miło, kiedy ktoś po prostu pamięta.

Jakby komuś było mało symboliki, to podobno dziś (10 marca) jest także Dzień całowania w czoło. I powiem szczerze: trudno o lepszy zbieg okoliczności. Bo jeżeli jest jakaś część męskiej rzeczywistości, która naprawdę domaga się dziś zauważenia, to nie biceps, nie portfel, nie umiejętność wniesienia pralki na czwarte piętro bez windy, tylko właśnie czoło: zmęczone, zmarszczone, czasem rozbite o mur oczekiwań, a czasem po prostu opuszczone, żeby nikt nie zobaczył, iż człowiekowi jest zwyczajnie ciężko i przykro.

O kobietach i ich nierównościach mówi się dziś dużo i nie oszukujmy się możnaby na ten temat dyskutować miesiącami oraz napisać wielotomową pozycję. I dobrze. Przez wiele lat o tych sprawach się nie mówiło a jak już, to niewiele, często też zamiatano pod dywan z komentarzem: „taki jest świat”.

Tyle iż świat, który ma być sprawiedliwszy, nie może działać na zasadzie: jednych słuchamy, drugich pouczamy. Jednym współczujemy, drugim przypominamy, iż przecież „chłopaki nie płaczą”, „facet ma być twardy”, „ogarnij się” i ten klasyk nad klasykami: „co, chłop i sobie poradzić nie może?”.

Otóż może nie móc, może czasem nie dawać rady, może nie chce być tylko od zarabiania, od dźwigania, od milczenia i od tego, żeby na końcu jeszcze usłyszeć, iż jest emocjonalnie nieobecny. To trochę tak, jakby od dziecka szkolić kogoś na lokomotywę, a potem mieć pretensję, iż nie umie być poduszką.

Tak to już jest, iż mężczyzna w naszej kulturze często ma być jednocześnie bankomatem, ochroniarzem, mechanikiem uczuć, organizatorem wakacji, sponsorem świąt i specjalistą od nienarzekania. Ma dawać oparcie, ale sam najlepiej, żeby się o nic nie opierał. Powinein być odpowiedzialny, ale nie za bardzo wrażliwy. Obecny, ale nie zbyt miękki. Ma zarabiać, ale niech przypadkiem nie powie, iż jest zmęczony, bo przecież inni mają gorzej – przecież zawsze ktoś ma gorzej, co nie? I jakby nie było, to bardzo wygodny argument, z którym nierzadko trudno dyskutować.

gdy jednak próbujemy powiedzieć głośno, iż mężczyźni też bywają dyskryminowani, od razu otrzymujemy – wystrzelony niczym z najszybszej armaty – festiwal pobłażliwych uśmiechów, na zasadzie jakby samo zestawienie słów „mężczyzna” i „krzywda” było czymś co najmniej niestosownym. Bo przecież mężczyzna to ten uprzywilejowany, silniejszyten, który „jakoś sobie poradzi”, szczególnie przecież gdy cały system podobno od zawsze był i jest szyty pod niego.

A potem przychodzi życie i okazuje się, iż wcale nie tak rzadko mężczyzna w zderzeniu z instytucjami czuje się nie jak uprzywilejowany władca patriarchatu, tylko jak petent drugiej kategorii. Szczególnie tam, gdzie w grę wchodzą: dzieci, opieka, rozwód, codzienne bycie ojcem nie tylko „od święta”.

Nie oszukujmy się, w naszym społeczeństwie i systemie prawnym wciąż pokutuje przekonanie, iż matka jest naturalnym centrum świata dziecka, a ojciec co najwyżej sympatycznym dodatkiem do roweru, alimentów i weekendu co drugi tydzień. Oczywiście bywają różni ojcowie, tak samo jak bywają różne matki. Ale sam społeczny odruch bywa bezlitosny: matce przypisuje się ciepło i troskę z urzędu, ojcu – konieczność udowadniania, iż na to ciepło i troskę w ogóle go stać o sprowadzaniu na złą drogę dzieci i ogólnie, czy dla nich znajdzie czas, już choćby nie wspominam.

Ileż w tym wszystkim ironii. Gdy ojciec walczy o obecność w życiu dziecka, bywa podejrzany. Gdy płacze widzimykogoś słabego. Gd za dużo milczy, z pewnoscią jest “zimny”, “nieczuły” i coś ukrywa. Gdy jednak zaczyna się bronić – ukazuje się jako agresor. A gdy odpuszcza wytacza mu się działo nieodpowiedzialności. Trudno nie odnieść wrażenia, iż współczesny mężczyzna czasem uczestniczy w egzaminie, którego zasad nikt mu nie podał, ale ocenę wystawia się mu bardzo chętnie.

Kolejną stajnia stereotypów są sprawy związane z rozwodami. W zbiorowej wyobraźni często to mężczyzna jest tym, który zawiódł, zaniedbał, popsuł, odszedł, skrzywdził, narobił problemów. Tymczasem prawda o rozpadających się związkach prawie nigdy nie mieści się w memie ani w jednym oskarżeniu. Bywa też tak, iż rozwód staje się nie tyle końcem relacji, ile spektaklem upokorzenia, w którym bardziej niż o sprawiedliwość chodzi o to, żeby druga strona zapamiętała ból na długo. I w tej wojnie mężczyzna nie zawsze jest generałem. Nierzadko bywa po prostu człowiekiem, którego trzeba jeszcze publicznie przeliczyć, osądzić i najlepiej moralnie rozbroić.

Z okazji Dnia Kobiet słyszymy piękne słowa, wzruszające deklaracje, kwiaty, czułość, och i ach jak pięknie. A może już wystarczy tego zbiorowego przekomarzania się, kto ma ciężej. Może naprawdę nie trzeba organizować olimpiady cierpienia między kobietami a mężczyznami. Może równość nie polega na tym, by jednych słyszeć głośniej, a drugim tłumaczyć, iż to nie ten moment.

Dzień Mężczyzny nie powinien być ani parodią Dnia Kobiet, ani internetowym rewanżyzmem, ani pretekstem do obrażania kogokolwiek. Może być czymś znacznie prostszym i ważniejszym: przypomnieniem, iż mężczyzna też potrzebuje uznania, czułości, łagodności i zwykłej ludzkiej sprawiedliwości oraz co najwazniejsze – zwróceniem uwagi, iż też bywa krzywdzony stereotypem. Ten facet, który tez ma czasami potrzebę wrócić do domu i nie potrzebuje wtedy porady, tylko obecności, iż też chce być kimś więcej niż dodatkiem – tym brzydszym: nie tylko żywicielem, nie tylko tym milczącym co ma wszystko wytrzymać, ale przy oakzji nie milczeć za dużo, bo to też źle.

Więc może skoro 10 marca wypada również Dzień całowania w czoło, to potraktujmy to całkiem serio. Nie jak mem,a le jako gest. Taki spokojny, cichy, bez ironii z rozbrojoną czułością. Niech ten pocałunek będzie informacją, komunikatem, sygnałem: “widzę cię, jest OK, po prostu bądź”.

I może właśnie tego najbardziej potrzeba dziś mężczyznom: nie pomników, nie fanfar, nie kolejnego żartu o skarpetach i wiertarce, tylko jednego prostego zdania, którego słyszą za mało: iż mają prawo, żeby było im ciężko i mają prawo, żeby ktoś to wreszcie też zauważył.

Ps. Tak się zresztą złożyło, iż panie w mojej firmie pamiętałyo swoich Mężczyznach, Chłopcach czy jak tam się to obchodzi. i przyznam szczerze: było to naprawdę bardzo sympatyczne. W końcu nie trzeba od razu przecen na wiertarki, elektroniki na wystawach i wielkich banerów, żeby mężczyzna mógł przez chwilę poczuć, iż również jego dzień ktoś zauważył. Dziękuję :)

Idź do oryginalnego materiału