Ostatnie trzy dni spędziłam na rekolekcjach prowadzonych w Duszpasterstwie Akademickim w Katowicach. Ogólnie bardzo ucieszyłam się, kiedy ksiądz Kris napisał do mnie wiadomość, iż jak bardzo chcę, to mogę na nie wpaść. No jasne, iż chciałam. Tylko wiecie, trochę nieśmiały za mnie człek, zwłaszcza kiedy wypadam z pewnego stałego rytmu. To jego zaproszenie dodało mi swoistej odwagi, aby iść na nie.
Już na samym wejściu natknęłam się na jednego z moich przyjaciół i wspaniałego kompana do wędrówek po górach, Arcia. Po serdecznym przywitaniu zasiadłam w jednej z tylnych ławek w kościele akademickich. Schemat spotkań był bardzo prosty - o godzinie 20:00 Msza z krótkim kazaniem, a po niej konferencja. Zgodnie z zapowiedziami, tematem przewodnim były siedzące w nas "bestJe", czyli tak zwane grzechy główne, których jest siedem. Z tych siedmiu rekolekcjonista, którym w tym roku był duszpasterz akademicki z K-wa, wybrał dwa, pychę oraz lenistwo, które dokładniej nam omówił. Jednocześnie zabawił się grą słów, i ze słowa "bestJa" zrobił słowo "Ja best". Innymi słowy pokazał nam, jak okiełznać nasze bestie, aby stać się lepszym człowiekiem.
W skrócie:
- W niedzielę ksiądz rekolekcjonista zrobił nam wstęp do swoich dwóch następnych wykładów przedstawiając genezę siedmiu grzechów głównych. Ciekawą jak dla mnie tezą jest to, iż są one nazywane głównymi, nie dlatego, iż są najważniejszymi i najcięższymi, ale dlatego, iż rodzą się w naszych głowach.
- W poniedziałek pochyliliśmy się nad pychą i próżnością. Pycha to nic innego jak nieznajomość siebie, swoich słabości, ale i silnych stron. Bardzo często powoduje, iż stajemy się wyniośli, najważniejsi w swoich oczach, a równocześnie nie zwracamy uwagi na innych. Pycha sprawia, iż uważamy, iż do wszystkiego dojdziemy sami, bez potrzeby nie tylko Boga, ale i innych osób. Ale jest też drugi rodzaj pychy - ten, kiedy zaniżamy swoje możliwości i umiejętności, niejednokrotnie po to, aby dostać pochwałę od innych. Bo nie ma nic złego w tym, iż jesteśmy w czymś dobrzy i możemy to wykorzystać. Po to właśnie mamy talenty, aby służyć nimi innym. Musimy tylko adekwatnie nimi dysponować, na chwałę innych, na chwałę Bożą, a nie tylko i wyłącznie dla własnego uznania. Takie zachowanie prowadzi bowiem do "próżnej chwały", co w połączeniu z gardzeniem drugim człowiekiem skutkuje zamknięciem się w bańce własnych wygórowanych wyobrażeń, niemających związku z stanem faktycznym. To także nieustanne zastanawianie się, co ludzie powiedzą, co ludzie o nas myślą. Prawda jest jednak taka, iż ludzie najczęściej mają tyle na głowie, iż nie mają czasu myśleć zbyt wiele na temat innych. Lekarstwem na tą bestię jest, poza modlitwą, świadomość nie tylko tego, iż my mamy konkretne talenty, ale też, iż mają je inni. I te inne talenty też trzeba dostrzegać, co więcej, czasami choćby im ustępować. Czasami warto też się zastanowić po co robimy niektóre rzeczy: dla uznania? poklasku? chwały? Czy może dla innych, żeby poprawić ich życie i samopoczucie, również pod względem rozrywkowym? Czy nie mam pogardy przy tym dla innych? Czy potrafię ich wesprzeć? Czy moje znajomości są szczere, czy tylko "po coś".
- Lenistwo, a ściślej mówiąc, acedia. W starożytności i średniowiecza nazywana była "demonem południa", ponieważ dotykała mnichów pomiędzy godziną dziesiątą, a piętnastą. Jest to ogólne zniechęcenie, brak sił i wrażenie, iż czas biegnie jakby wolniej. Sprawia, iż nie znajdujemy sensu w tym, co robimy, nie sprawia nam to ani przyjemności, ani radości. Można powiedzieć, iż to taka depresja duszy. Ma też bardzo dużo wspólnego z wypaleniem zawodowym. Najczęściej dotyka ludzi ambitnych, przeceniających swoje możliwości, niepotrafiących ani trochę odpuścić i chcących być we wszystkim najlepszym. Człowiek dotknięty acedią jest nieproduktywny, często popada w znużenie tym, co robi. Ten stan nie trwa przez kilka dni, ale tygodniami, czy wręcz miesiącami. Acedia prowadzi do rozczarowania sobą, Bogiem i innymi. Lekarstwem na nią jest realne ocenienie swoich możliwości i umiejętności, a czasami wręcz zmiana środowiska, w którym się znajdujemy.
To oczywiście skrót tego, co mogliśmy usłyszeć przez całe trzy dni. W najbliższym czasie będę chciała znaleźć chwilę czasu, aby zrobić z tych trzech konferencji dokładniejsze notatki. No wiecie, obracam się w takim środowisku (bierzmowani, Oratorium, LSO, "Wiara i Światło", a teraz i DM w mojej diecezji), iż myślę, iż tego typu informacje przydadzą się i mnie samej i innym. Jeszcze będę musiała poczytać o pozostałych sześciu "bestiach", które mogą zawładnąć nami. I myślę, iż niejednokrotnie tak jest.
Bardzo miłym akcentem było pojawienie się w ostatnim dniu rekolekcji arcybiskupa Andrzeja w gmachu krypty akademickiej. Nie przyszedł tylko na chwilę, ale był obecny na prawie całej konferencji. Na koniec natomiast udzielił nam swojego pasterskiego błogosławieństwa.









