Okazji do świętowania w kalendarzu nie brakuje, więc dziś pochylmy się nad tym, co naprawdę ważne: nad rozlanym mlekiem, rozbitym słoikiem, marchewką rozsypaną na parkingu i ziemniakami, które niczym uczestnicy wyścigu pokoju turlają się w dół ruchomych schodów. Dzień dobry, mamy 3 lipca, czyli Dzień bez Toreb Foliowych. Święto ekologicznej świadomości, papierowych obietnic i bardzo praktycznego choć retorycznego pytania: kto to teraz pozbiera?
Dzień bez Toreb Foliowych, idea naprawdę piękna – i piszę to bez cienia sarkazmu. Naprawdę, człowiek aż czuje, iż powinien tego dnia wejść do sklepu z podniesioną głową, spojrzeć kasjerowi głęboko w oczy i z dumą odmówić foliowej reklamówki. Bo przecież jesteśmy odpowiedzialni, świadomi i ekologiczni. Nie po to ludzkość tyle lat rozwijała cywilizację, żeby teraz wynosić zakupy w plastiku. Wybieramy więc alternatywę, najczęściej papierową – ładną, brązową, skromną, taką z charakterem i poczuciem misji. Torbę, która już samym wyglądem mówi: „ratuję planetę”. Szkoda tylko, iż przy pierwszym poważniejszym kontakcie z dwoma jogurtami, butelką mleka i kilogramem ziemniaków zaczyna mówić coś zupełnie innego: „radź sobie sam”.
Bo z papierowymi torbami jest trochę jak z wieloma wzniosłymi pomysłami. Na plakacie i w kampaniach promocyjnych wyglądają znakomicie. Niestety jak to już ma się w zwyczaju, PR a rzeczywistość, to są dwie różne rzeczy.
Najpierw puszcza uchwyt, potem bok, a na końcu człowiekowi puszczają nerwy, gdy próbuje ocalić zakupy, własną godność i butelkę octu przed spotkaniem z chodnikiem.
I wtedy cała ta ekologiczna podniosłość kończy się bardzo przyziemnie. Stoisz na parkingu, jedna ręka trzyma resztki papierowej torby, druga próbuje ratować pomidory, a pod nogami toczy się cebula, która najwyraźniej wybrała wolność.
Niby człowiek zrobił dobrze a planeta powinna być mu wdzięczna, bo przecież wszystko zaczyna się od małych gestów. Tylko problem w tym, iż zakupy jakoś nie docierają do domu w komplecie lub mocno nadwyrężone grawitacją.
I tu dochodzimy do jeszcze jednej pięknej sprawy. Buty się rozkleją, czajnik nie działa, telefon zaczyna szwankować, wówczas konsument ma możliwość reklamowania produktu. Tymczasem papierowa torba jest jakby osobną filozofią handlu.
Stoisz człowieku jeszcze przy kasie, pakujesz zakupy, wkładasz załóżmy mleko, chleb, dwa jogurty i cyk – torba rozrywa się szybciej niż nasza cierpliwość w kolejce. I co? Myślicie, iż kasjerka przyjmie reklamację, da nową albo odliczy te kilkadziesiąt groszy czy złotówkę a choćby ponad złotówkę od rachunku? Skądże. Tu panuje złota zasada: kliencie kupiłeś, zepsułeś, płacz i płać. Najwyżej możesz kupić drugą, może tym razem wytrzyma do drzwi – daj Boże tych wejściowych do domu.
Oczywiście, ktoś zaraz powie: są przecież torby wielorazowe: bawełniane, jutowe, materiałowe, z recyklingu, z włókien, z misją, z przesłaniem i z wielkim hasłem o zielonej planecie. To prawda – są, tylko, iż najpierw trzeba je mieć przy sobie. Przecież niemal każdy zna ten stan, kiedy w drodze do domu z pracy wpadamy na gwałtownie do sklepu po chleb, masło i ser, a wychodzimy z zakupami na dwa dni, bo była promocja na proszek, pomidory ładnie wyglądały, a dziecko przypomniało sobie o płatkach. I wtedy ta wielorazowa torba, która została w domu, bardzo pięknie wspiera środowisko z przedpokoju.
Problem nie polega na tym, iż walka z plastikiem jest zła. Plastikowych toreb rzeczywiście było i przez cały czas jest za dużo. Problem leży jednak w tym, iż znów ma się wrażenie, iż pod płaszczykiem słusznego celu, ktoś zapomniał, jak to wszystko wyglądać powinno. Często zaczyna się od zakazu, opłaty albo moralnego pouczenia z Matką Ziemią w tle, a dopiero potem zastanawiamy się, czy człowiek dostał sensowną alternatywę. Tanią, trwałą, wygodną i realną. Nie symboliczną i nie taką, która dobrze wygląda w kampanii społecznej. Tylko taką, która faktycznie działa w zwykłym życiu zwykłych ludzi.
Bo o ile mamy wyeliminować foliowe torby, to trzeba najpierw dać ludziom coś, co jenaprawdę zastąpi. Nie produkt droższy i słabszy. Nie torbę, która boi się wilgoci bardziej niż kot kąpieli. Nie rozwiązanie, które sprawia, iż przy większych zakupach trzeba kupić pięć papierowych toreb i jeszcze wracać do domu jak saper, ostrożnie przenoszący ładunek wybuchowy.
Ekologia nie może być luksusem dla cierpliwych i dobrze zorganizowanych. Ekologia nie może oznaczać, iż klient ma płacić więcej, nosić więcej, kombinować więcej i jeszcze czuć się winny, jeżeli wybierze rozwiązanie praktyczne i trwalsze. Przecież to chyba już dziecko w podstawówce ma świadomość tego, iż jeżeli chcemy zmieniać nawyki, to alternatywa musi być po prostu rozsądna, w miarę tania, wytrzymała i w mairę łątwo dostępna. Taka, po którą człowiek sięgnie nie dlatego, iż ktoś go zawstydził przy kasie, ale dlatego, iż to ma sens.
Póki co Dzień bez Toreb Foliowych można świętować na kilka sposobów. Można wziąć własną torbę z domu, jeżeli akurat pamiętaliśmy. Można kupić papierową i sprawdzić, czy przetrwa do parkingu. Można też kupić kilka, żeby wzmocnić gospodarkę i mięśnie rąk. A można po prostu powiedzieć uczciwie: idea jest dobra, tylko wykonanie znowu wyszło po naszemu.
Czyli najpierw wielkie hasło, potem droższa alternatywa, a na końcu klient z zakupami pod pachą, bo torba nie wytrzymała rzeczywistości.






