Jest w tym wszystkim jakaś rozbrajająca regularność. Ledwo człowiek zdąży się napić spokojnie kawy w niedzielny poranek, otworzyć telefon i sprawdzić, co tam w świecie – a tu już czeka na niego dobrze znany komunikat: „Dziś niedziela handlowa. Czy tak powinno być zawsze?”. I adekwatnie w tym momencie można by telefon odłożyć, bo wiadomo, co będzie dalej. Scenariusz jest napisany, role obsadzone, emocje przygotowane. Spektakl właśnie się zaczyna.
I człowiek niby wie, jak to działa. Naprawdę wie. Rozumie mechanizm, dostrzega intencję, potrafi choćby nazwać ją po imieniu. A mimo to coś w środku zaczyna się lekko gotować. Bo przecież to pytanie nie jest pytaniem. To jest haczyk. Starannie zarzucony, błyszczący, skuteczny. Taki, który łapie za jednym zamachem i tych, co są „za”, i tych, co są „przeciw”, i tych, którzy generalnie nie mają zdania, ale skoro już tu są, to może jednak coś napiszą.
Bo przecież nie chodzi o to, żeby się czegoś dowiedzieć. Nikt nie czeka na odpowiedź, która zamknie temat raz na zawsze. Wręcz przeciwnie – temat ma się nigdy nie zamknąć. Ma żyć, pulsować, wracać jak refren piosenki, której nikt nie lubi, ale wszyscy znają.
Jeszcze niedawno tym refrenem była Wigilia. Czy powinna być wolna od pracy? Dyskusje, spory, komentarze, emocje. W końcu sprawa się rozstrzygnęła, więc – co naturalne – trzeba było znaleźć coś nowego. Bo przecież cisza w mediach to rzecz nie do przyjęcia. Cisza nie klika się wcale. Cisza nie generuje ruchu. Cisza nie zarabia.
Więc pojawia się Wielki Piątek. A obok niego, niczym stary, sprawdzony klasyk, wracają niedziele handlowe. Temat pewny jak poniedziałek po niedzieli. Wiadomo, iż zadziała. Wiadomo, iż ludzie się podzielą. Wiadomo, iż ktoś się zdenerwuje, ktoś się oburzy, ktoś poczuje się w obowiązku wyjaśnić światu, jak powinno być naprawdę.
I wtedy zaczyna się adekwatna zabawa.
Komentarze rosną jak na drożdżach, dyskusje skręcają w nieoczekiwane strony, argumenty mieszają się z emocjami, a wszystko to razem tworzy coś w rodzaju narodowego sportu. Już nie piłka nożna, nie skoki narciarskie, tylko komentowanie pod artykułem o niedzieli handlowej. Dyscyplina wymagająca refleksu, zaangażowania i odporności na cudze opinie.
A gdzieś w tle, cicho, dyskretnie, ktoś liczy. Nie głosy „za” i „przeciw”, tylko kliknięcia. Wejścia. Zasięgi. Bo tu właśnie leży sedno całej tej historii. Nie w niedzielach, nie w handlu, nie w świętach. Sedno jest w tym, iż każde oburzenie to ruch, a każdy ruch to pieniądz. Prosty mechanizm, skuteczny jak mało który.
I dlatego to się będzie powtarzać. Za tydzień, za miesiąc, za rok. Zawsze znajdzie się temat, który wystarczy lekko podgrzać, żeby zaczął wrzeć. Zawsze znajdzie się pytanie, które nie szuka odpowiedzi, tylko reakcji.
A my? My oczywiście będziemy się oburzać. Świadomie, półświadomie albo całkiem odruchowo. Bo przecież trudno przejść obojętnie. Bo przecież to ważne. Bo przecież trzeba coś powiedzieć.
I w tym wszystkim jest chyba najwięcej ironii. Że doskonale wiemy, w jakiej grze uczestniczymy. Że widzimy mechanizm jak na dłoni. A mimo to, kiedy tylko pojawi się kolejny nagłówek, kolejna „niedziela handlowa”, kolejne „czy tak powinno być zawsze” – znów dajemy się zaprosić do tej samej rozmowy.
Tym razem, oczywiście, już po raz ostatni.
PS. Wielki Piątek już za 4 dni, więc szykujmy się :D








