Okiem naczelnego: Między sercem a paragonem

razemztoba.pl 4 dni temu

14 lutego. jednym pachnie różą i czekoladkami, dla innych plastikiem z promocji. Jedni wyczekują, drudzy przewracają oczami. A prawda, mam wrażenie, jak zwykle, leży gdzieś między sercem a paragonem.

Na pytanie czy miłość potrzebuje święta, chyba wielu z nas odpowie podobnie: teoretycznie nie. Miłość nie zna kalendarza, nie liczy dni i nie sprawdza, czy wypada w środku tygodnia. To nie wyprzedaż sezonowa ani kampania marketingowa. To spojrzenie znad porannej kawy. To SMS bez powodu. To „uważaj na siebie” rzucone w biegu. To cisza, w której jest więcej niż w tysiącu słów.

Jesteśmy dziwnym społeczeństwem, więc potrzebujemy 14 lutego. Żeby powiedzieć „kocham”, potrzebujemy czerwonego serca z witryny sklepowej. Żeby przypomnieć komuś, iż jest dla nas ważny, czekamy na sygnał z reklamy. Dajemy się zaprosić do świata tandetnych gadżetów, masowo produkowanych pluszowych misiów i „promocji” na róże, które jeszcze tydzień temu kosztowały połowę mniej.

Komercja? Oczywiście. I to często aż do bólu. Miłość zapakowana w celofan, przewiązana wstążką, z cenówką większą niż bukiet.

Ale może nie o to chodzi?Może Walentynki nie są świętem miłości, tylko świętem przypominania o niej. Dniem, w którym choćby ci najbardziej zapracowani, zabiegani i emocjonalnie nieśmiali dostają społeczny pretekst, by powiedzieć coś ważnego. Bo łatwiej jest wyznać uczucie „z okazji”, niż bez okazji. Łatwiej kupić kwiaty 14 lutego niż w zwykły wtorek każdego innego dnia tygodnia czy miesiąca.

Tyle iż prawdziwa miłość nie mieści się w jednym dniu. Nie potrzebuje balonów w kształcie serca ani kolacji przy świecach, choć one też potrafią być piękne. Miłość to codzienność. To zmywanie naczyń, kiedy druga osoba ma gorszy dzień. To rozmowa mimo zmęczenia. To wsparcie, kiedy świat się chwieje. To bycie, nie od święta, ale na co dzień.I być może właśnie dlatego ci najbardziej zakochani nie robią z 14 lutego wielkiego wydarzenia. Oni świętują każdego innego dnia. W poniedziałek, gdy pada deszcz. W środę, gdy brakuje sił. W sobotę, gdy razem milczą na kanapie. Ich miłość nie potrzebuje scenografii.

Czy więc Walentynki są zbędne? Nie sądzę – sa jednak jak przypomnienie w kalendarzu: „zadzwoń do serca”. Problem jendak zaczyna się dopiero wtedy, gdy ograniczamy uczucie do jednego dnia w roku. Gdy myślimy, iż bukiet róż załatwi sprawę na kolejne dwanaście miesięcy. Gdy zamiast relacji kupujemy symbol.

Może więc warto odczarować 14 lutego. Nie jako dzień przymusu, presji i porównań w mediach społecznościowych. Nie jako konkurs na największy bukiet i najbardziej spektakularne wyznanie. Ale jako punkt startowy. Jako przypomnienie, iż miłość to czasownik. Coś, co się robi. Codziennie, bo najpiękniejsze „kocham” to to, które nie potrzebuje daty.

A jeżeli już mamy świętować, to świętujmy tak, by 15 lutego było równie czułe jak czternasty. I 16. I każdy kolejny dzień, w którym ktoś obok nas czeka na dobre słowo, uśmiech, gest.

Miłość nie potrzebuje święta. Ale jak widać, my sami czasem potrzebujemy przypomnienia, iż ją mamy.

Idź do oryginalnego materiału