Jest w narodzie pewien szczególny rodzaj sportu ekstremalnego. Nie skoki narciarskie – tutaj jak wiemy mamy już drugi medal olimpijski i to od gościa, po którym chyba nikt się tego nie spodziewał. Sportem ekstremalnym nie jest chyba też nie morsowanie ani choćby jazda hulajnogą po oblodzonym chodniku – choć te w ostatnim czasie jakoś nietrudno zobaczyć w swoim otoczeniu. Prawdziwym testem odwagi dla obywatela, jest wejście – najlepiej tuż po północy – na rządową stronę Twój e-PIT i sprawdzenie, czy państwo tym razem odda nam pieniądze, czy raczej delikatnie przypomni, kto tu naprawdę rządzi.
Przyznam szczerze: wszedłem. Najpierw z duszą na ramieniu chwilę po północy. Potem, dla pewności, w niedzielę o 9:00. I wiecie co, ku mojemu zaskoczeniu – działało. Bez komunikatu o „chwilowych trudnościach technicznych”. Bez zawieszonego kółeczka kręcącego się jak wyrzut sumienia podatnika.
I tu pojawia się pytanie natury filozoficzno-urzędniczej: czy urzędnicy wyciągnęli wnioski z poprzednich lat i zainwestowali w serwery, przewidując obciążenie a co za tym idzie przygotowali się na szturm? Czy może po prostu połowa społeczeństwa stwierdziła: „Niedziela jest święta, nie będę się denerwować, sprawdzę jutro”?
Rozsądek podpowiada drugą opcję, z kolei serce – pierwszą.
Cofnijmy się kilka ładnych lat wstecz – przed 2019 rokiem (od tego roku Krajowa Administracja Skarbowa rozlicza PIT w systemie „Twój e-PIT”) rozliczenie podatku było rytuałem. W dziale kadr dostawało się PIT, który wyglądał jak instrukcja obsługi radzieckiego reaktora. Siadało się przy stole., brało kalkulator, kartkę, ołówek lub długopis i zaczynało się rwanie włosów, nerwowe skreślanie i poprawianie, przeplatane coraz bardziej wyszukanymi zwrotami „z łaciny”, które – o dziwo – nie miały wiele wspólnego z klasycznym wykształceniem, a znacznie więcej z frustracją podatnika próbującego zrozumieć, dlaczego w jednej rubryce wychodzi 1087 zł, a w drugiej nagle 1163,13.
Ci mniej wtajemniczeni prosili o pomoc szwagra, kuzynkę z ekonomii albo znajomego „co siedzi w podatkach”. Ci bardziej pewni siebie liczyli sami, by potem i tak w urzędzie ostatecznie usłyszeć: „Tu się panu nie zgadza o 13 złotych i 8 groszy”.
Potem następowała wyprawa do urzędu skarbowego. Kolejka. Atmosfera jak przed wejściem do gabinetu dentysty. Pani zza biurka rzucała okiem. Czasem mówiła „przyjęte”. Czasem „poprawka”. A czasem przyjmowała bez sprawdzania – i wtedy zaczynała się przygoda pod tytułem „wyjaśnienia, korekty, bieganie”.
Z kolei dziś – bajka. Siedzimy lub leżymy sobie spokojnie w domu. Logujemy się do systemu i jak działa to już jest pierwszy sukces – dobry znak. Nastepnie widzimy, iż ktoś już wszystko policzył. Nam pozostaje wystawić liczącemu ocenę – w postaci przyjmujemy rozliczenie lub nie, dopisać darowizny, ulgę na dziecko, może internet. Klik, cyk, numer konta, gotowe.
Czyż to nie jest coś pięknego?
Oczywiście zaraz znajdą się tacy, co powiedzą: „To nie jest wygoda, to inwigilacja! Oddajemy państwu nasze dane, naszą wolność, naszą prywatność!”. Naprawdę? Przecież te dane Państwo i tak już miało wcześniej: pracodawca wysyłał informacje, za nim banki. Urzędy miały wszystko, tylko czekały, aż sami przyjdziemy, przedłożymy dokument i powiemy: „Proszę bardzo, sprawdźcie, czy dobrze zgadłem”. Ja bym to nazwał, taką subtelną demonstrację państwowej wyższości, coś na zasadzie: my wiemy, ale to ty masz się wykazać.
A my liczyliśmy, denerwowaliśmy się i staliśmy w kolejkach, żeby udowodnić, iż potrafimy.
Dziś – państwo mówi: „Spokojnie, policzyliśmy za ciebie. Sprawdź tylko, czy się zgadza”. I wiecie co, chyba wolę ten stan.
Można oczywiście tęsknić za czasami, gdy wszystko było „bardziej analogowe”, a urzędowy stempel miał zapach powagi i tuszu. Ale ja, jeżeli mam być szczery, wolę obywatelstwo w wersji online. Wolę klik niż kolejkę.
Wolę niedzielny poranek z herbatą niż poniedziałkowy poranek pod urzędem.
Czy to oznacza, iż państwo stało się nagle idealne? Oczywiście, iż nie. Ale jeżeli już mam oddawać część zarobionych pieniędzy, to przynajmniej niech proces będzie prosty jak budowa cepa.
I tak oto doszliśmy do momentu, w którym największą sensacją nie jest wysokość zwrotu podatku, ale fakt, iż rządowa strona działa.








