Co jakiś czas w Polsce wydarza się coś naprawdę niezwykłego: rzeczywistość na chwilę przestaje istnieć. Jednym z takich wydarzeń może być chwila, gdy Narodowy Fundusz Zdrowia publikuje poradnik o stomatologii. Pisalismy o tym TUTAJ
I nagle okazuje się, iż żyjemy w kraju, w którym dzieci mają dostęp do szerokiej, bezpłatnej, świetnie zorganizowanej opieki dentystycznej, szkoły zapewniają opiekę stomatologiczną, dentobusy przemierzają kraj niczym ambulanse z filmów science-fiction, a każdy ból zęba spotyka się z natychmiastową pomocą.
Brzmi pięknie. Wręcz jakbysmy czytali folder turystyczny. A nie ma się co oszukiwać, w tym papierowym świecie wszystko działa wzorowo. Widzimy sytuację, gdy dziecko – najlepiej jeszcze w pierwszym roku życia – odbywa wizytę adaptacyjną u pedodonty – przyznaję nie wiedziałem, iż dentysta dla dzieci tak się nazywa. Widać też można się z takich publikacji czegoś nauczyć nowego.
Jak już jesteśmy na takiej wizycie, to odbywamy spokojną rozmowę z elementami zabawy w przyjaznej atmosferze. Maluch oswaja się z gabinetem, lekarz tłumaczy rodzicom, jak dbać o zęby mleczne, bo przecież wpływają one na mowę, gryzienie i ogólny rozwój organizmu.
Nastepnie dowiadujemy się – znów akcent edukacyjny, iż szkoła zapewnia bezpłatną opiekę stomatologiczną aż do końca edukacji. jeżeli nie ma gabinetu w budynku, to spokojnie, są umowy z przychodniami, gdzieu uczniowie przyjmowani są poza kolejnością. Gdy jakimś cudem takiej umowy z przychodnia nie ma z różnych wzgledów, to zawsze można skorzystać z dentobusu, czyli mobilnego gabinetu wyposażonego tak dobrze, iż w zasadzie brakuje tylko jacuzzi.
A jeżeli trzeba znieczulenie? Oczywiście bezpłatne oczywiście każde jakie jest dostepne: nasiękowe, przewodowe, powierzchniowe, a gdy sytuacja jest trudniejsza, to choćby można liczyć na znieczulenie ogólne. Do tego w pakiecie między innymi lakowanie, lakierowanie, profilaktyka, diagnostyka, leczenie wad zgryzu, aparaty ortodontyczne a od 2022 roku estetyczne białe plomby. Krótko mówiąc: raj stomatologiczny, nie ma się do czego przyczepić i tylko niewdzięcznicy oraz marudy ze smutnym życiem szukać będą dziury w tym całym systemie.
Tylko iż ten raj istnieje głównie w PDF-ie, bo w rzeczywistości przeciętny obywatel dowiaduje się o tej wspaniałej opiece mniej więcej w momencie, gdy zaczyna szukać dentysty na NFZ. I wtedy zaczyna się przygoda, którą można by spokojnie sprzedawać jako survivalowy program telewizyjny.
Najpierw jest wyszukiwarka świadczeniodawców, gdzie lista gabinetów wygląda imponująco. Problem polega na tym, iż połowa z nich już nie przyjmuje nowych pacjentów, część ma kontrakt tylko „na wybrane świadczenia”, a w pozostałych najbliższy termin przypada gdzieś pomiędzy przyszłym latem a następną reformą systemu ochrony zdrowia.
Jeśli ktoś jest szczególnie zdeterminowany, może oczywiście zapisać dziecko na wizytę z terminem w porywach za osiem miesięcy, co w stomatologii dziecięcej jest o tyle interesujące, iż przez ten czas mały pacjent zdąży stracić ząb, którego leczenie planowano. Ale przynajmniej będzie to bezpłatne.
W teorii też opiekę stomatologiczną zapewniają szkoły. W praktyce jednak wiele osób dowiaduje się o tym zapisie z tego samego poradnika NFZ. Gabinety szkolne zniknęły lata temu, a dentobus – owszem – istnieje, tylko pojawia się z częstotliwością komety Halleya.
A gdy już ktoś trafi do gabinetu z kontraktem, gwałtownie odkrywa kolejną ciekawostkę: system refundacji działa w taki sposób, iż lekarz musi wykonać leczenie tanio, gwałtownie i w ramach limitu, który sprawia, iż stomatologia na fundusz przypomina raczej konkurs logistyczny niż medycynę. Nic więc dziwnego, iż wielu dentystów traktuje kontrakt z NFZ bardziej jak relikt niż fundament działalności a prawdziwe leczenie – takie z dokładnym przeglądem, planem leczenia, spokojną rozmową i poczuciem, iż ktoś naprawdę się tym zębem przejmuje – zaczyna się zwykle po przejściu przez drzwi z napisem „gabinet prywatny”. Oczywiście mocno generalizuję i z pewnością są dentyści na “fundusz”, którzy mają bardzo dobre podejście do młodego pacjenta, ale wtenczas patrz punkt wyżej, wizyta za kilka miesięcy jeżeli jeszcze limit na ten rok pozwoli.
Tymczasem we wspomnianych gabinetach prywatnych kolejki nagle cudownie znikają – moze nie zupełnie bo system niestety spowodował, iż i “prywatnie” u dentystów trzeba swoje odczekać ale tam terminy pojawiają się w ciągu kilku dni.
W takim gabinecie cudownie lekarz ma czas, sprzęt jest nowoczesny, a pacjent przestaje być „świadczeniem”, tylko staje się klientem. Oczywiście jest jeden drobny szczegół – tutaj trzeba zapłacić i to niemało.
Mamy więc sytem, gdzie płacimy comiesięczne składki a mimo to, ogromna część Polaków leczy dziś zęby prywatnie. Nie dlatego, iż uwielbiają wydawać pieniądze na stomatologię, ale ze względu na fakt, iż chcą mieć leczenie wykonane szybko, porządnie i bez poczucia, iż są elementem systemowej układanki.
Podsumowując, poradnik NFZ, co trzeba przyznać, jest więc w gruncie rzeczy bardzo wartościową publikacją. Pokazuje bowiem, jak wspaniale mógłby wyglądać system opieki stomatologicznej w Polsce, gdyby tylko istniał.









