Nihonga – współczesna alchemia między farmacją a sztuką

mgr.farm 13 godzin temu

Łukasz Waligórski: Każdą rozmowę z farmaceutą zaczynam od pytania, dlaczego zdecydował się akurat na ten kierunek studiów. Jak było w Pani przypadku? Jak wspomina Pani same studia?

Dagmara Okła: Moja droga do świata farmacji zaczęła się w domu. Babcia pracowała w składzie aptecznym i to ona uczyła mnie – jeszcze jako małą dziewczynkę – jak przygotowywać receptury domowych kremów, co zresztą robię do dziś. Pamiętam jej opowieści o metodach historycznych już za jej czasów – przywoływała archaiczne receptury, jak choćby stosowanie metali ciężkich w produktach na piegi. Nurtowało mnie to, jak ewoluuje nasza wiedza: to, co kiedyś uznawano za standard, z czasem okazuje się szkodliwe. Ta perspektywa bilansu korzyści i ryzyka jest czymś, czym zajmuję się zawodowo do dziś w ramach nadzoru nad bezpieczeństwem farmakoterapii (pharmacovigilance).

Szczerze mówiąc, po drodze marzyłam o ASP. Artystyczna wrażliwość towarzyszyła mi od zawsze – mój dziadek poświęcał rzeźbiarstwu każdą wolną chwilę. Same studia farmaceutyczne wspominam jako czas bardzo ciężkiej pracy, która wykuła mój charakter oraz nauczyła mnie dyscypliny i obowiązkowości. Ten hart ducha pozwolił mi później, podczas studiów na SGH, wyjechać do Japonii na dwa lata, co stało się punktem zwrotnym w moim życiu.

Ł.W.: Jak potoczyła się ścieżka Pani kariery zawodowej po studiach? Proszę opowiedzieć o swojej obecnej pracy.

D.O.: Moja ścieżka zawodowa to droga świadomego budowania wszechstronnych kompetencji. Doświadczenie zdobywałam zarówno po stronie regulatora rynku – w Urzędzie Rejestracji (URPL) oraz Ministerstwie Zdrowia, jak i w sektorze prywatnym, przechodząc przez działy sprzedaży oraz nadzoru nad bezpieczeństwem farmakoterapii. Ważnym etapem była dla mnie również praca zawodowa w Niemczech. Każdy z tych kroków, choć wiązał się z wyzwaniami i dużą odpowiedzialnością, pozwolił mi poznać branżę z wielu perspektyw i przygotował do zarządzania złożonymi, międzynarodowymi projektami.

Obecnie pracuję jako senior director w Dziale Badań i Rozwoju międzynarodowej firmy z sektora consumer health. Pełnię funkcję QPPV (Qualified Person Responsible for Pharmacovigilance) – osoby osobiście odpowiedzialnej za system monitorowania bezpieczeństwa farmakoterapii. W praktyce czuwam nad bilansem korzyści do ryzyka dla portfolio liczącego kilka tysięcy produktów. Moja rola wykracza jednak daleko poza ten obszar – zarządzając zespołami na czterech kontynentach, odpowiadam za szeroko pojęte R&D governance, compliance oraz zarządzanie jakością, ryzykiem i audytem. Dodatkowo przewodniczę komitetom w organizacjach handlowych PASMI (Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty) oraz AESGP (Association of the European Self-Care Industry) zarówno w Polsce, jak i na poziomie Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Ł.W.: Jak zaczęła się Pani pasja związana ze sztuką Nihonga? Czy mogłaby Pani opowiedzieć, na czym ona polega?

D.O.: Dopiero wiele lat po studiach farmaceutycznych poczułam, iż to adekwatny moment, by w pełni sięgnąć po dawne marzenia. Swój warsztat malarski i rysunkowy doskonaliłam na łódzkiej ASP, co pozwoliło mi nadać pasji profesjonalne ramy.

Moje artystyczne spojrzenie zmieniło się podczas kolejnych podróży do Japonii. Zafascynowała mnie unikalna faktura i głębia obrazów Nihonga. Głęboka warstwowość tamtejszych dzieł była czymś, czego nie spotkałam nigdy wcześniej. Poczułam, iż to jest droga, którą chcę podążać, zgłębiając tajniki tej sztuki bezpośrednio w Japonii.

Nihonga to tradycyjne malarstwo japońskie, wykorzystujące szlachetne materiały: papier washi, jedwab, tusz oraz sproszkowane pigmenty mineralne. W Europie technika ta jest niemal nieobecna ze względu na trudny dostęp do surowców oraz niezwykle powolny proces tworzenia. Wymaga ona ogromnej dyscypliny i precyzji – to właśnie w niej odnalazłam idealne połączenie mojej artystycznej natury z farmaceutyczną cierpliwością. Tworzenie własnych farb przypomina mi sporządzanie leków recepturowych: wymaga laboratoryjnej dokładności i zrozumienia materii minerałów.

Ł.W.: Spędziła Pani dwa lata w Kioto, zgłębiając tajniki sztuki niedostępnej dla większości Europejczyków. Jak do tego doszło, iż tam Pani trafiła?

D.O.: Zaraz po ukończeniu farmacji, kontynuując jeszcze studia na SGH, zdecydowałam się na wyjazd do Japonii w ramach wymiany studenckiej. Pierwotnie planowałam zostać tam tylko jeden semestr, ale kraj ten zafascynował mnie tak silnie, iż ostatecznie spędziłam w Kioto dwa lata.

Wykorzystałam ten czas maksymalnie – opanowałam język japoński i w pełni zanurzyłam się w tamtejszej kulturze. To właśnie wtedy mogłam osobiście doświadczyć różnych aspektów sztuki, które wcześniej znałam tylko z teorii. Ten przedłużony pobyt w Kioto stał się fundamentem mojej pasji do malarstwa Nihonga.

Ł.W.: Co było najtrudniejszym wyzwaniem w przełamaniu barier i nauce bezpośrednio u japońskich mistrzów?

D.O.: Największą barierą była hermetyczność tego świata. Trzeba pamiętać, iż japońscy nauczyciele zwykle nie mówią po angielsku i bardzo rzadko chcą uczyć obcokrajowców. Sam proces ubiegania się o możliwość nauki u legendarnego wytwórcy pigmentów z Uji trwał kilka miesięcy – musiałam najpierw udowodnić swoją determinację i umiejętność językową.

W tym świecie język nie istnieje w próżni; jest spleciony z rygorystyczną etykietą. Musiałam opanować techniczne słownictwo dotyczące papieru, płatków złota i srebra, pigmentów czy specyficznych pędzli, które nie mają odpowiedników w Europie. W technice Nihonga każdy z wielu etapów pracy ma swoją własną nazwę – to pojęcia, których nie sposób oddać w języku polskim, a które trzeba zrozumieć, by móc tworzyć. Za słowami szły dyscyplina i przestrzeganie hierarchii, będące fundamentem tamtejszego warsztatu. Te dwa lata były najważniejsze – przygotowały mnie do zrozumienia tamtejszej kultury, bez czego późniejsza nauka u japońskich mistrzów byłaby po prostu niemożliwa.

Ł.W.: Nazywa Pani malarstwo Nihonga „współczesną formą alchemii”. W jaki sposób wykształcenie farmaceutyczne czy doświadczenie nabyte przy sporządzaniu leków recepturowych pomaga w procesie tworzenia własnych farb z minerałów i muszli?

D.O.: Dla mnie proces tworzenia farb do złudzenia przypomina opracowywanie dawnych receptur leków: od uważnej selekcji pigmentów z minerałów, muszli i ziem, przez dobór płatków złota i srebra, aż po wybór odpowiedniego papieru washi. Wykształcenie farmaceutyczne daje mi tu ogromną przewagę w samym wyczuciu materii.

Wymaga to wręcz laboratoryjnej precyzji: muszę wiedzieć, jak poszczególne minerały reagują ze spoiwem, aby osiągnąć idealną konsystencję własnoręcznie robionych farb. Ta farmaceutyczna skrupulatność pozwala mi w pełni zapanować nad skomplikowaną technologią. Tu, podobnie jak w recepturze, nie ma miejsca na przypadek albo pomijanie etapów. Każda proporcja, ziarnistość minerału i adekwatność surowca mają najważniejsze znaczenie dla trwałości oraz ostatecznego efektu dzieła.

Ł.W.: W Pani pracach pojawia się metoda momigami – manualne marszczenie papieru w celu uzyskania unikalnej faktury. Czy ten proces fizycznego kontaktu z materią jest dla Pani formą odpoczynku od cyfrowego świata globalnych regulacji i zarządzania danymi?

D.O.: Zdecydowanie tak. Moja praca zawodowa to wysoko regulowane środowisko, świat procedur i rygorystycznych standardów. Momigami pozwala mi na zupełnie inny rodzaj zaangażowania – tutaj efekt zależy wyłącznie od bezpośredniego, fizycznego kontaktu z materią.

Ten proces uczy ogromnej uważności. Każdy rodzaj papieru washi ma inną wytrzymałość i charakter, przez co wymaga indywidualnego traktowania. Muszę być w pełni skoncentrowana, by poprzez marszczenie papieru wydobyć unikalną, niemal geologiczną fakturę, a jednocześnie nie uszkodzić delikatnej struktury włókien. To moment, w którym zarządzanie złożonymi procesami ustępuje miejsca skupieniu na strukturze papieru pod moimi palcami. To niezwykle oczyszczające doświadczenie. Momigami jest jedną z moich ulubionych metod w Nihonga. W połączeniu ze złotem i srebrem powstaje niesamowity efekt: obrazy pracują ze światłem, mienią się i błyszczą pod różnymi kątami. Ta świetlistość i trójwymiarowość materii robią na widzach w galerii ogromne wrażenie.

Ł.W.: Technika Nihonga wymaga ogromnej cierpliwości i nie dopuszcza dróg na skróty. Czy uważa Pani, iż konieczność ćwiczenia tych cech wpłynęła też na Pani podejście do obowiązków zawodowych?

D.O.: Faktycznie – w Nihonga nie ma dróg na skróty. Tu każda warstwa to często cały dzień pracy, po którym wszystko musi idealnie wyschnąć przed kolejnym krokiem. W efekcie jeden obraz tworzy się tygodniami, a czasem miesiącami. Jednakże w moim przypadku kolejność była odwrotna. To obowiązkowość i pracowitość wykute na farmacji pozwalają mi dziś cieszyć się tą wymagającą techniką. Te same cechy, które zaprowadziły mnie do obecnego miejsca w karierze, przekładają się bezpośrednio na moją twórczość. To właśnie ta pracowitość pozwala mi wytrwać w ciągłym uczeniu się o Nihonga i docieraniu do jej źródeł.

Przeczytałeś tylko 40% tego wywiadu.
Całość w najnowszym numerze magazynu MGR.FARM

©MGR.FARM

Idź do oryginalnego materiału