„Nie widzę przeszkód” to nie slogan. To życie. Spotkanie z Marcinem Ryszką

razemztoba.pl 21 godzin temu

Spotkanie z Marcinem Ryszką w Bibliotece Gdynia było czymś więcej niż rozmową o książce. Było opowieścią o sporcie, ojcostwie, pracy, dostępności, codziennych absurdach i o tym, jak wygląda świat z perspektywy osoby niewidomej. Autor książki Nie widzę przeszkód, trzykrotny mistrz świata w pływaniu osób niewidomych, dziennikarz sportowy, działacz społeczny i kapitan reprezentacji Polski w blind futbolu, mówił szczerze, bez patosu, z charakterystycznym dla siebie dystansem i humorem. A publiczność dostała dokładnie to, czego można się było spodziewać po jego książce: historię żywą, bezpośrednią i prawdziwą.

Już na początku spotkania Ryszka podkreślił, iż Gdynia nie jest dla niego miejscem przypadkowym. Wręcz przeciwnie, jak mówił, ma do tego miasta osobisty sentyment, także rodzinny.

– Lubię Gdynię. Lubię tutaj przyjeżdżać i często po prostu czuję, iż tutaj odpoczywam. Zwłaszcza iż moja żona ma bardzo dużą rodzinę i myślę, iż tutaj mamy taki naprawdę bardzo fajny kontakt ze sobą – mówił.

Z uśmiechem dodawał, iż przez lata uzbierałyby się już „dziesiątki takich przejazdów przez całą Polskę”, bo jego życie od dawna toczy się pomiędzy południem a północą kraju.

Nie zabrakło przy tym anegdot i obserwacji, w których pobrzmiewała codzienność osoby niewidomej. Ryszka opowiadał o gdyńskim wietrze, który dla wielu jest tylko elementem nadmorskiego krajobrazu, a dla osoby niewidomej potrafi być realnym utrudnieniem w orientacji przestrzennej.

– Jak dostaniesz taki podmuch w twarz, przestajesz słyszeć, co się dzieje gdzieś tam dookoła ciebie. To jest po prostu uciążliwe – tłumaczył. W tym samym tonie mówił też o samochodach elektrycznych: – Niejednokrotnie, stojąc gdzieś na skrzyżowaniu czy na pasach, muszę powiedzieć, iż to jest jednak duży problem, bo czasem tego po prostu nie słychać.

Książka, która nie miała nikogo wzruszać na siłę

Głównym tematem rozmowy była oczywiście książka Nie widzę przeszkód, napisana wspólnie z Jakubem Białkiem. Prowadzący spotkanie Patryk Szczerba, dziennikarz portalu trójmiasto.pl wrócił do pytania, jak autor patrzy na nią po kilku latach od premiery.

Ryszka nie uciekał od autorefleksji, ale też nie próbował odcinać się od dawnego siebie.

– Myślę, iż nie napisałbym jej inaczej, bo skoro wtedy, mając 31 lat, czułem w ten sposób, no to tak to napisałem – mówił. – Teraz, z perspektywy tych pięciu lat, do niektórych rzeczy pewnie podchodziłbym troszkę inaczej. Im jestem starszy, tym może czasem zrobię dwa razy pomyślę. Kiedyś ta głowa była bardziej gorąca – dodał.

W tej szczerości było coś bardzo charakterystycznego dla całego spotkania. Ryszka nie kreował się na człowieka „ponad”. Nie opowiadał o sobie jak o bohaterze z pomnika. Wręcz przeciwnie, mówił o dojrzewaniu czy zmianie tonu. Wspominał, iż dawniej częściej „brał szablę i walczył z całym światem”, choćby wtedy, gdy toczył publiczne batalie o należne miejsce sportu osób z niepełnosprawnościami w telewizji.

– Kiedyś po prostu brałem szablę i walczyłem z całym światem, że jak to, jak polska telewizja może nie pokazywać sportu osób z niepełnosprawnościami. A teraz, im jestem starszy, wiem, że czasami po prostu szkoda energii, bo nie ma to najmniejszego sensu.

Jednocześnie jasno zaznaczył, iż materiału na dalsze pisanie mu nie brakuje i jakby miał pisać tę książkę jeszcze raz, to dziś mocniej niż kiedyś wybrzmiewałby wątek ojcostwa.

– Myślę, iż to jest taka książka, którą cały czas razem zapisujemy, o ile chodzi o relację niewidomego ojca z synem – dodał.

Zdradził też, iż coraz bardziej realna wydaje mu się perspektywa drugiego tomu. – Kiedyś ktoś mnie zapytał po premierze tej książki, czy wyobrażam sobie napisać drugi tom. Wtedy mówiłem, iż nie, a jeżeli już, to musiałoby minąć wiele lat. A teraz sobie myślę, iż jak będzie dziesięć lat od premiery, to może być jakaś fajna okazja – mówi Marcin Ryszka.

Decyzja o książce zaczęła się od jednego zdania żony

Bardzo mocno wybrzmiał też sam impuls do napisania książki. Ryszka przyznał, iż długo nie był pewien, czy naprawdę ma coś ważnego do powiedzenia. Przełomem okazały się słowa jego żony.

– Takim decydującym argumentem były słowa Magdy, mojej żony, która mi powiedziała: „pamiętaj, że taką książką też możesz spowodować, iż innym niepełnosprawnym będzie żyło się lepiej” – wspominał.

I właśnie ten cel, praktyczny, realny, społeczny, wracał podczas całego spotkania wielokrotnie. Autor podkreślał, iż choć czytelnicy często zapamiętują zabawne sceny, książka nie jest tylko zbiorem anegdot.

– Ktoś może wyłapywać bardziej takie rzeczy, ale wydaje mi się, iż ta książka jest dużo głębsza i opowiada bardziej o takiej tematyce funkcjonowania, bo tutaj głównie mi na tym zależało – zaznaczył.

Mówił też otwarcie o reakcjach środowiska osób z niepełnosprawnościami, które nie zawsze były dla niego łatwe.

– Czytałem takie komentarze, iż łatwo mi pisać z mojej perspektywy, bo ja mam pracę, bo mam rodzinę, a inne osoby tego nie mają. Ale ja bardziej chciałem docierać do takich osób, które siedzą właśnie na rencie, w domu, pobierają zasiłek i boją się po prostu wyjść z tych czterech ścian.

Autor mówił bez owijania, iż praca daje nie tylko pieniądze, ale też poczucie wartości.

– To jest bardzo ważna potrzeba psychiczna. Znalezienie pracy daje poczucie, iż coś potrafimy zrobić, za co dostajemy wynagrodzenie.

Jednocześnie nie udawał, iż system działa dobrze. Przeciwnie, wskazywał, jak ograniczony jest katalog ról społecznych, które powszechnie przypisuje się osobom niewidomym.

– Jakie zawody wam się kojarzą z osobami niewidomymi? Masażysta, muzyk, coś z telefonem. To są takie fenomeny naszego społeczeństwa. A możliwości jest dużo więcej – zaznaczył.

Wiadomość od matki, której lęk nagle stał się mniejszy

Podczas spotkania autor wspomniał też wiadomości, jaką dostał swego czasu od jednej z matek po lekturze książki.

– Dostałem wiadomość od pewnej mamy na Instagramie, która napisała, iż po przeczytaniu tej książki wie, iż kiedyś jej syn sobie poradzi. Kiedyś się bała, iż jak odejdzie z tego świata, to co się z nim stanie. A teraz wie, iż można sobie poradzić.

Jak stwierdził następnie Ryszka, takie właśnie takie momenty są potwierdzeniem sensu dla którego ta książka powstała.

Sport nie był dekoracją. Był szkołą charakteru i przegrywania

Podczas spotkania nie mogło oczywistsze zabraknąć tematu sportu. Ryszka mówił o nim z ogromnym przekonaniem, ale bez taniego heroizmu.

– Nie wiem, co by się ze mną podziało, gdyby nie sport – przyznał. – Ten sport pozwolił mi nauczyć się samodyscypliny – podsumował.

Opowiedział zebranym o porankach zaczynających się po piątej, o treningach od szóstej rano, o tym, jak już po godzinie ósmej bywał po siedmiu kilometrach w wodzie, podczas gdy inni studenci dopiero zaspani siadali na zajęciach. I zaraz potem dopowiadał bardzo istotną rzecz: iż sport nie musi oznaczać od razu zawodowstwa.

– Nie trzeba być od razu Lewandowskim czy Kamilem Stochem. Samo to, iż mamy relacje w grupie, uczymy się wygrywać, ale przede wszystkim uczymy się przegrywać, bo jednak częściej w życiu się przegrywa.

W tej części rozmowy szczególnie ciekawie wybrzmiały jego refleksje o polskiej kulturze sportu. Ryszka nie ukrywał, iż jego zdaniem w Polsce wciąż brakuje codziennego, rodzinnego nawyku aktywności fizycznej.

– U nas nie ma takiej kultury na sport. U nas to jest takie pospolite ruszenie. Jest Małysz, nagle wszyscy interesują się skokami. Była Justyna Kowalczyk, to było bum. Teraz jest Iga Świątek. Ale jak przychodzi gorszy moment, to od razu pojawiają się określenia w stylu: Świątek się skończyła.

Blind futbol, czyli sport, w którym naprawdę „jeńców się nie zbiera”

Dużo miejsca autor poświęcił także blindfutbolowi, dziś jednej z najważniejszych dziedzin jego życia. Ryszka opowiadał o zasadach tej dyscypliny, ale też o tym, jak wiele wymaga ona od zawodnika.

– To jest bardzo trudny sport, dlatego iż musisz mieć kilka umiejętności na wysokim poziomie, żeby coś osiągnąć. Technika, wytrzymałość, orientacja przestrzenna, komunikacja.

Tłumaczył, iż każdy zawodnik w polu ma zasłonięte oczy, piłka wydaje dźwięk, a gracz atakujący przeciwnika musi głośno zasygnalizować swoją obecność komendą „voy”. Mówił o bandach wzdłuż boiska, o przewodniku ustawionym za bramką przeciwnika, o tym, iż cała gra oparta jest na słuchu, zaufaniu i współpracy.

Widać było, iż blind futbol to dla niego już nie tylko sport, ale też misja.

– Chcemy doprowadzić do tego, żeby w najbliższych latach Polska zagrała na igrzyskach paraolimpijskich. Ja już wiem, iż wtedy będę panem działaczem w garniturze – mówił pół żartem, pół serio. Ale zaraz dodawał, iż to cel jak najbardziej realny, nawet jeśli droga jest bardzo trudna.

Dziennikarstwo jako żywioł

W trakcie spotkania nie zabrakło także tematów związanych z dziennikarstwem, które sam Ryszka określił jako swój podstawowy żywioł. Zapytany, czy bardziej czuje się sportowcem czy dziennikarzem, odpowiedział bez wahania: – Dziennikarstwo, zdecydowanie dziennikarstwo. To jest mój sposób na życie. To mi daje chleb i daje mi spełnienie. Opowiadał o komentowaniu zawodów, o współpracy z Przemysławem Babiarzem, o konieczności ogromnego przygotowania do transmisji. Podkreślał, iż nie komentował meczu na zasadzie prostego relacjonowania podań i strzałów, tylko szukał innego języka, innych punktów zaczepienia, kontekstu i opowieści.

Mocnym nurtem spotkania były też codzienne doświadczenia związane z dostępnością i relacjami społecznymi. Ryszka mówił o sytuacjach śmiesznych, ale i bolesnych. O ludziach, którzy chcą pomóc, ale robią to nieumiejętnie. O tych, którzy bez pytania łapią za laskę albo „zamykają w chwycie zapaśniczym”, pchając w stronę wolnego miejsca w autobusie. O rozmowach o pracę, w których bardziej niż kompetencje interesowało kogoś to, „czy ktoś pana myje” i „czy ktoś pana ubrał”. O aktualizacjach systemów, które z dnia na dzień odcinają osobę niewidomą od narzędzi pracy. O hulajnogach zostawianych byle gdzie, które dla niewidomych bywają zwyczajnie niebezpieczne. Wszystko to opowiadał jednak bez taniego oskarżania kogokolwiek, raczej z przekonaniem, że najważniejsze jest budowanie świadomości.

Niewidomy ojciec jako inspiracja

Jednym z najcieplejszych fragmentów spotkania była część o synu Michałku. Ryszka mówił o ojcostwie z czułością, ale też z właściwą sobie autoironią. Przywoływał sceny domowe, które rozbawiały publiczność do łez. Opowiadał, jak zdarzyło mu się kąpać syna przy zgaszonym świetle, bo zwyczajnie zapomniał je zapalić. Jak innym razem wykąpał go w skarpetkach. Jak szukał po mieszkaniu kluczy „na czworaka”, kiedy żona była nad morzem, a koledzy już czekali na mieście. Ale potrafił też bardzo serio opowiedzieć o sytuacji, gdy dzieci dokuczały jego synowi z powodu problemów ze wzrokiem. Przyznał, iż pierwszym odruchem był gniew. Ostatecznie jednak zamiast wojny wybrał edukację.

– Powiedziałem: zróbmy tak, iż moja fundacja przeprowadzi tutaj zajęcia z blind futbolu, pokaże osoby niewidome, białą laskę, brajl i tak dalej – tak też zrobiono. Dzieci zrozumiały więcej, problem zniknął, a on sam został zaproszony do kolejnych podobnych zajęć.

Właśnie to podejście, stanowcze, ale nieagresywne, bardzo mocno wybrzmiało na koniec spotkania. Ryszka nie udawał, iż zawsze reaguje idealnie. Sam mówił, iż dawniej częściej szedł na wojnę. Dziś częściej wybiera rozmowę, przykład, działanie. Nie dlatego, iż przestał widzieć problemy, ale dlatego, iż bardziej wierzy w skuteczność takiej drogi.

Na zakończenie padło pytanie, czy czuje się człowiekiem spełnionym. Odpowiedź była bardzo w jego stylu: bez fałszywej skromności, ale też bez zadęcia.

– Nie, nie czuję się spełniony. Mam jeszcze mnóstwo różnych rzeczy w głowie: rozwój kanału, kolejne dziennikarskie projekty, reprezentację w blind futbolu, marzenie o igrzyskach dla polskiej kadry, a także drugi tom książki – powiedział niemal od razu po usłyszeniu pytania.

Wieczór w Bibliotece Gdynia nie był więc tylko promocją książki, która od lat znajduje czytelników. Był spotkaniem z człowiekiem, który potrafi mówić o rzeczach trudnych prosto, konkretnie i z humorem. Człowiekiem, który nie buduje wokół siebie pomnika, tylko zaprasza do spojrzenia na świat od innej strony.

Zapraszamy do obejrzenia relacji ze spotkania

Idź do oryginalnego materiału