Znany aktor, skrzypek, wokalista, ale przede wszystkim człowiek z niezwykłą historią, którą potrafi opowiedzieć z humorem, dystansem do siebie i sporą dawką wzruszeń. Maciej Zakościelny wystąpił 23 października na scenie Teatru im. Aleksandra Sewruka w Elblągu. Był to wieczór, podczas którego jazzowo-swingowe brzmienia przeplatały się ze wspomnieniami z dzieciństwa, opowieściami o młodzieńczych marzeniach i ludziach, którzy pozostawili trwały ślad w życiu artysty. Publiczność poznała Zakościelnego z nieco innej strony niż ta, którą zna z kinowych i telewizyjnych ekranów.
Kliknij zdjęcie główne i zobacz zdjećia z wydarzenia
„Maciek, nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze”. Te słowa Maciej Zakościelny skierowałby dziś do samego siebie sprzed lat, małego chłopca, który jeszcze nie wiedział, dokąd zaprowadzi go życie. I właśnie od takich osobistych wspomnień rozpoczęła się niezwykła opowieść, której elbląska publiczność mogła wysłuchać podczas piątkowego koncertu.
Artysta wspominał rodzinny dom, dziecięcą beztroskę i babcię, która już przed laty dostrzegała w nim zadatki na przyszłego aktora. Jak opowiadał, porównywała go do Alaina Delona, choć mały Maciek nie miał wówczas pojęcia, kim jest słynny francuski gwiazdor. Początkowo choćby nieco go to irytowało. Dziś, po latach, patrzy na tamte słowa zupełnie inaczej.
– Widocznie babcia mi to przepowiedziała. Ponoć miałem warunki, jak byłem mały, od razu babcia to zauważyła – opowiadał ze śmiechem.
Wśród rodzinnych historii znalazło się również wspomnienie o mamie, która pewnego dnia usłyszała przez otwarte okno coś, co przypominało rozpaczliwy płacz dziecka. Zaniepokojona wyjrzała na zewnątrz, by odkryć, iż jej syn wcale nie płacze, ale śmieje się do rozpuku. Jak przyznał Zakościelny, uśmiech przez długie lata był jego znakiem rozpoznawczym. Dopiero dorosłe życie uświadomiło mu, jak łatwo można go zatracić.
– Po latach, kiedy się przestałem uśmiechać, przypomniałem sobie, iż ten uśmiech był moim jakimś takim znakiem rozpoznawalnym – mówił artysta.
To wspomnienie stanowiło osobiste wprowadzenie do utworu „Smile”, który zabrzmiał podczas koncertu. Piosenka stała się czymś więcej niż kolejnym muzycznym punktem programu. Przypomnieniem, iż czasem warto odnaleźć w sobie choć odrobinę dziecięcej radości, choćby jeżeli codzienność nie zawsze daje ku temu powody.
Od szkolnego futerału do Akademii Teatralnej
Nie zabrakło także historii z czasów edukacji muzycznej. I tutaj Zakościelny udowodnił, iż potrafi śmiać się z własnych słabości. Bo choć dziś z powodzeniem łączy aktorstwo z muzyką, jako młody chłopak nie zawsze należał do najpilniejszych uczniów.
Jedna z anegdot dotyczyła lekcji skrzypiec i nauczycielki, którą zapewniał, iż sumiennie ćwiczył w domu. Wszystko szło zgodnie z planem, do momentu, gdy otworzył futerał. W środku nie było instrumentu. Skrzypce, jak się okazało, przez cały czas znajdowały się u nauczycielki.
– Pomyślałem sobie wtedy, iż kłamać też trzeba umieć – wspominał, dodając żartobliwie, iż być może właśnie dlatego po kilku latach zdecydował się na Akademię Teatralną, aby nauczyć się tego już profesjonalnie.
Za zabawną historią kryła się jednak poważniejsza refleksja. Zakościelny podkreślał, jak ogromne znaczenie w edukacji i w całym życiu mają relacje między ludźmi. To one potrafią rozbudzić pasję albo skutecznie ją zgasić. Sam dopiero przy kolejnych nauczycielach nauczył się swobodniej podchodzić do instrumentu i naprawdę pokochał muzykę.
Artysta wracał też pamięcią do rodzinnej Stalowej Woli, którą wspomina jako dobre miejsce do dorastania i rozwijania zainteresowań. Nie zabrakło przy tym sympatycznego porównania rodzinnego miasta z Elblągiem. Ze względu na podobną wielkość obu ośrodków żartował, iż są one swego rodzaju „miastowym rodzeństwem”.
W Stalowej Woli było miejsce na szkołę muzyczną, pierwsze zespoły, młodzieńcze eksperymenty artystyczne, a choćby trenowanie karate w tajemnicy. Były też pierwsze występy i marzenia, które stopniowo zaczynały nabierać realnych kształtów.
Paryskie metro, skrzypce i lekcja improwizacji
Jedną z ciekawszych historii wieczoru była opowieść o wyjeździe do Paryża. Zanim Zakościelny stał się rozpoznawalnym aktorem, zarabiał na ulicznym muzykowaniu. Wraz z kuzynem wyjeżdżał do Francji, gdzie grał na skrzypcach w paryskim metrze.
Były to czasy bez powszechnego dostępu do telefonów komórkowych, kiedy kilkudniowy brak kontaktu z rodziną potrafił wywołać niemałe zaniepokojenie. Artysta opowiadał o tym z adekwatnym sobie humorem, wspominając również pierwsze doświadczenia z samodzielnym życiem i zarabianiem pieniędzy.
Ale Paryż dał mu coś znacznie cenniejszego niż uliczne honoraria.
– Tam nauczyłem się też improwizacji, bo w szkole muzycznej nie uczono tego – przyznał.
To właśnie swoboda tworzenia, możliwość wychodzenia poza zapis nutowy i podążania za emocjami stały się istotną częścią jego muzycznej drogi. Choć zdobył klasyczne wykształcenie skrzypcowe, coraz mocniej odkrywał w sobie potrzebę grania tego, co po prostu czuje.
Później przyszła Akademia Teatralna. Jak wspominał, nie był to oczywisty wybór dla chłopaka wychowanego w rodzinie o muzycznych tradycjach. Świat filmu i teatru wydawał mu się początkowo obcy. Miał jednak marzenie, które okazało się silniejsze od niepewności.
Podczas koncertu wrócił pamięcią do spaceru z ojcem i pytania o to, kim chciałby zostać w dorosłym życiu. Młody Maciek odpowiedział wówczas, iż chciałby występować na scenie jak Shakin’ Stevens. To dziecięce wyobrażenie o przyszłości z czasem stało się rzeczywistością.
– I cieszę się, iż jestem tu, gdzie jestem. I kocham to – podkreślił Zakościelny.
Muzyka, która łączy pokolenia i ludzi
Szczególne miejsce w opowieści artysty zajęła Carmen Moreno, legenda polskiego jazzu, nazywana królową swingu. Zakościelny wspominał ich znajomość, wspólne występy i niezwykłą energię wokalistki, która choćby w zaawansowanym wieku potrafiła zachwycać sceniczną swobodą.
Ich artystyczne drogi spotkały się między innymi przy projekcie „Śpiewając jazz”, prezentowanym również podczas festiwalu Jazz Jamboree. Moreno, która zmarła w listopadzie 2025 roku w wieku 99 lat, pozostawiła po sobie nie tylko imponujący dorobek muzyczny, ale również wspomnienia ludzi, dla których była inspiracją.
– Nie nazywam się jazzmanem, tak o sobie nie mówię, to jednak ten rodzaj muzyki jest mi bardzo bliski – zaznaczył Zakościelny.
Opowiadając o Moreno, podkreślał przede wszystkim wolność, jakiej nauczyła go w muzyce. Możliwość interpretowania utworów na własny sposób, spontaniczność i euforia wspólnego występowania.
– Myślę o niej i myślę, jak dużo mi dała – mówił, nie kryjąc wdzięczności wobec nieżyjącej już artystki.
Ten osobisty fragment koncertu pokazał, iż za scenicznymi sukcesami często stoją spotkania z ludźmi, którzy potrafią dostrzec w nas coś więcej, zainspirować do działania i otworzyć drzwi do zupełnie nowych doświadczeń.
Wszystkie te wspomnienia przeplatała muzyka. Zakościelnemu towarzyszył zespół, z którym zaprezentował jazzowo-swingowe interpretacje znanych polskich i zagranicznych przebojów. W repertuarze wydarzenia znalazły się zarówno ponadczasowe światowe standardy, jak „Fly Me to the Moon” czy „Yesterday”, jak również utwory doskonale znane polskiej publiczności, wśród nich „Jej portret” oraz „Kocham Cię, kochanie moje”.
Nie tylko koncert, ale spotkanie z człowiekiem
Piątkowy wieczór w elbląskim teatrze, zorganizowany jako wydarzenie charytatywne, miał w sobie coś, czego nie sposób zamknąć wyłącznie w opisie muzycznego repertuaru. Był spotkaniem z artystą, który nie próbował ukrywać się za scenicznym wizerunkiem.
Zakościelny opowiadał o sukcesach, ale także o dziecięcych słabościach, niepewności i błędach. Wspominał ludzi, którym wiele zawdzięcza, i chwile, które z perspektywy czasu nabrały zupełnie innego znaczenia. Potrafił w jednej chwili rozbawić anegdotą, by za moment skłonić do refleksji nad tym, co w życiu naprawdę istotne.
I być może właśnie w tym tkwiła największa wartość tego spotkania. Nie w samych znanych melodiach, choć tych nie brakowało, ani w popularności aktora, którego twarz od lat gości na ekranach. Przede wszystkim w autentyczności i umiejętności opowiadania o zwyczajnych ludzkich doświadczeniach w sposób, który pozwala odnaleźć w nich cząstkę własnej historii.
Bo każdy z nas miał kiedyś marzenia, spotkał nauczyciela, którego zapamiętał na całe życie, popełnił jakąś młodzieńczą głupotę czy usłyszał słowa, których znaczenie zrozumiał dopiero po latach.
Maciej Zakościelny przypomniał w Elblągu, iż warto do tych wspomnień wracać. Najlepiej z uśmiechem. A jeżeli towarzyszy temu dobra muzyka, taki wieczór nabiera naprawdę wyjątkowego charakteru.





![Przyszłość tworzy się wspólnie. Relacja z Lubelskiego Forum NGO [13-14.10.2026]](https://niepelnosprawnilublin.pl/wp-content/uploads/2026/10/13_14_10_2026_Lubelskie-Forum-NGO_16.jpg)
