2449. Odpowiedzialność przez duże "O"

na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com 3 dni temu
W ostatnich tygodniach polskie media obiegła informacja o serii ataków uczniów na osoby związane ze szkołą. W wielu placówkach oświatowych doszło do incydentów związanych z użyciem ostrego narzędzia czy też zgłoszenie o podłożeni bomby. Jednak prawdziwa tragedia wydarzyła się w powiecie wyszkowskim, gdzie absolwent tamtejszej podstawówki zabił nożem pracującą w niej woźną. Przeraża to, chociaż tak adekwatnie podobne sytuacje miały miejsce w szkole nie od dzisiaj.
Wikipedia jako pierwszy tego typu akt przemocy na terenie naszego kraju podaje zdarzenie z 1925 roku, kiedy to 6 maja w Wilnie, które mieściło się w tamtejszym czasie w obrębie granic Rzeczypospolitej Polskiej dwójka maturzystów, Stanisław Ławrynowicz i Janusz Obrąpalski przyszli uzbrojeni do szkoły im Joachima Lelewela. dzięki granatów i rewolwerów zaatakowali poodczas matur komisję egzaminacyjną. Zabili przy tym 3 osoby oraz ranili 9 innych, a następnie popełnili samobójstwo. Jednak najwcześniej odnotowana strzelanina szkolna miała miejsce już 27 lipca 1764 roku w Pensylwanii, kiedy w czasie powstania Pontiaka 3 tubylców z indiańskiego plemienia Delawarów dokonało ataku na szkołę Enocha Browna. Zastrzelili oni nauczyciela oraz zatlukli na śmierć 9 albo 10 uczniów. Prawdopodobnie wcześniej miały miejsce podobne zdarzenia, te jednak zostały potwierdzone w gazetach bądź kronikach.
Przemoc obecna była w szkole zawsze, tylko różne były jej przyczyny. Teraz mówi się o różnych wyzwaniach lub challenge w internecie. Pamiętam jednak jedną taką sytuację z czasów, kiedy chodziłam jeszcze do podstawówki. Mógł być 2002 lub 2003 rok. W szkole, w której realizowałam obowiązek szkolny niemieckiego nauczała germanistka, która według mnie nie powinna uczyć w szkole specjalnej. Ogólnie wyśmiewanie i ubliżanie tym uczniom, którzy z powodu swojej niepełnosprawności intelektualnej nie byli w stanie nauczyć się liczyć do trzech, było u niej na porządku dziennym. Prawdziwym hitem było dla mnie jednak przynoszenie do szkoły swojego psa i ośmieszanie uczniów, iż potrafi on więcej z języka niemieckiego, niż oni. Kiedyś jeden chłopiec na lekcji dostał jakiegoś ataku. Germanistka zamiast mu jakoś pomóc, kucnęła przy owym psie i zakryła mu oczy, aby tego nie widział. Czy to jest pedagog specjalny? Według mnie nie. Ja co prawda zawsze w miarę dobrze się uczyłam, mimo iż germanistka w zasadzie nie przekazywała nam żadnej wiedzy i o ile samemu się nie nauczyło czegoś, to raczej nic się nie umiało. Ale zawsze było mi żal tych, którzy nie byli w stanie tego dokonać, a przez to byli szykanowani przez nauczycielkę. Do dzisiaj wspominamy to podczas prywatnych spotkań. Pewnego dnia jeden z gimnazjalistów nie wytrzymał tego ciągłego upokorzenia i przyniósł na zajęcia... atrapę pistoletu. Zrobił się harmider, wezwano policję, ale finalnie wszystko rozeszło się po kościach i chłopak finalnie ukończył szkołę. Ja jednak już wtedy wiedziałam, jak wiele znaczy szacunek nie tylko wobec nauczyciela, ale i ucznia. Jak wiele zła może wyżądzić mu wyszydzanie i upokorzenie go na oczach innych uczniów. Może dlatego staram się upominać moich podopiecznych na osobności? Nie wytykać ich błędów, ale zauważać to, co potrafią? Sama nie wiem.
Wiem za to jak wiele daje rozmowa i zainteresowanie się sprawami ucznia. Jak dużo może wnieść pozytywna socjalizacja, zwłaszcza w przypadku, kiedy w domu jej nie mają. Automatycznie przychodzi mi na myśl książka Williama Goldinga "Władca much", czy też jej ekranizacja. Jej akcja rozgrywa się na bezludnej wyspie, na której wylądowali ewakuowani ze szkoły kadetów chłopcy. Pozbawieni opieki dorosłych postanowili wprowadzić rządy na ich wzór. Niestety, uzyskują odwrotny efekt, co ma tragiczne skutki.
I przeczytałam książkę, i obejrzałam film. I za każdym razem zastanawiałam się jak kilka trzeba, aby mili, grzeczni i sympatyczni chłopcy zmienili się w zdolnych do najgorszego dzikusów. Przerażające, zwłaszcza gdy się o tym czytało w cieniu rzucanym przez drzewa. A na wyspie było pełno drzew. Wyobraźnia robiła swoje. Zaś film z efektami dźwiękowymi dopełnił wszystkiego. Jednak z tyłu głowy pojawiło się pytanie: co robić, aby wymyślona fabuła nie stała się rzeczywistością. A czytając kolejne doniesienia odnośnie tego, co się dzieje w szkołach, mam wrażenie, iż powoli tak się dzieje.
Dlatego tak wielka spoczywa na nas, nauczycielach, odpowiedzialność. I to taka przez duże "O". Wiem, iż to jest trudne, wiem, iż wielu z nas mierzy się z syndromem wypalenia zawodowego. Ale jak to mówił patron liceum, jakie ukończyłam - "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie". Wyrabiajmy w nich dobre nawyki, uczmy mądrego korzystania z internetu i przewidywania konsekwencji ich wyborów. To nie jest łatwe, to raczej żmudna praca, prawie od podstaw. Ale o ile wpłyniemy na chociaż jednego ucznia, to będziemy mogli odnotować mały sukces.
Idź do oryginalnego materiału