W 2009 r., gdy 24-letnia mieszkanka województwa lubelskiego była w pierwszej ciąży, około 6. tygodnia zdiagnozowano u niej tzw. przypadek pustego jaja płodowego i w związku z tym zdecydowano o wyłyżeczkowanie jamy macicy, poprzedzając to rozszerzeniem kanału szyjki.
Po roku kobieta ponownie zaszła w ciążę. Okazało się, iż jest to ciąża trojacza, a więc wymagająca jeszcze bardziej starannej opieki niż ciąża pojedyncza, a choćby bliźniacza. Takimi przypadkami powinny zajmować się jedynie specjalistyczne kliniki. Tymczasem lekarz, specjalista ginekolog- -położnik, który sprawował opiekę nad pacjentką w swoim prywatnym gabinecie, do 20. tygodnia nie skierował jej do kliniki, tylko sam zdecydował się prowadzić ciążę.
W 25. tygodniu ciąży wystąpiły objawy niewydolności cieśniowo-szyjkowej i z uwagi na zagrożenie porodem przedwczesnym lekarz ginekolog wydał skierowanie do szpitala, tyle iż nie klinicznego, mimo iż w Lublinie, który jest ośrodkiem akademickim, taka placówka się znajduje.
28 września 2010 r. kobieta zgłosiła się do szpitala, gdzie podjęto obserwację ciąży.
– Zgodnie z zasadami trzystopniowej opieki perinatologicznej w przypadku braków objawów naglących należało przekierować pacjentkę do kliniki położniczej, aby zapewnić optymalną opiekę nad ciążą trojaczą, która jest przypadkiem o ponadprzeciętnym ryzyku – mówi dr Ryszard Frankowicz, specjalista ginekolog- położnik. – W szpitalu kobieta przebywała z przerwami 15 dni – od 28 września do 22 października 2010 r. W tym czasie nie dokonywano oceny szyjki macicy, pomimo zgłaszanych dolegliwości bólowych okolicy podbrzusza i odcinka lędźwiowego kręgosłupa, zwalczając bóle wlewem dożylnym pyralginy, bo uznawano, iż bóle wynikają z zaparcia towarzyszącego ciężarnej.
22 października (15. doba) wykonano badanie przezpochwowe, ujawniając pełne rozwarcie szyjki macicy. Przeprowadzający badanie lekarz-położnik odebrał pisemne oświadczenie, iż kobieta zgadza się na cięcie cesarskie, bo została poinformowana o możliwości poronienia w 28. tygodniu ciąży i liczy się z dalszymi tego konsekwencjami.
Po przewiezieniu na blok operacyjny przeprowadzono cięcie cesarskie, wydobywając kolejno trzy żywe niedonoszone noworodki.
Pierwsze dziecko ważyło 840 g i jego stan w pierwszej minucie życia oceniono na 3 w liczącej od 0 do 10 skali Apgar.
Drugie dziecko ważyło 1150 g. Jego stan był nieco lepszy – 5 punktów.
Trzeci noworodek ważył 900 gramów i jego stan oceniono na 4 punkty.
Dzieci zaintubowano i przekazano do oddziału patologii noworodka.
W przypadku drugiego noworodka zaszła potrzeba trzykrotnego przeprowadzenia intubacji. Mimo to występowały bezdechy, z obniżeniem saturacji kolejno do 80 – 70 – 60 proc., z napadami bradykardii (zwolnienie akcji serca). W oddziale noworodkowym w wyniku niedbałej opieki neonatologicznej doszło do wtórnego uszkodzenia neurologicznego, z powodu braku kapnometru, który informuje o niepożądanym przesuwaniu się rurki intubacyjnej w tchawicy.
Na prośbę rodziców noworodek przekazany został do oddziału intensywnej terapii noworodka z rozpoznaniem: bezdechy; drgawki, wylew dokomorowy IVH 1 st.
U trzeciego noworodka wystąpiła desaturacja (obniżone nasycenie krwi tlenem), pomimo wspierania oddechu CPAP (aparat do podawania powietrza pod ciśnieniem do dróg oddechowych pacjenta). W szpitalu nie było respiratora (!).
Po jakimś czasie stan pierwszego i trzeciego z dzieci znacznie się unormował i dziś trudno uwierzyć, iż dzieci urodziły się z tak niskim stopniem Apgar i objawami mózgowego porażenia dziecięcego. Niestety, drugi z trojaczków jest poważnie poszkodowany neurologicznie. Ma problemy z mową i poruszaniem się. Nie będzie w stanie żyć bez pomocy osób trzecich i nic nie wskazuje na to, żeby ten stan mógł się poprawić.
5 tys. zł za zniszczone życie
Rodzice, w imieniu drugiego z trojaczków, złożyli pozew przeciwko szpitalowi. Reprezentujący ich prawnicy zaproponowali, żeby kwota roszczenia wyniosła… 5 tys. zł. Nie wiadomo, czy to brak wiedzy, działanie na szkodę klienta czy może coś jeszcze bardziej absurdalnego.
– Przy tak niskiej kwocie sprawa jest rozpatrywana przez sąd rejonowy, co oczywiście nie ma żadnego sensu – dodaje dr Frankowicz. – Jak stwierdzili rodzice dziecka, prawnikom chodziło o to, żeby nie ponosili oni wysokich kosztów wpisu sądowego. Równie wielkiego absurdu nie słyszałem, bo przecież w przypadku małoletniego sądy niemal obligatoryjnie zwalniają z uiszczenia kosztów wpisu. Pikanterii dodaje fakt, iż koszty obsługi adwokackiej wyniosły, o ile pamiętam, tyle samo co kwota roszczenia.
Rodzice zdecydowali się na cofnięcie pozwu, co nie oznacza, iż zrezygnowali z roszczenia. Teraz wyniesie ono 4 miliony zł, czyli 800 razy więcej niż proponowali adwokaci.
– Pacjentka miała pecha, iż trafiła na takich lekarzy – wyjaśnia dr Frankowicz. – Lekarz ginekolog z prywatnego gabinetu nie nawiązał kontaktu ze szpitalem, żeby współpracować przy opiece nad ciążą i opóźnił możliwość założenia szwu okrężnego na szyjkę macicy, którego nie można już było założyć po 25. tygodniu ciąży. Opieka w szpitalu, w którym miał miejsce poród trojaczków, od samego początku była wadliwa, gdyż ten szpital w ogóle nie powinien podjąć się przeprowadzenia porodu, tylko od razu skierować pacjentkę do specjalistycznej kliniki, która przecież znajdowała się w Lublinie. Ciąża trojacza zdarza się bardzo rzadko, jest ciążą podwyższonego ryzyka i dlatego ciągłe monitorowanie czynności serc wszystkich trzech płodów było absolutną koniecznością. Prowadzenie takiego porodu wymaga doskonałego wyposażenia ośrodka i wysoko wykwalifikowanego personelu, co mogą zapewnić tylko specjalistyczne kliniki. W tym szpitalu przez cały okres opieki nikt nie sprawdzał, jak rozwiera się szyjka. Twierdzono, iż to są zaparcia i podawano pacjentce pyralginę. Szpital, w którym miał miejsce poród, nie dysponował choćby kapnometrem ani respiratorem, a to już jest, według mnie, absolutnym skandalem.