Londyn można zwiedzać na wiele sposobów: spacerem, rikszą, autobusem wycieczkowym lub z perspektywy rejsu statkiem po Tamizie. Jednak przebiegnięcie ponad 21 kilometrów po zamkniętych dla ruchu ulicach zdecydowanie należy do tych ciekawszych. Szczególnie kiedy zamiast najbardziej oczywistej pocztówkowej trasy dostajemy mieszankę bardzo różnych twarzy miasta: początkowo szerokie ulice w okolicach Tower Bridge, chwilę później długi tunel, następnie szklane wieżowce Canary Wharf, portowy klimat Wapping, jeden z najsłynniejszych mostów świata, spokojniejsze fragmenty Rotherhithe i Deptford, a na koniec Greenwich oraz metę ustawioną niemal pod samym Cutty Sark. The Big Half nie jest po prostu półmaratonem rozgrywanym w Londynie, ale biegiem, który całkiem dobrze wykorzystuje miasto jako swoją scenografię.
Tegoroczna, dziewiąta edycja The Big Half, która odbyła się w niedzielę, 6 września tylko potwierdziła skalę wydarzenia. Linię mety przekroczyło rekordowe 17 876 osób, a w całym weekendzie The Big Half, obejmującym również sztafetę New Balance Big Relay i rodzinny Big Mile, zarejestrowanych było około 25 tysięcy uczestników. Na trasie działało osiem oficjalnych stref kibicowania, pojawiło się 18 zespołów i DJ-ów, a w zawodach uczestniczyły setki londyńskich grup biegowych i lokalnych społeczności. To właśnie połaczenie dużej imprezy sportowej, ulicznego festiwalu i typowo londyńskiej różnorodności powoduje, iż ten bieg ma charakter trochę inny niż wiele półmaratonów organizowanych w innych europejskich metropoliach.
Dla mnie był to jednocześnie powrót do biegu, z którym miałem już bardzo dobre wspomnienia. Po raz pierwszy wystartowałem tutaj w 2023 roku i wtedy również wracałem z Londynu z nowym rekordem życiowym. Później chciałem pojawić się na kolejnych edycjach, jednak zapisanie się na listę startową bywa trudne, ponieważ wolne miejsca rozchodzą się w rekordowym tempie. The Big Half należy do grupy tych biegów, gdzie zdecydowanie nie warto odkładać decyzji o starcie do ostatniej chwili. W przypadku tegorocznej edycji już 5 stycznia 2026 roku oficjalnie ogłoszono zamknięcie głównej listy ze względu na całkowite wyprzedanie pakietów na bieg. A pierwsza tura pakietów na 2027 rok, która została udostępniona przez organizatora podczas tegorocznej edycji, wyprzedała się w zaledwie kilka godzin.
Duży bieg, duże nazwiska
The Big Half jest biegiem masowym, ale zanim tysiące amatorów na dobre wypełnią trasę, na dokładnie tych samych ulicach rywalizuje mocna stawka elity. W tym roku wśród mężczyzn niespodziewanie zwyciężył Kadar Omar Abdullahi, który uzyskał czas 1:01:51 i pokonał Jacka Rowe’a, triumfatora trzech wcześniejszych edycji. Wśród kobiet najlepsza była wracająca po kontuzji Eilish McColgan, która pobiegła 1:10:54, natomiast David Weir wygrał rywalizację zawodników na wózkach po raz piąty, ustanawiając przy okazji rekord trasy wynikiem 46:13.
Źródło:facebook.com/OfficialBigHalfMogłoby się wydawać, iż tegoroczne warunki atmosferyczne będą sprzyjały szybkiemu bieganiu, ponieważ w chwili startu (pierwsza fala startowała o godzinie 8:30) temperatura wynosiła około 16-17 stopni, nie padało, a wiatr był stosunkowo słaby. Jednak wraz z upływem czasu robiło się coraz cieplej i około godziny 10:00 termometr wskazywał już blisko 23 stopnie. Nie były to zatem idealnie chłodne warunki do bicia rekordów, ale również daleko im było do upału, który podczas półmaratonu potrafi całkowicie zmienić charakter rywalizacji.
Najpierw trzeba nauczyć się myśleć w milach
Jeszcze zanim zacznie się analizować sam przebieg trasy, trzeba przyzwyczaić się do jednej charakterystycznie brytyjskiej rzeczy. Półmaraton przestaje mieć nagle 21,0975 kilometra i staje się przede wszystkim biegiem na 13,1 mili, przy czym warto pamiętać, iż jedna mila odpowiada około 1,609 kilometra. Organizator zapewnia właśnie oznaczenia milowe. W kilometrach oznaczone są wyłącznie punkty: 5 km, 10 km oraz 20 km.
Na początku wymaga to lekkiego przestawienia głowy. Ósma mila nie mówi polskiemu biegaczowi tyle, co trzynasty kilometr, a gdy na zmęczeniu próbujemy przeliczać pozostały dystans przez 1,609, to matematyka może zacząć działać nieco gorzej niż przed startem. W Londynie ma to jednak jeszcze dodatkowe znaczenie, ponieważ podczas pierwszej części biegu zegarek przez pewien czas niekoniecznie będzie najlepszym źródłem informacji o aktualnym tempie biegu.
Trasa zaczyna się w pobliżu Tower Bridge i już na pierwszych kilometrach prowadzi przez Limehouse Link Tunnel, gdzie sygnał GPS naturalnie zanika. Po wyjściu z tunelu sytuacja wcale nie musi natychmiast wrócić do normy, ponieważ niedługo później wbiegamy pomiędzy wysokie budynki Canary Wharf, a organizator oficjalnie ostrzega, iż mniej więcej pomiędzy czwartą i szóstą milą zegarki mogą zacząć pokazywać nieprawidłowy dystans i tempo. W zaleceniach dla uczestników pojawia się wręcz sugestia, żeby w tym miejscu bardziej ufać stojącym przy trasie oznaczeniom i osobą, którzy prowadzą grupy biegaczy na dany czas, niż wskazaniom GPS.
Dla kogoś biegnącego na konkretny wynik jest to istotniejsze, niż mogłoby się wydawać. Podczas biegu w tych okolicach zarówno mój Garmin, jak i zegarki innych biegaczy wskazywały różne, czasami szalone wartości. W jednej chwili zegarek wskazywał, iż biegnę tempem 4:30 min/km, chwilę później wartość przeskakiwała na 3:15 min/km, żeby po chwili pokazać tempo z 6 z przodu. Trzeba więc uważać, żeby odruchowo nie przyspieszać, próbując odzyskać sekundy, których tak naprawdę nigdy nie straciliśmy. Po kilkuset metrach sygnał wraca, dystans nagle zostaje skorygowany, a koszt takiego niepotrzebnego przyspieszenia możemy poczuć znacznie później.
Tunel, wieżowce i Tower Bridge
Sama trasa jest szybka i względnie płaska, ale ma swoje delikatne podbiegi i zbiegi. Organizator podaje około 218 stóp, czyli 66 metrów przewyższenia, a kilka krótkich podbiegów pojawia się właśnie w miejscach, w których łatwo dać się ponieść początkowym emocjom. Pierwszy czeka przy wyjściu z tunelu, gdzie udarze nas również powiew (długo wyczekiwanego) świeżego powietrza, kolejny w rejonie Canary Wharf, a przed Tower Bridge również trzeba mocniej popracować nogami.
Canary Wharf jest jednym z bardziej interesujących fragmentów całej trasy, bo nagle z typowego ulicznego biegu przenosimy się pomiędzy szkło, stal i wysokie biurowce finansowej dzielnicy Londynu. Chwilę później sceneria ponownie całkowicie się zmienia, gdy trasa wraca przez Limehouse i Wapping, gdzie pojawia się choćby krótki odcinek po bruku. To właśnie ta zmienność powoduje, iż kolejne kilometry nie zlewają się w jedną długą miejską ulicę.
Największe wrażenie robi jednak oczywiście Tower Bridge. Można przejść nim podczas zwiedzania, oglądać go na zdjęciach czy wielokrotnie widzieć w transmisjach z London Marathon, ale wbiegnięcie na zamknięty dla samochodów most w otoczeniu innych zawodników i stojących po obu stronach kibiców jest zupełnie innym doświadczeniem. Organizator sam wskazuje ten fragment jako jeden z najważniejszych momentów trasy i trudno się z tym nie zgodzić.

Po przekroczeniu Tamizy robi się spokojniej. Rotherhithe, Surrey Quays i Deptford nie są już turystyczną pocztówką z Londynu, ale dzięki temu można ponownie złapać własny rytm, a im bliżej Greenwich, tym atmosfera znowu zaczyna gęstnieć. Ostatni fragment prowadzi w stronę Cutty Sark, który tworzy chyba jedną z ciekawszych scenerii mety spośród dużych europejskich biegów ulicznych.
Prawie 18 tysięcy biegaczy, ale bez większej walki o miejsce
Przy tak dużej liczbie uczestników można obawiać się, iż pierwsza część półmaratonu będzie bardziej slalomem, walką z tłumem, niż bieganiem, ale organizatorzy dość skutecznie rozwiązują ten problem poprzez podział zawodników na fale oraz sektory wynikające z deklarowanych czasów. Początek przez cały czas jest oczywiście zatłoczony i sam organizator zaleca, żeby przez pierwsze trzy mile nie marnować energii na ciągłe wyprzedzanie, jednak szerokie ulice oraz stopniowe wypuszczanie kolejnych grup sprawiają, iż stawka stosunkowo gwałtownie się rozciąga.
W praktyce pozwala to rzeczywiście pobiec na wynik, co dla mnie w tym roku miało spore znaczenie, chociaż paradoksalnie sam weekend przed zawodami wyglądał w moim przypadku raczej jak przeciwieństwo podręcznikowego przygotowania do ataku na rekord życiowy.
Tych błędów nie popełniaj!
Chociaż teoretycznie wiem, jakich błędów nie popełniać przed startem w półmaratonie, to jednak w praktyce często wychodzi to trochę inaczej. Do Londynu wyleciałem już w piątek bardzo wcześnie rano, co oznaczało prawie nieprzespaną noc z czwartku na piątek, a po przylocie zamiast odpoczywać, rozpoczęliśmy dość intensywne zwiedzanie. W sobotę było podobnie i patrząc z perspektywy czasu, zdecydowanie można powiedzieć, iż liczba kilometrów pokonanych pieszo w ciągu tych dwóch dni była kilkukrotnie większa, niż powinna być przed ważnym startem. Londyn ma jednak tę niewygodną cechę, iż kiedy już się w nim jest, trudno spędzić pół dnia w na odpoczynku tylko dlatego, iż następnego ranka trzeba pobiec półmaraton.
Oczywiście w sobotę w ramach rozruchu wziąłem udział w parkrun, czyli bezpłatny biegu z pomiarem czasu w dystansie 5 kilometrów, który organizowany jest co tydzień na całym świecie. Nie był to oczywiście start na maksimum możliwości, tylko delikatne bieganie z kilkoma luźnymi przebieżkami – ten schemat zawsze się sprawdza w moim przypadku. Jednak o ile ktoś szuka idealnego modelu ostatnich 48 godzin przed półmaratonem, to połączenie nieprzespanej nocy, intensywnego zwiedzania i dodatkowego biegu raczej nie znalazłoby się na pierwszych stronach podręcznika.
Odżywianie, czyli żele energetyczne, nawodnienie i zero eksperymentów
W dniu zawodów postawiłem już natomiast na sprawdzone rozwiązania. Śniadanie było dokładnie takie, jakie jem przed wieloma startami: tosty z masłem orzechowym, czekoladą i dżemem oraz kawa, czyli żadnych nowych produktów, wymyślnych strategii żywieniowych czy eksperymentowania z czymś, czego organizm wcześniej nie znał.
Podobnie wyglądało odżywianie podczas biegu. Miałem ze sobą trzy żele energetyczne z kofeiną. Pierwszy przyjąłem na około 15 minut przed startem, a kolejne na mniej więcej 9 i 17 kilometrze. W takich warunkach atmosferycznych, w jakich odbywał się tegoroczny półmaraton, bardzo istotne jest nawodnienie, dlatego po wodę sięgałem na każdym dostępnym punkcie. Przy temperaturze stopniowo rosnącej w kierunku 23 stopni regularne korzystanie z punktów nawadniania wydawało mi się znacznie rozsądniejsze niż oszczędzanie kilku sekund poprzez ich omijanie.
Nie była to więc żadna rewolucyjna strategia, ale w półmaratonie właśnie prostota często działa najlepiej — znane śniadanie, sprawdzone żele i regularne picie, dzięki czemu podczas biegu można skupić się przede wszystkim na bieganiu.
Biegowe prognozy kontra rzeczywistość
Przed startem miałem przy tym dość interesujące odniesienie do własnej formy, ponieważ zarówno Garmin Connect, jak i Strava przewidywały mój czas w półmaratonie na poziomie około 1:31-32. Biorąc pod uwagę nieidealny przebieg przygotowań oraz ostatnie dwa dni, wydawało się to prognozą całkiem realistyczną i nie planowałem za wszelką cenę udowadniać algorytmom, iż się mylą. Szczególnie iż w ubiegłych latach mój czas na mecie był przeważnie około minutę wolniejszy od prognozowanych czasów na tym dystansie.
Od pierwszych kilometrów czułem jednak, iż tego dnia biegnie mi się wyjątkowo dobrze. Tempo przychodziło swobodnie, oddech pozostawał pod kontrolą, a kolejne kilometry nie powodowały narastającego poczucia, iż za początkowy optymizm będę za chwilę musiał zapłacić. Zamiast więc kurczowo trzymać się prognozowanego wyniku, postanowiłem stopniowo sprawdzać, jak długo mogę utrzymywać nieco szybsze tempo.
Źródło: londonmarathonevents.co.uk/big-halfNajbardziej cieszy mnie to, jak ten bieg został rozegrany. Druga część dystansu była szybsza od pierwszej, najszybszym fragmentem całego półmaratonu było ostatnie 5 kilometrów, a najszybszym kilometrem był ten ostatni. Na mecie zegarek zatrzymał się na 1:28:54, czyli nowym rekordzie życiowym i wyniku o ponad dwie minuty lepszym od tego, który przed startem sugerowały obie aplikacje.
Nie traktuję tego oczywiście jako argumentu przeciwko Garminowi, Stravie czy analizowaniu treningów, ponieważ sam bardzo chętnie korzystam z tych danych. Jest to raczej przypomnienie, iż predykcja pozostaje tylko predykcją, czyli algorytm widzi nasze wcześniejsze treningi i wiele parametrów, ale nie wie dokładnie, jak będziemy czuli się konkretnego dnia. Czasami warto więc zaufać zegarkowi, ale są również takie biegi, podczas których nogi przekazują trochę bardziej aktualne informacje.
Jedna rzecz w przygotowaniach była zupełnie nowa
Nie chcę również budować historii o idealnie przepracowanym cyklu treningowym, bo takiego nie było, natomiast w ostatnie półtora miesiąca pojawiła się jedna bardzo wyraźna zmiana w moim planie treningowym. Zacząłem regularnie, dwa razy w tygodniu, trenować na siłowni pod okiem trenera, przy czym nie jest to klasyczne chodzenie na siłkę, ale praca nastawiona na elementy, które mogą mieć realne przełożenie na bieganie.
W treningu pojawiło się znacznie więcej ćwiczeń poprawiających siłę, mobilność i stabilizację, a także wzmacniających grupy mięśniowe, których wcześniej adekwatnie świadomie nie trenowałem, mimo iż odgrywają istotną rolę w technice biegu, kontroli ruchu czy utrzymywaniu prawidłowej pozycji wraz z narastającym zmęczeniem. Część ćwiczeń jest bezpośrednio powiązana z ruchem biegowym, inne mają po prostu wzmacniać moje najsłabsze punkty.
Oczywiście po półtora miesiąca nie sposób stwierdzić, iż to właśnie siłownia dała mi dwie minuty i kilka sekund poprawy, bo wynik półmaratonu jest sumą zdecydowanie większej liczby elementów. Trudno mi jednak nie zauważyć, iż tym razem na końcowych kilometrach nie tylko nie walczyłem o utrzymanie tempa, ale byłem jeszcze w stanie je wyraźnie zwiększać, dlatego ten element przygotowań zdecydowanie pozostanie ze mną na dłużej.
Czy warto przylecieć do Londynu specjalnie na ten bieg?
Po dwóch startach powiedziałbym, iż zdecydowanie tak. The Big Half jest wystarczająco dużym wydarzeniem, żeby poczuć atmosferę jednego z największych biegowych miast świata, ale jednocześnie nie wymaga całej skomplikowanej loterii i logistyki, jak chociażby wylot na bieg do USA. Trasa jest ciekawa, szybka, prowadzi po całkowicie zamkniętych ulicach i pozwala zobaczyć Londyn z perspektywy, której podczas zwykłego weekendowego wyjazdu po prostu nie da się doświadczyć.
Jednocześnie warto pamiętać, iż zainteresowanie jest duże. W 2026 roku ponad 18 tysięcy osób było zapisanych na sam półmaraton, całe wydarzenie było wyprzedane, a rekordowe 17 876 zawodników dotarło do mety. jeżeli więc The Big Half pojawi się na liście planowanych startów, zdecydowanie lepiej najpierw zdobyć numer, a dopiero później zastanawiać się nad lotem i hotelem. Sam po biegu w 2023 roku przekonałem się, iż myślenie o tym, iż w przyszłym roku pobiegnę ponownie, wcale nie oznacza, iż rzeczywiście uda się to zrobić.

Źródło: londonmarathonevents.co.uk/big-half
Mam również drugą, wynikającą już bezpośrednio z tegorocznego doświadczenia radę: Londynu naprawdę nie trzeba zobaczyć całego przed biegiem. Piątek i sobota spędzone w dużej mierze na nogach były świetną częścią wyjazdu, ale gdybym miał zaplanować ten weekend jeszcze raz wyłącznie pod kątem wyniku, prawdopodobnie przynajmniej kilka atrakcji zostawiłbym na niedzielne popołudnie.
Z drugiej strony być może właśnie dlatego ten start zapamiętam jeszcze lepiej. Po raz pierwszy The Big Half dał mi życiówkę w 2023 roku, później przez kolejne dwie edycje nie udało mi się tutaj wrócić, a kiedy w końcu ponownie stanąłem na starcie, miałem za sobą prawie nieprzespaną noc przed podróżą, dwa dni intensywnego chodzenia po Londynie i sobotni parkrun, natomiast Garmin oraz Strava zgodnie sugerowały, iż tego dnia powinienem celować w zdecydowanie wolniejszy czas.
I chyba właśnie za takie momenty najbardziej lubię bieganie. Możemy mieć coraz dokładniejsze zegarki, analizować każdy trening, regenerację, obciążenie i przewidywany wynik, ale w pewnym momencie trzeba po prostu stanąć na starcie i sprawdzić wszystko w praktyce. Czasami okazuje się wtedy, iż pomiędzy tunelem pod Londynem, wieżowcami Canary Wharf, Tower Bridge i metą przy Cutty Sark organizm ma dla nas trochę lepszą prognozę niż algorytm.








