Karta mieszkańca – legalna inwigilacja

gazetatrybunalska.info 3 tygodni temu

Zaczęło się niewinnie. Kilka zniżek, tańszy bilet na basen, może wejście do muzeum za symboliczną złotówkę. Warunek był prosty: trzeba się zapisać do programu i wyrobić kartę mieszkańca.

Dziś coraz wyraźniej widać, iż nie chodziło o troskę, ale o stworzenie narzędzia kontroli – taniego, skutecznego i, co najważniejsze, dobrowolnie akceptowanego.

Karta mieszkańca to nie tylko plastik w portfelu ani aplikacja w telefonie. To system, który natychmiast „przypomina” urzędnikom o każdym szczególe twojego życia w mieście. Nacisną klawisz F2 i już widzą, czy płacisz za śmieci, kiedy ostatnio odwiedziłeś bibliotekę, ile razy korzystałeś z komunikacji miejskiej. Wszystko w czasie rzeczywistym, bez pytania, łatwy dostęp do twoich danych „na żądanie”.

Oczywiście urzędnicy uspokajają: „To tylko dane statystyczne”, „nikt nie śledzi konkretnych osób”, „wszystko zgodnie z RODO”. To znane zaklęcia, które w administracji zastępują debatę o granicach nadzoru. Problem polega na tym, iż dane są zbierane na zapas. A skoro istnieją, ktoś prędzej czy później uzna, iż warto z nich skorzystać szerzej.

I tu wkraczają eksperci. Socjologowie, psychologowie, ekonomiści behawioralni, analitycy danych, projektanci interfejsów, marketingowcy i specjaliści od komunikacji – pracujący dla korporacji, firm technologicznych i instytucji publicznych – nieustannie eksperymentują, tworząc coraz skuteczniejsze sposoby wywierania wpływu. Nie chodzi już o jednorazową decyzję konsumencką, ale o modelowanie zachowań całych zbiorowości: od państw po gminy. Każdy rabat, każda zachęta, każda „usługa dla mieszkańca” jest elementem testu.

Czytaj: „Piotrkowska Karta Mieszkańca – cyfrowa obroża”.

Do tego dochodzi kwestia szczelności danych. A adekwatnie – jej brak. Oficjalnie systemy są bezpieczne, certyfikowane i kontrolowane. W praktyce informacje wyciekają szerokim strumieniem: przez nieuwagę, rutynę, znajomości, a czasem po prostu za pieniądze. Dane krążą pomiędzy instytucjami i ludźmi, którzy mają do nich dostęp a nie dlatego, iż powinni, ale dlatego, iż mogą. Firma ubezpieczeniowa, bank, skarbówka, policja, przychodnia – każdy z tych punktów to fragment układanki, z której da się złożyć bardzo dokładny portret człowieka. Informacja o zdrowiu, przyzwyczajeniach, problemach i słabościach stała się walutą o wartości większej niż pieniądz.

Te dane są bezcenne nie tylko dla biznesu. Są równie cenne dla polityki i aparatu kontroli. Media społecznościowe pokazały, jak łatwo ludzie oddają je sami, w zamian za „darmowe” usługi. Facebook to gigantyczna baza zdjęć, powiązań, lokalizacji i kontaktów, budowana bez przymusu. Masz konto za darmo. Wrzucasz zdjęcia z wakacji, oznaczasz znajomych, piszesz wiadomości. W zamian zostawiasz adres IP, lokalizację, rytm dnia i sieć relacji. Po drugiej stronie czekają sprzedawcy, polityczni stratedzy i specjaliści od wpływu.

Na tym tle karta mieszkańca nie jest żadnym wyjątkiem. Jest lokalną wersją tego samego mechanizmu. Tylko język bardziej swojski, a nagroda mniejsza. „Daj dane – dostaniesz rabat”. Dziesięć procent do kina, do którego i tak nie chodzisz, bo kino masz w telefonie. Symboliczny bonus w zamian za realny wgląd w twoje funkcjonowanie w przestrzeni publicznej gminy.

A potem urzędnik naciska F2. I wie.

Wyrabianie karty mieszkańca jest w gruncie rzeczy ustawianiem się pod ścianą, na której ktoś wcześniej namalował tarczę strzelniczą. Na razie nikt nie strzela. Na razie słyszysz tylko, iż to dla twojego dobra. Ale tarcza już tam jest. I ktoś bardzo dba o to, żeby była jak najdokładniejsza.

→ (kk)

18.01.2026

• collage: barma / Gazeta Trybunalska

Idź do oryginalnego materiału