Kardiolog o śmierci Jacka Magiery: „Sport nie uratuje życia, jeżeli popełniasz ten jeden błąd”

zdrowienapoziomie.pl 3 godzin temu

Śmierć Jacka Magiery w wieku zaledwie 49 lat wstrząsnęła nie tylko światem piłki nożnej, ale także każdym mężczyzną po czterdziestce, który uważa, iż dawna aktywność fizyczna zabezpiecza go na całe życie. Tysiące Polaków w tym wieku ignoruje ciche sygnały ostrzegawcze wysyłane przez organizm, nosząc w sobie niemal tykającą bombę. Złudzenie, iż „sport to zdrowie”, połączone z brakiem regularnych badań, sprawia, iż choroby układu krążenia uderzają niespodziewanie, pozostawiając bliskich w szoku.

Dla portalu Pacjenci.pl komentarze na ten temat przygotował prof. Łukasz Małek, kardiolog sportowy i uznany autorytet w medycynie sportowej.

  • Mechanizmy, które po 45. roku życia czynią organizm szczególnie podatnym na zawał
  • Dlaczego nagłe zaprzestanie aktywności fizycznej przyspiesza rozwój miażdżycy
  • Trzy najważniejsze parametry, które zignorowane znacznie zwiększają ryzyko przedwczesnej śmierci

Wieść o śmierci drugiego trenera polskiej reprezentacji, Jacka Magiery, była jak zimny prysznic. Czterdziestokilkulatkowie często czują się wtedy w pełni sprawni i doświadczeni, ale medycyna wskazuje, iż jest to krytyczna bariera. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego choroby sercowo-naczyniowe odpowiadają za około 40% zgonów mężczyzn w Polsce. Sytuacja jest szczególnie alarmująca w grupie wiekowej 45–54 lata, gdzie gwałtownie rośnie liczba zawałów serca. Poczucie, iż przez cały czas jest się „młodym”, skutecznie uśmierza czujność na pierwsze symptomy.

– Najczęstszą przyczyną w tym wieku jest niestety miażdżyca oraz zawał mięśnia sercowego. Właśnie około 50. roku życia, zwłaszcza u mężczyzn z czynnikami ryzyka. Nie znamy wywiadu rodzinnego Jacka Magiery ani innych czynników ryzyka – mówi w rozmowie z portalem Pacjenci.pl prof. Łukasz Małek.

Każdy dodatkowy kilogram, nieprzespana noc czy chwilowy wzrost ciśnienia tętniczego to obciążenie dla naczyń wieńcowych. Miażdżyca rozwija się latami w ukryciu, by z dnia na dzień odciąć przepływ krwi do serca. U osób poddanych dużemu stresowi, jak trenerzy piłkarscy, proces ten przebiega znacznie szybciej. Emocjonalne napięcie staje się fizycznym zagrożeniem:

– Praca trenera jest bardzo stresująca. Badania prowadzone w Wielkiej Brytanii pokazały, iż podczas ważnych meczów trenerom zakładano ciśnieniomierze, holtery ciśnieniowe i EKG. Ciśnienie wzrastało do ponad 200 mm Hg, mieli zaburzenia rytmu i wysokie tętno – tłumaczy ekspert.

Ciśnienie powyżej 200 mm Hg uszkadza ściany naczyń, tworząc mikrouszkodzenia, w których natychmiast odkłada się cholesterol. Te same procesy, choć na inną skalę, zachodzą u osób doświadczających codziennego stresu. Brak regularnego rozładowania napięcia to wyrok z terminem odroczonym.

Systemowy błąd – złudzenie bycia „niezniszczalnym”

W przypadku śmierci sportowych gwiazd często pojawiają się pytania o profilaktykę i opiekę medyczną. Zawodnicy przed sezonem są gruntownie badani i pozostają pod stałym monitoringiem, a co z trenerami, których sytuacja stresowa bywa równie intensywna? To anonimowy problem piłkarskiego środowiska. Pomimo odpowiedzialności finansowej i wynikowej trenerzy nie są zobligowani do regularnych badań, choćby jeżeli uczestniczą w treningach i wymagających sytuacjach fizycznych.

– Trenerzy, w przeciwieństwie do zawodników, nie podlegają obowiązkowym badaniom kontrolnym, choć często uczestniczą w treningach i grach. Niestety, badamy jedynie sportowców – przyznaje z żalem prof. Małek.

Ekspert jednoznacznie zaznacza:

– Badania powinny dotyczyć zarówno trenerów, jak i zawodników. Sport pomaga, wydłuża czas w zdrowiu i zmniejsza ryzyko, ale nie jest panaceum. Nie możemy lekceważyć objawów, ignorować diety czy nie brać leków, licząc, iż sport nas uratuje. To niestety złudzenie – ostrzega kardiolog.

Idź do oryginalnego materiału