Jestem wyczerpana! O aksamitnej agresji z Sieci.

dakowski.pl 4 godzin temu

Jestem wyczerpana!

Mam już dość udawania, iż to normalne.

[A ja – MD – nie mam załogi, by usunąć te kretyńskie „enter”-y. ]

========================================

16.11.2025 https://www.alilybit.com/p/i-am-exhausted

Każdego ranka budziłam się według tego samego głupiego żartu. Mój telefon przez całą noc

wysyła sfabrykowane alerty, a ja półprzytomna sięgam po niego jak narkoman po kolejną dawkę.

Dłużej tak nie mogłam. Nikt z nas nie może, ale wszyscy boimy się do tego przyznać. Mam dość

patrzenia, jak znajomi w połowie rozmowy uciekają, aby zerknąć na ekran, mam dość widoku

dwunastolatków w chmurze nikotyny o smaku cukierków, mam dość korzystania z trzech

różnych aplikacji, żeby zamówić obiad. Ale przede wszystkim mam dość słuchania, iż to postęp,

podczas gdy ewidentnie to nas zabija.

Jesteśmy pierwszym pokoleniem w historii ludzkości, które dorasta z kasynem w kieszeni, a

kasyno zawsze wygrywa. Każda aplikacja, każde powiadomienie, każdy mały sygnał to nic

innego jak diler dający darmową próbkę. Choć wydaje nam się, iż mamy kontrolę, to od dawna

jesteśmy częścią gry, w której nie możemy już wygrać. Przyzwyczailiśmy się do uzależnienia jako

do codzienności, nie jako problemu, ale jako stanu normalnego.

Porozmawiajmy o liczbach, bo trzeba zrozumieć skalę tej katastrofy. W Stanach Zjednoczonych

badania pokazują, iż od 4000 do 7000 uczniów jest już uzależnionych od e-papierosów. Dzieci

w wieku szkolnym. Dzieci, które choćby nie mają kart bankowych, organizują hurtowe zamówienia

nikotyny przez Snapchata i Discorda, zaciągając się Mango Ice, Cherry Freeze i Cotton Candy

Cloud w toalecie między lekcjami algebry i historii. Te urządzenia przypominające pendrive’y

wypuszczają dym, który pachnie jak fabryka cukierków, a my zastanawiamy się, dlaczego dzieci

uważają je za nieszkodliwe.

Branża waporyzacyjna wyciągnęła wnioski z błędów Big Tobacco. Koniec z kowbojami

umierającymi na raka płuc. Teraz influencerzy z TikToka nonszalancko trzymają te urządzenia,

opowiadając o swoich porannych nawykach. Zamiast Marlboro Red mamy smaki, które brzmią

jak menu w sklepie z mrożonym jogurtem: Blue Raspberry Ice, Watermelon Bubble Gum,

Unicorn Milk. Opakowanie jest jaskrawe, krzykliwe, atrakcyjne dla dzieci, które nigdy nie tknęłyby

tradycyjnego papierosa, ale chętnie zaciągną się nikotyną, bo smakuje jak ich ulubione cukierki.

Ale nikotyna to tylko jeden z elementów tej hydry. Porozmawiajmy o prawdziwym potworze:

smartfonie. To już nie telefon; to system dostarczania superbodźców zaprojektowany przez

armie neurobiologów i psychologów behawioralnych, których jedynym zadaniem jest hakowanie

mózgu. Sean Parker, prezes-założyciel Facebooka, przyznał to otwarcie: „Musimy dać ci od

czasu do czasu małą dawkę dopaminy, bo ktoś polubił lub skomentował zdjęcie lub post. To

pętla sprzężenia zwrotnego społecznej walidacji… dokładnie taki sam pomysł, jaki wymyśliłby

haker taki jak ja, wykorzystując lukę w ludzkiej psychologii”.

Każda funkcja została celowo zaprojektowana z wykorzystaniem zasad Dark Design. Mechanizm

„pociągnij i odśwież” opiera się na psychologii automatów do gier – wzmocnieniu o zmiennym

współczynniku, najbardziej uzależniającym schemacie nagród znanym naukom behawioralnym.

Pociągasz w dół, może otrzymasz nową, dobrą treść, a może nie. Ta niepewność, to uczucie

„może tym razem” sprawia, iż przeciągasz, przewijasz i sprawdzasz, choćby gdy wiesz, iż nie

ma tam nic dobrego.

Czerwone plakietki powiadomień aktywują te same ścieżki neuronowe, co widok krwi czy ognia

– ewolucyjne systemy alarmowe, przejęte przez intruzów, by zmusić Cię do sprawdzenia czy

ktoś o tobie nie wspomniał. Wskaźniki pisania, które wskazują, iż ktoś odpowiada, tworzą pętle

lęku, które trzymają Cię przyklejonego do ekranu. Serie na Snapchacie resetują się, jeżeli nie

odpowiesz w ciągu 24 godzin, zamieniając przyjaźń na Tamagotchi, które musisz nieustannie

karmić, bo inaczej zginie.

TikTok i Instagram Reels dopracowały tę formułę do perfekcji. Algorytm monitoruje wszystko: jak

długo oglądasz każdy film, co odtwarzasz ponownie, a co sprawia, iż przestajesz przewijać.

Tworzy profil psychologiczny bardziej szczegółowy niż jakikolwiek terapeuta, a następnie

wykorzystuje te dane, aby dostarczyć Ci dokładnie to, co cię zszokuje. Dziewięć nudnych filmów,

potem jeden, który Cię rozśmieszy. Powrót do przeciętnych treści, a potem coś, co wywoła

oburzenie. Nie tylko pokazują Ci treści; przeprowadzają warunkowanie behawioralne na masową

skalę.

Las Vegas jest opuszczone, bo stało się zbyt drogie? Być może, ale branża hazardowa

przeniosła się z Vegas do twojej kieszeni – a zostać w domu jest taniej. Skrzynki z łupami w

grach skierowanych do dzieci to dosłownie automaty do gry, ale z lepszą grafiką. FIFA Ultimate

Team, gdzie dzieci wydają tysiące dolarów, próbując zdobyć Ronaldo lub Messiego. Genshin

Impact, gdzie losowanie postaci wykorzystuje dokładnie tę samą mechanikę „gacha”, która

stworzyła miliony hazardzistów w Japonii. Etui Counter-Strike, skórki Fortnite, karnety bojowe

Call of Duty – to wszystko hazard, tyle iż opakowany w terminologię gier, aby ominąć przepisy.

Aplikacje do zakładów sportowych zamieniają każdy mecz w potencjalną katastrofę finansową.

DraftKings, FanDuel, BetMGM – oferują zakłady „bez ryzyka” (nie ma czegoś takiego),

mikrozakłady na to, czy następna akcja będzie passem, czy runem, akumulowane zakłady

obiecujące ogromne wygrane, ale matematycznie zaprojektowane tak, aby opróżnić konto. Nie

da się oglądać meczu bez bombardowania kursami akcji, bonusami i promocjami

„ograniczonymi czasowo”. Ludzie tracą pieniądze na czynsz, bo LeBron zdobył 38 punktów

zamiast 40, bo w trzeciej kwarcie wynik wyniósł 57 zamiast 58.

To już choćby nie nazywa się „zakładami”. Polymarket nazywa to „rynkiem prognoz” – brzmi mniej

odrażająco, prawda? To wciąż hazard online. A uzależnienie od hazardu online wśród osób w

wieku 18–24 lat w USA wzrosło o 400% w ciągu ostatnich pięciu lat. Przeciętny hazardzista traci

55 000 dolarów, zanim zwróci się o pomoc. Ale do tego czasu zwykle niszczy swoje związki,

kredyt i zdrowie psychiczne tylko dlatego, iż chciał obstawiać, czy Sydney Sweeney zacznie

sprzedawać zdjęcia swoich stóp w 2025 roku, czy coś równie idiotycznego.

Jedzenie stało się kolejnym wyzwaniem. Wysoko przetworzona żywność jest projektowana w

laboratoriach przez naukowców zajmujących się żywnością, którzy mówią o „punkcie błogości”

– idealnym połączeniu cukru, soli i tłuszczu, które tłumi sygnały sytości i sprawia, iż jesz.

Doritosy zostały dosłownie zaprojektowane tak, aby topniały w idealnym tempie, dając mózgowi

do zrozumienia, iż nie zjadłeś niczego konkretnego, więc sięgasz po więcej.

Aplikacje do dostawy jedzenia zgrywalizowały jedzenie. Uber Eats, DoorDash, Grubhub –

wszystkie oferują system punktowy, nagrody za serię i oferty ograniczone czasowo. Aplikacja

McDonald’s wysyła powiadomienia push dokładnie w momentach, gdy poziom cukru we krwi

jest najprawdopodobniej niski. Domino’s śledzi Twoją pizzę dokładniej niż NASA śledzi satelity.

Ludzie mają status lojalnościowy w sieciach fast food, który dorównuje członkostwu w liniach

lotniczych.

Fenomen mukbangu na TikToku i YouTube – ludzie pochłaniający ponad 10 000 kalorii na raz,

podczas gdy miliony to oglądają – sprawił, iż objadanie się stało się normą i stało się rozrywką.

Twórcy tacy jak Nikocado Avocado udokumentowali swoją drogę od zdrowego weganizmu do

chorobliwej otyłości, a wszystko to dla wyświetleń i przychodów z reklam. Oglądamy ludzi

zajadających się na śmierć w czasie rzeczywistym i nazywamy to treścią.

Napoje energetyczne zasługują na swój własny krąg piekła. Monster, Red Bull, Bang, Ghost,

Prime – to nie są napoje, tylko płynne amfetaminy. Jedna puszka Bangu zawiera 300 mg kofeiny.

FDA zaleca nie więcej niż 400 mg dziennie dla dorosłych, a nastolatki piją dwie lub trzy takie

puszki plus suplementy przedtreningowe, które podnoszą ich dawkę do 600–700 mg dziennie.

Przypadek 21-letniej Sarah Katz powinien przerazić wszystkich. Zmarła na zawał serca po

wypiciu napoju Panera Charged Lemonade, który zawierał 390 mg kofeiny – więcej niż cztery

Red Bulle – ale był reklamowany jako zwykła lemoniada. Jej serce po prostu nie wytrzymało.

Ale kofeina cię nie budzi; po prostu blokuje receptory adenozyny, które sygnalizują zmęczenie.

Twoje ciało jest przez cały czas wyczerpane; po prostu tego nie czujesz. To jak usunięcie kontrolki „check

engine” zamiast naprawy silnika. I zbudowaliśmy całą kulturę wokół tego chemicznego

uzależnienia. Produkty typu „Ale najpierw kawa”. Typy osobowości typu „Nie odzywaj się do

mnie, zanim nie wypiję kawy”. Starbucks przekształcił uzależnienie od narkotyków w markę

lifestylową z 87 000 możliwych kombinacji napojów, z których każda to bomba cukru i kofeiny,

kosztująca 8 dolarów i zawierająca 600 kalorii.

Branża fitness, która powinna być antidotum, stała się kolejnym dilerem. Influencerzy fitness na

Instagramie i TikToku – większość z nich na sterydach, twierdząc jednocześnie, iż są naturalni –

sprzedają nastolatkom nierealne marzenia. Debaty „naturalne czy nie” to kpina, gdy 16-latkowie

zamawiają SARM-y (selektywne modulatory receptora androgenowego) z podejrzanych stron

internetowych i wstrzykują je sobie, opierając się na samouczkach z YouTube.

Wskaźniki dysmorfii ciała gwałtownie wzrosły. Nastolatkowie biorą trenbolon – weterynaryjny

steryd przeznaczony dla bydła – ponieważ zobaczyli na TikToku kogoś, kto przybrał 13,5 kg

masy mięśniowej w trzy miesiące. Dziewczęta stosują clenbuterol, lek na astmę u koni – który

może powodować zawały serca – ponieważ influencerzy fitnessowi promowali go jako środek na

utratę tkanki tłuszczowej. Zaburzenia odżywiania pod przykrywką „czystego jedzenia”,

uzależnienie od ćwiczeń pod przykrywką „dyscypliny” i publikowanie zdjęć transformacji w celu

uzyskania aprobaty od nieznajomych.

Siłownia stała się studiem tworzenia treści. Ludzie spędzają więcej czasu w ustawianiu kamer

niż na podnoszeniu ciężarów. Każdy trening trzeba sfilmować, zmontować i opublikować.

Rzeczywiste korzyści zdrowotne są drugorzędne w stosunku do dopaminy płynącej z lajków i

komentarzy. „Uwaga debil” w Planet Fitness wydaje się teraz dziwaczny, skoro każda siłownia

jest pełna statywów i lamp pierścieniowych.

Uzależnienie od pornografii z roku na rok się pogłębia, ale nikt nie chce o tym rozmawiać. Średni

wiek pierwszego kontaktu z pornografią w USA to w tej chwili 11 lat. Jedenaście. Mózgi tych dzieci

przechodzą transformację, zanim jeszcze osiągną wiek dojrzewania. Strony z pornografią

generują większy ruch niż Netflix, Amazon i X razem wzięte. Sam PornHub odnotował w zeszłym

roku 42 miliardy odwiedzin – to 5,8 odwiedzin na osobę na Ziemi.

Termin „gooning” – spędzanie godzin na maratonach masturbacyjnych, często pod wpływem

haju, w niekończącym się cyklu „edgeingu” i przeglądania internetu – stał się normą w

społecznościach internetowych. Ludzie żartują z tego, ale tak naprawdę opisuje on zaburzenie

dysocjacyjne, w którym użytkownicy tracą godziny, a choćby całe dnie. Częstość występowania

zaburzeń erekcji u mężczyzn poniżej 30. roku życia wzrosła o 500% w ciągu ostatniej dekady.

Pornografia generowana przez sztuczną inteligencję i paraspołeczne relacje OnlyFans tworzą

pokolenie mężczyzn, którzy wolą stymulację cyfrową (głównie z poniżającymi aspektami wobec

kobiet) od rzeczywistych kontaktów międzyludzkich. Nie tylko konsumują treści; zastępują

prawdziwe relacje algorytmicznymi fantazjami. Konsekwencje dla rzeczywistej intymności,

wskaźników urodzeń, a choćby podstawowej umiejętności nawiązywania kontaktu z drugim

człowiekiem są katastrofalne.

Marihuana przeszła od kontrkultury do kapitału wysokiego ryzyka w rekordowym tempie. To już

nie jest joint twojego hipisowskiego wujka; to wielomiliardowy przemysł sprzedający THC w

każdej możliwej postaci. Żelki, waporyzatory, nalewki, napoje – wszystkie z zawartością THC,

która byłaby uznawana za niemożliwą jeszcze jedno pokolenie temu. W latach 70. marihuana

zawierała około 3% THC. Dzisiejsze produkty dostępne w aptekach regularnie osiągają 20–30%,

a koncentraty sięgają 90%.

„Elon Musk też pali trawkę. To nie może być złe”. No tak, ale Elon Musk buduje też cholerne

rakiety, a twoim największym osiągnięciem dzisiaj było nie zasnąć pod prysznicem.

Ludzie mikrodawkują w ciągu dnia, jako poranną rutynę stosują „wake-and-bake”, przekonani,

że to uczyni ich bardziej kreatywnymi i produktywnymi, podczas gdy ich pamięć krótkotrwała

słabnie, a motywacja spada. Argument „to tylko roślina” rozpada się, gdy okazuje się, iż roślina

ta została genetycznie zmodyfikowana tak, aby była 10 razy silniejsza niż cokolwiek, co istniało

naturalnie.

Media społecznościowe sprawiły, iż relacje międzyludzkie stały się wskaźnikiem efektywności.

Nie mamy znajomych; mamy obserwujących. Nie prowadzimy rozmów; mamy wskaźniki

zaangażowania. Życzenia urodzinowe stały się powiadomieniami na Facebooku. Współczucie

stało się reakcjami emoji. Każde wydarzenie w życiu musi być udokumentowane, oznaczone

hashtagiem i zoptymalizowane dla maksymalnego zasięgu.

Pułapka porównywania jest nieunikniona. Nie tylko dotrzymujesz kroku sąsiadom; konkurujesz

ze wszystkimi, wszędzie i przez cały czas. LinkedIn sprawia, iż czujesz się jak zawodowy

nieudacznik. Instagram sprawia, iż czujesz się brzydki i biedny. TikTok sprawia, iż czujesz się

stary i nieistotny. Twitter sprawia, iż złościsz się na nieznajomych, których nigdy nie poznasz, z

powodu problemów, na które nie masz wpływu.

YouTube Kids, rzekomo bezpieczna wersja, automatycznie odtwarza filmy zaprojektowane tak,

aby były jak najbardziej uzależniające. Skandale w Elsagate ujawniły niepokojące treści

skierowane do dzieci. Roblox, reklamowany jako gra dla dzieci, zawiera mechanikę hazardu i

drapieżników. Czas spędzany przed ekranem przez dzieci poniżej 5. roku życia potroił się w

ciągu ostatniej dekady. Wychowujemy dzieci na iPadach i kiedy bateria się rozładuje, dostają

napadów złości, ponieważ nigdy nie nauczyły się żyć bez ciągłej stymulacji.

Aplikacje edukacyjne obiecują uczyć, ale tak naprawdę jedynie uczą dzieci potrzeby ciągłej

informacji zwrotnej i nagród. Zamiast uczyć cierpliwości i głębokiego myślenia, uczą oczekiwać

natychmiastowej gratyfikacji za każdy, choćby najmniejszy gest. Złote gwiazdki, systemy

punktowe, odblokowywanie osiągnięć – gamifikujemy dzieciństwo i zastanawiamy się, dlaczego

dzieci nie potrafią się skupić bez ciągłej zewnętrznej akceptacji.

Ekonomia subskrypcyjna zapewnia, iż niczego nie posiadasz i płacisz wiecznie. Netflix, Spotify,

Adobe, Microsoft – wszystko to miesięczna opłata, która nigdy się nie kończy. Za dwa lata

zapłacisz więcej za Photoshopa niż kosztował by zakup na własność, ale nigdy go nie kupisz.

Anuluj subskrypcję, a twoja praca zniknie. To cyfrowy feudalizm, a my wszyscy jesteśmy

niewolnikami płacącymi czynsz za nasze własne życie.

Aplikacje do medytacji – kolejne rozwiązanie oparte na subskrypcji – są częścią problemu.

Headspace, Calm, Ten Percent Happier – wysyłają powiadomienia push, przypominając o

uważności i słuchaniu medytacji z narracją AI. Ironia o potrzebie użycia jednej aplikacji, aby

odłączyć się od innej aplikacji nikogo nie dziwi, ale i tak je pobieramy, bo desperacko szukamy

jakiegokolwiek rozwiązania, choćby takiego, które utrwala problem.

Sen, najbardziej podstawowa ludzka potrzeba, został skomercjalizowany i zgamifikowany.

Aplikacje do śledzenia snu, inteligentne materace monitorujące fazę REM, suplementy, taśmy do

ust, specjalistyczne poduszki – zamieniliśmy odpoczynek w kolejny projekt optymalizacyjny.

Ludzie stresują się wynikami swojego snu, co nie pozwala im zasnąć, a to z kolei obniża ich

wyniki. To szaleństwo.

Aplikacje randkowe przekształciły miłość w rynek. Tinder, Bumble, Hinge – wykorzystują ten sam

współczynnik wzmocnienia zmiennego, co automaty do gry. Przesuń, przesuń, przesuń, dopasuj!

Albo, jeżeli jesteś facetem: Przesuń, przesuń, przesuń, przesuń, przesuń… Rozumiesz, o co

chodzi? Dopamina po dopasowaniu, niepokój związany z tworzeniem idealnej wiadomości,

ghosting, breadcrumbing, niekończący się cykl nadziei i rozczarowań. Sprowadziliśmy ludzkie

więzi do gry „gorący albo nie”, w której wszyscy przegrywają.

Paradoks wyboru nas paraliżuje. Po co wiązać się z jedną osobą, skoro za jednym

przesunięciem palca może być ktoś lepszy? Po co rozwiązywać problemy, skoro można po

prostu stworzyć nowy związek? Przeciętny użytkownik spędza 90 minut dziennie na aplikacjach

randkowych. To 10 godzin tygodniowo, kupując ludzi jak przedmioty na Amazonie.

Nawet śmierć nie jest już święta. Ludzie transmitują pogrzeby na żywo. Strony pamięci stają się

przestrzenią do performatywnego aktu żałoby. Posty „RIP” od osób, które ledwo znały zmarłego,

wszystko dla zaangażowania. Nie możemy choćby umrzeć, żeby nie stało się to

satysfakcjonujące.

Koszty środowiskowe są oszałamiające. Centra danych zużywają więcej energii elektrycznej niż

całe kraje. Planowane postarzanie urządzeń sprawia, iż co dwa lata trzeba kupować nowy

telefon. Wydobycie litu do baterii niszczy środowisko. Społeczności zatruwające ziemię

elektrośmieciami w krajach rozwijających się. Dosłownie niszczymy planetę, by uzyskać szybsze

odświeżanie ekranu i nieco lepsze aparaty.

Ale prawdziwy koszt nie mierzy się w dolarach ani emisjach dwutlenku węgla. Liczy się utracony

potencjał. Każda godzina spędzona na przewijaniu to godzina niespędzona na tworzeniu. Każdy

zastrzyk dopaminy z powiadomienia to poświęcona chwila obecności. Zamieniamy naszą

skończoną egzystencję na nieskończone źródła informacji, a kurs wymiany nas miażdży.

Rozwiązaniem jest uświadomienie sobie, iż toczymy wojnę o naszą świadomość. Każda

aplikacja to terytorium wroga. Każde powiadomienie to atak. Każdy algorytm jest

zaprojektowany, by cię pokonać.

I to mnie najbardziej wkurza: my to wszystko wiemy. Każdy, kto to czyta, rozpoznaje siebie w

tych opisach. Wszyscy czujemy wyczerpanie, niepokój, poczucie, iż życie ucieka nam z rąk, gdy

oglądamy, jak obcy ludzie tańczą na pionowych filmikach. Wiemy, iż ktoś nas oszukuje, i mimo

to kontynuujemy to, ponieważ cały system został zaprojektowany tak, aby alternatywy wydawały

się niemożliwe.

Firmy doskonale wiedzą, co robią. Wewnętrzne dokumenty Facebooka pokazują, iż wiedziały, że

Instagram szkodzi zdrowiu psychicznemu nastolatek. Nic nie zrobiły. Google wie, iż algorytm

YouTube’a radykalizuje ludzi. I tak właśnie zoptymalizowali go pod kątem czasu oglądania.

Branża hazardowa wie, iż ich aplikacje niszczą życie. A i tak sponsorują drużyny sportowe i

atakują wrażliwe grupy.

Nasze cierpienie to ich marża zysku. Nasze uzależnienie to ich strategia wzrostu. Nasza

zmarnowana koncentracja, zrujnowane relacje i pogarszające się zdrowie psychiczne to

akceptowalne straty uboczne w ich kwartalnych raportach finansowych.

Skończyłam z tym. Skończyłam udawać, iż to ewolucja, skoro to ewidentna degeneracja.

Skończyłam udawać, iż możemy znaleźć równowagę w systemie zaprojektowanym dla

skrajności. Skończyłam akceptować, iż ciągłe wyczerpanie, niepokój i pustka to po prostu cena

współczesnego życia.

Pytanie nie brzmi, czy jesteś uzależniony. Jesteś. Wszyscy jesteśmy. Pytanie brzmi: Ile jeszcze

jesteś gotów stracić, zanim zaczniesz walczyć? Ile jeszcze lat poświęcisz algorytmowi? Ile

jeszcze swojego życia pozwolisz mu ukraść?

Bo zabiorą wszystko, jeżeli im na to pozwolimy. Każda chwila, każda myśl, każde prawdziwe

ludzkie doświadczenie zostanie skomercjalizowane, zgamifikowane i będzie nam wyświetlane na

ekranie, aż zapomnimy, jak wyglądało prawdziwe życie. Wezmą nasze wspomnienia i zamienią je

w relacje na Instagramie. Wezmą nasze przyjaźnie i zredukują je do reakcji emoji. Wezmą naszą

miłość i skompresują ją do decyzji o przesunięciu palcem. Wezmą wyobraźnię naszych dzieci i

zastąpią ją algorytmicznymi sugestiami. Zabiorą chwile spokoju, kiedy rośnie inteligencja i

wypełnią je lękiem przed powiadomieniami. Wezmą wszystko, co święte, wszystko, co ludzkie,

wszystko, co prawdziwe, i sprzedadzą nam to z powrotem jako subskrypcję premium, na którą

nigdy nie będzie nas stać, ale bez której nie możemy żyć.

Zabawne, albo nigdy nie byłam uzależniona od większości tych rzeczy, o których tu

wspomniałam, albo już je rygorystycznie kontrolowałam. Media społecznościowe, niekończące

się filmy, nieustanne bombardowanie moich zmysłów. Większość z tego usunęłam lata temu.

Odkładam telefon do innego pokoju, kiedy śpię. Czytam prawdziwe książki. Chodzę na spacery

bez słuchawek. A mimo to jestem tym wyczerpana.

Bo nie wystarczy uratować siebie, gdy wszyscy wokół toną.

Jestem wyczerpana tym, iż inni nie są tym wyczerpani. Pustymi spojrzeniami, gdy sugeruję,

żebyśmy odłożyli telefony do kolacji. Paniką, gdy komuś rozładuje się bateria, jakby stracił ważny

organ. A tak przy okazji, rozmowy urywają się w pół zdania, by sprawdzić powiadomienia, i nikt

już choćby nie przeprasza, bo tak właśnie teraz się komunikujemy – fragmentarycznie, między

alertami, nigdy w pełni obecni.

Mam dość płytkich rozmów. Mam dość rozmów, które nigdy nie sięgają głębiej niż to, co

wszyscy widzieli rano na swoich tabletach. Mam dość ludzi, którzy potrafią zacytować TikToka

bez ogródek, ale nie pamiętają, o czym rozmawialiśmy w zeszłym tygodniu. Mam dość

nerwowego śmiechu, który wypełnia ciszę, gdy nikt nie wie, jak po prostu istnieć razem bez

towarzyszącego mu ekranu. Zapomnieliśmy, jak się razem nudzić, jak razem milczeć, jak razem

być ludźmi.

Mam dość ludzi o tak długim czasie skupienia uwagi jak złote rybki – adekwatnie, to obraźliwe dla

złotych rybek. Przynajmniej mają wymówkę, iż są rybami. Niby jesteśmy gatunkiem, który pisał

symfonie, rozwiązywał twierdzenia matematyczne i malował Kaplicę Sykstyńską. Teraz nie

możemy choćby obejrzeć dwuminutowego filmu bez jednoczesnego sprawdzenia komentarzy.

Ludzie oglądają seriale z 1,5-krotnie większą prędkością, przewijając jednocześnie ekran

telefonu, konsumując treści jak w konkursie kulinarnym, gdzie nagrodą jest… co? Do czego tak

pędzimy?

Mam dość rozmów z ludźmi tak mało inspirującymi, nudnymi i nijakimi, iż choćby nie wiem, co im

odpowiedzieć. Nie dlatego, iż są z natury nudni – nikt nie rodzi się nudny. Ale dlatego, że

powierzyli swoją osobowość algorytmom. Ich opinie to trendy. Ich zainteresowania to to, co

algorytm im podsunął w tym tygodniu. Ich myśli to tweety innych ludzi. Nie czytają, nie

zastanawiają się, nie kwestionują – po prostu konsumują i powtarzają, konsumują i powtarzają,

jak ludzkie farmy treści zoptymalizowane pod kątem pogawędek.

Jestem wyczerpana zanikiem ciekawości. Przez ludzi, którzy mają całą ludzką wiedzę w kieszeni,

ale używają jej tylko do oglądania tańczących nastolatków i kłócących się z nieznajomymi. Przez

zastąpienie prawdziwych zainteresowań tym, co akurat jest viralem w tym tygodniu. A tak przy

okazji, nikt już nie rozwija prawdziwej wiedzy, bo po co uczyć się dogłębnie, skoro można po

prostu zapytać ChatGPT?

Mam dość bycia jedyną osobą, która zdaje się pamiętać, jak wyglądało życie przed tym

wszystkim. Kto pamięta, kiedy nuda prowadziła do kreatywności zamiast przewijania stron.

Kiedy czekanie w kolejce oznaczało obserwowanie świata, a nie ucieczkę od niego. Kiedy

rozmowa była rozmową, a nie okazją do podcastu. Kiedy przyjaciele spotykali się, żeby być

razem, a nie po to, żeby tworzyć treści o byciu razem.

Ale najbardziej wyczerpuje mnie samotność jasności. Widzenie matrixa nie uwalnia, gdy wszyscy

inni są przez cały czas podłączeni. Stajesz się szaleńcem, trudnym człowiekiem, tym, który „tego nie

rozumie”. Patrzysz, jak ukochani znikają w swoich urządzeniach, jedno powiadomienie na raz, i

nie możesz nic zrobić, tylko być świadkiem tego rozpadu.

Próbowałam wszystkiego. Dawanie przykładu – bezużyteczne, gdy nikt nie patrzy. Delikatne

sugestie – spotykały się z obronną złością, jakbym atakował ich tożsamość. Bezpośrednia

konfrontacja – całkowicie się zgadzają, a potem natychmiast sprawdzają telefon. Uzależnienie

jest silniejsze niż logika, silniejsze niż miłość, silniejsze niż widoczne dowody jego zniszczenia.

Więc egzystuję w tym dziwnym czyśćcu. Jasny umysł w świecie mgły. Obecna w świecie

nieobecności. Próbuję prowadzić prawdziwe rozmowy z ludźmi, których myśli są gdzie indziej,

zawsze gdzie indziej, wiecznie gdzie indziej. To jak być trzeźwym na imprezie, gdzie wszyscy są

pijani, z tą różnicą, iż impreza nigdy się nie kończy, a kac niczego nie uczy.

Czasami zastanawiam się, czy mam rację. Może to jest ewolucja, a ja jestem po prostu

dinozaurem, który nie chce się przystosować. Może przyszłość nie wymaga głębokiego

myślenia, ciągłej uwagi ani autentycznego kontaktu. Może zmierzamy w kierunku umysłu

zbiorowego, w którym indywidualna świadomość jest przestarzała, w którym wszyscy myślimy

tweetami, czujemy emotikonami i istniejemy głównie jako węzły w sieci, nad którą nie mamy

kontroli.

Ale potem widzę załamane dziecko, bo skończył się czas na iPadzie, albo parę na randce

wpatrującą się w ekrany, albo przyjaciółkę, która nie może zasnąć bez zerknięcia co kilka minut

na telefon – i wiem, iż to nie ewolucja. To dewolucja. Nie stajemy się bardziej połączeni; stajemy

się bardziej odizolowani. Nie stajemy się mądrzejsi; stajemy się bardziej zależni. Nie stajemy się

szczęśliwsi; stajemy się bardziej niespokojni, bardziej przygnębieni, bardziej puści.

A najgorsza część? Absolutnie najgorsza część? choćby ludzie, którzy to widzą, czują się

bezsilni, by to powstrzymać. Wszyscy wiemy, iż coś jest nie tak. Narastający niepokój nie jest

urojony. Epidemia depresji nie jest przypadkowa. Samotność pomimo ciągłego kontaktu nie jest

paradoksalna – jest przewidywalna. Wiemy, iż jesteśmy chorzy. Wiemy dlaczego chorujemy. Ale

wciąż łykamy truciznę, bo odstawienie wydaje się gorsze niż powolna śmierć.

Spójrz na stronę Apple. Reklamują każdego nowego iPhone’a z „całodniową żywotnością

baterii”, a wszyscy od razu krzyczą, iż to kłamstwo. „Mój telefon rozładowuje się o 14:00!” –

wściekają się, wylewają się jednogwiazdkowe recenzje, a na Reddicie piętrzą się wątki o

pozwach zbiorowych.

Ale Apple nie kłamie. Technicznie rzecz biorąc – nie. Ta bateria naprawdę wytrzymałaby cały

dzień – gdyby używać iPhona jak prawdziwego telefonu. Kilka połączeń. Kilka SMS-ów.

Sprawdzić pogodę. Może zrobić jedno lub dwa zdjęcia.

Ale my go tak nie używamy, prawda? Działamy na pełną skalę, od 6 rano do północy.

Streamujemy, przewijamy, odświeżamy, gramy, śledzimy, nagrywamy – każda aplikacja działa na

pełnych obrotach, jasność ekranu jest ustawiona na maksimum, a 5G pożera energię, jakbyśmy

próbowali skontaktować się z Marsem. Zużywamy więcej mocy obliczeniowej na przewijanie w

czasie porannej toalety niż NASA do lądowania na Księżycu, a potem jesteśmy w szoku –

SZOKU – gdy bateria się wyczerpuje.

Spróbuj używać go tak, jak testowali go producenci. Tak jak narzędzie, a nie jak kroplówkę z

cyfrową dopaminą. Bateria wytrzyma dwa dni. Może trzy. Ale tak nie możemy, prawda? Bo

problem nie tkwi w tym, iż telefon działa cały dzień. Problem polega na tym, iż nie możemy

przestać go używać dosłownie dłużej niż pięć minut, bez poczucia, iż czegoś nam brakuje, że

jesteśmy odłączeni od matrixa, iż umieramy.

Bateria nie zawodzi. My wariujemy. I producenci o tym wiedzą. Mogliby zrobić grubszy telefon,

ale po co się tym przejmować? Kupisz powerbank. Kupisz etui ładujące. I tak kupisz go w

przyszłym roku, goniąc za kolejną godziną pracy na baterii, żeby móc cieszyć się kolejną godziną

uzależnienia.

Telefon nie jest zepsuty. My tak. Proszę, obudźcie się. Zanim nie będzie już czego ratować.

Zanim zapomnimy, jak to jest samodzielnie myśleć, zamiast korzystać z algorytmicznych

sugestii. Zanim stracimy umiejętność siedzenia w dyskomforcie, zamiast natychmiastowego

sięgania po cyfrowe znieczulenie. Zanim nasze dzieci dorosną, myśląc, iż to jest normalne,

myśląc, iż tak wygląda życie.

Obudź się. Nie jutro. Nie po kolejnym przewijaniu. Nie po sprawdzeniu trendów. Teraz. W tej

chwili. Wybierz obecność zamiast wydajności. Wybierz głębię zamiast dopaminy. Wybierz

trudną, piękną, nudną, cudowną rzeczywistość realnego życia zamiast sztucznej satysfakcji

cyfrowej egzystencji.

Bo gdy raz zapomnimy o tym, co straciliśmy, nie będziemy choćby wiedzieć, jak to opłakiwać. I ta

cisza – ta ostateczna, straszna cisza, kiedy nikt nie pamięta, jak wyglądało życie przed ekranami

– wtedy naprawdę wygrają.

Ale nie jest za późno. Jeszcze nie. Dopóki ktoś, ktokolwiek pamięta i nie chce zapomnieć, nie

chce się poddać, nie chce udawać, iż to akceptowalne – jest nadzieja.

Proszę, obudź się. Jestem już zmęczona samotnym czuwaniem.

A Lily Bit

(Od lat jestem częścią tego, co ludzie nazywają “głębokim państwem” (Deep State). Teraz

ujawniam je i ludzi, którzy je stworzyli i nim zarządzają. Krok po kroku.

Kliknij, aby przeczytać
„A Lily Bit” https://www.alilybit.com

Idź do oryginalnego materiału