Filip Moterski to szef polskich sędziów lekkiej atletyki, a od kilku lat jest kierownikiem naszej reprezentacji na najważniejszych zawodach międzynarodowych, pilnując zgodności z przepisami, a kiedy trzeba, nie waha się interweniować. Często reaguje szybko, a gdy widzi, iż coś jest nie tak, składa odpowiedni protest. To dzięki niemu Ewa Swoboda awansowała do finału mistrzostw świata w Budapeszcie. Teraz jest z naszą kadrą w Gaboronie na World Athletics Relays i opowiada nam w wywiadzie o najważniejszych aspektach swojej pracy, ciekawostki z nią związane i nieprzyjemności, jakich musiał doświadczyć przez protesty, które składał.
Filip, jesteś ekspertem w zakresie przepisów lekkoatletycznych. Czy mógłbyś nam wyjaśnić pokrótce, co się zmieniło w przepisach na tych mistrzostwach w porównaniu np. do niedawnych halowych mistrzostw świata, które odbyły się w Toruniu?
– Najkrócej można odpowiedzieć, iż w samych przepisach nie zmieniło się nic. Nic, zupełnie. Nie jest jednak tak, iż tutaj nie doświadczymy żadnych zmian. Niestety jest coś takiego jak możliwość wprowadzenia korekt, zmian w przepisach poprzez regulamin zawodów. Tutaj to zrobiono. Między innymi trochę zmodyfikowano przepis odnośnie liczby zmian, których można dokonać w zespole między rundami. I tutaj np. Holendrzy byli tym zaskoczeni, bo oni w ogóle myśleli, iż jeszcze jest stare brzmienie przepisów, sprzed prawie roku, a to się zmieniło w grudniu. Było to dość mocno przez World Athletics komunikowane. Holendrzy byli bardzo zdziwieni, wręcz była panika w oczach ich Team Leadera, co to będzie. Zmieniło się m.in. to, iż ogólny przepis jasno określa, iż można zmienić jedną kobietę, jednego mężczyznę w miksie. A tutaj, na tych zawodach stwierdzono, iż można dokonać dwóch zmian. To znaczy można zmienić dwie kobiety, dwóch mężczyzn, albo po jednej osobie z każdej płci, o ile chodzi o miksy. Chodzi o wymianę składu pomiędzy kolejnymi rundami, bo tutaj może być finał, może być runda repasaży. Sama runda repasaży jest czymś, do czego w lekkiej atletyce jeszcze nie do końca przywykliśmy. Mieliśmy to na igrzyskach, mieliśmy rok temu w Kantonie [na World Athletics Relays 2025 – przyp. red.], ale dalej te przepisy są inne. Inaczej wyglądają repasaże na igrzyskach, inaczej wyglądają repasaże tutaj. Jak one tutaj będą rzeczywiście wyglądały, to jeszcze się okaże, bo World Athletics tak nie do końca określiło, czy rzeczywiście będzie to pokrywało się w stu procentach z sytuacją, jakiej doświadczyliśmy w tamtym roku w Kantonie. Więc to się dopiero pewnie jeszcze okaże. Dzisiaj na konferencji technicznej było o to kilka pytań. Stwierdzono, iż nic się w tym zakresie nie zmieniło, ale tutaj jedyne, czego można być pewnym, to to, iż trzeba o wszystko dopytać i wszystko jest takie bardzo płynne w interpretacji.

A co z przepisami dotyczącymi dyskwalifikacji zawodnika i jego startu później?
– To jest tak, iż generalnie tu się nic nie zmieniło, ale musimy na to spojrzeć w kontekście repasaży, potencjalnych repasaży, o ile miałyby być. Dlatego, iż dość mocno World Athletics już jakiś czas temu rozdzielił tzw. dyskwalifikacje techniczne od dyscyplinarnych. Dyscyplinarne to są np. dwie żółte kartki za przerwanie procedury na starcie. To jest wtedy czerwona kartka. Niektórzy mówią, iż to jest „falstart”, ale to nie jest czerwono-czarna kartka, tylko czerwona kartka. Natomiast te dyskwalifikacje, które wynikają ze złamania przepisów technicznych, czyli np. za „falstart”, za przeszkadzanie, za przepychanie się, za bieg poza torem, za złą zmianę, przekazanie pałeczki sztafetowej poza strefą zmian, to są naruszenia techniczne przepisów. I teraz tak, o ile dostanie się „dyskwę” z tego drugiego tytułu, to można w repasażach wystartować. Natomiast o ile się dostanie „dyskwę” z tytułu dyscyplinarnego, no to już nie. Więc to jest taka wydaje się delikatna różnica, ale ona sporo tutaj zmienia.
A jak oceniasz w takim razie te zmiany wprowadzone tutaj, na tych zawodach w kontekście startów naszych zawodników? Czy będzie to lepiej czy gorzej dla nich?
– Myślę, iż to powinna być w ogóle drugorzędna kwestia. Dlatego, iż ten trzon przepisów, ten „kręgosłup” się tutaj absolutnie nie zmienił. Jesteśmy już mądrzejsi o kilka lat, iż World Athletics wprowadza choćby nie „last minute changes”, tylko to są wręcz „last second changes”. Na niektóre rzeczy po prostu nie jesteśmy w stanie zareagować w jakikolwiek sposób sportowy, przygotowując się specjalnie do tego, tylko po prostu trzeba z tym żyć, albo po prostu pewne bariery mentalne pokonać, iż to nie jest takie straszne. Trzeba się nastawić, iż w sumie to niczym nam nie przeszkadza, a może niekiedy nam choćby trochę pomóc. Niektóre zespoły naprawdę tych kwestii zmian przepisów nie mają tak rozpracowanych i tam są bardzo duże problemy. Na przykład to są zespoły Stanów Zjednoczonych i Jamajki. Tam zawsze są „cyrki” na tych zmianach. To są dwa zespoły, które nigdy nie potrafiły zmieniać. Oni są mega szybcy, ale po prostu o ile chodzi o dokładność, zgranie z przepisami, to to jest dramat i tragedia.
Czyli to jest trochę też nasza przewaga w tym kontekście?
– Tak. Między innymi Toruń to pokazał. Raz im się poszczęściło, kiedy w ostatniej chwili sędziowie zwrócili uwagę, żeby Amerykanki się przestawiły w strefie zmian. Natomiast to już nie jest pierwsza impreza, gdzie te dwa zespoły w głupi sposób zostają „dyskwy”, tylko dlatego, iż coś im się źle zdawało, coś im się wydawało, coś pomieszały, czy dziewczyny, czy panowie, więc tak, to jest tutaj klasyczne.

A jaka jest taka „last second” zmiana, którą zapamiętałeś najbardziej?
– Tutaj to jest zmiana odnośnie tego, iż można wprowadzić w miksach zmianę zawodnika w jednej płci. To zostało zakomunikowane dzisiaj w taki sposób, iż będzie to zmiana mająca status trwałej zmiany w przepisach, natomiast na razie ona w nich nie widnieje. Właśnie o to się tutaj Holendrzy zbulwersowali, iż jest brane pod uwagę coś, co nie jest zapisane w przepisach. Holendrzy też nie dotyczyli jednego z punktów, iż teraz regulamin zawodów może wprowadzać pewne odstępstwa, o ile zostało to zaakceptowane przez World Athletics. No cóż, mamy zawody World Athletics, więc sami sobie zaakceptowali taką zmianę.
Czyli wciąż mamy różne reprezentacje, których członkowie nie potrafią czytać.
– Tak, a przecież coś takiego jak „Team Manual” to jest rzecz, która jest dostępna wcześniej. Z „Team Manualem” jest taki problem, iż World Athletics od zeszłego roku, od HMŚ w Nankinie wprowadził zmianę i „Team Manual” jest tylko i wyłącznie w formie elektronicznej. Ale na całe nieszczęście on jest publikowany na niecałe dwa tygodnie przed imprezą. Problem polega na tym, iż niestety nie zawsze da się dokument, który liczy kilkadziesiąt albo kilkaset stron, „pochłonąć”, przewertować i sprawdzić: gdzie tam coś się zmieniło. Niemniej o ile ktoś już jest doświadczony, to wie, na co musi zwrócić uwagę, na takie podstawowe punkty i dokładnie się na nich skupić. Są to 4 najważniejsze sprawy: m.in. procedura zgłaszania zmian, procedura medyczna i wyłączeń medycznych, procedura związana z „Call Roomem” i procedura potwierdzania zgłoszeń. Chodzi o to, iż jest to coś innego zgłoszenie do zawodów, co innego potwierdzenie startu sztafety, a czymś innym pozostało zgłoszenie składu sztafety. Trzeba sprawdzić jakie tam są czasy graniczne wprowadzania tych zmian, bo tutaj można się dość mocno naciąć.

Czy mógłbyś opowiedzieć pokrótce, jaka jest Twoja rola tutaj w kontekście polskiej reprezentacji?
– Z perspektywy kibica to może się wydawać, iż to jest trochę takie „przynieś, wynieś, pozamiataj”, ale o ile chodzi o samą moją rolę tutaj, czyli Kierownika Reprezentacji, to jest to osoba, która opiekuje się reprezentacją generalnie przez 24 godziny na dobę. To znaczy, iż o ile coś się dzieje nie tylko z zawodnikami, ale na przykład z pokojem w hotelu, fizjoterapeuci zgłaszają jakikolwiek problem, nieważne czy to jest godzina 6, 18, czy 2 w nocy, to trzeba zareagować i czasem wręcz w środku nocy trzeba z niektórymi ułomnościami systemu walczyć. A jest tego całkiem sporo, ze względu na to, iż na przykład tutaj w Botswanie organizują tak wielkie zawody w pierwszy raz. Nie tylko jeżeli chodzi o lekką atletykę, ale w ogóle. Wczoraj, kiedy nasza reprezentacja się meldowała w hotelu, kiedy zajmowali pokoje i było wydawanie kart pokojowych, to teoretycznie nam się może wydawać, co za problem postępować według listy przydziału do pokoju. Tu się okazało, iż nagle jest wielki problem. Trzeba było tego przypilnować. Nagle się okazało, iż te osoby, które miały być w pokojach dwuosobowych, są w jednoosobowych. Nagle zaczęło brakować pokoi, więc trzeba było dokonywać szybkich zmian. Tutaj trzeba cały czas rękę trzymać na pulsie. Zaproponowano na przykład naszym fizjoterapeutom, iż będą w pokojach dwuosobowych. Pokoje są duże, wszystko fajnie, pięknie, ale zwróciłem uwagę, iż po pierwsze zapłaciliśmy za jednoosobowe, a po drugie po to mają mieć jednoosobowe, iż mają mieć komfort. Zarówno oni, ale przede wszystkim zawodnicy, którzy do nich przychodzą, więc w ogóle nie ma takiej opcji. Oprócz tego, iż muszę zachować czujność w trakcie samych zawodów, to jeszcze zadbać o przygotowanie, sprawdzić zgłoszenia, potwierdzenie tych zgłoszeń, wprowadzenie składów sztafet. Potem czuwanie na samych zawodach, czy wszystko przebiega zgodnie z przepisami, nagrywanie, analiza, podjęcie decyzji o potencjalnym proteście albo jego braku. To są wszystkie te wszystkie kwestie administracyjne, organizacyjne, logistyczne, którymi się trzeba tutaj zająć.

Wątek protestów wydaje się najciekawszy. To jest właśnie twoja rola, żeby pilnować i stać na straży przepisów, zwłaszcza jeżeli jest to na korzyść polskiej reprezentacji. Pamiętasz jakieś takie historie, kiedy właśnie twój protest zmienił losy zawodów?
– Poza protestem związanym z Ewą Swobodą i awansem do finału w Budapeszcie, to był protest związany z naszymi zawodnikami w Rzymie, na mistrzostwach Europy, gdzie była między innymi kwestia potencjalnego falstartu na płotkach, czy w biegu sprinterskim. Potem walka, udowodnianie mojej racji, sprawdzanie wykresu. Musiałem udowodnić, iż na tym wykresie widać moment, kiedy zawodniczka jednak ma chwilę wyciszenia, czyli to nie jest falstart, tylko przedwczesny wybieg, a to jest inna kwalifikacja. Arbiter startu, który to widzi, ale który jednak twierdzi, iż nie, on tego protestu nie uzna. Składam odwołanie do komisji odwoławczej, a wiem, iż to jest tak klarowna, czysta sprawa, iż gdyby tego nie uznali, to byłby wstyd. Potem szybka decyzja, bo to był dosłownie najkrócej rozpatrywany protest. Apelacja wydana przez komisję odwoławczą trwała dokładnie 3 minuty i decyzja korzystna dla nas. Później spotkałem przewodniczącego komisji odwoławczej na schodach, na trybunach i mówi mi: „jak myślisz, jaki jest werdykt?”. Ja mówię: „wygraliśmy”, a on tylko przytaknął. Szkoda, iż trzeba było aż do tego etapu dojść, do komisji odwoławczej.
Musisz w czasie zawodów działać szybko. Ile czasu masz na złożenie protestu?
– To jest analiza filmu, czasem przyjęcie zgłoszenia od zawodnika, czasem kontakt z wami, z mediami, bo wam zawodnicy coś przekazują. Wy dzwonicie do mnie, ja muszę też sobie to sprawdzić, czasem proszę o kontakt z zawodnikiem, żebym powiedział, co się tam dokładnie stało, co mam sprawdzić. Później analiza mojego filmu i podjęcie decyzji. To może się wydawać, iż ten proces jest jakiś długi, ale to trwa kilkanaście sekund zazwyczaj. Po biegu to jest pierwsze dwadzieścia sekund, kiedy analizuję, czy jest tam jakiś punkt zahaczenia, a potem czekam na ewentualne zgłoszenia. Czasem sam po prostu idę i sobie sprawdzam, co tam się zadziało, wydarzyło, albo czy jest się do czego tam przyczepić.

Wspomniałeś o Budapeszcie. U nas krąży taka anegdotka, iż zostałeś już tam znienawidzony wśród sędziów przez te wszystkie protesty. Czy dali ci to odczuć?
– Tak, dali odczuć, bo ja się tam jeszcze rzuciłem na Bence Halász, na ich idola, króla rzutu młotem na Węgrzech. Ja „podniosłem rękę” na niego i jeszcze spowodowałem, iż unieważniono mu próbę. To ich tam szlak jasny rzeczywiście trafił, łącznie z tym, iż miałem taką możliwość, iż przez pierwsze dwa dni sobie siedziałem wygodnie na trybunie medialnej, miałem dostęp do „obrazka telewizyjnego”. Potem, jak już zobaczyli, iż ja to ja i skąd sobie kręcę niektóre rzeczy, albo skąd podglądam lornetką, to zrobili dla mnie absolutny zakaz wejścia. Potem co się pojawiałem, to były problemy. Inni Team Leaerzy normalnie przechodzili przez bramkę bezpieczeństwa, a ja musiałem zdejmować nerkę, otwierać ją, zdejmować plecak, otwierać go, wyciągać z niego wszystko, więc po prostu widać było, iż coś jest na rzeczy. Trochę to takie upierdliwe było, ale mieli do tego prawo, a dla mnie to było tylko śmieszne. Musiałem sobie też tak to wszystko ustawić, iż muszę jechać zawsze jednym autobusem wcześniej, żeby te kilka minut mieli trochę zabawy ze mną.
Stałeś się taką personą non grata, ale w służbie polskiej reprezentacji. A czy pamiętasz jakiś taki absurdalny protest, który z perspektywy odbiorcy jest zabawny, śmieszny, ale jednak był skuteczny?
– Tak, ale nie dotyczyło to naszej reprezentacji, tylko reprezentacji Węgier. Ponieważ Węgrzy i Polacy mają tego samego dostawcę sprzętu i w Rzymie zobaczyłem, iż w wieloboju zawodnik z Węgier jest przed naszym zawodnikiem. Węgrzy mają bardzo podobny kolor strojów, różni się tylko zielonym paskiem. W pewnym momencie widzę, iż nasz zawodnik powinien być niżej klasyfikacji, a jest wyżej. Oni się po prostu pomylili, wzięli naszego za Węgra, a Węgra za naszego. Napisałem protest, gdzie proszę o skorygowanie wyników, ponieważ pomyliliście chyba stroje. Węgier powinien być wyżej w klasyfikacji, my powinniśmy być niżej w klasyfikacji, bo byliśmy na tym torze. Organizatorzy byli wielce zaskoczeni. Ta osoba, która odczytywała to z TIC-u, mówi, iż się tego nie spodziewali i iż sędziowie fotofiniszu się takiego błędu dopuścili. Ale to nie koniec. Nie dalej jak 20 minut później zrobili ten sam błąd przy kolejnym biegu, przy kolejnych reprezentantach. Takie rzeczy się zdarzają, na tym to polega właśnie, żeby korygować takie rzeczy.









