Wszystko zaczęło się o świcie, gdy nad lwowską dzielnicą w rejonie Traktu Gliniańskiego zaczął unosić się gęsty, ciemny dym, widoczny z odległych części miasta. Chwilę wcześniej okolicą wstrząsnął huk eksplozji. Na miejsce natychmiast skierowano liczne zastępy straży pożarnej, zespoły ratownictwa medycznego oraz patrole policji.
Jak poinformował w oficjalnym komunikacie Główny Wydział Państwowej Służby Ratunkowej Ukrainy w obwodzie lwowskim, w momencie przybycia pierwszych ratowników cały budynek apteki był już całkowicie pochłonięty przez szalejący ogień. Sytuacja była niezwykle dynamiczna i niebezpieczna. Płomienie błyskawicznie trawiły wnętrze placówki, a gęsty, toksyczny dym drastycznie ograniczał widoczność, utrudniając strażakom wejście do środka i przeprowadzenie akcji ratunkowej.
Pomimo ekstremalnie trudnych warunków, lwowscy strażacy zdołali opanować i całkowicie ugasić pożar w ciągu niespełna trzydziestu minut. Niestety, podczas przeszukiwania zgliszcz w jednym z pomieszczeń na zapleczu ratownicy odnaleźli ciało 24-letniego mężczyzny – młodego farmaceuty urodzonego, który w chwili wybuchu pełnił dyżur w placówce.
Fake newsy i szybka reakcja śledczych
Z uwagi na specyfikę miejsca oraz fakt, iż w Ukrainie wciąż obowiązuje stan wojenny, w przestrzeni medialnej oraz na lokalnych kanałach w aplikacji Telegram błyskawicznie zaczęły pojawiać się niesprawdzone informacje. Część komentatorów i lokalnych mediów zaczęła otwarcie spekulować, czy w aptece nie dochodziło do nielegalnych procederów. Pojawiły się choćby teorie sugerujące, iż na zapleczu mogła funkcjonować tajna i prymitywna linia produkcyjna substancji odurzających lub syntetycznych narkotyków, a sam wybuch miał być efektem błędu przy chemicznej syntezie.
Służby ratunkowe oraz przedstawiciele władz miejskich zadziałali jednak natychmiastowo, by uciąć falę dezinformacji. Głos w sprawie zabrał deputowany Rady Miasta Lwowa, Ihor Zinkewycz. W swoim oficjalnym oświadczeniu opublikowanym w mediach społecznościowych jednoznacznie wskazał, iż przyczyna tragedii była całkowicie prozaiczna, choć miała katastrofalne skutki.
Z ustaleń śledczych i techników pożarnictwa wynika, iż bezpośrednim zapalnikiem katastrofy była awaria urządzeń elektrycznych w obrębie witryny budynku. Wadliwa instalacja doprowadziła do zwarcia, od którego w pierwszej kolejności zajął się zewnętrzny plakat reklamowy.
Ogień z palącego się baneru błyskawicznie przedostał się przez okna do wnętrza apteki, gdzie natrafił na podatny grunt. Płomienie objęły apteczne regały i półki magazynowe, na których składowane były asortymenty medyczne. To właśnie tam doszło do kluczowego i najgroźniejszego momentu całej katastrofy. Wysoka temperatura doprowadziła do gwałtownej i seryjnej eksplozji aerozoli, pojemników pod ciśnieniem oraz leków i specyfików zawierających alkohol.
To właśnie te powtarzające się mikroeksplozje chemiczne nadały pożarowi tak niszczycielską siłę i stworzyły potężną falę uderzeniową, którą słyszeli mieszkańcy okolicznych domów. Zamknięty w pułapce młody pracownik nie miał szans na ucieczkę z odciętego przez ogień zaplecza.















