Narodziny dziecka powinny, być euforią no właśnie powinny, ale czy tak jest zawsze?
Powinno być tak jak napisałem w pierwszej części nagłówka. Żadna z par, gdy dowiaduje się, iż przywita na świecie potomstwo nie zakłada, iż urodzi się ono z niepełnosprawnością. Jednak to nie loteria, gdzie można sobie wybrać fanty, ale samo życie. Życie, które czasami nie daje małżonkom wyboru.
Fabuła filmu to nic innego, jak samo życie
Wstęp to fabuła nowości Netflixa „Dwie półkule Lukki”, która jest na podstawie książki pt. „The Two Hemispheres of Lucca” – jest oparta na faktach. Opowiada o walce matki o sprawność swojego syna, który walczy z Mózgowym Porażeniem Dziecięcym i epilepsją.
Barbara próbuje pogodzić pracę dziennikarki (gdzie zarzuca się jej zaniedbywanie obowiązków służbowych) z opieką nad niepełnosprawnym Lukką i jego młodszym bratem. Z wiadomych względów, więcej uwagi poświęca Lucce. Wciąż wierzy w to, iż jej walka opłacona zmęczeniem i łzami pewnego dnia zamieni się w radość. Niesie w sobie tą nadzieje, mimo zapewnień lekarzy, iż tak się nie stanie.
Matka wciąż „staje na głowie”, by pomóc swojemu synowi w walce o lepsze jutro i szuka dla niego ratunku. Koniec końców znajduje go w Indiach. Jest nim eksperymentalna terapia Cytotronem. Znalezienie „panaceum” jak to zwykle bywa jest początkiem problemów. Wiadomo bowiem, iż takie eksperymenty medyczne do tanich nie należą.
Dziennikarka musi też walczyć z lekarzami oraz ze swoim mężem. Uważają oni, iż to lekarstwo na niepełnosprawność Lukki to nic innego, jak oszustwo. Jednak ojciec dziecka, ulega presji żony. Za pieniądze z kredytu pod zastaw mieszkania rodzina udaje się do Indii. Wszystko to w nadziei na lepsze jutro swojego dziecka. W takiej sytuacji można robić wiele…
Początkowy brak efektów leczenia budzi w Barbarze wątpliwości czy aby mąż i lekarze, nie mieli racji. Wątpliwości jednak pryskają niczym bańka mydlana, gdy u chłopca zaczynają się efekty, o których wcześniej rodzina mogła pomarzyć. Zmniejsza się też długość i częstotliwość napadów epileptycznych, które były dla chłopca zagrożeniem życia. Jak i również powodem częstych pobytów w szpitalu. Uzyskane po terapii efekty pokazują, iż warto walczyć z uporem maniaka o szczęście swoje lub swojej pociechy. Mimo kłód rzucanych pod nogi… Jak mówi polskie powiedzenie – tonący brzytwy się chwyta.
Co wspólnego mam ja i tytułowy Lukka?
Taki już jestem, iż szukam analogii między sobą a bohaterem filmu, czy książki. Nie inaczej było i tym razem. Następstwem były łzy na policzkach. Nie raz przecież widziałem moich rodziców, którzy szukali „recepty”na poprawę mojego stanu zdrowia. Szukali pomocy u bioenergoterapeutów –z różnym skutkiem.
Tak, jak w przypadku głównego bohatera skuteczna okazała się eksperymentalna terapia Cytotronem w dalekich Indiach; dla mnie skuteczna była Metoda Ulzibata, o której pisałem tutaj. Patrząc jak stan Lukki się zmieniał po zastosowaniu terapii sajtotronem widziałem siebie po zastosowaniu zabiegów fibrotomii. Niejednokrotnie efekty tych zabiegów wprawiały w osłupienie moich najbliższych i mnie samego.
Jako osoba z niepełnosprawnością z przeszłością w branży filmowej , nie omieszkałem spojrzeć na ekranizację Netflixa również pod tym kątem. W filmie nie brakuje ujęć, które ukazują ludzkie emocje. Wspaniale ukazane jest też piękno Indii. Emocje i wzruszenie potęgują wstawki video z archiwum rodzinnego, które ukazują postępy chłopca.
Z tej ekranizacji płynie przesłanie – warto wierzyć i walczyć do samego końca, bo tylko tak można powitać lepsze „jutro”.
Recenzję w ramach odbywanego stażu opracował: Marcin Łukaszek